piątek, 17 listopada 2017

 Robert Silverberg,




Kroniki Majipooru 




cykl: Kroniki Majipooru, t. 2  




Wydawnictwo: Solaris
Data wydania: 2009 r. 
ISBN: 9788375900187
liczba str.: 384
tytuł oryginału: Majipoor chronicles
tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski 
kategoria: science fiction 



 

( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/28602/kroniki-majipooru/opinia/42673263#opinia42673263  )                               

 



Przeczytałem drugi tom cyklu „Kroniki Majipooru” , i jest on o tyle nietypowy, że w praktyce mamy do czynienia tutaj ze zbiorem opowiadań. Ciągłość zdarzeń jest zachowana, ale jest ona na tyle mało istotna, że nie ma większego znaczenia. Po prostu jest i tyle. Hiisune, który pracuje w labiryncie pontifexa poznaliśmy już w pierwszym tomie, kiedy oprowadzał koronala Valentine’a po podziemiach labiryntu, kiedy ten zmierzał do pontifexa, żeby uznał go, odmienionego Valentine’a, za prawowitego władzę Majipooru. Tutaj Hiisune po kilku latach jest urzędnikiem niskiego szczebla w labiryncie. Wykorzystuje swój urząd do korzystania z pomieszczenia, w którym znajduje się urządzenie zwane Rejestrem dusz. Są  w nim, oprócz samego urządzenia, pewnie jakiegoś superkomputera,  czyli odtwarzacza, zawarte na nośnikach przypominających płyty CD lub DVD na których są zgrane przeżycia miliardów mieszkańców Majipooru na przestrzeni kilku tysięcy lat. Dane, czyli myśli są aktualizowane co 10 lat. Nawet trudno sobie to wyobrazić wielkość tego bezprecedensowego przedsięwzięcia.  Chociażby tego, że ktoś przez kilka tysięcy lat dba o to, żeby dane systematycznie wpływały, no i dba o obsługę tego sprzętu. No bo przecież niewątpliwie jest to wysoko wyspecjalizowana technologia, bo i zgranie myśli w taki sposób, żeby odbiorca był, przez godzinę lub dwie, tą postacią, i przeżywał zarówno wewnętrznie, czyli psychologicznie, jak i zewnętrznie, czyli po prostu użytkownik zwiedza te miejsca i uczestniczy w wydarzeniach z przeszłości, również historycznych, jakie przeżywała konkretna postać, której plik, czy płytę z danymi użytkownik akurat odtwarzał. Niewątpliwie fascynujący koncept. Dla nas czytelników jest okazja do poznania jedenastu historii jedenastu bohaterów, którzy żyli na przestrzeni kilku tysięcy lat. Tym samym poznajemy wyrywkowo historię Majipooru, tej wielkiej, niesamowitej planety. Czytelnik przekonuje się, że Silverberga interesuje mentalność zwykłych ludzi, bywa, że stają się niezwykłymi, i takich też spotykamy na kartach książki. Na całe szczęście zresztą. Historycy nieklasyczni z francuskiej szkoły Annales wychodzą z założenia, że historię powinno się opisywać całościowo w trzech zasadniczych kontekstach: politycznym, intelektualnym, materialnym. Widać do tworzenia koncepcji fantastycznych również to się odnosi i tu niewątpliwie mamy te wszystkie konteksty, które decydują o tym, że koncepcja danego autora jest spójna i logiczna. 


Czytelnik czytając te 11 opowiadań odbywa literacką podróż po całym Majipoorze, poznając geografię poszczególnych terenów, a także historię. Dowiadujemy się jak ludzie trafili ze starej Ziemi na Majipoor i tysiące innych planet. Główni bohaterowie to zarówno kobiety jak i mężczyźni, którzy po prostu żyją swoim życiem i w pewnym momencie spotyka ich coś ciekawego. Przy czym trzeba zwrócić uwagę, że Silverberg skandalizuje co nie co w tym drugim tomie „Kronik Majipooru”, pojawiają się sceny seksu. Chyba najbardziej prowokujący jest seks Tesmy z Ghayrogiem o imieniu Visman, czyli po prostu obcym, osobnikiem inteligentnym wyglądem przypominającym gada. On będąc u Tesmy, kurując się z rany w nodze chciał ją pocieszyć, bo jakimś szóstym zmysłem to wyczuł. Potem, gdy wyzdrowiał opuściwszy ją związał się z kobietą Ghayrogiem, czyli swojej rasy. A z Thesmą spotkał się wielokrotnie później i zostali przyjaciółmi. Niby proste, ale…


Na tym nie koniec z prowokacyjnymi rewelacjami, pontifex Arioca po kilku latach pontyfikatu uznał, że nudzi mu się w labiryncie, i kombinował co tu z tym zrobić, znalazł honorowe, acz hardcorowe rozwiązania, postanowił, że jest kobietą i objął urząd Pani Snów, akurat był wakat, i co jest dziwne ten numer przeszedł. Historia go zapamiętała jako osobę szaloną, Hissume przyglądając się sprawie z bliska ma co do tego wątpliwości. 


Co z tego wynika?


O tolerancji wręcz nieziemskiej w sensie dosłownym na Majipoorze mamy w tym opowiadaniu i wielu innych. Ludzie dobrze zapamiętali sobie lekcję chociażby drugiej wojny światowej, mimo iż zapewne o takim wydarzeniu wiedzą tylko historycy, specjaliści historii Starej Ziemi, jak przypuszczam. Czy rzeczywiście świadomość ludzi może aż tak radykalnie zmienić po opuszczeniu Starej planety i pamięci o tym co tam się działo. 


Pojawia się motyw ekologiczny, koronal lord Maribor jest powszechnie potępiany, że chodzi na polowania i urządza w Zamku na Wysokiej Wieży kilka sal z wypchanymi trofeami łowieckimi. Skończył marnie skonsumowany przez wielkiego morskiego smoka.


Motyw podróży morskiej pojawił się również w pierwszym tomie, i niewiele tu nowego będziemy mieli w tym drugim tomie.  Co najwyżej motyw tajemniczych morskich roślin, która jest w stanie pochłonąć statek w całości. Psychologiczny motyw jest ciekawy, tutaj potencjalni odkrywcy nowych kontynentów cofnęli się, bo jednak ta przygoda wywołała duże perturbacje zginał jeden marynarz. Pytanie czy warto było, czy trzeba było płynąć naprzód. Tłumaczyć ich może długi czas podróży, minęło ładnych parę lat i to może uzasadniać ich znużenie zniecierpliwienie wszak Majipoor jest wielką planetą. 


Pojawił się motyw kampanii wojennej przeciwko Metamorfom, gospodarzom planety Majipoor, którzy zostali zepchnięci do rezerwatów i dzikich leśnych terenów po przybyciu ludzi i innych nieludzi z innych planet. W pewnym momencie podjęto decyzje o przyśpieszeniu działań wojennych decydując się na spalenie żywym ogniem resztek zmiennokształtnych rebeliantów. Jeden uparty możnowładca postanowił zostać na tym terenie wiedząc, ze to czyste szaleństwo, bo spłonie on, cały dobytek, budynek piękny, bogaty, ale drewniany, no i służba. Postawa na pewno irytująca i intrygująca zarazem, wiadomo, że w warunkach wojny bycie uchodźcą to nic niezwykłego, ale on jednak postanowił pozostać na swojej ziemi nawet za cenę życia. Majipoor jest planetą zróżnicowaną, mamy wiele stref klimatycznych.


Mamy też pustynię, miejsce wyjątkowo niebezpieczne bo giną ludzie z niewyjaśnionych przyczyn. Dekkert, urzędnik pracujący w Wysokim Zamku miał pewną misję na pustyni. W sumie mógłby się z tego gładko wymigać, ale uważał, że potrzebuje czegoś w rodzaju pokuty i stąd ta wyprawa na jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na planecie. Szybko przekonał się, że ktoś kradnie sny. Te fajne sympatyczne, zastępowane są koszmarami. Prowadzi to do śmierci, bo albo ktoś gdzieś po nocy zawędruje, albo mrówki go wyniosą, tacy szybko giną będąc w obłędzie, a potem z pragnienia i głodu. Deekert wyjaśnił co za czort za tym stoi, niejaki Barjazid przewoźnik Deekerta sam skonstruował przyrząd do kontrolowania snów i uprzykrzania życia ludziom. Dekkert zabrał go ze sobą do Wysokiego Zamku, żeby koronal rozsądził sprawę. Barjazid został królem snów Tym sposobem ród Barjazidów objął jeden z najbardziej wpływowych urzędów, obok koronala, pontifexa, no i pani snów. 


A o tym, że król snów potrafi spaskudzić komuś życie czytelnik przekona się już w kolejnym opowiadaniu handlarz z Stee Haligome popełnił morderstwo. Zostało ono niewyjaśnione, wypadek. No ale król snów nie dał się wykiwać i prześladował handlarza. Ten długo uciekał. Aż w końcu dotarł na wyspę Pani Snów żeby zaznać jako takiego ukojenia. Czy to było możliwe? 


Znalazła się historia Tissany, którą czytelnik miał okazję poznać w pierwszym tomie, kiedy Tissana jako tłumaczka snów pomogła Valentine’owi i jako pierwsza rozpoznała w nim prawowitego koronala. Tutaj jako młoda dziewczyna jest w przededniu egzaminu na tłumaczkę snów. Wyglada to bardzo podobnie przez co przeszedł Valentine udowadniając, że numer z podmianą osobowości nie jest przekrętem, że to on jest prawowitym koronalem. 


Bardzo ciekawa jest historia złodziejki z Ni – Moja Inyana prowadziła sklep gdzieś na prowincji w górach, pewnego dnia dowiedziała się, że jest szczęściarą bo odziedziczyła majątek w Ni Moja. Musiała zapłacić podatek 20 reali, spora suma pieniędzy. Wszystkie oszczędności Inyany. Po tym jak przez kilka miesięcy nie nadeszły żadne wieści podążyła do Ni - Moja, żeby wyjaśnić sprawę. To było oszustwo. Ktoś oferował Niderlandy, bo to był majątek księcia. Inyana została złodziejką na Wielkim Targu. Zapewniam, że to dopiero początek tej niesamowitej historii, którą warto poznać, przy okazji pochodzić po ulicach tego pięknego miasta. 


Książka jest niezwykła, czytelnik poznaje nowe miejsca na Majiporze, i oswaja się z tymi, które już poznał. Po za tym jest okazja, żeby przekonać się, że w świetny sposób Silverbeerg kreuje swoich bohaterów. Zdecydowanie polecam i kontynuuję czytanie cyklu.

środa, 8 listopada 2017

 Anna Małgorzata Grądzka,






Magia Ziemi





Wydawnictwo: Wydawnictwo Innowacyjne Nowae Res
Data wydania: 2015 r. .
ISBN:: 9788379427437
liczba str.: 320
tytuł oryginału: ----------
tłumaczenie: ----------
kategoria: fantasy


 
 

( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/258014/magia-ziemi/opinia/42640485#opinia42640485  )      

 





 







Książka zatytułowana „Magia ziemi” to niesamowicie zakombinowana fantasy. Mamy tutaj znane motywy Tolkienowskie jak podróże drużyny przez tajemnicze krainy, dotarcie do krasnoludzkiej kopalni, dość zgodne o dziwo, współistnienie ludzi, elfów, krasnoludów. Zdarza się, że mieszkają w jednych miastach, co najwyżej mamy podział dzielnice, ale nie stanowią one żadnych gett, raczej decyduje zwykły pragmatyzm, królowie przedstawiciele poszczególnych gatunków, plus magowie są członkami rady, która rządzi królestwem, mało tego nie stanowi nic nie zwykłego, że poszczególne formacje wojskowe są wymieszane. Główna bohaterka druidka Awea, trafiła do oddziału krasnoludzkiego broniącego twierdzy gdzieś na granicy królestwa, a wrogami są tutaj zombiaki, upiory i inne wszelkiego rodzaju paskudztwa jakie tylko ciemne moce są w stanie wykreować. Jak można się domyślać Awea i jej kumple mają coraz to trudniejsze i bardziej skomplikowane misje do wykonania. Począwszy od codziennych utarczek z zombiakami, po próby likwidowania źródeł tworzenia się zombi, a to już są naprawdę skomplikowane misje bojowe. 
 

Awea jako druidka jest szkolona do bycia opiekunem Wielkiej Puszczy, jednak jak się okazało musi opuścić rodzinną wieś w lesie, bo dostała powołanie do wojska, przełożeni w armii zadbali o to, żeby ona i jej kumple krasnoludy nie obijali się, tylko ich potencjał wojskowy, w tym magiczny, był wykorzystywany na froncie. Dla Awei jest to więc codzienny trud walki ale też ma możliwość zdobywania wiedzy i umiejętności magicznych, sama interesuje się też alchemią. Z czasem jej typowy, żelazny mundur zastępuje bojowe ubranie szyte i zaklinane przez elfów noszone przez magów i druidów na polu bitwy oraz magiczny miecz, o potężnej mocy, co sugeruje nawiązanie zarówno do Tolkiena, ale także legend Arturiańskich. Awea coraz bardziej wdraża się w codzienne funkcjonowanie twierdzy, to nie tylko walki, musztry, ale także czas wolny, który Awea poświęca na zgłębianie tajników magii i alchemii, ale także na zaprzyjaźnianiu się z kumplami z wojska, w tym uczestnictwo w imprezach suto zakrapianych alkoholem. Autorce chodziło to, żeby wykreować bohaterkę z krwi i kości, którą można lubić, bo niewątpliwie Awea jest przyjaciółką na którą można liczyć w każdej sytuacji. Jako osoba obdarzona niezwykłymi talentami magicznymi, nad którymi musi uczyć się panować. Niewątpliwie element każdego szkolenia magicznego jest niezbędny. Czytelnik z czymś podobnym może spotkać się chociażby w książkach Trudi Canawan. Bo magia to niewątpliwie potęga, którą można na polu bitwy wykorzystywać, tak jest u australijskiej pisarki i ten koncept został całkiem zgrabnie wkomponowany w książkę Anny Małgorzaty Grądzkiej. Umiejętność władania magią i panowania nad nią jest niezbędna zwłaszcza jeśli trzeba walczyć z istotami, które zamiast grzecznie leżeć sobie w trumnie szwędają się po świecie i uprzykrzają życie ludziom i nieludziom żyjącym. Niewątpliwie najbardziej brawurowy jest opis pojedynku Awei z upiorem z opery. Oni walczą z takim przytupem, że aż ziemia się trzęsie a kolumny gmachu opery walą się niczym kostki domina. 

 

Czytelnik może mieć satysfakcję z tej lektury, choć niewątpliwie jest widoczne, że mamy do czynienia z debiutem literackim. Autorka opanowała, sztukę opisów, kreowania postaci, dialogowania poszczególnych postaci między sobą. A to nie jest wcale tak mało. Co świadczy, że Anna Małgorzata Grądzka ma świetny potencjał i powinna pisać kolejne książki. Myślę, że przydałby się element całościowego kreowania akcji książki, czasem można odnieść wrażenie, że autorka ma z tym pewne problemy, zapewne to jest kwestia popracowania nad warsztatem literackim. Czytelnik jednak w taką książkę jak ta powinien się lepiej wciągać. A tymczasem, można mieć wrażenie pewnego schematyzmu tej całej opowieści, gdyby to był zbiór opowiadań byłoby to dopuszczalne, a tu jednak autorka ma wyraźne ambicje, żeby ta opowieść była bardziej spójna, wydarzenia następujące po sobie były logiczne, jedno wynikało z drugiego. Tu mamy, że w jednym lub dwóch rozdziałach jest jakaś misja lub misje które się kończą, i po za zdobyciem bojowego i magicznego doświadczenia przez bohaterkę i pozostałych uczestników zdarzeń niewiele więcej z tego wynika. Mam nadzieję, że autorka napiszę kolejne książki, a ja przekonam się, że będą widoczne postępy w pisaniu, na co są bardzo duże szanse. 

 

Książka jest dobra, warto ją przeczytać. Polecam.

piątek, 3 listopada 2017

 Dan Brown,




Początek




cykl: Robert Langdon, t. 5


Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 2017 r.
ISBN: 9788381101431
liczba str.: 576
tytuł oryginału:  Origin
tłumaczenie: Paweł Cichawa 
kategoria: thriller, science fiction






( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3870617/poczatek/opinia/42673141#opinia42673141  )       









Nową książkę Dana Browna zatytułowaną „Początek” po prostu musiałem przeczytać wcześniej czy później, fajnie, że miałem tą okazję w miarę wcześnie. Brown pisze świetnie, w swoim stylu, to prawda, ale też prawdą jest, że szokuje czytelnika. Kwestie spraw wiary są obecne bardziej niż w jakiejkolwiek książce i polemika czy "Bóg umarł, czy nie umarł." Ale jest coś jeszcze co szokuje chyba bardziej, spekulacje typowo filozoficzne, oraz naukowe z zakresu nauk przyrodoznawczych, których nie powstydziłby się klasyk literatury science fiction. Co prawda Brown kombinował już z tym wcześniej w książkach „Cyfrowa twierdza” i „Zwodniczy punkt”, to było zanim na kartach kilku powieści  pojawił profesor Langon, spec od historii sztuki i symboliki wszelakiej. Tutaj w książce "Początek"  Brown poddał go ciężkiej próbie zetknął go ze sztuką współczesną, i zagadnieniami typowo informatycznymi. Langon ma okazję przekonać się, że są lepsi od niego, w tym jego były student, 40 letni charyzmatyczny profesor, specjalista, teorii gier.  Tylko pozornie pojęcie "teoria gier" wygląda na banalną, gdy tymczasem posługując się tą teorią przy pomocy superkomputerów da się wyjaśnić dosłownie wszystko. Ten były student Langdona nazywa się Edmond Kirch, jest też multimiliarderem, naukowcem, typowo współczesnym   mającym w sobie coś z showmana. On sam siebie do gwiazdy rocka porównuje i ogłaszając nowe odkrycie robi show porównywalny z koncertem Madonny lub Michela Jacksona. Różnica jest taka, że w zamyśle autora jego odkrycie wywróci świat do góry nogami, obali wszelkie religie i stworzy nowy świat z nową religią, jaką będzie ludzki intelekt, bo „gdyby ludzie wierzyli np. w grawitację, nie byłoby wojen religijnych.” 
 

Konstrukcja książki jest intrygująca, zaczyna ją wieczorny show Edmonda Kircha w muzeum Gugenheima w Bilbao, a kończy ją również show, nieżyjącego już naukowca o 3 nad ranem, czyli w założeniu ten świt miał symbolizować nadejście nowej ery. Czy rzeczywiście tak będzie? , tu raczej autor stawia znak zapytania. Bo pytaniem jest czy te dwa światy z jednej strony racjonalnych ateistów, i ludzi żyjących sprawami wiary da się pogodzić? Można by pomyśleć, że właściwie to jest niemożliwe, gdy jedni ciemnością nazywają podążaniem drogą wiary a drudzy dokładnie tym samym terminem określają życie bez Boga, i jak tu się dogadać? Po jednej stronie mamy Edmonda Kircha, który jawnie walczy z religią, wręcz kręci go, że swoje centrum komputerowe ulokował w jednym z barcelońskich byłych kościołów, ale mamy też Roberta Langdona, który jest skłonny rozmawiać z tą drugą stroną. Po stronie wierzących mamy biskupa Waldespino przypominającego średniowiecznego inkwizytora, który był w stanie zrobić wszystko, żeby prawda o nowych odkryciach nie ujrzała światła dziennego, ale mamy też o. Bienio z Kościoła Świętej Rodziny w Barcelonie, który jest przekonany, że nowe odkrycia naukowe są światu potrzebne, nawet te obalające religie, bo stanowią one wyzwanie dla religii, niewątpliwie trudne wyzwanie, jak religia ma przetrwać. Ale dokładnie to się dokonuje, chrześcijaństwo radzi sobie 2 tysiące lat i Dukaj w „Perfekcyjnej niedoskonałości” pisze że będzie sobie radził przez kolejne tysiąclecia. Co prawda zachodzi obawa, że niektórzy księża będą robotami?, ale czy warto robić o to jakieś mecyje…
Krótko mówiąc ma się wrażenie, że autor zapomniał o postulatach dialogu między ateistami, a ludźmi wierzącymi, dochodząc do wniosku, że się nie da. No ale to tylko zabieg literacki mający zobrazować jak te emocje dotyczące Boga, czy Bóg istnieje czy nie, są wciąż silne i być może będą na tyle silne, że będą ginąć ludzie, ale w ostatecznym rozrachunku nastąpi pojednanie i przewartościowanie na tyle sensowne, że jedni mogą czerpać od drugich i na odwrót. To brzmi jak science fiction. Ale o to tu chodzi, bo mamy tu dwa pytania: "skąd przychodzimy? i dokąd idziemy?" Niejeden filozof i teolog łamali sobie głowę nad tymi problemami, teraz używając aparatu naukowego włącza się do tego dyskursu nauka. 

 

Patrząc z perspektywy typowo wydarzeniowej to co my tu mamy w książce zatytułowanej „Początek” to rzeczywiście mamy tu powielone pewne schematy, akcja zaczyna się w muzeum, tak jak w „Kodzie Leonarda da Vinci”, mamy jakieś miasto, lub kilka miast, tutaj: Barcelona, Bilbao, Madryt, i kilka innych miejsc w Hiszpanii. Mamy niesamowicie szybkie tempo akcji, profesor Langdon coś wyjaśnia, rozmawia, tutaj jego partnerką jest Ambra Vidal, dyrektorka, a także narzeczona księcia Juliana, który niebawem obejmie hiszpański tron. Niewątpliwie nowością jest, że autor potrzebował dać pomoc, teraz już ok 60 letniemu profesorowi Langdonowi, są to właśnie jego były student Edmond Kirch, który ni mniej ni więcej zostaje męczennikiem za swoje idee, a także inteligentny komputer Winston, wynalazek na tyle epokowy, że z czymś takim będziemy mieli do czynienia za dekadę lub dwie. Oczywiście mamy, można tak nazwać wrogów, którzy naszemu głównemu bohaterowi, czyli profesorowi Langdonowi chcą wejść w drogę, nawet go zabić, oraz jego partnerkę Abrę Vidal, byle osiągnąć cel, czyli sprawić, że odkrycie Edmonda Kircha pójdzie w zapomnienie wraz z nim. Mamy tu olbrzymią role internetu, w czasie rzeczywistym wystąpienie Kircha oglądają setki tysięcy, a prezentację wrzuconą w nocy do sieci ogląda kilka milionów. Kopernik i Newton nawet nie mogli marzyć o takiej widowni, choć ferment intelektualny i tak robili nie mniejszy przecież. Mistrzostwo Dana Browna polega na tym, że oprócz tego co się dzieje, w niezwykle szybkiej akcji, szybkiego przemieszczania się bohaterów po całej Hiszpanii, autor przemyca bardzo dużo treści, tutaj czytelnik sporo się sztuce współczesnej, rozważania dotyczące koncepcji filozofii ateistycznych, rozważania naukowe z zakresu biologii, fizyki, chemii, informatyki, itp., to niewątpliwie uatrakcyjnia całą opowieść. Wiadomo jak w tego typu książkach jest, czytelnik chce pędzić dalej, żeby dowiedzieć się co będzie na kolejnej stronie,  jednak tutaj te rozważania autora są na tyle fascynujące, że czytelnik się z chęcią zatrzymuje i główkuje, podąża tokiem myślenia autora, zgadza się, lub nie zgadza, to jasne.
Oczywiście mamy szereg teorii spiskowych, bez tego Brown żyć nie może przecież. Niewątpliwie nowatorski jest sposób ich podawania, w poprzednich książkach Brown rozpracowywał teorie stare jak świat i na kartach powieści dowodził ich prawdziwości, tutaj teorie spiskowe mnożą się na potęgę i uatrakcyjniają przekaz Kircha, potem pojawiają się kolejne jak to było z zabójstwem naukowca, kto chciał go zabić i jaki miał motyw, i kolportowane są za pomocą mediów, portali internetowych, społecznościowych. Przekaz mediów społecznościowych jest olbrzymi, ma coraz większy wpływ na bieżącą politykę, także na wybór kandydatów nawet na najważniejsze stanowiska w państwie. I to Brown musiał wykorzystać kreując zastaną rzeczywistość w swojej powieści. 

 

Oczywiście końcowe pytania, kto zabił Edmonda Kircha? Dlaczego on musiał zginąć i inne osoby, które jego tajemnicę poznały? Czy sprawa zostanie wyjaśniona? No na inne pytania czy człowiek będzie kiedykolwiek chciał obalić religie?, odpowiedzi nie ma, bo to jest przyszłość jaką my wszyscy ludzie zechcemy wykreować. Ci którzy czytali poprzednie książki amerykańskiego pisarza będą zachwyceni, a innym mogę doradzić, żeby spróbowali szczęścia, przeczytali i przekonali się. Ten rodzaj psychologicznego studium interakcji dwóch światów ludzi wierzących i niewierzących będących we wzajemnej interakcji, często objawiającej się poprzez rywalizację, jest niewątpliwie ciekawy.
Jestem ciekaw jakie będą kolejne książki Browna, czy będzie dalej dryfował w kierunku science fiction do tego stopnia, że od typowego sf te thrillery Browna nie będą się różniły, bo taka jest rzeczywistość coraz bardziej przesiąknięta technologią. Czy Brown pójdzie tropem wspomnianego Dukaja, i opublikuje jakąś książkę tylko elektornicznie? 

 

Książka jest świetna. Zdecydowanie polecam.

wtorek, 24 października 2017

Robert Silverberg,  






Zamek lorda Valentine'a




cykl: Kroniki Majiporu, t. 1 




Wydawnictwo: Solaris
Data wydania:  2008 r.
ISBN:  9788375900170
liczba str.; 600
tytuł oryginału:  Lord Valentine's Castle
tłumaczenie:  Helena Michalska
kategoria: science fiction 



( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/97391/zamek-lorda-valentine-a  )            


             

 

 



Wciągnąłem się w czytanie cyklu „Kroniki Majipooru” Roberta Silverberga. Nominalnie klasyfikuje się ten cykl powieściowy jako science fiction i rzeczywiście nim jest. Jednak czytelnik odnosi wrażenie, że ta książka ma wiece wspólnego z typowym fantasy. Autor konsekwentnie, od początku do końca, w tym pierwszym tomie zachowuje schemat Tolkienowski. Mamy powieść drogi, wojnę, a nawet powrót króla, zwanego tutaj koronalem. Akcja dzieje się na planecie Majipor, ludzkość z Ziemi przybyła na tą planetę 14 000 lat wcześniej . Nie ma tutaj wyjaśnień co się stało z naszą rodzimą planetą, czy była to jakaś klęska ekologiczna czy może były atomowe fajerwerki jak np. w „Uniwersum Diuna” Franka i Briana Herbertów w czasie dżihadu butleriańskiego. To dopiero pierwszy tom wiec spokojnie sprawa się wyjaśni. Jak wspomniałem ludzie przybyli w przeszłości na tyle odległej, że właściwie zdążyli się na tej wielkiej planecie zadomowić, tyle, że Majipor miał swoich gospodarzy, byli nimi Metamorfowie zwani też Zmiennokształtnymi i tą rasą istot rozumnych homo sapiens zmuszony był sobie radzić, żeby układać skomplikowane relacje. Mowa też jest w książkach o innych osobnikach przybyłych zapewne również z kosmosu np. skandrowie, hjorci, vrooni, którzy również na tej wielkiej planecie znaleźli swój nowy dom. Na tą chwilę kiedy zaczyna się akcja planetę zamieszkuje 20 miliardów ludzi innych istot rozumnych, to nie jest za dużo, wciąż na Majipoorze jest dużo lasów i innych pustkowi, także oceanicznych, ale i tak co niektórzy myśliciele przezornie ostrzegają, żeby planety nadmiernie nie eksploatować. W „Uniwersum Diuna” pojawiły się rozważania typowo filologiczne, tam fremeni mówili galachem mieszanką słowiańsko –anglosaską, tutaj autor nie wczuł się jeszcze w spekulacje czy to jeszcze jest jakiś język ziemski, czy coś zupełnie nowego, co sugerowałaby obecność obcych na planecie i wzajemna interakcja typowo kulturowa. No i jak to z religią na Majioporze było na pewno warto by się dowiedzieć. Mamy postać pontifexa, który jest kimś w rodzaju wyższej instancji do koronala, to w labiryncie pontifexa funkcjonuje rząd. Rzecz oczywista mamy nawiązanie do historii tytuł, pontifex maximus po starożytnych cesarzach rzymskich, wcześniej, w czasach republiki, to był po prostu najwyższy kapłan, odziedziczyli papieże, i nadal ten tytuł funkcjonuje. Oczywiście nawiązaniem do historii jest też sam tytuł królewski, i zapewne w kolejne tomy będą interesujące pod tym względem. Tu mamy troszkę o historii Majipooru, przez te 14 tysięcy lat planetą władali różni koronalowie, ci wybitni dobrzy, przeciętni, słabsi, jak i zwykłe miernoty. Ciekawostką jest to, że koronalowie nie są dziedziczni, lecz rekrutują się i są wybierani z pośród najwyższej kasty, jakiś kilkunastu rodzin magnackich. Przy tym już za rządów koronala wiadomo kto będzie następcą. 


Mamy tu historię młodego człowieka o imieniu Valentine, dziwnym zbiegiem okoliczności jest on imiennikiem obecnie panującego koronala. Pojawia się on znienacka w okolicach miasta Pludreid. Trafia do trupy żonglerów skadra Zalzana Kavola i szybko uczy się tego fachu. Valentine nic nie wie o swojej przeszłości, no i to musiało w końcu dać znać o sobie. Nasz główny bohater ma sny, coś w rodzaju wizji sennych, z których dowiaduje się kim jest naprawdę. Okazało się, że to on jest urzędujący koronalem tyle, że w innym ciele, to jakieś czarodziejskie sztuczki. Podążając wraz z grupą żonglerów po dość olbrzymich obszarach planety Valentine dowiaduje się coraz więcej o sobie i przy okazji inni przekonują się kimon jest. Pierwsza była Carabella, znajoma z grupy Zalzana Kawola, później również kochanka, potem pozostali członkowie trupy żonglerów, no i potem wszyscy inni, na przyjaciołach z młodości Valentine’a skończywszy. Oczywiście celem jest odzyskanie władzy, wcale nie dlatego, że Valentine jej pożąda, ale po prostu uzurpator jest beznadziejny i trzeba szybko w kraju zrobić porządek. Czy Valentine przejdzie tą długą drogę i odzyska władzę? 


Książka jest niezwykle ciekawa, postaci są w sposób niezwykle barwny opisane. Nie brakuje tu interesujących metafor, chociażby nawiązań do Biblii. Książkę warto przeczytać i udać się w ta literacką podróż na daleki Majipoor i wciągnąć się w przygody Valentina. Ciekawi mnie co wydarzy się w kolejnych tomach.
Polecam.

poniedziałek, 23 października 2017

 Benedykt XVI,





Moje duchowe dziedzictwo 




Wydawnictwo: Edycja Św. Pawła
Data wydania; 2013 r. 
ISBN:  9788377971918
liczba str. ; 152
tytuł oryginału:  La mia eredità spirituale
tłumaczenie: praca zbiorowa
kategoria; religia




( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl: 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3943688/moje-duchowe-dziedzictwo   )      

 








Ta książka papieża Benedykta XVI jest co prawda cienka, ale też treściwa. Dla duchownego autora tym tytułowym dziedzictwem są rzecz jasna sprawy wiary i o nich pisze w tej książce. Z jednej strony jest ona może na wskroś osobista, a z drugiej jest to przesłanie dla czytelników, że warto drogą wiary podążać i z tego wynika formuła tej książki jest to swego rodzaju przewodnik po sprawach wiary. 
 

Pierwszy rozdział traktuje o ogólnoludzkiej potrzebie szukania Boga. Jakże by inaczej receptą na właściwe znajdywanie Boga poszukujący znajdzie w tym co proponuje mu wiara chrześcijańska, jeszcze ściślej kościół rzymskokatolicki. W kolejnym rozdziale Benedykt XVI pisze, że Bóg pozwala się znaleźć, i wynika z tego, że wiara jest nadzieją na przyszłość. Jak już przekonamy się, że podążanie droga Chrystusa jest właściwe to trzeba tą wiarę w sobie budować, i wtedy jest silna gdy na te wierze jesteśmy zbudowani. „(…) Wiara jako przylgniecie do Chrystusa objawia się przez miłość, którą potęguje dobro, jakie stwórca wpisał w ludzką naturę każdego, każdej z nas, w osobowość każdego człowieka i we wszystko to co istnieje w świecie. Kto wierzy kocha, staje się budowniczym cywilizacji miłości, której centrum jest Chrystus (…)” . W tym pogłębianiu wiary przydatne są rozważania dotyczące Maryi, która miała wiarę wprost niezwykłą i bezgranicznie ufała Bogu. Dalej pojawiają się refleksje Benedykta XVI, że my wszyscy jesteśmy kościołem, którego zadaniem jest przekazywanie dobrej nowiny o Bogu. „ (…) Wiara jest cnotą teologalną daną przez Boga, lecz przekazywaną przez kościół na przestrzeni całej historii. (…)” * Nie trudno się domyśleć, że te rozważania niemieckiego papieża kończą się kwestiami dotyczącymi modlitwy. Mamy tu przypomnienie o tym, że modlitwa jest bardzo ważna, bo jest ona formą rozmowy z Bogiem. Autor używa metafor, że modlitwa jest dla człowieka wierzącego nie tylko schronieniem, ale jest też oazą spokoju z której czerpiemy wodę, która zasila nasze życie duchowe, przemieniając w ten sposób nasze życie. Modląc się wierzymy, że jesteśmy blisko Boga, który obdarza nas światłem. 

 

Jak możecie wywnioskować z tego co napisałem i zacytowałem, moi drodzy czytelnicy, konstrukcja tej książki jest wręcz banalnie prosta, lecz niech was to nie zwiedzie, bo ta książka jest naprawdę niezwykła i przepojona wiarą, a także ciekawą refleksją filozoficzną i teologiczną. Na drodze poszukiwania Boga, a także na drodze wiary jest to to naprawdę świetna publikacja.
Warto zapoznać się z tą książką.

 


 




Ad.
*cytaty pochodzą z ksiażki Benedykt XVI, Moje duchowe dziedzictwo

niedziela, 22 października 2017

Dariusz Domagalski, 



Angele Dei




Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2016 r.
ISBN: 9788380620117
liczba str.:408
tytuł oryginału: ---------
tłumaczenie: --------
kategoria: fantastyka



( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/310989/angele-dei/opinia/42495073#opinia42495073  )                          




Przeczytałem książkę Domagalskiego zatytułowaną „Angele dei” . Autor w swojej książce kreuje świat literacki na pograniczu dwóch rzeczywistości naszej, realnej historycznej w czasie i w przestrzeni i zaświatowej, czyli piekła i nieba. Autor tworząc tego typu interpretację mitologii hebrajsko – chrześcijańskiej podjął się karkołomnej próby udowodnienia, że może być ona równie ciekawa z czysto literackiego punktu widzenia, co mitologia skandynawska dotycząca wierzeń wikingów lub grecka. Mamy tu koncepcję, która pojawiła się również u innych fantastów Marii Lidii Kossakowskiej i Jakuba Ćwieka, że Bóg odszedł, a jak Pana nie ma to myszy, tu aniołowie, harcują i narobili niezłego bałaganu. Dosłownie cały Wszechświat się trzęsie!
 
Można się domyślać, że autor zastosował personifikację istot niebieskich, aniołowie, to bohaterowie z krwi i kości, kochają się, w tym pożądają, nienawidzą, i to właściwie niezależnie od tego, czy po dobrej stronie są obdarowani łaską Bożą, czy w piekle są skuci łańcuchami i cierpią. Są istotami piekielnie zazdrosnymi o nas ludzi, że Bóg obdarował nas duszą i wolna wolą, a oni, mimo, że przecież co niektórzy są obdarowani wielką mocą, to i tak są stworzeni po to, żeby służyć Bogu, ale widać bycie na posyłki Boga przez wieczność co niektórych wybitnie irytuje. Mało tego aniołowie w ludzkiej postaci krążą po Ziemi i wykonują misję swoich zleceniodawców, a czasami robią swoją politykę, albo sterują władcami imperiów, albo sami pojawiają się w ich ciele. Archanioł Gabriel opanował szczyty władzy imperium Medów, i poszukuje Arki Przymierza. Bo o ten właśnie legendarny biblijny artefakt mamy tutaj to całe literackie zamieszanie. Rzecz jasna bohaterami są też ludzie, mamy trzech strażników arki, Habakuk ( VI w. p. n. e ) Hugo von Salza, brat Hermana, (XIII w.) , i Marek Burzyński, pisarz, ( XXI w.), i to oni dostali misję tak trudną, że niemożliwą do wykonania, najpierw odnalezienia arki a potem jej pilnowania, a chętnych na Ziemi, niebie i w piekle nie brakuje, żeby przejąć arkę i narobić kłopotów strażnikom. Ci mężczyźni najlepiej jak potrafią wywiązują się ze swoich obowiązków.

 

Książka ma bardzo ciekawą strukturę, niby mamy normalne rozdziały, których wstęp został opatrzony kartą tarota z dość ogólnym opisem co one oznaczają, a potem każdy, z wyjątkiem dwóch ostatnich, zostaje podzielony na trzy części, pierwsza to losy Habakuka, druga to losy krzyżaka Hugo, a trzecia to losy pisarza. W teorii literackiej stosowanie tego typu retrospekcji i powrotów to w zasadzie nic niezwykłego, ale tu jest co innego jest interesujące, czytając książkę od deski do deski akcja leci normalnie jednym ciągiem strona po stronie, i to jest majstersztyk, bo przecież mamy rozrzut w akcji 2500 lat, do tego stopnia, że nie wiadomo czy ktoś by z tego coś zrozumiał gdyby czytał każdą retrospekcje po kolei, na pewno byłaby to zupełnie inna książka. 


Książka jest fascynująca, niesamowicie wciągająca, trudno się od niej oderwać. Pytania, co z tą Arką Przymierza, tablicami dziesięciu przykazań? Czy dobro wygra? Czy Bóg wróci i zrobi porządek, po tych wszystkich atrakcjach jakie sympatyczne aniołki całemu światu we wszystkich wymiarach zafundowali, niczym w filmie „Bruce Wszechmogący"?