piątek, 14 sierpnia 2020

Andrzej Ziemiański, Virion - szermierz

 Andrzej Ziemiański, 




Virion - szermierz



cykl: Virion., t .4 



Wydawnictwo: Fabryka słów

Data wydania: 2019 r.

ISBN:  9788379645169

liczba str.: 640

tytuł oryginału: -------

tłumaczenie: -------

kategoria: fantasy



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4901959/virion-szermierz/opinia/59792250#opinia59792250      




Autor postanowił zakończyć przygody Viriona na tym czwartym tomie zatytułowanym „Virion – szermierz”. Myśle, że zdecydownaie za szybko biorąc pod uwagę, tempo, logikę, całej tej opowieści, tutaj autor spinał się, żeby logicznie poukładać wątki i to zakończyć. Zdradzić można, że drużyna Viriona podążyła do Troy i tam wszyscy czekają na finał. Zapewne od początku czytelnik się zastanawia, jak człowiek wyjęty spod prawa, poszukiwany przez wymiar sprawiedliwości kilku krajów ma zostać szermierzem natchnionym, czyli kimś kto broni słusznej sprawy i zapewne cesarza Luan też. Wyjaśnienie jest proste, ale jak do tego doszło to już jest bardziej skomplikowane. Właściwie ten cykl taki thriller w świecie fantasy, we wszystkich czterech częściach autor pisze sporo o funkcjonowania państwa, różnych służb jawnych, tajnych i powiązania z władzą cesarza, oczywiście władzą absolutną. Są też typowo polityczne spekulacje dotyczących różnych państw tego uniwersum, po drugiej stronie bardzo wysokich gór, jak powszechnie wiadomo z poprzednich książek dotyczących uniwersum świata Achai. Zwłaszcza istotne są różnice między Luan a Troy, które jak wiadomo już niebawem wejdą w skład Cesarstwa Arkach, które obejmie dwa wielkie i mocarstwa i raczej niewielki kraj, a ten byt obejmie prawie cały kontynent.



W sumie ten cykl to dosyć sentymentalny powrót do tego uniwersum. Wyszło to nie najgorzej, wykreowanie ciekawej postaci Viriona i wielu innych, bardzo barwnie przedstawionej. Jednak dużo mniej jest w tym tej całej mitologii, sprowadzone jest to wszystko do poczynań Zakonu w sprawie upiorów, nie tylko upiorzyc jak się okazuje, bo Niki, Nikt, Zmora, Mara, mają również kolegów. Jest to tak opowiedziane, w sposób niemal ezoteryczny, że trudno się domyśleć o co w tym chodzi. Na pewno ten cykl uzupełnia wiedzę o tym uniwersum. Nie ma rozważań o zmianie epok historycznych, o których mowa w klasyku, czyli cyklu „Achaja”.
Tytuł sugeruje czytelnikowi, że szkolenie jakie chcąc nie chcąc Virion podjął u Horecha powoli dobiega końca i mamy okazję przekonać się, że to prawda, Virion, to prawdziwy cyborg, maszyna do zabijania. Nie mniej ciekawe są przygody prokurator Taidy i jej czarownicy, teraz niewolnicy Luny. Obie wykazały się niesamowitym samozaparciem i konsekwentnie dążyły do celów. Miały bardzo trudnych przeciwników, Zakon, organizację bardzo wpływową we wszystkich krajach znanego świata. Na pewno Taida dokonała ciekawie sprzymierzając się z upiorami, no i Virionem oczywiście, przeciwko Zakonowi.
Najlepszym efektem tego owocnego współdziałania, była prawdziwa inwazja na siedziby Zakonu w Luan i Troy, dokładnie tego samego dnia.


Jak zwykle ciekawa jest kreacja upiornej żony Viriona Niki. Jej umiejętności są jak najbardziej przydatne w tych wszystkich epickich przygodach Viriona i jego towarzyszy podróży, a ta podróż ma dwa znaczenia, ten dosłowny, czyli transfer, z jednego miejsca do drugiego, po przenośny, każdy z nas odbywa swoistą pielgrzymkę przez życie, i to doświadczenia generują to kim jesteśmy. U Viriona ta przemiana jest niesamowita od nieśmiałego chłopca, przeciętnego ucznia Gimnazjonu w Mygarth, po człowieka, który musiał używać głowy do różnych celów, żeby przeżyć, i stać się kim został, z jednej strony proces masakrowania ludzi jest szybki, agresywny, niemal bezmyślny, choć to akurat niewłaściwe słowo, bo jak w każdej nauce czegoś nowego, proces myślenia jest tu niezbędny, nawet jeśli uczy się czegoś takiego jak zabijania.


Ciekawe jest to, że również przemiana Viriona polegająca na tym, że powoli wchodzi na taki poziom perfekcji w morderczej robocie, że z ucznia, którym by do tej pory, zmienia się w nauczyciela, i to on uczy delikatną szlachciankę Natriję jak ma się bronić i okazało się, że ma w niej pojętną uczennicę. Natrija dwa razy trafiła w ręce Zakonu, raz wyrwał ją Viron robiąc przy okazji spory bałagan, a drugi raz poradziła sobie sama zabijając trzech rycerzy, a czwartego sprytnie porobiła intelektem, sprytem i bardzo ładnym uśmiechem. Dowodzi to ewidentnie, że w tej krwawej robocie intelekt bardzo się przydaje.


Biorąc pod uwagę, że autor przyjął założenie, że ma zamiar przedstawić młodość Viriona, pełną szalonych przygód, i wychodzenie z opresji z których nie da się wyjść, a jednak daje radę, to książka jest poprawna i jest zgodna z oczekiwaniami. Ciekawe są te motywy, które zbliżają książkę do thrillera, rozpracowywanie przez służby Zakonu, który jest państwem w państwie, a nawet w państwach, bo wszędzie ma swoje wpływy, uzasadniając swoje działania obroną cywilizacji. I tego typu motywów jest zdecydowanie za mało, bo przecież na mitologia nawet zbliżająca uniwersum Achai do science fiction. Ziemiański ustami swoich bohaterów mówi nam, że w kosmosie mogą być tylko ludzie, zielone i jakieś inne dziwne, obce ludziki to fikcja. Można się z tym zgadzać lub nie, ale ma to jakiś sens. Na pewno rozwijanie motywu tego uniwersum jest ciekawe jeśli autor będzie się tego w przyszłości podejmował. Książka jest bardzo dobra, po przeczytaniu ostatniej strony czytelnik żałuje, że to już koniec, a to przecież nie są cienkie, pod kątem zawartości, liczby stron, książki. Ten cykl czyta się niesamowicie szybko, ciężko się oderwać od czytania, a to niewątpliwie jest zaleta. Czytelnik niewątpliwie dostrzega kunszt pisarski autora. Kreacja postaci jest rewelacyjna, bohaterowie są ciekawi, wiarygodni, interesujący. Właściwie mamy tu cały przekrój społeczny, od elit władzy Cesarstwa Luan, po chłopów i niewolników. Teoretycznie nie istnieje instytucja wyzwoleńców jak w starożytnym Rzymie, ale wiadomo, że są niewolnicy, elity, wśród tej grupy, którzy prosperują całkiem dobrze jak np. Luna, czy nałożnica cesarza, w praktyce piąta osoba w państwie, mająca władzę większą niż monarchowie z mniejszych krajów. Podobnie ma się sprawa z kreacją tego całego literackiego świata, uniwersum Achai, jest ciekawa, nie brakuje nawiązań do starożytnego Rzymu, ale tez pamiętamy, że świat jest u progu przemian, czyli wejście w nową epokę, która potrwa tutaj zdaje się ok tysiąca lat, aż do przybycia ludzi z za gór, czyli marynarka wojenna Rzeczypospolitej Polskiej. No ale o tym akurat w tej książce tego nie ma. Po za tym co czytelnik już wie, że ludność tego świata ma otwarte umysły i poradzi sobie z różnymi przemianami zachodzącymi w świecie. A to jak pokazuje historia jak najbardziej naszego świata, jest to bezcenna umiejętność. Książka zatytułowana „Virion –szermierz” jest bardzo dobra, podobnie pozostałe książki tego cyklu. Polecam.


środa, 5 sierpnia 2020

Margaret Atwood, Opowieść podręcznej

Margaret Atwood, 



Opowieść podręcznej 



cykl: Opowieść podręcznej, t. 1 



Wydawnictwo: Wielka Litera
Data wydania: 2017 r. 
ISBN:  9788380321717
liczba str.: 368
tytuł oryginału: The Handmaid's Tale
tłumaczenie: Zofia Uhrynowska - Hanasz
kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na: 














 
Ubi tu, Caius, ibi ego, Caia”*, ta sentencja dowodzi, że w Gilehadzie, kraju, który powstał, po obaleniu demokracji liberalnej w Ameryce, gdzieś w bliżej nieokreślonej przyszłości nawiaząnia do tego motywu w starożytnym Rzymie. Główna bohaterka książki nazywała się Freda, bo została własnością Freda, została podręczną, bo uznano, że jest w stanie spłodzić kilku potencjalnych bojowników, którzy pójdą w bój w walce o idee fundamentalistycznej rewolucji. A to dopiero początek licznych analogii historycznych, które zafundowała autorka, żeby stworzyć bardzo ponurą wizję przyszłości, która w dziwny sposób koresponduje z książką Omara El Akkada, "Ameryka w ogniu", także była recenzowana w ramach wyzwania Book Trotter, i to mimo faktu, że obie książki różni prawie 40 lat. A także, że imię autora świadczy o tym, że pochodzi z innej kultury i doszedł z grubsza do tych samych wniosków co autorka z Kanady. Że trzecie świat może wydarzyć się wszędzie, bo dobrobyt i demokrację da się utracić. Te dwie książki łączy również fakt, że jedną z przyczyn były jakieś perturbacje bliżej u El Akkada była to sprawa niekorzystnych zmian klimatu u Margaret Atwood jest to bliżej nieokreślone, być może związane z dramatycznymi rozstrzygnięciami ziemnej wojny. Są te same pytania co dalej?
W obydwu książkach zachowano ten sam mechanizm, losy jednej rodziny na podstawie wojennej nawałnicy, która opanowała Stany Zjednoczone. Freda straciła swoją rodzinę i została sama na świecie u El Akkada rodzina Chesnutów musiała sobie radzić w ekstremalnych warunkach. Podobieństwo jest uderzające.
Jedna książka uzupełni drugą, bo przecież nie jest tajemnicą, że czerwonych, którzy wygrali rzutem na taśmę, wspierało nowo powstałe imperium Arabskie, i nie trudno się domyśleć jaki porządek ustrojowy będzie preferowany? Wizja Margaret Atwood jest wiarygodną i przerażającą próbą odpowiedzi na te pytanie.


Jak wspomniałem jest tu mowa o wielu koncepcjach historycznych, od świata arabskiego, innych kultur bliskowschodnich, po motywy z wzięte z pomysłów nazistowskich, komunistycznych też bez problemu można znaleźć. Tego typu rewelacje proponują również różne sekty i widocznie autorka ma dobre rozeznanie w tym zagadnieniu. Na pewno to jest dobry intelektualny dyskurs interpretacyjny. Choć nie można powiedzieć o tym, że nie ma w tym wszystkim inwencji twórczej pisarki. Zazwyczaj palenie książek odbywa się troszkę inaczej niż mamy w tej książce. Robią to wszelkiej maści strażnicy, duchowni i świeccy, indeksów, ksiąg zakazanych, wchodzą i rozpalają stos. Tutaj czytelnik odnosi wrażenie, że to jest niemal oddolna inicjatywa, ludzie palą książki, bawią się, tańczą, piją duże ilości alkoholu i cieszą się, że dawny zły świat przemija. Robią to ludzie, którzy pokończyli różne studia tak jak np. Freda, główna bohaterka. Tu rodzą się pytania jak to było możliwe? Wkrótce poszły restrykcje typu, że kobietom zabroniono posiadania kont bankowych np. A to dopiero początek dalej poszło, że kobietom zabroniono wszelkiej aktywności intelektualnej, czytanie było surowo zabronione. To mężczyźni powinni im czytać pożyteczne lektury głównie wybrane fragmenty Biblii, świadczące o zasadności panującego ustroju. Wreszcie doszło do tego, że kobiety nie miały żadnych praw, stały się rzeczami z którymi można robić wszystko. Teoretycznie w trosce o bezpieczeństwo kobiet, jak to można usłyszeć w Afganistanie na przykład. Wprowadzono zasadniczy podział kobiet na żony, marty, podręczne, ciotki, kobiety zachowujące dawny styl życia na potrzeby elit i delegacji z innych krajów, i więźniarki obozów, ta ostatnia, zdecydowanie najgorsza kategoria, to kobiety w podeszłym wieku i oczywiście niepokorne. Właściwie trudno powiedzieć która kategoria gorsza. Kobiety robią wszystko, żeby przeżyć parę lat, a i tak opcja obozowej właściwie nie sposób uniknąć. Schematem jest rozrost instytucji kontrolujących, najniższy szczebel to ciotki, konfidentki, to znane jest z obozów koncentracyjnych. Dalej aniołowie, funkcjonariusze, strażnicy, pilnujący moralności swoich podopiecznych i całe mrowie jawnych i tajnych służb strażników rewolucji, po komendantów, szefów resortów, dowódców na froncie, kasty absolutnie uprzywilejowanej.


Opowieść Fredy przetrwała ponoć na kasecie magnetofonowej, jedną z interpretacji jest, że jest to swoisty manifest feministyczny, a jako taki musi być jawnie wrogi dla ustroju Gileahadu. Ciekawostką jest, że z Kuby nadaje Radio Wolna Ameryka, nie trzeba nikomu tłumaczyć skąd znany jest ten motyw. Właściwie każdy dzień w życiu Fredy to wolność o przetrwanie. Pewnie pomagało jej to, że była piękną kobietą. Bo inaczej jakim cudem przeżyłaby próbę zdrady kraju, czyli ucieczkę do „zachodniej” Kanady. Umieszczono ją w specjalnej instytucji, gdzie kiedyś była szkoła, i pilnowano. Miłość w naszym rozumieniu była zbrodnią, karaną śmiercią. Seks z obydwu stron był właściwie obowiązkiem wobec ojczyzny, nie mogło być mowy o przyjemności, z jednej i drugiej strony, żeby przychodzili na świat nowi bojownicy rewolucji i dziewczynki, które będą kolejnymi podręcznymi na przykład.

Książka jest trudna w ocenie. Z jednej strony jest ciekawa, na pewno potrzebna, z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, żeby była realistyczna, żeby standardy budowane przez tysiąc lat tak cywilizacji Zachodu łatwo, zdecydowanie a łatwo szlag trafił. To jest mocno naciągane jednak. Tak samo jest to naciągane jak w książce „Meczet Notre Dame 2048” Czudinowej, że Arabowie podbiją Europę i niemal natychmiast wprowadzą radykalny szariat i to przejdzie. Mężczyźni nagle staną się bojownikami za sprawę Islamu i jako terroryści będą podkładać bomby w innych regionach świata, a kobiety potulnie dadzą się sprowadzić do funkcji rzeczy, gdzie ich kotek czy piesek będzie miał większe prawa niż one. Przypuszczam, że ta książka jest z natury rzeczy skandalizująca i prowokująca, a tego typu prowokacje intelektualne są ciekawe. Książka Omara El Akkada, do pewnego stopnia też taka jest tyle tylko, że lepiej zostały tam wytłumaczone sprawy geopolityczne i nie da się odmówić logiczności tym spekulacjom. Natomiast w książce Margaret Atwood niewiele tego jest, zdecydowanie za mało. A jednak niedobrze, no bo przecież tego typu radykałowie jakby wzięli się z Marsa, czy jakiegoś kraju arabskiego byliby dobrze zingwigilowani, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, a gdyby tworzyli zagrożenie byliby wyeliminowani. To musieliby być prawdopodobnie republikanie wspierani funduszami z zagranicy, żeby się udało obalić ustrój i wprowadzić radykalny, dyktatorski, reżim, ale nie da się czegoś takiego z dnia na dzień zrobić w dodatku bez opcji zdemaskownia. Co nie znaczy, że możemy spać spokojnie, że coś takiego nie ma szans nigdzie się wydarzyć. I dlatego ta wstrząsająca książka jest potrzebna, bo być może wszystko kiedyś będzie w naszych rękach. Książka jest bardzo dobra. Polecam






Ad.
*Gdzie ty Kajus, tam i ja Kaja – starożytna sentencja przysięgi małżeńskiej w starożytnym Rzymie


















                      
















   














  


sobota, 25 lipca 2020

Tana French, Bez śladu

Tana French,



Bez śladu 



cykl: Zdążyć przed zmrokiem, t. 3


Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 2013 r.
ISBN: 9788378856016
liczba str.: 480
tytuł oryginału:  Faithful Place
tłumaczenie: Maria Olejniczak Skarsgard
kategoria: thriller



recenzja opublikowana na: 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/151588/bez-sladu/opinia/59241533#opinia59241533                  


https://www.facebook.com/groups/829004030782178






Tana French jest irlandzką pisarką, tworzącą psychologiczne thrillery, książka „Bez śladu”, jest trzecią częścią cyklu „Zdążyć przed zmrokiem”. Jak to w thrillerach lub kryminałach bywa, że cykl jest oparty wokół postaci jakiegoś bohater herosa, tutaj jest motyw, zmrok, jakieś tajemnice sprzed lat i coś, i inne jakieś mroczne historie. Autorka tworzy doskonały klimat, zarówno dzielnic Dublina, konkretnie Faithful Place, jak i pewnych okoliczności. Niby wygląda to na jakiś kryminał raczej tandentny, 19 lat wcześniej ginie dziweczyna głównego bohatera Franka Mackey’a Rosie Daly. Nikt nie niepokoi się jej zniknięciem wszyscy myślą, że wyjechała sama do Anglii, a jej chłopak myśli, że go zostawiła i pojechała sama lub z kimś innym. Aż nagle znajduje się jej walizka, niebawem później jej ciało. I tu dopiero cała fabuła na serio się zaczyna.



Frank Mackey jest licencjonowanym detektywem pracującym na potrzeby policji w Dublinie. I na pewno nie spodziewał się, że jego samego, jego rodziny, przyjaciół, kolegów i praktycznie całej dzielnicy dotyczyć będzie jakieś śledztwo. Sprawa Rosie Daly do tego doprowadziła. Jak to w takich przypadkach bywa, grono podejrzanych jest spore, ale też sprawa wydaje się niemożliwa d rozwikłania. Mamy kolejnego trupa ginie brat Franka Kevin i z automatu to on staje się podejrzanym. No ale sprawa jest dalej w toku.

Warstwa psychologiczna polega na tym, że między bohaterami są rozpracowywane motywy z przeszłości, pomocne są tutaj liczne retrospekcje, przypominanie sobie przez bohatera relacji z Rosie, pojawiające się podejrzenia z kim ona mogła mieć do czynienia, że zamiast wyjechać do Londynu ktoś pomógł jej wyprawić się na tamten świat. Frank dowiaduje się mnóstwo szczegółów, chociażby o tym, że o jego romansie z Rosie wiedziało dosyć spore grono ludzi, gdyby nie ta cała sytuacja on nigdy by się o tym się dowiedział, pojawiają się różne traumy z przeszłości, z okresu dojrzewania, także dość skomplikowane relacje z rodziną. Frank siłą rzeczy musiał wrócić do dzielnicy z dzieciństwa i młodości, w dorosłości poszedł swoją drogą i nie miał zamiaru tam wracać. Wiążą się z tym liczne perturbacje emocjonalne. Zastanawia się jaką rolę mogli odegrać w tym zamiesniu jego bracia, zmarły Kevin i Shay. Czyli również tego powodu sprawa jest trudna.


Często zdarza się w tego typu literaturze, że pojawiają się motywy typowo obyczajowe. Wyrażane są pewne poglądy głównego bohatera, raczej typowo obyczajowe niż polityczne, mające pewne służyć uwiarygodnieniu kreacji bohatera tak jak autorka chce nam przedstawić i jest przekonana, że coś z tego wynika.

Jak to bywa, pytania kto zabił, czy Kewina i Rosie zabił np. ta sama osoba, czy są to oddzielone od siebie zbiegi okoliczności, czy może to tragiczne wypadki i winnych nie ma? Nie ma opcji wszystko logicznie i spójnie dąży do wyjaśnienia a czytelnik podążając torem narracji usiłuje się zastanowić i zgadywać co było i jak i dlaczego?


Osoby pasjonujące się kryminałami i dość mrocznymi thrillerami znajdą coś dla siebie. Polecam.

      
         















Ian McDonald, Rzeka Bogów

Ian McDonald,


Rzeka Bogów


Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 2010 r.
ISBN: 9788374801546
liczba str.: 528
tytuł oryginału:  River of Gods
tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz
kategoria:science fiction 



recenzja opublikowana na

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/49846/rzeka-bogow/opinia/59174046#opinia59174046       


https://www.facebook.com/groups/829004030782178






W irlandzkiej edycji wyzwania Book Trotter zdecydowałem się na przeczytanie i zrecenzowanie dwóch książek, Ian McDonald jest Brytyjczykiem, pochodzenie Irlandzko –Szkockie, z Belfastu, a ponieważ na szczęście ustalono, że pod Irlandię, wchodzi również Irlandia Północna, będąc częścią Wielkiej Brytanii. Ian McDonald jest twórczą książek z gatunku fantasy i science fiction. Parę lat temu czytałem książkę zatytułowaną „Serca, dłonie, głosy”, która w sposób wybitny, przy zastosowaniu schematu dla typowego dla książek fantasy zajmuje się sprawą irlandzką. Fascynujące jest to, że autor poszedł za ciosem i zajął się w swojej twórczości krajami trzeciego świata. Nie zapominajmy mówimy o twórcy prozy typowo fantastycznej, autor udowodnił, że da się, napisać rewelacyjne science fiction o podzielonych Indiach w r. 2040, w książce zatytułowanej „Rzeka Bogów” .Nie trudno się domyśleć, że chodzi o rzekę Ganges, która jest dla hindusów tym czym dla Egipcjan jest Nil, jest w pewnym sensie rzeką świętą.




Autor mam wrażenie chce powiedzieć swoim czytelnikom oraz innym twórcom sf, żeby nie upraszczali swoich koncepcji sf, sprowadzając świat wykreowany do świata typowo zwesternizowanego, niezależnie czy akcja jest na Ziemi czy w kosmosie. Oczywiście nie jest tak, że cały gatunek science fiction sprowadza się tylko do tego typu uproszczeń, bo u naprawdę wielu twórców natrafić można na ciekawe, oryginalne interesujące koncepcje. Chociażby u Herberta, mieszkańcy milionów planet mówią galahem, językiem anglo – słowiańskim, a życiu fremenów z Diuny, niemal przypomina życie społeczności arabskich i to nie tylko ze względu na pustynny klimat planety, ale też pod kątem kulturowym. Natomiast u Simmonsa np. istnieje planeta, której zamieszkują tylko Żydzi, a na drugiej, tylko muzułmanie, tak jakby Żydzi od Silverberga z książki „Roma Eaterna” jednak znaleźli swoją planetę obiecaną. Sam Silverberg w „Kronikach Majipooru” przepięknie pisze o różnorodności ludzi i nieludzi, że na olbrzymiej planecie Majipoor jest miejsce dla wszystkich. Kim Stanley Robinson stworzył wręcz koncepcję, że za 200 lat cała Ziemia będzie trzecim światem, a rolę Zachodu w dzisiejszym tego sposobie rozumienia przejmie Mars i inne kolonie w Układzie Słonecznym, co spowoduje te same tarcia między światami, w tym problem z terroryzmem, które mamy w dzisiejszych czasach. Jednak można odnieść wrażenie, że sporo twórców, zdaje się upraszczać problem uznając, że wszyscy przyjmą za dogmat koncepcję Fukuyamy, że świat uzna za jedyne słuszne koncepcje Zachodu i po problemie. Możliwe, że będzie trzeba uznać kiedyś konieczność zaistnienia jednego państwa globalnego, bo zaistnieje szereg problemów, znanych i niewyobrażalnie nieznanych, i to w wielu koncepcjach się pojawia, i to jest ciekawe na jakich zasadach coś takiego powinno funkcjonować. Jestem przekonany, że to jest ważny problem dla tego gatunku literackiego, bo może się kiedyś okazać, że nie będzie wyjścia, i trzeba stworzyć wszystko na nowo, jedną mitologię państwotwórczą, narodowej, ani religijnej się nie da z wiadomych powodów, ale trzeba stworzyć poczucie ziemskiej wspólnoty i tożsamości.



Tak czy inaczej Ian McDomald przekonuje nas, że trzeci świt nie wyparuje, będzie miał nadal swoje problemy, może nawet pojawią się nowe. Nie znaczy to tylko, że dotyczyć będą one różnych deficytów, problemów finansowych, bo tu autor pisze wyraźnie też o ludziach którzy mają aspiracje intelektualne, biznesowe, dobrze sobie radzą na zachodzie, ale z jakiegoś powodu wybierają swój młody kraj, istniejący od 7 lat Bharat, mamy rok 2047, ze stolicą w Abdullahbadzie. Miejsce akcji miasto Varenesi, istnieje tam Uniwersity od Bharat, gdzie prowadzone są skomplikowane badania naukowe, które dotyczą sztucznej inteligencji. Oczywiście jest tym zainteresowany biznes, bo ludzie rządzący korporacjami zdają sobie sprawę, że to spowoduje liczne zmiany i kolejne zapotrzebowanie na nowe technologie, a dla firm strumienie dolarów. Bharat prowadzi wojnę z sąsiednimi krajami o wodę, a jakże, nie ma dobrego science fiction bez motywu ekologicznego. I to nie są żarty kraj jest na granicy bliskiej unicestwienia. Właściwie nie jest sprecyzowane dlaczego wrogowie się wycofują, przypuszczać można, że była dyplomatyczna interwencja ONZ. 


Postaci w książce są bardzo dobrze wykreowane, jest to wręcz bardzo bliskie powieści obyczajowej. Bohaterów jest dziewięciu i na kartach powieści czytelnik poznaje ich bardzo dobrze, jacy są zawodowo i prywatnie, jak funkcjonują w rodzinach, jak wygląda ich życie, relacje damsko –męskie, itp. Akcja trafia też w kosmos, kiedy Lisa Durnau trafia na orbitę. Pojawia się motyw bardzo dużych kontrastów między biedą a olbrzymim bogactwem, dla nikogo nie jest niespodzianką, że niebawem pojawią się bilionerzy i ta wąska grupa będzie skupiać będzie jeszcze większe aktywa globu, może będzie to nawet porównywalne z państwami. Wszak w niektórych wizjach nie ma państw jako takich, tylko coś w rodzaju korpopaństw. Na pewno perspektywa jest zbyt krótka, żeby autor skłaniał się wyraźnie za tą opcją, ale też zdecydowanie jej nie zaprzecza. Czyżby to była odpowiedź na pytania kim będą Wielcy bracia u Orwella, Huxleya i innych autorów?


Książka jest bardzo ciekawa. Zdecydowanie polecam.
















poniedziałek, 20 lipca 2020

Philip K. Dick, Cudowna broń

Philip K. Dick,



Cudowna broń


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2019 r.
ISBN:   9788380623446
liczba str.: 296
tytuł oryginału:  The Zap Gun
tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski 
kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4855809/cudowna-bron/opinia/59323673#opinia59323673     






Dick uchodzi za jednego z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy science fiction, podobnie jak nasz rodzimy twórca Stanisław Lem, kilkadziesiąt lat temu spekulował o tym, że będzie internet i coś takiego jak media społecznościowe, które zrewolucjonizują relacje międzyludzkie. Jak bardzo tego dopiero będziemy się dowiadywać w przyszłości. Ale niezależnie jak to oceniać, to wiemy, że są sytuacje, że to się rzeczywiście sprawdza i szczególnie ostatnie miesiące empirycznie tego dowiodły. Dicka interesowała sytuacja geopolityczna na świecie i książka zatytułowana „Cudowna broń” dotyczy wyścigu zbrojeń w czasie zimnej wojny. Czyli rywalizacja między USA a ZSRR. Upadku ZSRR mistrz science fiction z USA nie przewidywał co prawda, ale nominalnie jest tam w książce rok 2004, sytuacja niewiele się różni jeśli brać pod uwagę raczej napięte stosunki dyplomatyczne między USA a Rosją, i sprzeczne interesy tych krajów zwłaszcza na bliskim wschodzie. I pod tym kątem diagnozy Dicka są bardzo interesujące. Także to daje do myślenia, że nie da się lansować przez kolejne dekady polityki atomowej po obydwu stronach i rządzący muszą to wiedzieć, dokładnie tak jak to jest w tej książce. Czyli co pozostaje rozwój uzbrojenia tzw. konwencjonalnego. W książce tym artyzmem, tak nie ma tu przesady, w projektowaniu broni zajmowali się Lars Prowdery (Za –Blok) i Lilio Topczewa (Oko Wschód) I oczywiście wszystko byłoby ładnie pięknie, gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka. Pojawiło się zagrożenie z kosmosu i obydwoje musieli się spotkać, bowiem obydwa mocarstwa muszą działać razem i sprostać zagrożeniu z kosmosu. Nie trudno się domyśleć, że zrobi się z tego przy okazji love story, że obydwoje się zakochają.



Książka nie należy do najlepszych jakie napisał Dick, czasem można odnieść wrażenie, że jest naciągana, wszystko co się da próbował autor tam wcisnąć i podróże w czasie, androidów, kosmitów, którzy z Ziemian chcą zrobić sobie niewolników, bo tylko do tego się ich zdaniem nadajemy, tak jakby coś im się pokiełbasiło i na Planetę małp trafili, w sumie wynika z tego, że to dla nich byłby jeden czort czy my mamy np. futerka czy nie. No i że oni są niewyobrażalnie dziwni. Na pewno interesujące są te spekulacje dotyczące polityki i kombinatoryka jak może wyglądać przyszłość dotycząca wojen.




Akcja rozkręca się właściwie dopiero pod koniec książki kiedy Lars Prowdery trafia do Moskwy i przedstawiona mu zostaje rosyjska odpowiedniczka. Są bardzo podobni do siebie nie tylko z racji zainteresowań spraw zawodowych, ale też mają dość szemraną przeszłość i mieli na pieńku z władzą, ale, że byli niezastąpieni, o ile to możliwe, sprawują swoje odpowiedzialne funkcje, a teraz planeta potrzebuje wręcz szalonego geniuszu, żeby sprostać kosmitom z Syriusza, o których wiadomo, że dobrych intencji zdecydowanie nie mają. Czy dadzą radę? Czy uratują naszą planetę?




Książka jest ciekawa, warto przeczytać.

sobota, 18 lipca 2020

Thomas Engstrom, Na północ od raju

Thomas Engstrom, 


Na północ od raju 


Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 2017 r.
ISBN: 9788379999255
liczba str.: 280
tytuł oryginału:  Norr om paradiset
tłumaczenie: Emilia Fabisiak 
kategoria: thriller


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3990171/na-polnoc-od-raju/opinia/59305640#opinia59305640   




Książek, które dotyczą świata szpiegowskiego jest bardzo wiele, ale ile by ich nie było to zawsze znajdą czytelników. Bo przecież nie ma wątpliwości dość spore grono czytelników bardzo interesują motywy szpiegowskie i motywy tajnej rywalizacji między państwami. A więc wszystkie konspiracje, wydobywanie informacji jawnych i niejawnych, w celu analiz, wzajemne rozpracowywanie się, gry szpiegowskie, morderstwa, wpływanie na politykę państw, a nawet całych bloków sojuszniczych. W motywach zimnowojennych prawie zawsze pojawia się rywalizacja mocarstw USA – ZSRR, w dzisiejszych czasach Rosja. Książka Ehgstroma „Na północ od raju” jest o tyle wyjątkowa, że chodzi tutaj w tych szpiegowskich rozgrywkach o małą wyspę blisko Ameryki Kubę. I niech was nie zwiedzie pozorna mała istotność zagadnienia, bo Kuba potrafiła sporo zamieszania narobić. Oczywiście za sprawą rewolucjonistów Fidela Castro, którzy przejęli władzę na wyspie w 1959 r. i utrzymali komunistyczny reżim przez kilkadziesiąt lat i to mimo faktu, że komunizm w większości krajów upadł. Mimo relacje Rosji z Kubą są nadal raczej przyzwoite, co nadal spędza sen z powiek przywódcom amerykańskim. I mamy to też tutaj w tej książce.



Głównym bohaterem jest Niemiec Ludwig Licht, który współpracuje z wywiadem amerykańskim, także w tej sprawie, jaką są zamachy bombowe w tzw. Małej Hawanie, dzielnicy Miami na Florydzie. Od tego zaczyna się fabuła książki. Trzeba wyjaśnić kim są zamachowcy i czy władze Kuby mają z tym coś wspólnego. Te śledztwo rozpoczyna kolejną serię wydarzeń. Celem agenta jest wykrycie spisku, który ma zapobiec zaostrzeniu wykryciu stosunków dyplomatycznych na linii USA – Kuba, jest to o tyle trudne, bo Rosjanie mają swoje interesy na Kubie.


Książka jest też interesująca pod tym względem, bo mamy przemyślenia głównego bohatera dotyczące sytuacji geopolitycznej na świecie, w kwestii kubańskiej jest rzeczywiście wyrażona nadzieja, że poprawa relacji USA z Kubą rzeczywiście nastąpi. Jest też wspomnianych parę ciekawych faktów z historii Kuby dotyczących rządów Castro. To jest niewątpliwie bardzo ciekawe, zwłaszcza jeśli ktoś chociaż trochę interesuje się polityką, historią, kulturą jakiegoś kraju np. Kuby właśnie. Pod tym kątem tego typu książki są dobre. Książka jest ciekawa, warto przeczytać. Polecam.









czwartek, 16 lipca 2020

Steven Erikson, Wspomnienia lodu

Steven Erikson,



Wspomnienie lodu


cykl: Malazańska Ksiega Poległych, t. 3



Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 2012 r. 
ISBN:  9788374802673
liczba str.: 896
tytuł oryginału:  Memories of Ice
tłumaczenie: Michał Jakuszewski 
kategoria: fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/155399/wspomnienie-lodu/opinia/53569285#opinia53569285    






„Malazańska Księga poległych” pisze się dalej, oczywiście nie chodzi tu o kontekst działań autora, bo rzecz jasna Steven Erikson zrobił swoje, napisał genialny cykl, ale o to co mamy w kolejnym tomie zatytułowanym „Wspomnienia lodu”. Oczywiście wyczyny wojowników opisują liczni kronikarze, ale to na polach licznych bitew dzieje się sporo, a śmierć zbiera obfite żniwo. I w tym tomie jest też tego wszystkiego bardzo dużo, bitwy, zdobywane miasta, a więc oblężenia, długie, forsowne marsze przez olbrzymie przestrzenie, ryzykowne na tyle, że żołnierze umrą po drodze, nie mówiąc o zdolności do bitwy, ale jak widać w wojnie motywy typowo taktyczne mają niebagatelne znaczenie. Mamy wojnę na pograniczach imperium Malazańskiego: Darurdżystan, ostatnie z Wolnych Miast na Genabackis i Capustan, miasto położone na północ od Catlin. No i to o co chodzi w wojnach, nie tylko zdobycie terytorium, ale także uzyskanie konkretnych korzyści gospodarczych, dokładnie tak było w przypadku zdobycia przez imperium jednego i drugiego miasta.



Interesujący jest tytuł „Wspomnienia lodu”, który sugeruje historyczność tego fantastycznego uniwersum, zresztą początek powieści ma miejsce prawie 300000 lat przed snem Pożogi, akcja właściwa 1164 snu Pożogi.Bowiem Pożoga jest też panią Ziemi, śpiącą Boginią. Myślę, że dobrze tu wnioskuje, że ta Pożoga jest czymś w rodzaju motywu końca czasów, np. tak jak mamy w „Uniwersum Diuna” autorstwa Herbertów, motywu burzy u Sandersona, czy białego zimna u Sapkowskiego. Tego typu motywy zwracają uwagę czytelnika z jednej strony na motywy klimatyczne, że klimat fluktuuje i potężną, nie do ujarzmienia siłę żywiołów od których my ludzie jesteśmy zależni niezależnie od świata w którym autorom przyjdzie do głowy akcję umieścić. Motywy końca czasów często mają związek z religią, i tutaj w tym cyklu mamy niesamowicie skomplikowane mitologie dotyczące spraw wyższych, boskich. Z jednej strony mowa tutaj o Okaleczonym Bogu, a z drugiej pojawia się K’rul i cała świta pradawnych bóstw.





Ciekawostką jest, że pojawiają się w powieści Rhivijczycy, nie trzeba wyjaśniać co za koniunkcja sfer ich tam wytrzasnęła. Mieszkańcy Rhivi byli koczowniczymi pasterzami zamieszkujący równiny środkowej Genabackis. Motyw talii kart w tym cyklu dziwnym zbiegiem okoliczności kojarzy się z taliami z gry Wiedźmin 3. Tam były, talie, tzw. frakcje, królestw północy, Nilfgardu, Skeligge, Potworów, Scoia’tael. Tu w książce jest mowa tylko o talii smoków, czy będą inne?




Czytelnik czytając tą kolejną część cyklu coraz lepiej wciąga się w ten niesamowity świat wykreowany przez autora, dowiadujemy się coraz lepiej, że nie chodzi tu tylko o imperium malazańskie i podboje czynione w imieniu cesarza i chwały imperium. Ale też jest walka dobra i zło, i stąd mowa o bóstwach, czarodziejach żyjących tysiące lat. Czytanie tego cyklu jest niesamowitą podróżą czytelniczą. Książka do łatwych w odbiorze nie należy, ale jest bardzo interesująca. Na pewno będę kontynuował tą czytelniczą przygodę. Chociażby dlatego, że jestem ciekaw jakie dalsze losy spotkają odział Podpalaczy Mostów, przypomnieć warto, że byli oni legendarną, elitarną dywizją Malazańskiej Drugiej Armii, należą do nich Dujek, Sujeczka, i wiele innych bohaterów.

Zdecydowanie polecam.