wtorek, 18 grudnia 2018

Andrzej Pilipiuk, 



Wampir z KC 




cykl: Wampir z...., t. 3 








Wydawnictwo: Fabryka słów 
Data wydania: 2018 r.
ISBN: 9788379643127
liczba str.: 512
tytuł oryginału: --------
tłumaczenie: -------
kategoria: fantastyka



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl






Wakacje [ w: ] A. Pilipiuk, Wampir z KC 




Przeczytałem kolejny tom opowiadań Pilipiuka z cyklu z wampirem w tytule. Trzeci tom cyklu to „Wampir z KC” , tu wchodzi motyw że ‘Mamy kapitalizm, ale kapitalistów zapomnieli dowieźć” i w tym zdaniu zawiera się sedno sprawy, bowiem mamy tu rok 1988 i 1989. Opowiadania z tego pierwszego roku nie różnią się od tych z pierwszych dwóch tomów, czyli mamy tam opisane jak wampiry z warszawskiej Pragi, w sumie jest ich sześć, choć autor raczej skupia się na trójce, czyli Marek, Igor i Gosia, radzą sobie w realiach końcówki lat 80 – tych. W sumie pogląd autora na problem komunizmu jest powszechnie znany i nie omieszka go przedstawiać w swojej książce, tyle, że mamy motywy ewidentnie nostalgiczne i jak to tłumaczyć. Z jednej strony na pewno jest to dokonanie przez Pilipiuka próby nie przedstawiania opisu rzeczywistości w konwencji czarnobiałej, zerojedynkowej, a z drugiej strony pojawia się motyw, że ludzie nie mieli np. problemów z pracą i dobrze sobie radzili z trudnościami tamtych czasów w tym z koniecznością kombinowania na każdym kroku. Jednak pojawiają się stopniowo motywy, w sensie metaforycznym i dosłowny również, że system wyraźnie się chwieje. No i w konsekwencji mamy rok 1989 i wydarzenia w kraju związane z upadkiem komunizmu, i próba ich interpretacji oczywiście na poziomie raczej lekkiej fantastyki, o tym trzeba pamiętać i stąd też biorą się pewne uproszczenie i skróty myślowe, bo nie przypuszczam, żeby znalazło się tutaj miejsce na głębsze analizy. Główni bohaterowie zmagają się z bezrobociem, związane z bankructwem fabryki. No i mamy ich próbę dostosowania się do nowych czasów, jak okazało się ich typowo wampiryczne umięjętności mogą być przydatne w robieniu intratnego biznesu. 



A opowiadanie zatytułowane „Wakacje”, ci pilipiukowscy wampiry–pracocholicy, dzięki którym fabryka przetrwała prawie całe stulecie, wybrali się a wakacje nad Bałtyk, zabrali ze sobą swoją koleżankę Gosię. No i oczywiście zabrali się za kontestowanie systemu, bo to ani nie jedzą, ani rozrywki kulturalne ich za bardzo nie interesowały. Za to znaleźli sobie swoje rozrywki, postanowili przeprawić Bałtyk i wybrać się do Szwecji. O ciekawostka myśląc o książce dumałem, że pewnie pojawi się stary znajomy Jakub Wędrowycz i jego kumpel Semen, i co zaskakujące, ci śmiertelni wrogowie wampirów mieli okazję powalczyć razem z innymi dziwnymi bytami znanymi z horrorów raczej. Zarówno Jakub Wedrowycz, Semen, jak i wampirze towarzystwo czyli Marek, Igor i Gosia trafili na legendarnego latającego holendra i mieli okazję się wykazać. No i ciekawe jak ta konfrontacja się zakończyła?




Jak wspomniałem książka jest łatwa, lekka i przyjemna, choć niewątpliwie swoistym majstersztykiem literackim jest interesujące, niezależnie od tego jakie zdanie, czy poglądy ma czytelnik, mówienie o najnowszej historii kraju, no i o tym jak zwykli ludzie, no tu akurat również nieludzie, czyli wampiry, przeżywają zawirowania historyczne. Książkę warto przeczytać. Polecam.





Arturo Perez Reverte, 



Szachownica flamandzka



Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 2006 r. .
ISBN:   8373199489
liczba str.: 396
tytuł oryginału: La tabla de Flandes
tłumaczenie: Filip Łobodziński 
kategoria: thriller




recenzja opublikowana na lubimycytac.pl: 


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/242830/szachownica-flamandzka/opinia/48666375           







Piszę recenzję, kolejną recenzję w której wcale nie na siłę da się wkręcić motyw szachowy, bowiem w momencie kiedy dwaj najlepsi ludzie na globie toczą między sobą szachową grę o tron, ja czytam i teraz* recenzuję książkę zatytułowaną „Szachownica flamandzka”, której autorem jest Arturo Perez Reverte. Mamy tutaj wyśmienite połączenie motywów sensu stricte szachowych, dalej rozważania na temat historii sztuki, konkretnie pojawia się obraz „Partia szachów” Pietera van Huysa i rozważania typowo historyczne oraz analizy teoretyczne w zakresie teorii sztuki malarskiej, i dalej to wszystko jest połączone ze świetnie napisanym thrillerem psychologicznym co najmniej na miarę Dana Browna, tyle, że hiszpański powieściopisarz był szybszy w wykreowaniu tego typu koncepcji literackiej od znanego amerykańskiego pisarza i odkrył zapotrzebowanie na tego typu tematykę, która pojawia się również u innych autorów. 



Dlaczego wspomniałem o wydarzeniach w Londynie, czyli 12 rundowym meczu o mistrzostwo świata w szachach, który toczą, obecny mistrz świata Magnus Carlsen reprezentujący Norwegię, i jego rywal pretendent do tytułu Amerykanin Fabiano Caruana. Po drugiej stronie Atlantyku wzbudza to emocje ponieważ od czasów słynnego Boby’ego Fisher’a, żaden amerykanin nie dostąpił tego zaszczytu udziału w tej konfrontacji na szczycie, która ma miejsce co 2 lata. Koniecznie wspomnieć trzeba, że pierwsza trwała bitych 7 godzin, było 115 posunięć obydwu graczy. To pokazuje niesamowitą zawziętość obydwu graczy i dawanie do zrozumienia, że odpuszczania tutaj nie będzie, na szybkie remisy też nie ma co liczyć, na razie były dwa remisy, ale to dopiero zawodnicy się rozkręcają i pomyśleć co będzie jak wejdą w decydujące fazę meczu o mistrzostwo świata i czy możliwa jest opcja, że szachiści nie dadzą żyć komentatorom szachowym, kibicom, i oczywiście samym sobie, jeżeli w którejś rundzie będziemy mogli liczyć na pobicie rekordu w turniejowym klasyku szachowym, czyli 20 godzin gry i 269 posunięć? Wszystko tu jest możliwe. Zapytacie zapewne moi drodzy czytelnicy: ki czort? 



Czyli, co ma wspólnego z tym moim oglądaniem z zapartym tchem partii szachowych z Londynu z tym co jest w tej książce?, bo w końcu było nie było zajmuję się recenzowaniem książek. Odpowiedź brzmi; Bardzo dużo bowiem tam wydarzenia są sprowadzone w swej metaforyce do jednej partii szachowej, kontynuacji tego co mamy na obrazie van Huysa. Graczami byli książe Ostenburga Ferdynand Altenhoffen i rycerz, weteran wielu wojen, tych prawdziwych dla odmiany, Rutiger de Pres. Na obrazie mamy również Beatrycze Ostemburską, żonę Ferdydanda, no i oczywiście partię szachów. Wynika z tego której pionki i figury są ustawione z logicznego punktu widzenia/ wiec to niewątpliwie jest prawdziwa partia szachów pełna niesamowitych łamigłówek dających do myślenia. Począwszy od pytania kto zabił rycerza, czyli po angielsku szachowego skoczka.** No i kto jest tym skoczkiem skoro mamy morderstwa w XV w i XX w. Co do obrazu nie ma wątpliwości, że jest to właśnie Rutiger, a współcześnie? Giną osoby z otoczenia Julii, głównej bohaterki, z zawodu specjalistki od renowacji dzieł sztuki. A więc która z zamordowanych osób robi tutaj za szachowego skoczka, czyli rycerza? No i kim są w XV i XX w. kolejne figury i pionki szachowe? Łamigłówka kto tego skoczka zbił z szachowego punktu widzenia jest bardzo fajna, ja sam pogłówkowałem troszkę wykorzystując do tego chess.com-ową tablicę do analiz szachowych dlatego też nie odbiorę wam tej przyjemności moi drodzy czytelnicy, żebyście zrobili to samo. No i dalej próbowali podążać tropem tej partii szachowej, którą musieli toczyć gracze z wysokim poziomem, co najmniej o rankingu FIDE powyżej 2000. ***, i to zarówno ci ze średniowiecza, jak i ci współcześni. Z jednej strony był to szachista z klubu im. Capablanki z Madryty Munoz, a po drugiej tajemniczy niezidentyfikowany gracz, co stanowi jedną z wielu zagadek. Kto gra czarnymi po drugiej stronie szachownicy, w obydwu partiach i jakie jest rozwiązanie tych skomplikowanych zagadek? 

Jak można się domyśleć w książce autor zamieścił próby interpretowania szachów, i dobrze, że dokonuje tego typu analiz koncepcyjnych. Kwestia jest jedna szachy są grą królewską, właściwie starą jak świat, prawie tak starą jak cywilizacja, i co z tego wynika? To, że takich interpretacji może być multum od metafor wojennych począwszy po wiele innych, są grą zaskakującą kryjącą wiele tajemnic do odkrycia i być może szachy internetowe będą miały w przyszłości zasługi na tym polu, choćby z tej racji, że rozgrywanych jest w tym czasie wiele partii, w tym grają również gracze z czołówki światowej, co przyczynia się do popularyzacji tej gry. Oczywiście ścieżka do tego, żeby być dobrym szachistą jest zawsze i będzie trudna niezależnie od tego w jaki rozgrywa się partie, liczy się przede wszystkim siła gry. Na pewno autor pomylił się w jednym człowiek pozostanie człowiekiem i żadna maszyneria nie będzie w stanąć ogarnąć ludzkiego geniuszu i wpływu okoliczności na partie, czy całe turnieje szachowe. No bo np. ciekawe jak program komputerowy interpretował 6 ruchów jednym skoczkiem Carlsena w pierwszych 15 posunięciach, które zagrał absolutny geniusz szachowy i wynikało to z jakiś niesamowitych koncepcji trudnych do zrozumienia i nawet gdyby jakiś wynalazek miał moc obliczeniową setki Carlsenów wszystkiego ”co ludzkie” nie załapie. No ale szachiści dochodzą do tego teraz, Perez Reverte chciał pójść w kierunku SF i da się to zrozumieć. W tym sensie przedstawienie różnych koncepcji szachowych ta książka mogłaby być znacznie zasobniejsza, bo to wynik z bogactwa historycznego, także ideowego jakie ta gra za sobą niesie i wielu ludzi gra w szachy rozumieją tą grę po swojemu. Ja jako pasjonat filozofii tak też tą grę na sposób typowo filozoficzny interpretuję, bo mamy tam mnóstwo kalkulacji, spekulacji, idei, koncepcji, rozegranie dobrej partii to wysiłek porównywalny z przeczytaniem jakiegoś traktatu filozoficznego, inna bajka, że przydaje się w szachach wyobraźnia przestrzenna przy kreowaniu własnych koncepcji logicznych. Chociaż oczywiście można interpretować szachy tak jak to zrobił autor przy wykorzystywaniu przeróżnych koncepcji psychologicznych, w tym psychoanalizy Freuda. Oglądając streamy szachowe można się dowiedzieć, że używa się angielskiego zwrotu „my friends”, nawet jeżeli w partii idzie się na całość i mówi się, zwłaszcza w przypadku ogrania dużo lepszych graczy, że zdobyło się „szachowy skalp” rywala, ale to wynika z wojennej retoryki jakie są szachy same w sobie. 

Mnie oczywiście jako czytelnika fascynuje motyw interpretacji książek szachowych i wypowiadam się o tym w swoich recenzjach i o to też chodzi, żeby te koncepcje intelektualne były interesujące, czasem prowokujące intelektualnie czytelnika recenzji, motywowały do przeczytania książki lub ponownego przeczytania i wydumania skąd taki jeden, autor recenzji wydumał taką koncepcję. Po prostu wychodzę z założenia, że literatura, każdego gatunku, ma swój specyficzny dyskurs, i to jest niezwykle fascynujące odkrywanie tego rodzaju motywów pojawiających się w książkach, co sprawia, że te literackie podróże, tak też nazwałem swojego bloga, są naprawdę fascynujące. 

Książka jest świetna, polecam każdemu, niezależnie od tego, czy interesuje się, sztuką, historią, czy gra w szachy. Bo niewątpliwie to po prostu dobra książka. Czyta się ją z zainteresowaniem, mnie zafascynowały te łamigłówki szachowe, ale te typowe dla kryminału i thrillera zagadki literackie są również ciekawe. Postaci literackie są w sposób niezwykle barwnie wykreowane, w tym ich uczucia motywy postępowania, można by co nieco zdradzić wam moi drodzy czytelnicy coś więcej w tej materii, ale ponieważ to za bardzo by poszło w kierunku spojlera więc niestety nie da rady. Po prostu wchodzi tu jedna opcja przeczytanie tej książki i zlustrowanie samemu jak się sprawy mają. Książkę zdecydowanie polecam.









Ad. 
*( 11 XI 2018 r. ) 
** N - knight 
*** Caruana 2832, Carlsen 2835. Wynik, 6;6, po dogrywce
6 : 9  

 Tytuł mistrza świata obronił  Carlsen, było 12 remisów i  decydowała dogrywka  w tempie rapidowym, szachy szybkie, 







poniedziałek, 17 grudnia 2018

Christian Jacq, 


Sen Kleopatry


Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 2014 r
ISBN: 9788324025169
liczba str.: 368
tytuł oryginału: Le dernier reve de Cleopatre
tłumaczenie: Mgdalena Talar
kategoria: powieść historyczna


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/212432/sen-kleopatry/opinia/48361017   








Przeczytałem ciekawą powieść historyczną znanego pisarza Christiana Jacq’a, specjalizującego się w pisaniu powieści dotyczących starożytnego Egiptu, zatytułowaną, „Sen Kleopatry” no i widać słynna królowa Kleopatra, w historii znana jako Kleopatra VII, musiała się znaleźć, no i oczywiście nie mogło zabraknąć równie słynnego rzymskiego dyktatora Juliusza Cezara. „Gdyby nie słupek gdyby nie poprzeczka” ta para mogłaby nieźle namieszać w całej historii powszechnej, bo tytułowy sen Kleopatry, to bardzo śmiała wizja nawiązania do spuścizny Aleksandra Wielkiego, czyli stworzenia imperium egipsko- rzymskiego, czyli przebicie wyczynów śmiałego Macedończyka. Kto jak nie ta para mogła tego dokonać? No ale marcowe wydarzenia z 44 r. p.n.e, a więc zamordowanie Cezara, czyli słupek, i klęska Kleopatry i Marka Antoniusza w bitwie pod Akcjum w 31 r p.n.e. , czyli poprzeczka, z wojskami Oktawiana Augusta, zapobiegła realizacji tej niezwykle śmiałej politycznej koncepcji. 



Ale dobra dajmy sobie spokój z tymi spekulacjami, a przejdźmy do konkretów, czyli co my tu mamy w tej książce, czyli romans Kleopatry i Cezara. Jednak myliłby się ten który by się spodziewał tutaj jakiegoś love story. Bo ta książka jest przesiąknięta batalistyką, Cezar jako wybitny wódz legionów i wybitny strateg wykazać musiał również na ziemi egipskiej na polach bitew. I co ciekawe zrobił to przy dość sporej przewadze wroga, czyli zwolenników braterskiego małżonka Kleopatry Ptolemeusza XIII. Mamy tu wszystko co w dobrej powieści historycznej powinno się znaleźć postaci historyczne i fikcyjne, postawy moralne, bohaterstwo i tchórzostwo, transformacje mentalne, wykazywanie się na polu bitwy, omawiane analizy strategiczne, co dowodzi, że słusznie szachy są odpowiednią metaforą wojny, bo na przykładzie tej książka można odnieść, że dwóch wybitnych szachistów siadło do partii szachów, bo trzeba przyznać, że Egipcjanie mieli nie tylko przeważającą siłę liczebną, ale też całkiem dobrych dowódców, czy była to królowa rywalka Arsinoe, Ptolemeusz XIII, generał Achillas, eunuch Ganimides wykazali się poprawnymi działaniami pod kątem wymagań branży wojskowej, a dowodzona przez ich armia biła się dobrze mając przeciwko sobie legiony rzymskie, które historyk Peter Heather porównał do współczesnych oddziałów Marines, armii USA, a więc wojsko znające się na swojej krwawej robocie, które pod dowództwem Juliusza Cezara przeszło niejedną batalię wojenną. Jednak egipscy zwolennicy króla Ptolemeusza XIII mieli pecha, bo Cezar był postacią wybitną w swoich czasach i nawet z tak beznadziejnych opresji jak te opisane w książce, był w stanie wyjść z tego cało i jak wiemy z historii zgarnął pełną pulę i wygrał wojnę. Kleopatra przejęła pełnię władzy w Egipcie. Bardzo dużym kosztem, bo chociażby miasto Aleksandria zostało zniszczone, w tym spalona została słynna biblioteka Aleksandryjska. 


Nie mam wątpliwości w tej sprawie, że warto tę książkę przeczytać, i poznać okoliczności w jakich poznali się Kleopatra i Juliusz Cezar i poznać koleje miłości tych dwojga ludzi, przeplatanych wielką polityką i wojną. Polecam



piątek, 14 grudnia 2018

Andrzej Pilipiuk, 


Reputacja



cykl: Światy Pilipiuka, t. 7 





Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2015 r.
ISBN:  9788379640836
liczba str: 400
tytuł oryginału: ------------
tłumaczenie: -----------
kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl: 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/259796/reputacja/opinia/48246940                                           








Szachownica [w: ] A. Pilipiuk, Reputacja





Ostatnimi czasy oprócz rzecz jasna książek wszystko kręci się u mnie wokół szachów. Ostatnio oglądałem relacje z olimpiady szachowej gdzie nasi zrobili rewelacyjny wynik czwarte miejsce, przy czym do ostatniego posunięcia figurkami szachowymi, bo było nie było „szachownica jest kwadratowa, a króle są dwa”, walczyli o złoto. No ale, że rywale z Indii też walczyli o medal i wyszedł z tego niechciany przez nikogo, acz rewelacyjny remis. A inni rywale zrobili swoje w tej wyrównanej stawce i wyszło co wyszło, czyli najlepszy wynik w historii powojennych szachów. Także z tej okazji wybór musi być oczywisty, pojawić się musi w mojej recenzji opowiadanko zatytułowane „Szachownica”, które warto przybliżyć wam moi drodzy czytelnicy. 


W tym opowiadaniu chodzi o tajemniczą szachownicę, która wpadła w ręce jednego z pilipiukowskich bohaterów Roberta Storma. Robert jest archeologiem z wykształcenia, podobnie jak sam autor, jak zapewne wiecie moi drodzy czytelnicy, no i pasjonatem historii, zagadek z przeszłości i tak dalej. Bohater tego i paru innych opowiadań lubi też przeprowadzać renowację staroci zarabiając przy tym nie małe pieniądze, bo albo antyki sam znajduje, albo skupuje je za grosze lub za butelki płynnych specyfików mające w sobie sporą zawartość alkoholu. Tak dokładnie było z szachownicą, którą kupił od praskiego menela, ksywka Profesor, biorąca się stąd, że rzeczywiście ów osobnik trudnił się pracując naukowo na wyższej uczelni. Jak widać Robert doprowadził szachownicę i pionki do idealnego stanu w tym dorabiając te brakujące. I jak można się domyślać literacka zabawa w tym momencie się zaczyna, bowiem autor trafił na jakiś tajemniczy szyfr, każde pole szachownicy było oznaczone literką i głowił się jak to rozpracować i czy nie ma do czynienia jakoś z motywem szpiegowskim. Czy rzeczywiście tak będzie? Doszedł do wniosku, że można szyfr odczytać skacząc skoczkiem po szachownicy, bo ponoć można konikiem wskoczyć ma wszystkie pola szachownicy i znaleźć się w ten sposób tylko raz na poszczególnym polu. Jak tego dokonać pomogli Robertowi emerytowani szachiści z klubu szachowego. 
Czy zagadka zostanie rozwiązana?

Polecam te szachowe i pozostałe opowiadania z tego tomu.





czwartek, 13 grudnia 2018

Andy Weir, 


Marsjanin 



Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 2014 r.
ISBN:   9788328705326
liczb str.: 384
tytuł oryginału: The Martian
tłumaczenie: Marcin Ring 
kategoria; science fiction 



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/235716/marsjanin/opinia/48027586        





Andy Weir napisał „Marsjanina” w sumie można się głowić czy to coś w stylu „Marsa” Kosika. Niekoniecznie, chociaż motyw kolonizacji planety pada w refleksji głównego bohatera. No ale zacznijmy wszystko od początku, mamy tu po prostu kosmicznego Robinsona Crusoe, czyli rozbitka, dla którego wyspą stał się cały Mars, planeta wręcz nieludzka dla zwykłego człowieka. Co prawda przeciętnych ludzi w kosmos NASA nigdy by nie wysłała. Tylko astronautami zostają lidzie wybitni, wykształceni o pewnych psychicznych predyspozycjach będąc latami szkoleni żeby przeżyć ekstremalne sytuacje podejmować paskudnie trudne, wręcz niewyobrażalne decyzje decydujące o życiu i śmierci. I takie coś mamy tutaj w książce. Amerykański astronauta został sam na Marsie. Najpierw uznano go za martwego, potem jednak sprawa się wyjaśniła. I co dalej? Mamy sytuacje skomplikowaną, bohater Defoe jak pamiętamy wytrzasnął sobie Piętaszka, Mark Whitney, główny bohater nie miał tego luksusu, był całkiem sam. Miał za to inne luksusy dostępną kosmiczną technologię wartą miliony dolarów, którą wykorzystywał do … utrzymywania hodowli ziemniaków, żeby po prostu przeżyć kilkaset dni. Potem dopiero zdołał osiągnąć łączność z Ziemią, docierając do urządzeń pozostawionych dawno temu przez poprzednie misje marsjańskie, ale i tak nie było to łatwe. Książka jest napisana w formie pamiętnikowej w którym znalazł się tu zapis 18 miesięcznego pobytu Whitneya na Marsie. Wydarzenia toczą się też na Ziemi w centrali NASA, no  i w kosmosie na Hermesie, statku, którym podążał na Marsa Whitney. Niby to wszystko banalne, wydawać by się nawet mogło, że książka jest nudna jak flaki z olejem, autor uraczył tutaj swoich czytelników upierdliwym wręcz wałkowaniem motywów technicznych trudnych do zrozumienia i wyobrażenia sobie nawet, ma to uzmysłowić czytelnikowi możliwość – niemożliwość 549 soli na Marsie, doba marsjańska, czyli sol właśnie to 24 h, 39 min. Główny bohater każdego dnia natrafiał na śmiertelne zagrożenia, przy których nawet minimalny błąd kończył całą przygodę śmiercią. Aż trudno sobie wyobrazić presję i stres z tym związane.




W zasadzie to można by zamknąć książeczkę i przejść nad nią do porządku dziennego. Tyle, że jednak autor uprzykrzył ładnie życie swoim czytelnikom pytaniami sensu stricte filozoficznymi które się pojawiają. Są to motywy typowo aksjologiczne, na ile można oszacować życie ludzkie? No bo przecież to jasne, że że wszystko co wiąże się z kosmosem to nie są tanie rzeczy, tu kwoty sięgają miliardów dolarów i co ciekawe nie tylko amerykanie, ale także Chińczycy, być może również Rosjanie sprawą się zainteresowali ujawniając przy tym pewne tajemnice strategiczne, wojskowe itp. Odpowiedź tą poznajemy i jest ona pozytywnie zaskakująca. Druga to Motyw marsjańskiej przygody Marka Whitneya zainteresował wszystkie stacje telewizyjne na globie, co przy współczesnej tendencji do bigbratheryzacji telewizyjnej wszystkich wydarzeń, tu siłą rzeczy też coś takiego miało miejsce i to trafiło na pierwsze miejsce medialnych list przebojów. 


Książką jest niesamowita, warto ją przeczytać. Polecam.
Jack Wiliamson,


Legion umarłych 


Wydawnictwo: Alfa
Data wydania; 1993 r.
ISBN: 8370017444
liczba str.: 279
tytuł oryginału: Legion of Time
tłumaczenie: Jolanta Zagrodzka, Andrzej Wróbel
kategoria: science fiction 





recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/60843/legion-umarlych/opinia/48130815     






W tej książce * mamy dwa opowiadania Jacka Wilimsona. Pierwsze to „Legion umarłych”, drugie „Ostatni ziemianin”. O autorze warto wiedzieć, że jest jednym z rekordzistów twórców książek z gatunku science fiction, które pisał przez kilkadziesiąt lat. Czytając książkę dumałem dlaczego mamy lata 20 i 30 XX w.? Odpowiedź jest prosta to była dla Wilimsona współczesność, bowiem tekst zatytułowany „Legion umarłych” zaczął pisać w roku 1938. Ta data jest o tyle istotna, że wtedy kreowanie literackich koncepcji SF było niewątpliwie trudniejsze i wymagało większej pomysłowości, wyobraźni literackiej i tego wszystkiego co w tym gatunku być powinno. To drugie opowiadanie przypomina twórczość Lema, a przecież Polski wybitny pisarz tworzył parę dekad później i być może zetknął się z twórczością Wiliamsona. 




Mamy ten motyw w opowiadaniu „Ostatni ziemianin”, że robot Margath zaczął rządzić swoimi twórcami, czyli ludźmi włącznie z cesarzem Imperium Galaktycznego, tworząc korporacje robotów. Główny bohater Barri Horn, też w latach 30, a wiec parę dekad przed Gagarinem, poleciał w kosmos i krążył po kosmosie na obszarze nieskończenie wielkim przekraczając liczne bariery w czasie i przestrzeni, jego podróż trwała dobrze ponad milion lat. Okres wystarczająco długi, że powstawały i upadały cywilizacje na licznych planetach, my Ziemianie mieliśmy osiągnięcia w kolonizacji licznych planet, tylko ten robot, skoro nie pozbył się jeszcze ludzi, poradziłby sobie, i nie powstała rzeczywistość znana z lemowskiej „Cyberiady”, czyli literackich motywów bajek robotów, uznać należy, że jednak do czegoś byliśmy mu potrzebni. Czyżby była tu jednak przestroga autor dla nas czytelników, że taki blaszany badziewiak może kiedyś zmienić zdanie, i dopiero da nam nieźle popalić aż nas wykończy. Zapewne przebije w tym szale przemysłowego zabijania nazistów.


Co do utworu zatytułowanego „Legion umarłych” czasy rzeczywiście pasowały do koncepcji. Główny bohater Danny Lanning spotyka obie królowe z przyszłości Lethone i Sorainię, kobiety piękne zwalczające się nawzajem, bo tylko jest miejsce dla jednej nich, bo zależy jak ustali się trajektoria prawdopodobieństw czasowych, jeszcze na studiach, gdy czytał naukowe opracowania z fizyki dotyczące czasu. Lethone rządzi Jonbarem, a Sorainia rządzi Gyronią. Obie niezwykłe piękności podrywają Danny’ego, bo z jakiś bliżej nieokreślonych powodów to on człowiek z epoki kamieni łupanego, bo z perspektywy przyszłości tak dalekiej, że żadne daty tu nie padają, może również liczonej w milionach lat, ma możliwość ustawienia właściwiej opcji prawdopodobieństwa czasowego. Danny ma paskudny wybór, musi osobiście zabić jedną z kobiet, a w obydwu kocha się szalenie, obie o to się ładnie postarały na swój sposób. Wiemy, że obie są niezwykłe, jednak ta okrutna, zła i podła Sorainia wzbudza u samego autora, potem zaraz głównego bohatera, a na koniec w nas czytelnikach sprzeczne emocje, bo te zło jakie reprezentuje Sorainia zostało zapakowane co najmniej równie pięknie co tolkienowski pierścień władzy i pozbycie się go graniczy z cudem. Być może celowo pojawiła się u Wiliamsa tutaj ta tolkienowska metafora, żebyśmy mogli lepiej zrozumieć jakiż to niesamowity dylemat miał hobbit Frodo i wielu innych bohaterów trylogii. No i tutaj nie tylko Danny przecież za Sorainia z miłości szaleje, inny bohater był przez nią przez kilkanaście lat torturowany, w sensie dosłownym, cudem zdołał ujść z tych atrakcji z życiem. W efekcie Sorainię tak samo nienawidził jak i ja kochał. Bo podobno żaden facet Soraini zabić nie jest w stanie. Widać pewnego polskiego przysłowia autor nie znał i to Danny i pozostali członkowie legionu umarłych muszą się z tym zadaniem uporać. A koncepcja wydaje się oczywista. Przez milionletnią czasoprzestrzeń o wielu trajektoriach prawdopodobieństw w dodatku nie można transferować żywych ludzi. Ekipa zebrała się niezła, każdy z nich znał się na wojennym fachu brali udział w licznych konfliktach lat 30 i to zanim wybuchła kolejna globalna awantura! Swoje umiejętności po odrodzeniu w przyszłości potrafili perfekcyjnie wykorzystać, o dziwo wykorzystując przy tym konwencjonalne uzbrojenie z pierwszej połowy XX stulecia. Pytanie jest oczywiste, która z dam wygra, a z nią rzeczywistość Jonbaru lub Gyroni? 


Autor dowiódł, że da się napisać coś w rodzaju przygodowego science fiction z pasją, romantyczną awanturą, językiem zbliżonym raczej do przygodowego thrillera niż do tego trudnego języka literackiego, często przy zastosowaniu naukowej terminologii, do jakiego przyzwyczaili swoich czytelników twórcy science fiction. Dlatego niewątpliwie warto tą niezwykle barwną i przebojową opowieść przeczytać. Natomiast utwór o „Ostatnim ziemianinie” jest bardziej zbliżony do standardów SF, jednak postać Dondary, opiekunki diamentowego kamienia, artefaktu zdolnego zniszczyć Margatha, pojawia się. Tak jakby autor chciał wyrazić swój pogląd, że postaci kobiece również w koncepcjach science fiction powinny się pojawiać, i swoją kobiecą intuicją i zapewne nie tylko nieźle mieszać w fabule powieści. Nie wiedzieć czemu mi Sorainia kojarzy mi się z Nicci, czyli Panią Śmierci, u Goodkinda, której autor poświęcił zresztą cykl „Kroniki Nicci”, dając tym samym dowód fascynacji tą niezwykłą bohaterką. Tak czy siak nie wątpię wcale, że te dwie kobiece, Lethone i Sorainia, bohaterki gdzieś tam pewnie będą się zawsze kołatać w moich myślach, może w jakiś recenzjach do nich nawiążę, tak jak teraz do czarodziejsko pięknej Nicci, kto wie. Polecam 






środa, 12 grudnia 2018

Wojtek Miłoszewski, 



Farba


cykl: Wojna.pl, t.2 



Wydawnictwo: W.  A.  B.
Data wydania: 2018 r.
ISBN: 9788328053618
liczba str.: 446
tytuł oryginału: ------------
tłumaczenie; ----------
kategoria: thriller


recenzja opublikowan na lubimyczytc.pl: 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4845067/farba/opinia/47919416      







Polska zgodnie z oczekiwaniami przegrała wojnę z Rosją na kartach książki zatytułowanej „Inwazja”. Zgodnie z literackim konceptem Wojtka Miłoszewskiego była to pierwsza część cyklu „Wojna.pl”. Niewątpliwie ten cykl jest ambitnym planem wykreowanej rzeczywistości literackiej w stylu political fiction, który poraża i przeraża swoim realizmem politycznym, bo niewątpliwie stary/ nowy car Rosji Władimir Putin jest politycznie nieprzewidywalny i niebezpieczny, gorszą wiadomością mogłoby być tylko to, że zapewne dałoby się znaleźć jeszcze bardziej ambitnych jastrzębi na Kremlu, których szef państwa póki co trzyma w ryzach. Tutaj mamy rzeczywistość postwojenną. Polska jest zrujnowana w szczególności Katowice i Warszawa, więcej szczęścia miały Łódź i Kraków, które de facto spełniają funkcje metropolitarne. Naród jest wyraźnie udręczony po tym jak mieliśmy tutaj drugą Czeczenię, to przy okazji a propos budowania drugich Irlandii czy Japonii, baczmy my wszyscy tylko, żeby mniej fajne opcje politycznie nie wchodziły. Inna bajka, że Rosjanom zależy, żeby przynajmniej propagandowo wszystko ładnie pięknie wyglądało stad jednak odbudowa przynajmniej niektórych dzielnic polskich miast rusza pełną parą. Jednak ciemnych stron starego/nowego PRL-u, jacyś ruscy spin doktorzy wykazali albo się poczuciem humoru, albo zaskakującą znajomością realiów, bo jak by powiedział nasz klasyk „ciemny lud to kupi”, nie brakuje. Mamy tu zaskakujący mix realizmu politycznego drugiej poł XX w., a czasem widoczny jest motyw raczej popowstaniowej rzeczywistości drugiej poł. XX, że aż dziwne, że stara nazwa Priwislinskij kraj nie wróciła. No ale jednak przybysze ze wschodu próbują stworzyć pozory normalności, przynajmniej dla tych którzy mają dość konformistycznie podejście i współtworzą administrację nowego państwa na wszystkich szczeblach. Jeden z bohaterów Michał Barański wraca do branży pedagogicznej, zostaje nauczycielem historii, opowiada nam czytelnikom realia nowej szkoły, w których dyrektorowie są tylko marionetkami, a nad prawidłowością przebiegu procesu edukacyjnego czuwają oficerowie polityczni ze wschodu. Przegląda też podręczniki historii zrobione według odpowiednich standardów, które widać na wschodzie wciąż trzymają się nieźle. Internet też jest rosyjski, który ma być pomocny w inwigilacji polskiej ludności i tępienie w zanadrzu niepodległościowych zamysłów. Działa FARBA organizacja niepodległościowa. Niektóre działania polskiego podziemia są rzeczywiście brawurowe jak bardzo ładne, i efektowne pozbycie się namiestnika, zastąpił go gen Przybylski, marionetkowy prezydent, jak pamiętamy z pierwszej części określany przez wojskowych bohaterów książki, pewnym słówkiem na k… Jedno mnie zastanawia, czy to nasi mieli taki „wybitny pomysł”, czy jednak został przetransferowany wprost z siedzimy KUBO, czyli nowej ubecji, żeby zrobić z FARBA’y organizację terrorystyczną, a z takiego obrotu sprawy pierwszy ucieszyłby się sam car Władimir, a zaraz potem zaraz cała reszta świata. Robert Gurski odmówił wykonania pewnego rozkazu wykazując więcej wyczucia politycznego niż jego wojskowi przełożeni. W warunkach wojny oznaczało to jedno, zarobienie jednej kilku kulek. 



Myślę, że nie ma potrzeby więcej się rozpisywać, poznajemy dalsze losy znanych już bohaterów, pojawiają się też nowi, czyli mamy akcję w realiach wyniszczonego wojną kraju. Oczywiście autor oprowadza też czytelnika po politycznych, w dużej mierze, tajnych salonach gdzie rozgrywa się globalna geopolityka. Wygląda na to, że jednak III wojna światowa wisi w powietrzu, dla nas to pewnie wszystko jedno, bo i tak siedzimy na metaforycznej kupie gruzu, ale czyżby dla nas to była kupa szczęścia tak jak sto lat temu gdy była pierwsza wojna światowa? Czy może jednak światowe mocarstwa dojdą do dość przykrego i zarazem brutalnie pragmatycznego wniosku, że my się nie nadajemy do tego, żeby mieć swoje państwo i tylko wieczne problemy z nami, i cała literacka atrakcja zakończy się kolejnym rozbiorem? Dedukuję to z tego jakim rozumowaniem kierują się znani nam z ekranów telewizorów i komputerów zachodni politycy, którzy są autentycznymi bohaterami cyklu. Przy tej okazji, i kilku innych również, Wojtek Miłoszewski celuje dość celnie i trafnie w aktualnie rządzącą partię. No ciekawe co tam nam czytelnikom autor przyszykuje w kolejnych tomach cyklu? Drugi tom jest równie dobry jak pierwszy, a to jest dobra wiadomość, że autor utrzymuje tak wysoko postawioną poprzeczkę na tym samym wysokim poziomie, co w przypadku cyklów nie jest ani proste, ani oczywiste, dlatego trzeba podziwiać Miłoszewskiego, że swój pomysł realizuje w sposób niezwykle precyzyjny i daje nam czytelnikom do myślenia. Książka jest świetna polecam.