czwartek, 14 marca 2019


Isaac Asimov,


Ja, robot


cykl: Roboty, t 1


Wydawnictwo:  Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2019 r. 
ISBN: 9788380624832
liczba str.: 240
tytuł oryginału: I, Robot
tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki 
kategoria: science fiction 



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 







Zapewne niektórzy z was moi drodzy czytelnicy pamiętają, że czytałem, recenzowałem również, cykl „Fundacja”, której autorem był m. in. Isaac Asimov. Poznaliśmy w tym cyklu niezwykłego gościa robota o nazwie R. Danael Oliwaw. Zapewne w kolejnych częściach cyklu jako czytelnik będę miał okazję dowiedzieć się, czy R. Danael Oliwaw był produktem finalnym ekspertów z korporacji U. S. Robot, czy może był robotyckim przypadkiem, który wymknął się spod kontroli, ponieważ był za dobry i za cwany, żeby sztuczki robione przez robopsychologów mogły zidentyfikować jego prawdziwy potencjał i na całe szczęście, bo ludzkość zyskała w nim dobrego sojusznika i wizjonera. No ale pewnie odpowiedź na te pytania poznam w przyszłości a na razie zajmę się co my tu mamy. Odpowiem krótko zwięźle i na temat. Dzieje się. 



W kwestiach kosmicznej geopolityki jest ciekawie, w przyszłości, prawdopodobnie XXII w., ludzkość jest zdolna podróżować daleko w kosmos i zakładać liczne kolonie w kosmosie. Na Ziemi powstają cztery unie polityczne, które wchłonęły wszystkie państwa, najliczniejsza jest wschodni, czyli ta w której znalazły się Chiny i tak zajmujące większość obszaru tej unii. Po jakimś czasie te cztery unię sfederalizowały się tworząc jeden ziemski rząd ze stolicą w Nowym Jorku. Ludzkość liczy ok 3, 3 miliarda ludzkości, czyli przypuszczać można, że przynajmniej 2/3 ludzkości poszukało sobie niczym Żydzi wieczni tułacze nowej Ziemi obiecanej w kosmosie. W ten sposób został wyregulowany nadmierny przyrost naturalny. Jak wiemy znaczna część tych ludzie wejdą w skład nowo utworzonego gdzieś daleko w kosmosie Imperium, które będzie nowym centrum cywilizacyjnym i obejmie mliony planet. A Stara Ziemia zostanie zapomniana, będzie odgrywać legendarno – mitologiczną rolę, będącą jakimś kulturotwórczym punktem odniesienia dla tej nowej cywilizacji. 





Akcja książki zatytułowanej „Ja robot” toczy się zarówno na Ziemi jak w kosmosie. Bohaterami są ludzie, głównie pracownicy korporacji U. S. Robots specjalizujący się w konstruowaniu, ale także serwisowaniu robotów, z czym bywają duże kłopoty, bo te roboty wychodzące z fabryk korporacji U. S. Robots są coraz bardziej inteligentne, czyli wykonują bardzo dobrze i bardzo szybko powierzone im zadania, to jednak ich myśli podążają w różnych kierunkach trudnych do wychwycenia. Mamy np. robotów pasjonujących się literaturą, czytających mnóstwo książek i dzięki temu próbują rozpracowywać działania ludzi. Mamy też roboty sceptyków i roboty mających objawienia religijne. Niektórzy zabawiają się w tym co robią wróżki, czyli mówią, doskonale wyczuwają, co ludzie chcą usłyszeć, że np. wkrótce powstanie wakat na kierowniczym stanowisku, i ten go wkrótce obejmie, albo, że ktoś kogoś kocha itp. Niezły dowcipniś. No i mamy ludzi specjalizujących się w robotach. Chociażby specjalistkę od robopsychologii Susan Calvin. Jej zadaniem jest weryfikowanie zachowań robotów, czy przypadkiem nie stanowią one zagrożenia dla ludzi i dla działań do których roboty są kierowane. 

Recenzując kiedyś "Perfekcyjną niedoskonałość” Jacka Dukaja w recenzji wspomniałem o tym, że za jakieś tysiąc lat ludzi nie będzie gorszyło, że jakiś polityk czy duchowny jest robotem. Isaac Asimov spekuluje, że taka możliwość może zaistnieć dużo szybciej, może nawet za kilkadziesiąt lat, no może nieco ponad setkę. I nie ma opcji, żeby podejrzenie o bycie robotem przez polityka strony przeciwnej nie stało się elementem negatywnych kampanii wyborczych i ciekawe jak tego typu oskarżenia będą wpływać na głosy wyborców. No i czy możliwe będzie, że politycy będą używać sobowtórów, żeby odwalali np. czarną robotę, żeby mogli sobie w tym czasie wybrać się na urlop, no i czy decyzje polityczne podejmowane przez roboty nie będą robiły zamieszania czy to w sprawach podejmowania decyzji politycznych czy chociażby prawidłowego zachowywania protokołu dyplomatycznego. Jeśli tego typu futurystyczne spekulacje Asimova i innych fantastów mają sens oznacza to, że przyszłość będzie bardzo ciekawa. 





Książka jest wybitna. W dodatku napisana zaskakująco przystępnym językiem, czasem wręcz dowcipnym przypominającym twórczość Stanisława Lema, chociażby motywy, które pojawiały się w „Cyberiadzie”. Niewątpliwie warto się tym przekonać, że Isaac Asimov ma interesujące pomysły dające do myślenia. Polecam!

piątek, 8 marca 2019


Maciej Siembieda,



444


Wydawnictwo: Wielka Litera
Data wydania: 2017 r. 
ISBN: 9788380321625
liczba str.: 560
tytuł oryginału: ----------
tłumaczenie: ----------
kategoria: thriller 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:




Przeczytałem książkę zatytułowaną „444” Macieja Siembiedy. Widać nasi pisarze, wcześniej robił to chociażby Zygmunt Miłoszewski, chcą empirycznie dowieść jednej rzeczy, że również potrafią tworzyć tzn. pisać powieści w stylu amerykańskiego pisarza Dana Browna i wychodzi to całkiem przyzwoicie.



I dokładnie to tutaj w tej książce mamy, począwszy od rozważań dotyczących historii sztuki, rozkładania na czynniki pierwsze jednego lub kilku obrazów, interesująca teoria spiskowa, tajemnicza organizacja strzegąca jakiejś starej jak świat tajemnicy, która po ujawnieniu może narobić sporo zamieszania, szybka, niesamowicie wciągająca akcja. To nic nowego właściwie bo to wszystko pojawia się w tego typu powieściach. Jednak autor ma parę interesujących pomysłów. Motywy typowo historyczne, robionych w ramach wszelakich retrospekcji autor włączył bezpośrednio do akcji, co dało naprawdę wyśmienite efekty, bo oprócz typowej w XXI wieku, mamy tu tak zwane historyczne długie trwanie i spojrzenie na problematykę z perspektywy ponadtysiącletniej. Do tego autor dołączył pomysły z zakresu political fiction, a nawet tu kompletne zaskoczenie pomajstrował także z koncepcją znaną z typowo dystopijnych powieści science fiction, wychodząc z zupełnie słusznego założenia, że historia to nie tylko wydarzenia, które przykryły grube warstwy kurzu, ale w kontekście typowo procesualnym historia to dokładnie to co jest dzisiaj, a także to co będzie za parę setek lat. I w tym znaczeniu autor ma bardzo ciekawe podejście, co daje niezwykle piękną, wielowymiarową powieść, którą można interpretować na wiele sposobów. No i pytania, które zadaje autor razem z czytelnikami czy koncepcja rzeczywistego polityczno – społecznego pojednania jest możliwe, czy to science fiction, bo zawsze znajdzie się ktoś po obydwu stronach, kto zechce tego typu koncepcje storpedować, bo przecież dżihady i święte wojny bardziej przemawiają do ludzi niż koncepcje pokojowe. Dobre pytanie. Co do jednego może się udać każdego z nas przekonać, że zarówno wśród chrześcijan, jak i wyznawców islamu znajdują się mądrzy ludzie, którzy myślą inaczej niż większość. Czy to wystarczy, żeby to miało sens? 


Schemat tego typu powieści autor zachował w tym znaczeniu, że jest główny bohater, Jakub Kania, prokurator IPN-u, towarzyszy mu piękna kobieta Katarzyna, która jest wnuczką prokuratora  Kazimierza Karewicza. Dziadek Kasi, który pracował w Komisji ds. badania zbrodni hitlerowskich, ponoć aktywa i wszelkie dokumentacje, procedury itp. przejął po 1989 r. Instytut Pamięci Narodowej.  Zresztą sam Jakub Kani ma  doskonałe dokonania w ściganiu zbrodniarzy nazistowskich, co docenili Izraelczycy.   Ta Komisja do spraw badania zbrodni hitlerowskich w latach 70 XX w. wszczęła procedurę poszukiwań obrazu Jana Matejki „Chrzest Warneńczyka”. Procedura została zawieszona z powodu podejrzeń, że obraz spłonął wraz z pożarem mieszkania holenderskiego SS –mana w Amsterdamie. Co prawda Karewicz podejrzewał, że to mistyfikacja, ale nie było dowodów. Intrygujące, że ów osobnik Manten współpracował z Żydem Stieglitzem, co jest ciekawe, gdyż miał na sumieniu całkiem niezłą liczbę pomordowanych Żydów na kresach Rzeczypospolitej, gdy wkroczyli tam Niemcy.   Przy okazji dokonywano grabieży dzieł sztuki, a ów Manten był dobrze zorientowany o zasobach kolekcjonerskich osób narodowości Żydowskiej.  Wracamy do XXI w. przekonując sie, że Karewicz i Kania mają wiele wspólnego ze sobą. Sprawą interesował się dziennikarz Paweł Włodarczyk, jemu przydarzył się wypadek dziwnie podobny do tego jaki 20 lat wcześniej miał prokurator Karewicz.  W całą tą aferę został wplątany Mossad, wywiad Izraelski, polska jednostka GROM, sprawa ociera się o najwyższe czynniki państwowe kilku państw, także w ramach struktur NATO. Jakub Kania jest dobry w swoim fachu, więc siłą rzeczy to zamieszanie nabiera rozpędu. Czy działania Jakuba Kani będą na tle skuteczne, że rozwikła ten niesamowity węzeł Gordyjski?


Co z tym wszystkim wspólnego mają wyznawcy Allacha? Czytelnik dowiaduje się, że chodzi tutaj o tajemnicze proroctwo Arby, dotyczące możliwej opcji pojednania, ma być ich cztery począwszy od 1000 r , dalej 1444 r, 1888 r. i na koniec 2332 r. Co się wydarzyło/wydarzy w tych konkretnych rocznikach i czy misje pokojowych powierników mają jakikolwiek szansę. Jednym z nich był król Polski Władysław Warneńczyk, który zdołał na trzy dni dokonać tego pojednania, ale próba została storpedowana przez czynniki polityczne i kościelne. Do bitwy pod Warną doszło, gdzie wojska koalicji chrześcijańskiej przegrały, a młody król Polski i Węgier zmarł w czasie bitwy. 


Książka jest naprawdę fascynująca, oprócz tego całego wciągania w akcję czytelnik ma okazję poznać parę różnych ciekawostek, zaintrygować się, że na podstawie obrazów polskich malarzy da się stworzyć ciekawe teorie. No cóż pozostaje zaprosić tej niezwykłej podróży literackiej w wiele miejsc, kilka epok historycznych. Biorąc te wszystkie czynniki pod uwagę, książka nie jest wcale za gruba, pomimo tych ponad 500 stron. Po prostu rewelacja!

niedziela, 24 lutego 2019

Michael Gregorio,





Krytyka zbrodniczego rozumu


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2007 r.
ISBN: 9788308039663
licba str.: 519
tytuł oryginału: Critique of Criminal Reason
tłumaczenie: Ewa Rudolf
kategoria: kryminał





recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/32475/krytyka-zbrodniczego-rozumu/opinia/50218902#opinia50218902



Kręcąc się między regałami w bibliotece skusiła mnie książeczka zatytułowana „Krytyka zbrodniczego rozumu”, której autorem jest Michael Gregorio. Co prawda kryminały to nie jest moja bajka, ale tzw. retro kryminały oparte o konkretne realia historyczne, to już troszkę inna historia. Tu mamy Królewiec na przełomie wieków XVIII/XIX, autora zaintrygowała postać filozofa Immanuel’a Kanta, która postanowił umieścić w książce jako jednego ze swych bohaterów i osnuć wokół Kanta całą swoją opowieść. 




Głównym bohaterem jest nowo mianowany prokurator Królewca Hannu Stiffeniis. Uznano, że potrzebny jest prawdziwy fachowiec ponieważ w Królewcu straszy morderca, krąży po mieście i zabija ludzi. Na ulicy można się dowiedzieć, że to sprawka diabła. Narzędziem zbrodni był przyrząd przypominający szpon diabła co miało uwiarygodnić tą zabawną historyjkę. Sprawa nabrała rozpędu jak za tą niełatwą sprawę wziął się nowy prokurator, no i oczywiście najbardziej znany racjonalista z Królewca prof. Immanuel Kant. Sprawa się toczy, giną kolejni ludzie, są również pewne tropy. No i na koniec pytania, czy sprawca zostanie ujęty?


Książka jest interesująca, znacznie bardzie byłoby ciekawe gdybyśmy mieli więcej refleksji o filozofii Kanta, a jednak troszkę mniej o sprawach codziennych. Można zrozumieć intencje autora. Jednak jeżeli czytelnik sięga po daną książkę, w której mowa o filozofach, to chciałby jednak się czegoś ciekawego dowiedzieć, przy okazji rozwiązywania tutaj np. motywów kryminalnych. Książka i tak jest wystarczająco gruba, więc dodatkowe 50, czy 100 stron na ten temat by jej nie zaszkodziło. Na pewno dużym pozytywem jest, że czytelnik poznaje mentalność mieszkańców Królewca. No i realia epoki, niemal w przeddzień kiedy wojska francuskie cesarza Napoleona Bonapartego będą szły na wschód, jak wiemy z historii dotrą aż do samej Moskwy włącznie. Wszyscy się głowią jak będzie wyglądało wejście w życie idei oświeceniowych, które wszyscy zapewne znają. 
Na razie w Królewcu wszyscy mają na głowie tajemniczego mordercę, mamy spekulacje czy nie jest mordercą jakiś francuz, ewentualnie szpieg. Motywy polityczne są brane przez organa ścigania na na poważnie. Książka jest dobra polecam.



wtorek, 19 lutego 2019

Dominika Rosik,




Projekt królowa



Wydawnictwo: Zysk i Ska
Data wydania: 2017 r. 
ISBN:  9788365676764
liczba str.: 504 
tytuł oryginału: ---------
tłumaczenie: ------
kategoria: thriller 



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 






Szachy, szachy, szachy i w kółko te szachy na okrągło u mnie wchodzą. Do tego stopnia, że nawet w zwyczajnych książeczkach motywy szachowe wynajduję i wychodzi mi to całkiem nieźle. Szachy pojawiły się w książce „Projekt królowa” Dominiki Rosik. Mamy tu do czynienia z tajemniczym psychologicznym eksperymentem robionym przez doktora psychiatrii Stone’a i jego zespół badaczy w klinice im Zygmunta Freuda. W projekcie Stone’a bierze ośmiu młodych ludzi, wiek ok 20 – 30 lat i mają grać w szachy: Alex – pionek b2,  Britta - skoczek b1, Emily- goniec c1, George- goniec f1, Jian –pionek a2, Katia – wieża h1, Mathew – hetman d1, Olaf – król e1, Te szachy to coś w rodzaju wirtualnego RPG-a, w którym w zamyśle Mathew, autora gry miały biorą udział realne. Stone na potrzeby eksperymentu zmodyfikował zasady gry. Gra pół składu białych figurek i pionków, 2 pionki, 6 figur. Zbita figurka przepada, spada w otchłań, w taki sposób, że uczestnicy wierzą, że te osoby umierają. Zmienną jest tylko figurka hetmana, tak, że w jednej turze, około 2, 3, 4 posunięć, tym sposobem hetmanem mający decyzję do posuwania pozostałych figur, król tylko w szczególnych przypadkach mógł dokonać korekty. Celem było oprócz wygrania partii przeżycie. Czarnymi drewnianymi figurkami kierował doktor Stone. Pozostałe 8 figurek i pionków białych też były drewniane. Pacjentów, króliki doświadczalne, umieszczono w podziemnym laboratorium w taki sposób, że te osoby nie wiedziały jak stamtąd wyjść. Na czym konkretnie polegać ma eksperyment czytelnik i bohaterowie, uczestnicy eksperymentu doktora Stone’ dowiadują się na końcu.





Ta fascynująca, jak każda partia szachowa, ruszyła. Uczestnicy poznają zasady gry, w sensie na czym polega rozgrywanie tej konkretnej gry, troszkę zmodyfikowanej. Ta książka w zamyśle autorki ma przypominać „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins, tyle, że rozgrywane na polach szachownicy, czyli królewskiej gry, które jak powszechnie wiadomo są metaforą wojny, rosyjski arcymistrz Dawid Bronstein nazywał deskę szachową mapą sztabową i mi zdarza się tego określenia używać, i jestem przekonany, że ten pomysł wypalił, bo dramaturgia zdarzeń jest niesamowita. Czytelnik się wczuwa w to co mamy w książce i głowi się czy tak rozplanowaną rozgrywkę szachową rzeczywiście da się przeżyć? Dziwi mnie jednak bardzo ofensywne podejście graczy po stronie białych, przy założeniu, że jak najwięcej osób ma przeżyć ta szachową rozgrywkę. Jedyną zaletą jest dążenie do szybkiego rozstrzygnięcia, partia trwa raptem 15 posunięć. Jednak efektem takiego podejścia jest, że kilka figurek spada w przepaść z pola bitwy. A przecież da się rozgrywać tak partie szachowe klepiąc tzw. pozycje remisowe, stosując np. pionkowe kamienne ściany, przy stosunkowo niewielkich stratach przez większą część partii. Rekord partii rozgrywanej bez zbicia ani jednej figurki wynosi 94 posunięcia. Tyle pewnie by nie dali rady zrobić, ale te 30 posunięć to spokojnie można wyciągnąć. Drugie moje zastrzeżenie, że uczestnicy zmarnotrawili bardzo dużo czasu, zamiast przysiąść i klepać do upadłego zadania szachowe, ewentualnie spróbować rozszerzyć teoretyczną wiedzę jak rozgrywać otwarcia, poanalizować troszkę partii, itp., a oni tam najzwyczajniej w świecie się obijają. Pewnie trudno byłoby napisać ciekawie tą książkę gdyby uczestnicy siedzieli i zadanka robili. Muszą się przecież poznać, mamy w tej grupie różne typy osobowości, od genialnego matematyka, po napakowanego muskulaturą ochroniarza, każdy ma swoje historie, przeżycia, bohaterowie są kilku narodowości, co też im nie ułatwia życia. I to jest ciekawe pod kątem kreacji postaci i przedstawienia ich psychiki co dla autorki jest ważniejsze niż szachy. Ja nie ukrywam, że szachy mnie bardziej tu interesują. Chyba tylko matematyk Jiang przyłożył się do tego typu działania i widać ma pojęcie o co chodzi w grze w szachy i miał duży wpływ na przebieg partii, ale ci… zajrzyjcie do książki Intryguje mnie motyw, dlaczego do grupy nie trafił jakiś branżowy szachista, jakiś streamer. Czyżby Stone obawiał się, że jest za cienki, a może chodziło o to, że taki ktoś natychmiast zostałby liderem grupy i pokierowałby grą całej reszty i ten zaskakujący element chaosu by przepadł. Pewnie o to musiało chodzić. Fakt czasu było niewiele a oni musieli się poznać, zgrać się jako grupa, żeby rozegrać tą nietypową partię, podejmować trudne decyzje w warunkach ekstremalnego stresu. No i dążyć do wygrania partii. 



Na pewno dobrze, że autorka potrafi zainteresować czytelnika szachami, w sumie można byłoby troszkę więcej ciekawostek szachowych zawrzeć i sprawić ,że ta książka będzie atrakcyjniejsza. Przypuszczam, że bardziej doświadczony szachista znalazłby jeszcze kilka fajnych sposobów jak gracze mieliby to rozegrać, wygrać partię i sprawić, że wszyscy gracze wyszliby cało tej rozgrywki. Ciekawe czy to jest możliwe? Ale też trzeba zrozumieć autorkę, gdyby tam siedział jakiś gość, mistrz lub arcymistrz byłoby to ciekawe tylko dla pasjonatów szachów, a koncepcja był taka, żeby tym motywem zainteresować każdego czytelnika. I to zdecydowanie autorce się powiodło. Książka jest naprawdę fascynująca i mnie naprawdę zachwyciła. Autorka ma koncept na kolejne tomy tej opowieści mam nadzieję, że będą równie ciekawe. Książkę zdecydowanie polecam.


niedziela, 3 lutego 2019

John Grisham, 




Ława przysięgłych 





Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 2017 r. 
ISBN: 9788365781321
liczb str.: 512
tytuł oryginału: The Runaway Jury
tłumaczenie: Paweł Korombel
kategoria: thriller


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:







Znajdowanie książeczek pod choinką to na pewno jeden z niewątpliwie dobrych sposobów na czytanie książek. „Ława przysięgłych” to dobra książka, choć niekoniecznie w moim typie czytelniczym. Jak ktoś uwielbia dramaty sądowe, to będzie zachwycony. Akurat w przypadku tej książeczki mam nieodparte wrażenie, że mamy, oprócz rozgrywki prawników między sobą, również ludzi po obydwu stronach, których pragnieniem wzbogacić konta bankowe o ładne sumki w dolarach liczone. No bo jedni zgłaszają pozew przeciwko jednemu z koncernów tytoniowych, żeby zgarnąć pieniądze, a drudzy chcą storpedować ten plan, żeby zarobić na swoim biznesie jeszcze większe pieniądze, gotowi są wszelkich możliwych działań, żeby storpedować ten plan, żeby to nie zaszkodziło tym biznesmenom pod kątem reklamowo – marketingowym poświęcając spore fundusze na to, żeby sprawa nie wymknęła się spod kontroli. 





W stanie Missisipi mamy proces wytoczony przez rodzinę zmarłego Wooda, że palenie papierosów przez kilkadziesiąt lat przyczyniło się do jego śmierci. No i z tej racji walczą o wysokie, wielomilionowe odszkodowanie. Sprawę prowadzi sędzia Harkin, no i mamy również 12 przysięgłych, którzy maja orzec po które stronie jest racja, czy składających pozew, czy jednak firm tytoniowych, którzy bronią swoich racji na Sali sądowej i po z nią. Głównym przedmiotem rozgrywki sądowej są właśnie przysięgli najbardziej podatni na manipulacje i ewentualne próby wręczania korzyści majątkowych i nie tylko, żeby odpowiednio zgłosowali. Sędzia Harkin jest uwrażliwiony na tego rodzaju próby wpływania na wymiar sprawiedliwości, które miały miejsce przy okazji innych procesów, a ma świadomość, że byli to ci sami ludzie, przedstawiciele koncernów tytoniowych, ale czy jego działania będą skuteczne? Proces rusza, przez Wysoki Sąd i adwokatów są przepytywani świadkowie obydwu stron. W sprawie wypowiadają się lekarze, z tytułami naukowymi, autorytety naukowe w swoich dziedzinach, mówią jednoznacznie o szkodliwości palenia tytoniu. Proces toczy się dalej obydwie strony podejmują odpowiednie działania prawne, żeby na sali sądowej osiągnąć swój cel. Jak się zakończy proces?



Książka jest interesująca, czytelnik z drobiazgową precyzją poznaje funkcjonowanie amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości przy tego typu sprawach o odszkodowanie. Autor niewątpliwie wykazał się kunsztem literckim w opisywaniu postaci i wykreowaniu fikcji literackiej. Czytelnik przy okazji głowi się czy tu rzeczywiście chodzi o jakieś dobro, które musi pogonić zło. Czy po prostu jacyś kombinatorzy toczą swoje gierki? To już każdy czytelnik książki sam osądzi. Polecam.

wtorek, 29 stycznia 2019


Ray Bradbury,




Kroniki Marsjańskie



Wydawnictwo: Pruszyński i S-ka
Data wydania: 1997 r.
ISBN: 8371800231
liczba str.: 247
tytuł oryginału: The Martian Chronicles
tłumaczenie: Paulina Brainter - Ziemkiewicz, Paweł Ziemkiewicz
kategoria; science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 







Najwyższy czas było zabrać się za klasyk SF „Kroniki Marsjańskie” Raya Bradbury’ego, jestem przekonany, że raczej banalne będzie stwierdzenie, że czytelnik znajdzie w tej książce czego można się spodziewać po tym wybitnym pisarzu. Motyw kolonizacji wielu planet ekscytuje tak wielu pisarzy, że nie sposób wymienić. Książkę zatytułowana „Mars” napisał Rafał Kosik i widać ewidentną inspirację twórczością Amerykanina. Mamy też nowość „Marsjanina” Andy Weier’a. Widać ta planeta nigdy nie przestanie twórców, literackich, filmowych intrygować. A nawet piosenkarz Kazik Staszewski swoje trzy grosze dołożył nagrywając piosenkę „Mars napada”, być może inspirując się chociażby innym klasykiem SF zatytułowanym „Wojna światów" Wellsa. Spokojnie spokojnie, to nie żaden Mars pcha się z ufockimi łapskami do nas, tylko nas nie wiadomo jakie licho kusi rozpracować Marsa i zrobić sobie z tej planety drugą Amerykę, Australię itd… Oczywiście tubylcy okazali zaskakującą znajomość ziemskiej historii i wyraźnie, że ani myślą podzielić losu amerykańskich Indian, czy rdzennych mieszkańców Australii. Co zrobili?



A to już zależy od tego jak zinterpretujemy zamysł literacki pisarza, który jest niejednoznaczny, bo ciekawe jak interpretować ładowanie Ziemian do marsjańskich psychiatryków, i inne ciekawe historie z którymi kolejne ekspedycje marsjańskie miały do czynienia, które krótko mówiąc ginęły w akcji. Gdy Marsjanie połapali się, że kolejnych inwazji Ziemi powstrzymać się nie da, wymyślili bardziej subtelny plan. Ciekawe czy wojna nuklearną na Ziemi sami sobie wydumaliśmy, czy jednak efekt dalszych kombinacji Marsa jak tu wyniszczyć konkurencję i jakieś resztki Ziemian, które zdołają dotrzeć na Marsa humanitarnie utrzymać przy życiu w jakimś rezerwacie dziwów kosmicznych. Głowy za to nie dam, czy rzeczywiście taka jest intencja pisarza, ale tego typu pomysły pojawiały się w literaturze SF chociażby u Clark’a w cyklu „Odyseja czasu” Pierworodni stosowali iście makiawelliczną zasadę divide et impera, dziel i rządź, czyli w praktyce zawczasu dokonuj eliminacji konkurencji. W „Odysei kosmicznej” jest odwrotnie z kolei, to przybysze z kosmosu z dzikich małp niczym boskie genius loci, duchy opiekuńcze, dokonali artystycznego dzieła i stworzyli cywilizowanego człowieka. Traktowali kosmos jak wielki ogród, gdyby ewolucja np. na Ziemi przybrała zły obrót nie zawahali by się dokonać dzieła zniszczenia. Czy Marsjanie to również tego typu podobne istoty z kosmosu? A to już zadajcie sobie sami to pytanie moi drodzy czytelnicy? W teorii Marsjan wykończyła jakaś ziemska choroba, ale ta koncepcja jest zadziwiająco mało przekonująca i nie wynika ona przecież z jakiś niedokładności autora, tylko jest to celowe, ścisłe i precyzyjne zrealizowanie pewnego celu, a mianowicie ma zdrowo uprzykrzyć życie czytelnikowi dając mu nieźle popalić, żeby rozruszać szare komórki i stosować spekulację logiczną głowiąc się nad tym co mistrz Ray Bradbury chce nam przekazać. 




Jak wspomniałem ekspedycji było kilka, w końcu, któraś bezpiecznie utrzymała się na Marsie, i potem nastąpiła kolonizacja tej planety. Koloniści przekonali się niebawem, że Mars będzie ich domem czy tego chcą czy nie, bo nie ma dokąd wracać, bo Ziemię rozniosły na strzępy atopowe i jeszcze gorsze wynalazki, które przez lata były gromadzone w arsenałach kilkudziesięciu krajów. Pada w tekście konstruckcja lingwistyczna, „Nie spóźnić się na rakietę” , w kontekście tak jakby ktoś wybierał się na autobus miejski, żeby przejechać w nim kilka, kilkanaście ulic na drugą cześć miasta. Czy to kiedyś będzie rzeczywistość? Dobre pytanie. 




Co tu więcej się rozpisywać, książka jest po prostu wybitna. Koniecznie trzeba ją przeczytać.

niedziela, 27 stycznia 2019

Patrick Suskind


Pachnidło 



Wydawnictwo: Świat Książki

Data wydania: 2005 r.
ISBN:  8373919023
liczba str.: 252
tytuł oryginału: Das Parfum: Die Geschichte eines 
tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz
kategoria: powieść historyczna





recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 


   


Suskind napisał nieźle zakręconą książkę, coś w rodzaju mieszanki stylów thrillera, retro kryminału i typowej powieści historycznej, a w dodatku w tym miszmaszu mamy coś w rodzaju traktatu psychologicznego traktującej o naturze ludzkiej w kontekście zapachu, niby nie ma nic odkrywczego w tym, że lubimy ładne zapachy, a na brzydkie kręcimy nosem lub wzbudza w nas mało sympatyczne wrażenia. A jednak sprawa nie jest tak banalna i oczywista jak by mogło się wydawać, bo autor zdaje się nam sugerować, że ludzkość ma ładnych parę tysiącleci cywilizacji za sobą i złazimy z tego drzewa i uparcie się tego drzewa trzymamy. Co autor ma na myśli? Czytaliście może „Los utracony” Imre Kemresza, główny bohater, obywatel Węgierski, być może Żyd z pochodzenia, opowiada pierwsze wrażenia z pobytu w obozie w Oświęcimiu, o tym jacy to Niemcy są fajni, elegancko ubrani, przystojni, pachnący i tak dalej, a więźniowie to zawszone, śmierdzące brudasy. Jak się sprawy mają, kto w tym interesie jest dobry, a kto zły przekonuje się bardzo szybko. I w tej książce, o której mowa, też jest mowa o tym, że manipulując zapachami można zwyczajnie robić ludzi robić w konia. Mam nieodparte wrażenie, że gdyby główny bohater Jan Baptysta Grenouille, geniusz rzemiosła perfumeryjnego, a także wybitny geniusz zbrodni, zrobiłby u nazistów niesamowitą karierę, bowiem okazałoby się, że da się w fabrykach śmierci nie tylko mydło z ciała ludzkiego i futerka z włosów produkować, ale także dałoby się wyprodukować również zapach i zainkasować z tego tytułu wiele miliardów marek lub dolarów. Idea była przecież ta sama, zdehumanizownie człowieka i zrobienie z niego produkt. Podobna koncepcja pojawiła się w jednej wizji przyszłości, w książce „Atlas chmur” Mitchella, tam koncern Papa Song robił z ludzi produkty mydło, pokarm fabrykantów, pracowników firmy niskiego szczebla, a także białkowe produkty dodawne do hamburgerów. Dla Grenouille’a był tym produktem był ludzki zapach, dosłownie wydarty 25 młodym kobietom i zrobienie tego najlepszego pachnidła jakie tylko da się stworzyć. Tego typu obłędnie szalonego pomysłu, jaki miał główny bohater książki sam Vlad Dracula by się nie powstydził.


Tyle da się powiedzieć o literackiej koncepcji interpretacyjnej jaką da się zlustrować w tej książce. Pomysł Suskind miał niesamowity, mamy tutaj coś w rodzaju życiorysu zbrodniczego geniusza, który urodził się na śmierdzącej kupie od resztek ryb i miał być wyrzucony razem z tymi śmieciami, ale zbieg okoliczności sprawił, że przeżył, podobnie jak wiele innych życiowych atrakcji.
Potem lata młodzieńcze były lepsze, bo odkrył swoje zdolności, na taki nos jaki on ma to skarb, który został doceniony, bo tworzył świetne perfumy, praktycznie na skinienie palca, potem szukał innych sposobów, kreowania nowych zapachów, perfum, żeby być arcymistrzem w swoim fachu, i tego dowiódł, że jest do tego zdolny, mało tego dowiódł skuteczności ich działania, co i jak było nie ma potrzeby zdradzać, bo nie o to przecież chodzi. Ale jednak jest małe i duże ale, robił to kosztem życia ludzkiego, jest mowa w książce o tym, że on czerpał z tego swoistą satysfakcję, wierząc, że w jakiś sposób unieśmiertelnia te osoby, odkrywając ich zapach. Innych ludzi on jako zbrodniarz ludzi wkurzał, ale też fascynował, jak każdy tego typu geniusz, głowili się jakie będą kolejne jego następne zagarnia, kto będzie kolejną jego ofiarą. Trafnie przewidziano, że 25 jego ofiarą będzie 16 letnia ruda piękność o imieniu Laura, i wszyscy tylko głowili się kiedy Grenouille się do niej dobierze. Jak było?


Książka jest po prostu niezwykła. Autor w ciekawy sposób kreuje rzeczywistość XVIII wiecznej Francji, mentalność ludzi, głównego bohatera i ludzi z którymi miał do czynienia. Pisze o tym, że ludzi wszystkich klas społecznych otaczał niewyobrażalny dla nas, ludzi XXI wieku smród, i jak widać musiał pojawić się ktoś taki kto miał obsesję na punkcie zapachów, i kto dla stworzenia niczym prawdziwy maestro pięknego zapachu będzie gotów zabić. Polecam.