niedziela, 29 września 2019

Asne Seierstad,


Księgarz z Kabulu 
    


Wydawnictwo: W. A. B.
Data wydania: 2013 r.
ISBN:  9788377479193
liczba str.: 312 
tytuł oryginału: Bokhandleren i Kabul - et familjedrama
tłumaczenie: Anna Marcinkówna
kategoria: książki podróżnicze



recenzja opublikowana na: 




    

                                                                                     

Mamy wrzesień, w Book –Trotterze głosy uczestników tej recenzenckiej, podróżniczej padły na Norwegię. Ja zdecydowałem się na przeczytanie i zrecenzowanie książki Asne Seierstad „Księgarz z Kabulu” i odbyć literacką podróż do dalekiego Afganistanu.


Skoro to jest wszystko jasne, dorabiając sobie wrześniową ideologię, a więc motyw szkolny, zacznijmy tą recenzje od motywu typowo edukacyjnego. No to zacznijmy od lekcji języka afgańskiego (pasztu?):


„J jak jihad, dżihad, to nasz cel na świecie, I jak Izrael nasz wróg, K jak kałasznikow z trzema magazynkami, zwycięstwo będzie nasze, M jak mudżahedini nasi bohaterowie” .
Po czym uczniowie wybierają się na krótką przerwę i po kolejnym dzwonku wybierają się na lekcję matematyki. No to „posłuchajmy”:

„Mały Omar ma jednego Kałasznikowa i trzema magazynkami. W każdym magazynku mieści się 20 kul. Omar wystrzelił 2/3 swoich kul i zranił 60 niewiernych. Ilu niewiernych zabił jedną kulą?"


O tym, że tego typu edukacja przynosi wyśmienite efekty świat ma okazję się przekonywać nie raz.

Głównym bohaterem książki jest tytułowy księgarz z Kabulu, Sułtan Chan, właściciel księgarni, a także cała jego rodzina, w tym dwie jego żony, starsza i dobrze wykształcona Szafira, Sonja, piękna młoda analfabetka. Mamy też jego synów i córki. Asne gości u tej rodziny, właściwie jako gość, kobieta z zachodu, pełni funkcję „bezpłciową”, z tej racji, że mogła odwiedzać zarówno męskie jak i kobiece przestrzenie. Mogła też odzywać się w czasie posiłków, co raczej było reglamentowane i otoczone normami społecznymi, podobnie jak wiele innych, codziennych ról społecznych. Ciekawe, że dość szczegółowo autorka rozpisuje się o zwyczajach weselnych, czyli całe tzw. zrękowiny, kwestie ekonomiczne, to mężowie byli zobowiązani, żeby zapłacić za żonę rodzinie w gotówce, złocie lub w dobrach ruchomych i nieruchomych. Trzeba nie zapominać, że rodzina Sułtana Chana według afgańskiej rachuby ekonomicznej uchodzi za człowieka bardzo bogatego, a przecież dobrze wiemy, że tym kraju zniszczonym dziesięcioleciami regularnych wojen dominuje wszechogarniająca bieda, wręcz głód. Stąd musiał się w książce pojawić wątek rodziny biednego stolarza, który dostał zlecenie od Sułtana Chana, żeby wykonać nowe regały na książki. Księgarz sprzedawał również pocztówki, bo zapewne forma tzw. obrazkowa bardziej docierała do społeczności w której ¾ to analfabeci. Wspomniane pocztówki, znaczną ich ilość, podkradał stolarz, żeby dorobić sobie do honorarium, które otrzymał i miał otrzymać stolarz. Oczywiście jest szeroki wątek migracyjny, sam główny bohater w celach biznesowych pojawia się w sąsiednich krajach: Pakistanie, Indiach, Iranie i Rosji. Mamy chociażby inżyniera, pracującego w afgańskich liniach lotniczych, który sezonowo w Niemczech pracuje jako dostawca pizzy, zarabia tam więcej niż pracując w swojej branży.


Widać ewidentnie, że autorka napisała nie tylko historię rodziny głównego bohatera, ale mamy w książce dosyć szeroką panoramę Afganistanu, próbuje zrozumieć historię tego kraju, jego kulturę, w czym pomocna jest historia samego Sułtana Chana i jego utarczka z politycznymi dyktaturami mniej lub bardziej oparte. Jest to niezwykle trudna historia, zwłaszcza historia ostatnich kilkudziesięciu lat. Niewątpliwie fakt, że sama autorka tam była, nadaje barw całej tej opowieści, która jest niesamowicie emocjonalna, autorka zdaje się przeżywać i przekazywać swoje wrażenia swoim czytelnikom. Oczywiste jest, że ma ona nasz zachodni punkt widzenia na wiele spraw, ale też próbuje zrozumieć realia danego kraju. Na przykład sama chodzi po ulicach w burkach i głowi się jak to możliwe, że można w tego typu ubraniu chodzić przez całe życie. Ona tam była 5 miesięcy w 2001 roku i miała świadomość, że wróci do rodzimej Norwegii. Z tego co zrozumiałem nadal ma kontakt z rodziną Sułtana Chana, co potwierdza moją teorię o emocjonalnym zaangażowaniu autorki, w sensie, że to są ważni ludzie i przejmuje się ich losem, wierzy w to, że po tych wojnach udręczony kraj zazna wreszcie dobrodziejstwo pokoju i dobrobytu za tym idącego, rzecz jasna po wielu latach, przy zapewne dużym wysiłku społeczności międzynarodowej.


Wiele satysfakcji czytelnikom sprawiają intelektualne dysputy samej autorki z Sułtanem Chanem, rozmawiają oni wiele o historii, filozofii, kulturze itd. Widzi w księgarzu równorzędnego partnera do tego typu intelektualnych rozmów. I to niewątpliwie jest fascynujące, bo to jest dowód, że z tymi ludźmi, którzy wyznają wiarę proroka Mahometa da się rozmawiać, co jest wręcz rewolucyjne, bo w potocznym mniemaniu każdy wyznawca Islamu to potencjalny terrorysta i rzeczywiście jest w tym sama zasługa przywódców cywilnych i religijnych i wiele wody upłynie w we wszystkich rzekach na świecie, że to się zmieni. Jasne, że każdy może powiedzieć, że łatwiej rozmawiać z pojedynczym wyznawcą islamu, który może zostać kumplem, bo możemy się przekonać, że ktoś jest inny niż reszta, A wydawać się mogą polityczne i mentalne zmiany w tym zakresie. Nie ma wątpliwości, ze to jest bardzo skomplikowane, bo dokładnie taka jest interakcja dwóch religii islamu i chrześcijaństwa. Na studiach czytałem „Zderzenie cywilizacji” Samuela P. Huntingtona, która sprowadzała się do tego, że świat islamu to inna bajka i my ludzie Zachodu jesteśmy skazani na wojnę z tymi ludźmi z bliskiego wschodu. Wydarzenia z 11 września 2001 r. zdają się tego typu teorie potwierdzać. To wydarzenie przez wielu publicystów uznawane jest za symboliczne rozpoczęcie nowego XXI wieku, gdzie zmienia się natura wojny, bo nowoczesna wojna nie musi toczyć się gdzieś daleko na jakimś końcu świata ale może trwać dosłownie wszędzie na każdym podwórku, bo nie wiadomo z jakiego zaułka wyskoczy wróg i zabije ludzi. Już nie mowiąc o tym, że wojny da się toczyć zdalnie, pry użyciu dronów. Ciekawe czy kiedyś emocje opadną? Czy skończy się to na kolejnych setkach lat brutalnych wojen?


Nie ma opcji ten znak zapytania trzeba pozostawić i na tym zakończyć. Dodać tylko można, że książka jest wybitna, i oprócz poznania typowo podróżniczego kolorytu Afganistanu, ta książka ma również głębszy sens, zwłaszcza jeśli się ją połączy z innymi książkami, w tym wspomnianego Huntingtona. W powieściowych thrillerach świetnie współczesne motywy islamskie pojawiają się chociażby u Frederica Forsytha, chociażby „Afgańczyk” czy „Czarna lista”. Na pewno warto w tym kontekście te książki przeczytać. Czytelnik może się tylko z tego cieszyć, że norweżka Asne Seierstad porządnie przyłożyła się do tej książki i wyszło z tego niesamowite cudo. Zdecydowanie polecam.





piątek, 20 września 2019

Magdalena Kubasiewicz,


Spalić wiedźmę


cykl:  Królewska wiedźma, t. 1 



Wydawnictwo: Genius Creations
Data wydania: 2015 r.
ISBN:  9788379950300
liczba str.: 300
tytuł  oryginału: ------------
tłumaczenie: --------
kategoria: fantastyka

recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:



http://lubimyczytac.pl/ksiazka/259415/spalic-wiedzme/opinia/53610061#opinia53610061






                                             



Trafiłem na dość interesującą książkę fantasy, historii alternatywnych, zatytułowana „Spalić wiedźmę”, której autorką jest Magdalena Kubasiewicz, młoda pisarka i publicystka w zakresie tematyki fantasy i science fiction. Koncepcja literacka, w której główna bohaterka jest wiedźmą, czarownica teoretycznie nie jest nowa, a w Krakowie, stolicy alternatywnej XXI wiecznej Polanii, spokojnie da się dopatrzeć alternatywnej Atlanty, którą pojawia się w powieściach amerykańsko – rosyjskiego duetu, piszącego pod pseudonimem Ilona Andrews. Tam też mamy czarownicę Kate Daniels i całą masę potworów biegających po mieście. Tu mamy jak najbardziej współczesny nam Kraków, Polania jest królestwem, krajem rządzi król Julian, raczej młody człowiek, a Sara Weronika Sokolska jest Pierwszą Czarownicą. Znana jest z tego, że ma potężną moc magiczną, w końcu proces rekrutacyjny na tak intratne stanowisko, w dodatku od którego zależy życie mieszkańców Krakowa i zapewne nie tylko, jest surowy i niezwykle precyzyjny. Trafiło na Sarę, która ma raczej niepokorny charakter, chodzi swoimi drogami, niezrozumiałymi często dla przełożonego którym jest sam król Julian. Sara ma nowoczesny, popularny, styl ubierania, dokładnie taki jak widać na okładce, czyli na pewno mija się to z dworską etykietą, co wybitnie irytuje władcę i jego dwór i rząd. Sara nie przypomina żadnej celebrytki, osoby wpływowej mającej wpływ na cały kraj, kontaktująca się nie tylko z krajową ale także europejską i światową lożą czarodziejów. Może wie co robi, może taka kreacja ma zmylić wrogów, czy ta taktyka jest skuteczna trzeba by zapytać?




A okazja, żeby wrogowie kraju i pierwszej czarodziejki doszli do głosu się przydarzyła. Książka zaczęła się zdaje się nawet dość rutynowo, wiedźma Sara została wezwana przed tron monarchy żeby wzięła się za wyjaśnienie śmierci Katarzyny Niepołomic. Potem akcja rozkręca się coraz bardziej. Potwory zrobiły rozróbę, która przypominać może scenariusz do filmu „Ghostmasters”. Ciekawa była próba zlikwidowania gniazda około setki strzyg. Z lektury cyklu „Saga o wiedźminie” wiemy, że z jedną jest duży kłopot, chociażby gdy w Wyżinie Geralt próbował uporać się ze strzygą w którą zamieniono córkę króla Foltesta. Przy tym wyczynie wiedźmina ta setka strzyg rozpracowana przez Sarę to naprawdę rewelacyjny wyczyn. Sara radzi sobie nieźle, co nie zmienia w niczym postaci rzeczy, że wiedźminka Ciri mogłaby tu wpaść czasem w czasie podróży po światach i zabrać Geralta ze sobą, żeby wspomóc Sarę w jej trudnych obowiązkach.


Książka jest ciekawa, niezbyt gruba, ale też treściwa, główna bohaterka została przez autorkę świetnie wykreowana. Na pewno Sara ma niezwykle barwną osobowość, jej utarczki z królem Julianem zostały wyśmienicie opisane. Niewątpliwie jak ktoś lubi tego typu motywy magiczne w literaturze zainteresuje się tą książką. Ja mogę dodać, że książkę warto przeczytać. Polecam.




niedziela, 1 września 2019

Steven Erikson, 




Bramy domu umarłych 




cykl: Malazańska Księga Poległych, t. 2 



Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 2012 r. 
ISBN:  9788374802598 
liczba str.: 794
tytuł oryginału: Deadhouse Gates
tłumaczenie: Michał Jakuszewski 
kategoria: fantasy 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/143674/bramy-domu-umarlych/opinia/51531592#opinia51531592


                                 

                                                                                               



Czytam dalej „Malazańską Księgę Poległych”, cykl napisany przez kanadyjskiego pisarza Stevena Eriksona. Druga część zatytułowana jest „Bramy domu umarłych”. Najpierw warto wyjaśnić czym konkretnie jest owa tytułowana malazańska księga? Jest księga dokonań wojennych imperium malazańskiego, która zawiera listę osób, którzy poświęcili życie za olbrzymi kraj w licznych wojnach. Ta księga jest pisana właściwie przez cały okres istnienia państwa malazańskiego i siłą rzeczy ma ona niewyobrażalnie gigantyczne rozmiary. Teraz tą misję otrzymał Duiker. Interesującym motywem jest, że Duiker otrzymał misję pisania kroniki, chociaż był żołnierzem marynarzem, piechota morska, i w momencie kiedy cesarz mu zlecił tą historyczną robotę był analfabetą. No ale, że wymigać się nie mógł musiał nadrabiać, nauczyć się pisać i wyedukować się na historyka. Jak dowiadujemy się Duiker wywiązał się z tej roli znakomicie. Podąża po licznych polach bitew uzupełniając Malazańską Księgę Poległych, a że Malazańczycy działają na wielu frontach Duiker nie nadąża z pisaniem. Czyli wynika z tego, że historycy jak najbardziej przydają się na polach bitew pisząc kroniki dla potomnych. Swoje wspomnienia w formie kronik pisał chociażby sam Juliusz Cezar. Były o to książki „O wojnie domowej” i „O wojnie Galijskiej”. 




Duiker podąża przez pogranicza Malazańskiego imperium z elitarnym oddziałem wojska, zwanymi podpalaczami mostów. Swoją drogą to jest interesujące, że w wojskowej tytulaturze hierarchicznej mamy szpony i pięści. Czyli wojsko stanowi istotny element całego cyklu, bo ci ludzie wysyłani są na wojnę, często na koniec świata jakim dla tych ludzi były odległe rubieża wielkiego imperium żeby zdobywać nowe terytoria lub odzyskiwać te stracone na polach bitew. 





Uniwersum Malazańskie wykreowane przez Eriksona jest dość skomplikowane i stąd też trudności w czytaniu tego cyklu. Należy spokojnie podejść do kwestii i założyć, że wraz z czytaniem kolejnych tomów wszystkie motywy będą się układać niczym układanka z puzzli. Zapewne na tym polega ta fascynująca opowieść. Należy wspomnieć , że to jest bardzo piękne uniwersum, kompletne, spójne i logiczne mającą swoją wielotysiącletnią historię kulturową, cywilizacyjną, zdarzeniową, polityczną, ekonomiczną itp., ale także tzw. historię naturalną, czyli Braudel, by to zdefiniował jako długie, wręcz bardzo długie trwanie, dotyczy historii przyrody, cykli klimatycznych i wynikających z tego migracji zwierząt wymierania gatunków, ewolucji biologicznej. Jak w każdej opowieści typowo fantasy pojawiają się magowie, którzy żyją po kilkanaście tysiącleci. Jestem ciekaw jakie role będą odgrywali w tej całej fabule tych opowieści. Czeka mnie niełatwa czytelnicza przeprawa w kolejnych tomach, ale z radością wejdę w te kolejne fabularne motywy w tym cyklu. Interesują mnie kolejne przygody Duikera, Apsalar i reszty bohaterów. 


Książka jest niezwykła, ciekawa, genialna. Ja będę czytał co Erikson napisał, Duiker siedzi i pisze kolejne rozdziały Malazańskiej Księgi Poległych. Czyli czytelnik domyśla się, że kolejne litry krwi na wojnach będą obficie przelewane. 
Polecam.


środa, 28 sierpnia 2019


Heinrich Boll, 




Opiekuńcze oblężenie


Wydawnictwo: Muza  S. A
Data wydania: 1993 r.
ISBN: 8307013143
liczba str.: 415 
tytuł oryginału: Fürsorgliche Belagerung 
tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz
kategoria: literatura piękna




recenzja opublikowana na lubimyczytac:


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/65732/opiekuncze-oblezenie/opinia/53075932#opinia53075932

recenzja opublikowana na facebook:


https://www.facebook.com/groups/829004030782178/






Boll, a konkretnie książka „Opiekuńcze oblężenie” to dość interesujący klasyk literacki, ściślej mamy do czynienia z książką obyczajową. Jest to o tyle niezwykłe, że tego typu motywy, systemów gdzie rządzi cała kupa Wielkich Braci można raczej znaleźć w dystopijnych literaturach typowo cyberpunkowych. Interesujące jest to, że Wielki Brat ma się dobrze w systemie typowo demokratycznym. Zaskakujące jest to, że książka dotyczy lat siedemdziesiątych XX w., czyli wynika z tego, że autor bez pudła wie co się dzieje w jego rzeczywistości i jakie będą kolejne dziesięciolecia, chociażby to co opisuje inny, współczesny i zapewne znany wam moi drodzy czytelnicy, niemiecki pisarz Marc Elsberg. Jak się okazuje Niemcy z Zachodu już w tamtych latach byli w strachu przed terroryzmem, pewnie to już było po olimpiadzie w Monachium 1972 r.. Jednak i tak to jest troszkę dziwne, bo wszak w latach 70 i 80 wybuchające bomby na ulicach Londynu były praktycznie codziennością i działalność IRA dawała się anglikom we znaki. Pewnie to sprawa mediów, które nagłaśniały, tak jak to jest teraz wszelkie wydarzenia z całego świata, w tym działalność ugrupowań islamskich. Do tego też doszły wspomnienia z niedawnych lat III Rzeszy, gdzie jak pamiętamy, dosłownie prawie wszyscy Niemcy dali się przekonać Hitlerowi i jego partii nazistowskiej do realizacji przez cały kraj opętańczej ideologii, która sprowokował drugą wojnę światową i nikomu nie trzeba tłumaczyć co z tego wynikło. Interesujący jest motyw, że ludzie stracili zainteresowanie wiarą. Główni bohaterowie opowiadają, że jeszcze niedawno były w kościołach kolejki do spowiedzi, a teraz kościoły stoją praktycznie puste. 






Autor interesuje się konkretniej życiem finansowych elit kraju, co jest widoczne w narracji, bohaterowie mówią nam czytelnikom wiele o swoich karierach, ten został prezesem banku, inni również dobrze sobie radzą w meandrach świata finansowego. Boll przekonuje czytelników, że ten strach jaki powstał w ludziach stworzył specyficzny obraz społeczeństwa, ludzie uciekają w seks, luksus, używki i poczucie zobojętnienia. Mamy tu opisaną historię pewnej rodziny, główną bohaterką jest Katarzyna von Bora i wszystko w książce dzieje się wokół jej rodziny. 



Książka jest ciekawa. Warto przeczytać. Polecam.














poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Praca zbiorowa,


Inne światy 


Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 2018 r.
ISBN: 9788365836199
liczba str.: 608
tytuł oryginału: -------
tłumaczenie: --------
kategoria:  fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:



http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4849076/inne-swiat 



                                                                                                       





R. Mróz, Korytarz pełnomorski, [w: ] Praca zbiorowa, Inne światy    





Jakiś czas temu recenzowałem opowiadanie „Buran wieje z tamtej strony” Grzędowicza, które znalazło  się w zbiorze opowiadań „Wypychacz zwierząt”. Dlaczego o tym wspominam, ponieważ istnieje pewne podobieństwo do tego napisanego przez Remigiusza Mroza. Tam mamy Rosję i dwa światy Rosję Radziecką i Republikę Rosyjską, w której komuniści do władzy nie doszli. Dwaj bohaterowie rozmawiali tym samym językiem rosyjskim ale ni cholery się nie dogadali, przykład zwykłej herbaty, jeden mówi, po cholerę tak doskonały produkt reklamować, skoro gdyby ktoś to rzucił na krajowy rynek herbata zeszłaby na pniu. I na tym polega motyw. 





Tutaj mamy dwój Polaków mówiących po polsku, tyle, że jeden był z 1920, inny z odległej przyszłości, który znał z historii wszystkie wydarzenia, i trafił do świata, który był efektem doświadczeń mających na celu majstrowanie w przeszłości Jak do tego doszło? Ludzie zobaczyli, że niemal idealnie rajski krajobraz zakłócił jakiś tajemniczy pojazd, ludziom to się skojarzyło ze zmodyfikowaną łodzią wikingów, pojazd nazywa się drakkar, jak się czytelnik dowiaduje i służy do podróży w czasie tzw. korytarzami pełnomorskimi.  Tak więc ten gościu z przyszłości zna historię, ten drugi pochodzący ze wsi gdzieś na Mazowszu z roku 1920 r. letnie miesiące, w naszym świecie w tym czasie trwały tam walki w ramach wojny polsko – bolszewickiej, a w tej alternatywnej rzeczywistości chłopi po prostu robią swoją robotę, akurat trwają żniwa. Ale jednak nie ma opcji, żeby nawet ktoś taki, który całe życie pracuje na roli i własnej wsi raczej nie opuszcza, czytaniem się raczej nie kłopocze, a Internet jak wiadomo, to dopiero za kilkadziesiąt lat będzie, nie wiedział podstawowych rzeczy z historii, geografii, geopolityki, itd. Czytelnik dowiaduje się, że Polska Republika jest republiką dobre ponad sto lat, rozbiorów żadnych nie było, granice w przybliżeniu to nadal granice I RP, nie było wojen, podobnie jak w książce „Lód” Dukaja, w najlepsze trwa belle epoque w latach 20 XX w., wojny nie było. Albin Rakus słyszał o wojnie rosyjsko – koreańskiej z 1890. Na przykład w tej alternatywnej koncepcji nie ma Stanów Zjednoczonych, jest za to jeszcze silniejsze Imperium Brytyjskie. I wiele, wiele, wiele motywów…. Hwitz z przyszłości nadal go wypytuje. Rozmawiają, rozmawiają, w pewnym momencie Hwitz zdejmuje kask i co się okazuje?





To tyle o wybranym przeze mnie opowiadaniu z całego tomu opowiadań. Warto wspomnieć o koncepcji, z jednej strony mamy literaturę, ale też mamy malarską artystyczną kreacje, czyli po prostu obrazy Jakuba Różalskiego. Wygląda to tak, obrazy zdają się nawiązywać do twórczości artystycznej wybitnych polskich malarzy, chyba najbardziej Chełmoński się kojarzy. Tyle tylko, że w tych najczęściej wiejskich krajobrazach, pojawia się obcy element, kojarzony z motywami science fiction. Można odnieść wrażenie, że te obrazy nadałyby się do zilustrowania „Wojny światów” Wellsa i pewnie o to chodzi. Wynika z tego, że tą książkę nie tylko się czyta, ale również ogląda, ponieważ tych obrazów jest ponad 40 i wszystkie są genialne, po prostu, niesamowite. Pomysł współpracy pisarzy i artysty malarza jest w zamyśle po prostu fajny i dało to naprawdę wyśmienity efekt.



Polecam czytać książkę, opowiadania znanych pisarzy fantasy, sf, a także podziwiać rewelacyjne obrazy artysty malarza Jakuba Różalskiego.



czwartek, 22 sierpnia 2019

Ilona Andrews, 



Magia parzy



cykl: Kate Daniels, t. 3 




Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2010 r. 
ISBN: 9788375742251
liczba str.: 432
tytuł oryginału: Magic Strikes
tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/57462/magia-uderza/opinia/53047930#opinia53047930






                                             






Przeczytałem kolejną część cyklu „Kate Daniels” zatytułowaną „Magia parzy”, którą napisał duet pisarski, pseudonim Ilona Andrews. Nie jest to jakaś skomplikowana historia, wszystko kręci się wokół głównej bohaterki, i ludzkich i nieludzkich bohaterów, których spotyka. Czasem są to sympatyczne rozmowy towarzyskie przy całkiem zwyczajnych okolicznościach, a czasem Kate musi wziąć swój miecz Zabójcę i zrobić z niego użytek i udowodnić, że potrafi z niego korzystać perfekcyjnie i nie jeden, który zebrał cięgi cytuje w myślach, o ile przeżył tą konfrontację, jednego z bohaterów filmu „Seksmisja”, „Kobieta mnie bije”. Oczywiście jak wiemy z poprzednich tomów ostrza zabójcy posmakowali nie byle jacy przeciwnicy. Tych bestialskich i ludzkich przeciwników jest wystarczająco dużo, że Kate mogła by być siostrą wiedźminki Ciri, z uniwersum przez Sapkowskiego wykreowanym. Ale, że mamy tu do czynienia z innym uniwersum, choć nawiązania, zdają się być oczywiste, np. osiołek Kate ma mino Marigold. 



Jednak niewątpliwie ten koncept Ilony Andrews ma swoją wartość literacką, na pewno na tyle znaczną, że z powodzeniem i zainteresowaniem przez czytelnika warto te książki czytać. Mimo wszystko interesująca jest konwencja fantasy wykreowana w świecie współczesnym. Jedno widać na pewno, autorzy coraz lepiej pracują nad kreacją tego uniwersum, przez co staje się ono ciekawsze i sprawia, że czytelnicy mają ochotę sięgać po kolejne tomy, które jak wiemy są nadal w tworzeniu, a popularność tego cyklu w wielu krajach rośnie. Miejsce akcji się nie zmienia jest to Atlanta, miasto w USA i najbliższe okolice. Pisałem przy okazji recenzowania poprzednich tomów, że były ataki magii w czasie których wszelka technika zawodziła, dotyczyło to również co ciekawe broni palnej, dlatego nasza główna bohaterka czarodziejka Kate wolała używać miecza, który był wielki, drogi, ale zadziwiająco lekki, ostry jak diabli, no i skuteczny w działaniu, czyli w masakrycznej krwawej robocie. Pisałem te, że w zasadzie wszystkie wieżowce w mieście rozpadły się niczym budowle WTC w 2001 r. Ale powoli ludzie przyzwyczajają się do tego typu wydarzeń magicznych, które stają się codziennością. Podobnie jak do trzesień ziemi w niektórych regionach Ameryki i innych bogatych krajach. Po prostu inżynieria architektoniczna próbuje temu podołać. Jest to cholernie droga inwestycja, ponieważ trzeba sowicie opłacać magów, żeby wzmacniali te budowle mocnymi zaklęciami. Podobnie zamieszanie te świat znany z literatury fantasy spowodował w branży urzędniczej, typowo prawnej, skarbowej, ekonomicznej, karnej, itp. Nie ma opcji spowodowało to rozrost biurokracji wszelakiej, od zwykłych urzędów, po agencje państwowe, tych mających w nazwie motywy magiczne jest zadziwiająco dużo. Nawet w zwykłych sklepach jak sądzę przybywa nie tylko zwykłych ochroniarzy, ale także tych mające tzw. podstawowe wyszkolenie magiczne, analogiczne do tego, które miał wiedźmin Geralt. To oczywiście moje dywagacje, ale w mieście, gdzie szlajają się po ulicy wampiry, wilkołacze bestie, czarodzieje i wiele różnych fantastycznych osobowości, gdzie odsetek przestępców w najlepszym wypadku jest zbliżony do normy, to i tak muszą być oni cholernie niebezpieczni i zwykli biznesmeni muszą się przed tym chronić, żeby nie zbankrutować. Okazuje się, że wszyscy mieszkańcy Atlanty muszą znać podstawowe prawa różnych społeczności nieludzkich, czy to wilkołaków, wampirów, nekromantów itd. Dlaczego? Chociażby po to, żeby wiedzieć, że jeżeli wilkołak, biega po mieście przemieniony w zwierzę jest traktowany w kategoriach prawnych tak samo jakby ktoś biegał po mieście z kałachem, w kieszeni niczym Kargul i Pawlak trzymali garść granatów, no i jeszcze jakieś sztylety mieli za pazuchą. Podobnie jest z wampirami i innym tego typu towarzystwem. 





Myślę, że wcale nikogo nie dziwi, że Kate jest zainteresowana Gromadą, nie tylko z racji obowiązków zawodowych, ale też prywatnie, coraz bardziej zbliża się do Currana, władcy bestii, w zwierzęcej postaci lwa, jak na prawdziwego króla przystało. Na razie wiemy, że ją kusi wejście w związek z Curranem, i w książce to jest coraz bardziej widoczne. Dowiadujemy się coraz więcej o strukturze Gromady, która podzielona jest na siedem plemion, każde zwierzę, w które transferuje się członek Gromady należy do któregoś z tych plemion. Ciekawostką jest fakt, że Gromada z Atlanty jest najliczniejszą w całych Stanach Zjednoczonych, pod tym względem to tylko wilkołaki z Alaski nieznacznie ustępują lub przeważają, te statystyki zapewne się troszkę zmieniają, ale to zapewne zrozumiałe, że mniej cywilizowany, prawie syberyjski stan, to lepsze miejsce do życia dla społeczności, która przemienia się w zwierzęta niż cywilizowane miasta. Atlanta to zapewne wyjątek potwierdzający regułę. Obowiązuje prawo, że każdy wilkołak będący dłużej niż trzy dni w Atlancie musi zgłosić się do Gromady i poddać się jurysdykcji władcy bestii. I o tym wiedzą wszyscy. Pojawia się w książce motyw nielegalnych walk, nazywa się to Północnymi rozgrywkami. Oczywiście fakt istnienia tego typu wydarzeń  jest powszechnie wiadomy, ale jakoś nikomu na tym nie zależy, żeby proceder ten zlikwidować. Uczestniczą w walkach wilkołaki sprowadzane nie wiadomo skąd, spędzają one w Atlancie gdzieś ok. doby tak organizatorzy nie przeciwstawiają się prawom Gromady, widać nawet mafia Curranowi w drogę wchodzić nie chce. W ten wątek wplątała się Kate, z racji, że uratować wilkołaka Dereka, którego poznajemy już w pierwszej części. 







Książka jest ciekawa, fani przygód Kate Daniels zawiedzeni nie będą, a pozostałym mogę polecić przygody tej bohaterki i z nią wybrać się w literacką podróż do Atlanty. Polecam.



poniedziałek, 29 lipca 2019

Andres Ibanez,




Lśnij morze Edenu 




Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2017 r.
ISBN: 9788380621626
liczba str.: 816
tytuł oryginału: Brilla, Mar del Edén
tłumaczenie: Barbara Jaroszuk 
kategoria: literatura piękna


recenzja opublikowana na: 


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4540951/lsnij-morze-edenu/opinia/52631241#opinia52631241

https://www.facebook.com/groups/829004030782178/



                                                                                 




Lipiec 2019 r. to w Book – Trotterowej akcji przyszła pora na gorącą w klimacie Hiszpanię, a i pod kątem literackim również bywa równie ciepło. Jak zachęcają reklamodawcy książki zatytułowanej „Lśnij morze Edenu” Andresa Ibaneza mamy tutaj "literacką eksplozję prosto z Hiszpanii”, czy ten slogan reklamowy w rzeczywistości odnosi się do książki czytelnik musi przekonać się sam. Na pewno ten tekst kusi skutecznie czytelnika i to mimo faktu że ma się w garści książkę mająca ponad 800 str. i wiedząc, że Hiszpanie, tzn. pisarze z tego kraju, raczej ani myślą ułatwiać życia swoim czytelnikom, więc można się po tej książce było spodziewać, że to jest kawał dobrej literatury i nie mam wątpliwości, że czytelnik się nie zawiedzie. 




Motyw niby banalny, najbanalniejszy z możliwych, a mianowicie motyw ludzi, który zostali rozbitkami na bezludnej wyspie. W dzisiejszej dobie GPS- ów, satelitów, wszelkich urządzeń mających dostęp do internetu i jeszcze innych skomplikowanych bajerów, które są na wyposażeniu współczesnych samolotów wygląda to na science fiction, żeby pasażerowie z rozbitego samolotu spędzili na jakiejś wyspie, nawet na końcu świata, więcej niż kilka, kilkanaście godzin, ale jednak to się wydarzyło. Pasażerowie lotu transkontynentalnego relacji Los Angeles – Singapur, wylądowali gdzieś na środku Pacyfiku, i oczekiwana szybka pomoc nie nadeszła. Na pokładzie Boeniga leciało ponad 400 osób, ocalało 120, liczba ta na skutek ciężkich chorób nieuleczalnych w ekstremalnych warunkach, mimo, że ekipa medyczna, jeden lekarz i kilka pielęgniarek dosłownie wychodziła z siebie, żeby ratować życie ludzkie. Szacuje się, że po przejściu procedur medycznych ocalało 90 osób. Dalsze zgony były związane z trudną sytuacją sanitarno – epidemiologiczną, a także wypadkami na wyspie, a nie bezpośrednio katastrofą. Jak wspomniałem ludzie oczekiwali szybkiej pomocy z zewnątrz, ale ta z jakiś przyczyn nie nadchodziła, ani w najbliższych godzinach, dniach, a nawet tygodniach, ani miesiącach, ta mikrospołeczność musiała sobie radzić niemal na każdym kroku funkcjonowania grupy. Gdyby rzeczywiście ktoś zrobił to celowo, a pojawiają się takie podejrzenia, że to nie tylko zwykłe fatum, ale czyjeś celowe działanie, byłby to bezprecedensowy socjologiczny eksperyment. Ludzie różnych nacji, kultur, religii, ras, wykształcenia, języków, światopoglądów, zawodów, płci, orientacji seksualnych, pasji, itd., bo wymieniać można bez końca zostali zmuszeni, żeby żyć razem. Łączy ich chyba jedno są ludźmi mniej lub bardziej majętnymi, od multimiliarderów, po ludzi wykonujący wolne zawody, artystów, a więc też nie biednych, mamy duchownych, w tym biskup katolickiego z USA i całą masę różnych ciekawych ludzi, chociażby sławne aktorki, modelki, kilka z nich trafiło na okładki słynnego magazynu dla mężczyzn Playboy. Majętność tym ludziom pomogła im o tyle, ponieważ wieźli w lukach bagażowych wiele ciekawych rzeczy, które pomogły przetrwać i przeżyć całej grupie na wyspie, strzelby, naboje, medykamenty, i wiele innych rzeczy ratujących życie rozbitkom z bezludnej wyspy. Interesującym motywem jest, że znaleziono sporo książek, było ich wystarczająco dużo, żeby utworzyć bibliotekę, a w konsekwencji mieszkańcom wyspy nie brakowało czasu na czytanie i dyskusje o książkach, sztuce, filozofii, religii, czyli rzeczach z pozoru zbędnych, żeby dało się przeżyć. Ale jednak ci ludzie od początku do końca robili wszystko, żeby pozostać ludźmi cywilizowanymi, bo nie tracili wiary, że przecież, do jasnej cholery!, do cywilizacji kiedyś wrócą. Nasuwają się tu typowe motywy z literatury post- apo. Chociażby w książkach serii „Uniwersum Metro 2033 i 2035”, ludzie robią wszystko, nie tylko żeby przeżyć, ale również ratować to co zostało z cywilizacji. Działania są konkretne: czytają książki, prowadzą działalność naukową, piszą kroniki, uczestniczą w koncertach i seansach filmowych, mimo, że przecież to jest tak piekielnie trudne dla nich, wręcz niewyobrażalnie. Podobnie dla uczestników tej katastrofy samolotu, oni chcą pozostać ludźmi i nie dać się zdegenerować do roli zwykłych dzikusów z wyspy gdzieś na końcu świata, gdzie diabeł mówi dobranoc. Ci ludzie wykonują codzienne czynności konieczne do przetrwania społeczności, ale też spotykają się i opowiadają o sobie. Nominalnie głównym bohaterem jest Hiszpan Juan Barbarin, czy to ma jakieś szczególne znaczenie? Niespecjalnie, najlepiej nadaje się na słuchacza i to on słucha tych wszystkich opowieści. Juan z zawodu jest kompozytorem, choć nigdy nie trafił do światowej czołówki, jego utwory wykorzystywane są w filmach. Jest jednak człowiekiem wykształconym potrafi słuchać, rozmawiać, możliwe, że ma ukryty talent, mógłby być kimś w rodzaju psychoanalityka. A takie tego typu umiejętności niewątpliwie są przydatne na jakiejś wyspie, gdzie ludzi jest niewiele, i muszą liczyć na siebie, czy im się to podoba czy nie. Bo jak zawali się jeden z elementów tej społecznej układanki może się okazać, że posypie się wszystko i podświadomie oni o tym wiedzą. Paradoksalnie przypominają astronautów z książek, gdzie kosmonauci lecą w przestrzeni setki lat tworząc społeczności, niby ziemskie, a jednak kosmiczne, jedni tracą na wadze, inni zmieniają kolory, ale bardziej istotniejsza jest kwestia transformacji mentalnych. Podobny proces zaszedłby na tej wyspie, gdyby ta społeczność żyła na wyspie minimum kilkadziesiąt lat. Stworzyliby siłą rzeczy wszystko od nowa. Czy to ich czeka? Zdaje się pytać autor. Bohaterowie też o tym dumają, choć za cholerę nie chcą się do tego przyznać, potrzebują rozmów o sobie, o świecie, o wszystkim, Juan Barbarin okazuje się spoko ziomkiem, jak byśmy to powiedzieli w slangu ulicznym. Juan Barbarin jest potrzebny tym ludziom do szczęścia, bo nie samym chlebem i wodą człowiek żyje, rozbitkowie potrzebują jeszcze czegoś, drugiej osoby, kumpla, przyjaciela, kobiety kochanka. I to dotyczy niemal każdego z nich, oni potrzebują rozmowy, zwierzenia się, komuś, kto ich tajemnice zabierze ze sobą do grobu. Widać nasz główny bohater godzien jest zaufania, którym obdarzają go mieszkańcy wyspy. 




Kilka pytań, które w każdej książce się pojawiają, czy wyspa jest wyspą?, czy da się przeżyć? I czy wyspa jest bezludna. Z pozoru wydaje się, że wyspa jest niezamieszkana, jednak tajemnicza wyspa, okazuje się bardziej tajemnicza niż komukolwiek się może wydawać. Ma innych lokatorów. Pojawiają się komuniści, wiernie wierzący w swoje idee, gotowi za nie umrzeć i zabijać innych, bowiem jest to dobrze uzbrojona grupa partyzancka. Dowiadujemy się, że na tej wyspie, byli swego czasu niemieccy naziści i wydobywali kauczuk, znaleźli się tam agenci służb specjalnych kilku krajów i naukowcy. Jedni zostawali, inni uciekali. Zagadkowy jest motyw, że uczestnicy katastrofy trafiali do swoich rodzinnych miast, wsi, krajów, a nawet w różne przestrzenie czasowe. I wygląda na to, że nie był to sen ani jawa. I trudno znaleźć wytłumaczenie, czyżby miały miejsce jakieś dziwne koniunkcje sfer? 


Może właśnie na tym polega geniusz tej książki, że nawet po przeczytaniu pozostaje tajemnicza, a te motywy typowo ezoteryczne mają za zadanie zmusić czytelnika do myślenia. Pytanie jedno, czy oni wrócą? Książka nie jest łatwa w odbiorze, tych wątków jest tak dużo i jak się wydaje nie są one połączone ze sobą. Wszystkich łączy jedno, znaleźli się na tej wyspie i spece od teorii spiskowych próbują doszukać się jakiegoś klucza, dlaczego akurat te konkretne osoby? Czy to tylko dziwne koncepcje? Czy rzeczywiście ktoś bawi się w Boga? 



Nie ma opcji, rzeczywiście autor to geniusz. 


Polecam.