czwartek, 15 lutego 2018

 Marek Oramus,




Dzień drogi do Meorii  




Wydawnictwo: Wydawnictwo Iskry
Data wydania; 1990
ISBN: 8320712645
liczba str.; 302
tytuł oryginału: -------------
tłumaczenie; --------
kategoria: science fiction 




( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:









Tym razem zainteresowałem się książką Marka Oramusa zatytułowaną „Dzień drogi do Meorii” jest to powieść science fiction. Akcję powieści autor usytuował gdzieś w kosmosie, planeta Europa 7. Mamy 107 rok Nowej Ery, która nastąpiła po Wielkim Błądzeniu. Po porażce planety Ziemia z kosmitami nazywanymi Hoam większość ludzi zginęła w wojnie, część została na Ziemi, bo kosmitom niewolnicy byli do szczęścia potrzebni, a niewielki odsetek ok kilkudziesięciu milionów ludzi udało się na kosmiczną emigrację. Zapewne koleje losów ludzi którzy trafiali na przeróżne planety bywały różne. Na planecie Europa 7 o której mowa ludziom wiedzie się dość niefortunnie. W sumie mamy tu pewien regres cywilizacyjny, ale czy akurat ten deficyt dobrobytu z tego wynika, czy raczej z zachłanności ludzi rządzących? Sugerować by to mogła chociażby tytułowa Meoria? Co to jest? Raj? A więc pomysł z Meorią jest niemal tak stary jak Biblia i pozostałe święte Księgi. Ludzie potrzebują tego rajskiego archetypu i następne stulecia niezależnie od rozwoju ludzkości, czy pozostaniemy na Ziemi, czy rzeczywiście część populacji ludzkiej szukać będzie lepszego życia w kosmosie. 



Jak wspominałem na planecie Europa 7 ludzie żyją w nędzy, i jest to dosłowna definicja ubóstwa, czyli życie na granicy ludzkiej egzystencji. Nie trudno się domyśleć, że można tu się doszukiwać zdefiniowania realiów życia w PRL –u, i fantaści, czyli twórcy science fiction. uznali, że ta otoczka, jaką oferuje ten gatunek literacki, czyli np. wykreowane przez pisarzy koncepcje przyszłości ludzkości w kosmosie, będzie do strawienia przez cenzurę. Mamy motyw walki o wolność, która również jak żywność i woda jest deficytowa, ale ludzie mimo, że utrudzeni warunkami bytowymi dostrzegają jednak konieczność zmiany systemu. No ale władza dobrze się broni wykorzystując przy tym aparat represji, ale także system nagród sprzedając ludziom marzenia o awansie społecznym. Nielicznym zapewne to się udaje, no bo jednak mierne, bierne, ale wierne kadry skądś rekrutować trzeba. 


Autor na kartach książki zawarł nie tylko opisy funkcjonowania tego systemu, ale również próby jest zrozumienia, bo dla niektórych bohaterów to jest istotna kwestia zrozumienie sensu działania tego systemu pod każdym względem. Wiadomo kosmos i wynikające z tego pytania, jak tam ludzie się znaleźli i dlaczego? Dalej pytania o Boga, funkcjonuje kościół Boga chwilowo nieobecnego i parę innych. Pojawiają się również zagadnienia rozpracowywane pod kątem doktryn politycznych, przypomina to system wzięty żywcem z „Roku 1984" Georg’a Orwella. W sumie nic dziwnego, że autor do klasyka nawiązał, bo u Orwella jest wszystko co było również Oramusowi potrzebne do opisu doktryny politycznej i koncepcji społecznych na Europie 7. O Wielkim Bracie cicho sza, ale nikt z czytelników wątpliwości nie ma, że musi być. Odnoszę wrażenie, że ta książka jest na wskroś Dickowska, czyli tutaj również mamy coś w rodzaju kosmicznej postapokalipsy, chociażby te koncepcje dotyczące Boga. No i niewątpliwie widzę tu pewną zbieżność z twórczością Janusza Andrzeja Zajdla, który tworzył fantastykę socjologizującą, której elementy u Oramusa są również obecne. Zapewne u autora „Drogi do Meorii” mamy podzerowców i nadzerowców. Tutaj edukacja raczej leży odłogiem, posiadanie jednej lub kilku książek z czasów sprzed Wielkiego Błądzenia uchodzi za niewyobrażalne bogactwo. 


Książka jest interesująca, choć również dość trudna w odbiorze. Warto przeczytać. Polecam.



.

wtorek, 30 stycznia 2018

 Robert Merle,








Śmierć jest moim rzemiosłem  








Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy ( PIW ) 
Data wydania: 1956 r.
ISBN:-------------
liczba str.:356
tytuł oryginału: La mort est mon metier 
tłumaczenie: Czesław Przymusiński
kategoria:  biografia (  powieść ) 




( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/147383/smierc-jest-moim-rzemioslem/opinia/44175935#opinia44175935   )  

 


 

 



Przeczytałem książkę Roberta Merle’ego zatytułowaną „Śmierć jest moim rzemiosłem” jest to beletryzowana biografia Rudolfa Hessa, komendanta obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Ta fabryka śmierci zarządzana przez Hessa, tutaj w książce bohaterem literackim jest Rudolf Lang i przeżywa wszystkie koleje losu jakie doświadczył realny Rudolf Hess. Czy warto było tą biografię napisać? A z punktu widzenia czytelnika ją czytać, wszak tego typu literatury wojennej dotyczącej nazizmu nie brakuje. Na pewno wybitną książką jest chociażby „Łaskawe’ Jonathana Litell’a, i podobnie jak wspomniany Litell Merle próbuje opisać te trudne wydarzenia w historii ludzkości z punktu widzenia oprawców narodowości niemieckiej, przede wszystkim właśnie Rudolfa Langa.
 

Główny bohater marzył o karierze wojskowej, już jako nastolatek pchał się dobrowolnie na fronty I wojny światowej, natomiast trudno było mu się odnaleźć w powojennej rzeczywistości, pracował fizycznie za marne grosze, a to co zarabiał zjadała przede wszystkim hiperinflacja i długi. Nic dziwnego, że był podatny na narodowo – socjalistyczne koncepcje polityczne lansowane przez Adolfa Hitlera. I siłę fizyczną rzeczywiście Lang się wykazał, było to coś w rodzaju egzekucji komunisty Kudowa. Za ten wyczyn Lang i inni trafili na kilka lat do więzienia. Jednak czołówka partyjna nie zapomniała o poświeceniu
Langa dla idei  i wykorzystała jego z jednej strony niezbyt wielki intelekt, brak wahań w wykonywaniu nawet najbardziej bestialskich rozkazów, a z drugiej strony Lang miał niesamowity zmysł praktyczny i organizacyjny. Swoistym egzaminem było pobudowanie od podstaw farmy na błotach, które zlecił mu pułkownik von Jarnitz, arystokrata, oczywiście sympatyk NSDAP. I to zaprocentowało kiedy został wysłany do Oświęcimia. Lang sprawnie wszystko zorganizował.
 

Machina śmierci funkcjonowała wysyłając na tamten świat miliony ludzi! 




Psychologia tego bohatera literackiego jest  ważna w kreacji całej tej postaci. Każdy detal
z pierwszej połowy książki został perfekcyjnie wykorzystany w drugiej. Były to doświadczenia życiowe Rudolfa Langa począwszy od dzieciństwa, po przeżycia wojenne z I wojny światowej. Młody Lang dostał się na front jako ochotnik. po doświadczenia powojennego kryzysu gospodarczego w Niemczech, no i pierwsze doświadczenia typowo polityczne. Dalej, czyli druga połowa książki, czyli wtedy kiedy autor przechodzi do sedna sprawy, były to doświadczenia głównego bohatera z czasów II wojny światowej. Dla Langa praca jako komendanta obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu  jaką wykonywał była paskudną robotą którą ktoś musi wykonać, żeby III Rzesza wygrała wojnę. Rudolf Lang przyjmował bezkrytycznie nazistowską doktrynę, że Żydzi byli wrogami, których trzeba fizycznie wyeliminować. Dr. Aue Litella jako intelektualista łaskawie uważał Żydów wprawdzie za ludzi, a nie jak nakazywała doktryna nazistowska definiująca Żydów insektualnymi metaforami, ale i tak uznawał słuszność eliminacji fizycznej tych wrogów wielkiego narodu niemieckiego. Dla Langa więźniowie obozu byli jednostkami do wyeliminowania i tak też pisał w raportach adresowanych do Himmlera. 
 

Lang uważał Oświęcim za miejsce walki frontowej, tam został posłany przez przełożonych i uznał, że ma wykonywać rozkazy wychodzące z Berlina. Inna sprawa, że wykazywał się nadzwyczajną gorliwością w wykonywaniu tych rozkazów  wykorzystując przy tym swój zmysł praktyczny ulepszając pomysły kolegów komendantów innych tego typu fabryk śmierci. Dlatego też tytuł „Śmierć jest moim rzemiosłem” jest jak najbardziej uprawniony, bo dla Langa to była praca, której poświęcał się bez reszty, oprócz motywacji finansowej, bo przecież zyskiwał uznanie przełożonych, dzięki czemu Lang awansował w hierarchii SS. Była  również  patriotyczna motywacja, w rozeznaniu Roberta Langa, jego kraj był na wojnie, i wynikało z tego  przekonanie, że jego przełożeni mają rację  gdy uznawali za konieczne zastosowanie „środków specjalnych” wobec Żydów. Motywy moralno –etyczne – aksjologiczne ( wartościujące )  w umyśle Langa właściwie nie istniały. Jego żona Elza w teorii nie wiedziała o całej sprawie, a jak się wydało zrobiła mężowi niezłą awanturę. Z drugiej strony to jest ciekawe, czy rzeczywiście tak było? Czy po prostu udawała osobę nie znającą  faktów, co się dzieje rzut beretem od jej miejsca zamieszkania, ponieważ uważała, że dla świętego spokoju lepiej jest oficjalnie pewnych  rzeczy nie wiedzieć? Pamiętać trzeba o jednym komendant i jego podwładni nadzorcy obozy wyższego szczebla prowadzili życie towarzyskie  i pewnie w czasie imprez towarzyskich mężczyźni nie unikali tematów związanych z obowiązkami zawodowymi w obozie. I czy to możliwe, że do Elzy i innych małżonek oficerów SS z Oświęcimia nic a nic nie dotarło przez ładnych parę lat? 

 

Finał książki jest oczywisty. W 1945 r. Niemcy przegrali wojnę, a wybitni kaci byli ścigani przez wymiar sprawiedliwości wielu państw. Był proces Norymberski. Lang podobnie jak oryginalny Hess, trafił do Polski,  gdzie został powieszony w Oświęcimiu.

 

Książka jest naprawdę ciekawa.  Warto ją przeczytać. Polecam.

niedziela, 21 stycznia 2018

 Anna Rieddle, Gerry Rieddle,
( A. G. Rieddle ) 



Atlantydzki świat



cykl: Zagadka pochodzenia, t. 3



Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 2017 r.
ISBN: 9788376865355
liczba str.: 352
tytuł oryginału: The Atlantic World 
tłumaczenie: Zuzanna Buczek
kategoria: thriller




 

( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4320804/atlantydzki-swiat/opinia/44078974#opinia44078974  )                   

  


 


 





Książka zatytułowana „Atlantydzki świat” jest zwieńczeniem trylogii „Zagadka pochodzenia”. Więc logiczna koleją rzeczy, jak można by się spodziewać będzie zakończenie tej historii, a ludzkość zostanie ocalona. I tej najważniejszej rzeczy w zasadzie się nie dowiadujemy, możemy się tylko domyślać. W efekcie kto nam w tym przetrwaniu pomoże Atlanci, czy rywale Atlantów, Serpertianie? No i właściwie kto tutaj czego chce? Atlanci doprowadzili niemal do zagłady planety, po pierwsze żeby zwabić Serpertian, żeby to miał być łatwy łup, a ludzie mieli być na to przygotowani. Jaki jest cel Serpertian. Niekoniecznie taki jak się Atlantom wydaje, bowiem oni też prowadzą podobne działania naukowo –badawcze w kosmosie co Atlanci i to oni również dostrzegli naszą wyjątkowość w kosmosie. Pytanie co my na to? Czy jesteśmy skazani na to co jakie plany mają wielcy gracze w tej kosmicznej geopolityce? Właściwie nie padła odpowiedź.


Świat jest w ruinie! 


Do szczęście potrzebne były nam jeszcze katastrofy naturalne spowodowane w nienaturalny sposób, przez podgrzanie lodowców Antarktydy w celu ocalenia jednej z baz Immari. Tak bardzo ciekawie zaczyna się akcja książki i właściwie autorzy pozostawiają nasz glob swojemu własnemu losowi, czyli walka resztek ludzkości o przetrwanie. Opcje są dwie, restauracja startego porządku, czyli funkcjonowania państw do tej pory istniejących. Konsorcjum Immari proponuje coś innego, ustanowienie globalnego porządku, czyli jeden rząd na Ziemi. Oczywiście rządzić mają oni sami. Przeciwników politycznych ma nie być, według tej doktryny politycznej, czeka ich eksterminacja. Przeżyją tylko i wyłącznie zwolennicy rządów Immari. Według tej politycznej kalkulacji ludzie nie mają wyboru. 


Walka trwa! Jest to walka o przetrwanie ludzkości i władzę nad światem. Kto wygra? 


Autor jednak postanowił zaskoczyć ponownie swoich czytelników umieścił tym razem prawie całą akcję w kosmosie. Kate Werner, Dawid Vale, Paul Brenner, Mary Caldwell i nastolatek Milo wędrują przez portale pomieszczane na tzw. latarniach w różnych miejscach kosmosu. Wędrują przez tzw. zakrzywioną przestrzeń, koncept ten wzięty żywcem z „Uniwersum Diuna” Herbertów, żeby podróżować w ten sposób trzeba było skonsumować przyprawę produkowaną przez olbrzymie pustynne czerwie z Diuny. No a pomysł z portalami kojarzy się raczej z twórczością fantasy, chociażby z twórczością Sapkowskiego. W sumie zastanawiać się można od początku, czy to jeszcze jest thriller? Jak w założeniu szufladkuje się tą książkę. Jako koncepcja książki wielogatunkowej się jakoś broni, ale czy jest to zgodne z koncepcją twórczą autorów? Wróćmy jednak do sedna, czyli akcji, wspomnianych bohaterów goni rzecz jasna Dorian Sloane. Kate próbuje odzyskać ukryte przed nią gdzieś w zasobach informatycznych wspomnienia Atlantki Iris, którą była tysiące lat temu. Natomiast Dorian ma wgrane wspomnienia Atlanty, generała Aresa. Z punktu widzenia czytelnika jedno z drugim się uzupełnia. Jest mowa o klęsce Atlantów i pojawiają się Serpertianie. Mary poznajemy dopiero teraz, w tej trzeciej części, pracuje w obserwatorium astronomicznym Arecibo w Puerto Rico. Wychwytuje tam tajemniczy sygnał. Dociera do niej jej były mąż Paul, który z kolei odnajduje Kate, a dalej to już jazda, mamy podróż portalami przez kawał kosmosu. 


Podobno ta książka wieńczy trylogię, ale mi na to nie wygląda, bo co z Ziemią?, ludzkością, czy kosmici z wielkich cywilizowanych planet zrealizują swoje misje na Ziemi? Czy po prostu autorowi zabrakło pomysłów jak to rozgryźć i utknął w martwym punkcie. Przeczytałem tą książkę z ciekawości, jakie pomysły mają autorzy, niektóre są rzeczywiście ciekawe dają do myślenia. Podobnie pytania, czy jeśli kosmici są to rzeczywiście czeka nas taka demolka? I czy rzeczywiście wyniknie z tego coś dobrego, czy już z tych wszystkich atrakcji nie damy rady jako ludzkość się podnieść. Nawet jeśli ta niepewność jest celowa, mająca zaniepokoić czytelnika i dać do myślenia, to jednak jakieś wskazówki by się przydały jak autorzy widzą przyszłość ludzkości. Książka jest przeciętna. Cały cykl również. Można przeczytać.

wtorek, 16 stycznia 2018

 Anna Rieddle. Gerry Rieddle,  




Atlantydzka zaraza 





cykl: Zagadka pochodzenia, t. 2  




Wydawnictwo:  Jaguar
Data wydania; 2016 r.
ISBN: 9788376864945
liczba str.: 512
tytuł oryginalny: The Atlantis Plague
tłumaczenie: Stanisław Kroszyński
kategoria: thriller



( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3806071/atlantydzka-zaraza/opinia/43931241#opinia43931241  )   




 



Przeczytałem drugi tom cyklu "Zagadka pochodzenia" zatytułowany "Atlantydzka zaraza".  Z jednej strony, jak można się tego domyślać jest to kontynuacja, a z drugiej strony można odnieść wrażenie, że te teorie spiskowe z drugiego tomu są bardziej spójne logicznie i bardziej trzymają się kupy niż te z pierwszego tomu. Co prawda wciąż po globie biegają Atlanci, którzy żyją sobie w najlepsze ( hibernacja lub wielokrotne zmartwychwstania ) , setki tysięcy lat jeśli nie miliony, ale skoro dysponują superkosmiczną technologią, to może i takie science fiction odchodzić. Tak, tak wreszcie się tego dowiadujemy, że Atlanci to kosmici, a raczej resztki, które pozostały po wielkiej cywilizacji, które nie mają gdzie się podziać, bo ich planeta została zniszczona, ponieważ dostali niezły łomot od politycznej konkurencji, która podobno wcześniej czy później zagrozi i nam Ziemianom. To całkiem interesująca koncepcja science fiction nawiązująca do klasyka gatunku Clarka.
 

Mamy tu sporo ciekawych odniesień do historii i całkiem sensownych spekulacji. Nasza planeta jest niewątpliwie systemem naczyń połączonych i indonezyjskie wulkany troszkę narozrabiały w historii. Podobno mają coś wspólnego z początkiem i końcem średniowiecza, w tym rozprzestrzenieniu się takich atrakcji natury medycznej jak zarazy pustoszące cały glob. Oczywiście można się głowić, na ile te rozważania mają sens i czy działalnością sejsmiczną wulkanów da si wytłumaczyć co takiego jak proces dziejowy, ale można spokojnie uznać, że te specyficzne historyczne uproszczenie zapewne potrzebne autorom do koncepcji literackiej jako tako się broni. 



Ta książka zainteresować może czytelników powieści zawierającej motywy medyczne, o atrakcjach medycznych jakie pustoszyły glob wspomniałem wcześniej Również o tym była mowa w poprzedniej części. chociażby koncepcja, że Atlantom do szczęścia jest potrzebne drugie wąskie gardło, żeby ludzkość przez nie przeszła i w efekcie była w stanie przyspieszyć proces rozwoju intelektualnego. W efekcie ponoć bylibyśmy w stanie obronić się przed prawdopodobnym zagrożeniem z kosmosu. Bo w przekonaniu Atlantów zdobywcy ich planety planują również kontynuować ekspansję i pokusić się o zdobycie Ziemi. Dzięki zrealizowaniu planów Atlantów będziemy w stanie sprawić tym niebezpiecznym kosmitom spore kłopoty, a może nawet z nimi wygrać. Dlatego Atlanci wybrali nas, najbardziej zapalczywy gatunek ludzi, homo sapiens? Sporo tu, w tej książce, o zarazie atlantydzkiej jak to ma wyglądać.
Jasne, że umrze kilka miliardów ludzi, żeby mogli przetrwać ci najsilniejsi, czyli byłby to ciąg dalszy naturalnej selekcji, jaką w naturalnej kolei rzeczy są wojny, zarazy i wszelkie możliwe plagi egipskie. Ci co przetrwają zarazę atlantycką, zbliżą się do ideału na podobieństwo Atlantów. Jest tu troszkę terminologii medycznej wszelakiej. Niewątpliwie ciekawostką jest, że pojęcie koń trojański ma również typowo medyczną definicję. A jeśli tak to musi być wyjątkowo wredne paskudztwo.



Zaraza atlantycka pustoszy glob do tego stopnia, że uruchomił się alarm ewolucyjny Atlantów; homo sapiens gatunek zagrożony. Mijają dni, a zegar tyka nieubłaganie. do zagłady ludzkości pozostają godziny. Czy ludzkość zostanie ocalona? Czy Atlanci realizująca ich cele korporacja Inmari ze swoimi szalonymi pomysłami. nie przekombinowali przypadkiem? Rzecz jasna mamy tych samych bohaterów, doktor Kate Werner, Dawid Vale, Dorian Sloane i paru innych.

 

Książka jest nieco ponad przeciętna. Można przeczytać.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

 Robert Silverberg, 



Czarnoksiężnicy Majipooru 



cykl: Kroniki Majipooru, t. 5  




Wydawnictwo: Solaris
Data wydania: 2009 r.
ISBN: 9788375900200
liczba str.: 554
tytuł oryginału: Sorcerers of Majipoor
tłumaczenie; Krzysztof Sokołowski 
kategoria: science fiction 


( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/68450/czarnoksieznicy-majipooru/opinia/43385001#opinia43385001   )




 

 




Czytam dalej "Kroniki Majipooru" Tom piaty ma tytuł "Czarnoksiężnicy Majipooru" . Z początku ten tom robi wrażenie najsłabszego. z dotychczasowych, ale niekoniecznie musi tak być, bo być może wchodzi tutaj otrzaskanie się czytelnika ze sposobem pisania autora, kreowaniem metaforyki, tworzenie opisów magii Majipooru, może dla samego autora trudno wynaleźć coś nowego, bo wszystko w poprzednich tomach już było. Pożyjemy zobaczymy jak będzie w następnych częściach cyklu. Znów jeśli chodzi o umiejscowienie wydarzeń w przestrzeni czasowej autor narobił zamieszania. umieścił akcję tysiąc lat wstecz w stosunku do poprzedniego tomu zatytułowanego "Góry Majipooru" i pięćset lat wstecz kiedy koronalem był lord Valentine, którego czytelnik ma okazję poznać podczas lektury trzech pierwszych części. Celem tego typu zabiegu literackiego jest poznanie wielkiego koronala Prestimiona. Mamy w tej części motyw walki o władzę dwóch pretendentów do tronu wspomnianego Presttimiona i Korsibara. Pontifex Confalume miał wyznaczyć nowego koronala i wszyscy zdawali sobie sprawę, że głównym faworytem jest Prestimion, chodż nie został on oficjalnie wyznaczony, ale był to zapewne wynik zakulisowych rozmów politycznych, których efekt poznał cały Majipoor. Jednak ambitny i niezbyt zdolny syn Cofalume'a Korsibar miał inne plany, miał ochotę przejąć władzę. Przypuszczać można, że chodzi Silverbergowi o wyjaśnienie wyjątkowości Prestimiona, jego przeżycia wynikające z trudności jakie napotkał na swojej drodze. Zapewne też na to jakim Prestimion został koronalem miała kilkudziesięciodniowa dniowa, samotna wędrówka przez pustynię, którą ledwo przeżył.


Akcja książki zaczyna się gdy na łożu śmierci leży pontifex Prankpin. Wkrótce umiera. Zgodnie z majipooorskim rytuałem politycznym nastaje nowy pontifex, dotychczasowy koronal, i to właśnie do niego należy decyzja kto koronalem zostanie. Nie było to zapisane w żadnych kodeksach, ale od tysiącleci na Majipoorze uznawano za element obyczaju wynikającego z tradycji że następcą koronala, nie mógł być syn koronala, tylko zostawał któryś z książąt, zwanych inaczej rycerzy kandydatów. Efekt tego typu rozstrzygnieć politycznych był podobny jak do tych na uznanych za standardowe na Ziemi, koronalowie bywali różni, bywali wybitni, zdarzali się wielcy wojownicy, ale też byli całkiem przeciętni biurokraci, aż po jednostki naprawdę słabe. Wszyscy koronalowie o tyle mieli dobrze, że państwo było jedno i był nim cały Majipoor, Z reguły na planecie panował pokój i to też jest sukces kilkunastu tysięcy lat funkcjonowania planety. Oprócz faktu, że ta cywilizacja przetrwała, czy ceną jest zbliżony do standardów średniowiecznych regres cywilizacyjny planety, a także otwartość na obcych przybyszów, i jak widać w kosmicznej geopolityce, co można wnioskować,, Majipoor uchodzi za planetę neutralną. Pokój i dobrobyt Majipooru jest istotny Chodź jak można sie domyślać. że bywały wczęśiej podobne rebelie,chociażby z tego względu, że polityki nie robią aniołki, tylko ludzie niezwykle ambitni, i równie bezwględni w realizacji swoich politycznych celów. No ale od czego politycy mają spin doktorów i propagandystów.


Okazuje się, że na Majipoorze maja jeszcze czarnoksiężników. I chociaż przez większość lektury kart tej książki czytelnik głowi się czy tytuł jest właściwy, bo chociaż magowie są to nie ma tutaj rozpoznawalnej, charyzmatycznej postaci na miarę Gandalfa czy Sarumana. To jednak magowie majiporscy jednoznacznie rozwiali te wątpliwości. Najpierw okazało się, e taki sceptyk co do spraw magicznych jak Prestimion dał się nakłonic do studiowania w uczelni magów Co prawda była to przymusowa przerwa spowodowana wydarzeniami na froncie wojny domowej Zaszła konieczność zebrania sił na chęć do walki, przygotowania logistycznego na zebranie armii no i wreszcie zebranie nowych chętnych żołnierzy i nakłonienie ich do walki. Zdradzić mogę, że książkę zaczyna mała magiczna sztuczka, która wyniosła Korsibara do władzy a kończy ją potężny magiczny fajerwerk, który wykurzył uzupatora z tronu. Czyli parafrazując słynne powiedzenie, " kto magią wojuje od magii ginie". Pojawiła się nawet plotka, że Korsibar jest metamorfem ,co pozwoliło nabrać impetu rebeliantom.


Czytelnik czytając ten piaty tom cyklu ma okazję, po raz kolejny podróżować po pięknym, wielkim Majipoorze, przy czym bliżej ma okazję poznać 50 miast Wielkiej Góry Zamkowej. W tym jest to miasto Muldemar w którym książęta z tego miasta wciąż prowadzą słynną na cały Majipoor winnicę Z tego włąśnie rodu wywodzi sie książę Prestimion, główny pretendent do koronalskich tytułów.


Niewątpliwie ciekawie Silverberg opisał sceny batalistyczne, w tym liczne sceny pojedynków A to na pewno niełatwe zadanie. dla pisarza. Jednak Silverberg wykazał się tutaj podobną maestrią literacką co Frank Herbert czy pisarz powieści historycznych Bernard Cornwell . Za polityczny skandal uznano zniszczenie tamy przez wojska Korsibara, co pomogło mu wygrać bitwę, ale przyczyniło się walnie do przegranej wojny, bo nastawiło zwyczajnych ludzi przeciwko niemu. Inna bajka, że na wojnie wszystko ma znaczenie, zarówno potencjał gospodarczy jak i warunki naturalne, które wojskowi wykorzystują na przeróżne sposoby. W tej książce podobnie jak w poprzednich częściach cyklu czytelnik dowiaduje się wprawdzie, że polityka jest wszędzie taka sama. Na fantastycznym Majipoorze również. Jednak trafiają do polityki jednostki, które politykami wcale być nie chcą, ale sytuacja zmusza ich do wzięcia spraw kraju, tu planety, w swoje ręce i ocalenia mieszkańców Majipooru. Zwykli ludzie wcale nie chcieli tej wojny, ale chociażby ta rozwalona tama jest przykładem tego, że polityka sama potrafi się ludźmi zainteresować, i w tej sytuacji zmusza ich do wzięcia w ręce siekier, wideł, toporków, mieczy i jakie tam jeszcze żelastwo nadaje się do zabijania.


Podsumowując mój kolejny literacki powrót na Majipoor był udany. Książka jest świetna warto przeczytać. Polecam

poniedziałek, 8 stycznia 2018


 Anna Rieddle, Gerry Rieddle,
( A. G. Rieddle )




Gen Atlantydzki 



cykl: Zagadka pochodzenia, t. 1 




Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 2016 r. 
ISBN: 9788376863238
liczba str. 559
tytuł oryginału:  The Atlantis Gene
tłumaczenie: Zuzanna Byczek
kategoria: thriller


( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:





 


 



„Gen Atlantydzki” oczywiście, że jest książka autorstwa małżeństwa Anny i Gerry’ego Riddle’ów, w której autorzy dają dość karkołomną odpowiedź co to w ogóle za wynalazek ten gen atlantydzki? Wyjaśniają, że to coś w rodzaju przebłysku geniuszu, który przynajmniej raz, kilka razy w życiu ma każdy z nas. Częściej tego doświadczenia doświadczają ludzie wybitni: naukowcy, wynalazcy, intelektualiści, artyści, itp. To z psychologicznego punktu widzenia, jest też punkt widzenia socjologiczny, kiedy z tym genem mają do czynienia w tym samym czasie całe społeczności, a nawet cała ludzkość. Jest to sytuacja zagrożenia tzw. wąskie gardło. W historii raz to się ponoć wydarzyło, kiedy wybuchł wulkan Toba w Indonezji 50 tysięcy lat temu w efekcie gatunek człowieka homo sapiens znalazł się na granicy egzystencjalnej, albo wyginiemy albo opanujemy świat. Przeżyliśmy, wygryźliśmy neandertalczyków, i kilka innych gatunków człowieka i dokonaliśmy olbrzymiego skoku intelektualnego, jak np. mowa, ulepszenie narzędzi, w konsekwencji stworzenie cywilizacji, alfabetu, itd., aż do komputerów i sztucznej inteligencji. Niektórym marzy się kolejny tego typu power w historii ludzkości. Cena jest wysoka, 90 % populacji musiałoby umrzeć w trybie natychmiastowym i wtedy przeżyje nowy lepszy człowiek, który pójdzie dalej do przodu. Tego typu spekulacje wydumała tajemnicza sekta Immaru/Immari, która działa nieprzerwanie od czasów Sumerów aż do współczesności. W dzisiejszych czasach to zarówno potężne biznesowe konsorcjum, które zbiło majątek m. in. na katastrofie 11 września 2001 r., a także świetnie zakonspirowana organizacja terrorystyczna, która nie będzie wahać się ani przez chwilę, żeby osiągnąć swoje cele tzn. pozostawić przy życiu raptem kilkaset milionów ludności globu. 


Tyle odnośnie akcji oczywiście mamy też bohaterów np. doktor Kate Werner, która prowadzi badania nad autyzmem, dziwnym zbiegiem okoliczności są one pożyteczne z punktu widzenia Inmari, bo mają coś wspólnego z tajemniczym genem atlantyckim i będą dążyć do przechwycenia wyników badań. Kate w sytuacji zagrożenia pomaga Dawid Vale. Ciekawą postacią jest Dorian Sloath, który działa na zlecenie Inmari. Czy powstrzymanie szaleńców z Inmari jest możliwe? Spece z tej organizacji którzy dorwawszy się do tajemnic Atlantydów realizują tzw. protokół Toba, czyli po prostu koncepcje wysłania na tamten świat ponad 90 % ludzkości. Pracują nad tajemniczą zarazą, która wysłana w świat zrobi co trzeba, a nowi wybrani według precyzyjnych kryteriów nowi ludzie stworzą nowy, lepszy świat. Książka „Bastion” Kinga daje wyobrażenie jakby to mogło wyglądać, byłoby to tworzenie czegoś innego na gruzach naszej cywilizacji i czy Ci ludzie byliby do tego zdolni? No ale to inna książka w której autorzy mają swoje koncepcje i jej dalszy ciąg, czyli dwie kolejne części cyklu
„Zagadka pochodzenia”


Książkę szybko się czyta, fajerwerków typu wybuchy bomb, strzelające kałachy, pożary miast i innych tego typu atrakcji nie brakuje tutaj, można powiedzieć wręcz, że autorzy przesadzili w zapewnianiu czytelnikom tego typu atrakcji, w końcu co za dużo to nie zdrowo. W przekonaniu autorów ma to wciągać czytelnika w akcję i zaciekawiać co będzie dalej, Ale czy przypadkiem nie osiągnęli efektu przeciwnego znudzenia i zniechęcenia. To już musicie ocenić sami? 


Kombinacja intelektualna rzeczywiście w teorii jest niezła, mamy tu motywy dotyczące początków ludzkości, czyli pytania dlaczego jesteśmy tacy jacy jesteśmy? i dlaczego w procesie ewolucji okazaliśmy się np. od neandertalczyków lepsi? Według teorii zawartych w tej książce zadecydował gen atlantydzki. Pytania kim byli Atlanci? Skąd się wzięli? I dlaczego polubili np. nas homo sapiens? Skoro dali nam coś bezcennego, żebyśmy byli w stanie zbudować coś na ich wzór, jak dobrze można się tego spodziewać? Swoją drogą ciekawe czy uczeń przerósł mistrza, czy dopiero na dobre zaczynamy wchodzić w tym procesie na wysoki poziom i potrzebna nam do szczęścia druga wstrząsowa terapia w efekcie której my ludzie pójdziemy dalej naprzód. Pomysły interesujące autorzy mają, nawet dające do myślenia. No ale niewątpliwie przekombinowane jest to wszystko np. teoria, że jakaś sekta istnieje kilka tysięcy lat i działa jako coś w rodzaju szarej eminencji na obszarze kilkudziesięciu cywilizacji na przestrzeni całych naszych dziejów. Ciekawe czy ekipa z Immari dobrze realizuje swoje cele, czy robi zwyczajną amatorkę i kto to weryfikuje? Czyli mamy teorię spiskową kompletnie nie trzymającą się kupy. A jak wiadomo dobra teoria spiskowa choć w jakiejś części musi być oparta na realnych podstawach inaczej nie będzie atrakcyjna dla nikogo? Zarówno dla tych którzy chcą w nią wierzyć, ale także dla czytelników tego typu książek. Autorzy mają aspirację, żeby to było coś na podobieństwo Dana Browna i próbują szczęścia, ale wykonanie mamy raczej mizerne. 


Książka jest przeciętna. Można przeczytać.

środa, 27 grudnia 2017

 Greg Iles,





W martwym śnie 






Wydawnictwo: Albatros:
Data wydania: 2005 r.
ISBN: 8373591826
liczba str.432
tytuł oryginału: Dead sleep
tłumaczenie: Maria Frąc, Cezary Frąc
kategoria: thrillerr





( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/40040/w-martwym-snie/opinia/43549261#opinia43549261

)





Książka Grega Ilesa zatytułowana „W martwym śnie” to kryminalny thriller psychologiczny. Głównymi bohaterami oprócz, jak można się domyśleć służb, tutaj śledztwo prowadzi FBI, są artyści i to w środowisku malarzy i fotografów akcja się rozgrywa. Jordan Glass jest fotografem, dziennikarzem specjalizującym się w opisie wojen za pomocą zdjęć, które uzupełniają zawartość reportaży wojennych. Pewnego dnia Jordan trafia do muzeum sztuki w Honk Kongu i trafia na wystawę kolekcji „Śpiące kobiety” są to obrazy martwych nagich kobiet, niemal tuż po agonii, i widzi… samą siebie. Nie, nie spoko luzik, nie ma tu mowy zmartwychwstaniu, po prostu Jordan jest bliżniaczką Jane, obie z wyglądu są identyczne, acz pod względem charakterologicznym są z zupełnie innej bajki. Oczywiście nie ma potrzeby tu w recenzji robić studium charakterów Jane i Jordan, to czytelnik znajdzie w książce. Ważne w tym wszystkim jest to, że w tym momencie rozkręca się akcja. Jordan dosłownie stawia świat na głowie, żeby się dowiedzieć co przytrafiło się Jane. FBI przyjmuje to wyzwanie. Czytelnik ma okazję dowiedzieć się, że metaforyczną nitką do kłębka jest nitka dosłowna, czyli rodzaj drogiego, markowego, pędzla jakim namalowano 20 obrazów z serii „Śpiące kobiety”. Trop od samego początku prowadzi do Nowego Orleanu, skąd pochodzą wszystkie kobiety przedstawione na płótnach, a zaraz potem na artystyczną uczelnię Tulane w tym mieście. Mamy kilku malarzy i wysoce prawdopodobne jest, że wśród nich znajduje się sprawca. Czy sprawa zostanie rozwikłana?


Czytelnik ma okazję poznać od podszewki metody śledcze prowadzone przez FBI, w tym długie niekończące się przesłuchania mające na celu drobiazgowe rozpracowanie osób przesłuchiwanych. Dochodzenie do tego, do czego ci artyści, w tym wypadku zawód wykonywany osób podejrzanych, są zdolni i czy śledczy mają do czynienia z właściwą osobą, czyli seryjnym mordercą, gwałcicielem, mający potrzebę przedstawiania swoich dokonań na obrazach i jeszcze zarabiania na tym procederze milionów dolarów. Książka dłuży się tak samo jak to śledztwo. Niewątpliwie jest ciekawa pod kątem typowo psychologicznym jako pewne studium oprawcy i ofiar, którymi stały się te nietypowe modelki na obrazach. Czy Jordan znajdzie Jane? 


Książka jest nieco ponad przeciętna, jest warta zapoznania się z fabułą powieści. Polecam.