sobota, 31 marca 2018


 Terry Goodkind,




Pani śmierci

 



cykl: Kroniki Nicci, t. 1





seria: Uniwersum Miecz Prawdy, t . 18 



Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2017 r. 
ISBN: 9788380621992
liczba str.: 504
tytuł oryginału:  Death's Mistress
tłumaczenie: Lucyna Targosz 
kategoria: fantastyka



( recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl

 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4634987/pani-smierci/opinia/45233895#opinia45233895  )     



 



 








Rozpocząłem czytanie nowego cyklu Terry’ego Goodkinda, który zatytułowany jest „Kroniki Nicci”, a jego akcja nadal toczy się w tym uniwersum, co prawie wszystkie książki tego autora, a mianowicie „Miecz prawdy” . Chronologicznie akcja podąża dalej. W poprzednim tomie zatytułowanym „Serce wojny” Lord Richard Rahl i spółka pogonili precz demonicznego imperatora z przeszłości Sulachana, który uparł się powrócić. I narobić niezłego bałaganu. Nastąpił też stworzenie dwóch światów, ci którzy chcieli świata bez magii zostali przetransferowani do innego świata. Z książki, która jest potwierdzającej regułę wyjątkiem „Reguła dziewiątek” domyślamy się tego, że ten drugi świat to jest nasz świat, a ten alternatywny magiczny pozostał sobą acz z pewnymi zmianami politycznymi. Na mapie pozostało tyko jedno imperium D’hary. Ale ponieważ nie ma tam współczesnych wynalazków w tym internet, to przepływ informacji jest wolny i pewni wszelkiej maści watażkowie nie wiedzą, że nie ma imperatorów Starego świata. Obydwoma światami Starym i Nowym rządzi D’hara. To jest wynik wojny, a konkretnie inwazji imperatora Jaganga na Nowy świat i wygranej bitwy na przedpolach Pałacu Ludu i samym środku tej budowli. 
Wiem, jak to wygląda, jak masło maślane, i pojęcia o co chodzi z tymi światami, ale to sam autor tak namieszał. W dodatku w Starym świecie nie tolerowano magii, w przeciwieństwie do Nowego świata i to ludzie stamtąd zostali wysłani do nowej rzeczywistości, w której zaczęli budować od nowa cywilizacje bez magii. To już było. Pozostajemy w tej alternatywnej przepełnionej magią rzeczywistości. Czarodzieje, Pani śmierci Nicci i były prorok, były, bo proroctwa zniknęły ze świata magii, Nathan mają misję specjalną zleconą przez lorda Rahla. Mają opowiadać o tym co się wydarzyło, o tym, że zachodzi transformacja zarówno polityczna, ale też widać zmiany układu gwiazd w kosmosie, idącego za tym zmian klimatu, np. zmian prądów morskich nikt nie jest w stanie przewidzieć efektów tej transformacji. Jak to są poważne zmiany mogą zajść wystarczy jak sobie uświadomimy, co by się stało gdyby np. jeden Golfsztrom zmienił kierunek, spowodowałoby to niezłe reperkusje w klimacie, przynajmniej w Europie i w Ameryce. Gdyby watażkowie nie chcieli dobrowolnie uznać władzy lorda Rahla Pani śmierci ma ich przekonać, jeśli to by się nie powiodło zagrozić, że armia D’hary zrobi porządek. 
 

Czarodziej, prorok, Nathan Rahl, daleki krewny Richarda, wraz z czarodziejką Nicci podejmują się misji. Trafiają najpierw do wiedźmy Red. To wyznaczyło kierunek ich szlaku, podążają do Kol Aldur. Nathan, dowiaduje się, że tam odzyska swój magiczny dar, a Nicci, że po drodze ocali świat. Obydwoje nie wiedzą co ich czeka, ale podróżują gdzieś w nieznane głębie Starego Świata. Nie wiedzą czy konkretnie to wiedźma miała na myśli, ale już w tym pierwszym tomie Nicci ratuje świat dwukrotnie, najpierw przed zakusami Życiożercy, a potem mnemoniczki Wiktorii, która nazwała się Pani Życia. Czyli była dokładnym przeciwieństwem Życiożercy, który pochłaniał wszelkie życie i stwarzał tym zagrożenie dla świata. A Wiktoria wyczarowała eksplozję życia, która również zagrażała światu. Obydwoje Roland, który został Życiozercą i Wiktoria, która nazwała siebie Panią Życia, byli czarodziejami bibliotekarzami w Cliffwail, czytając starożytne księgi mieli do czynienia z magią i próbowali szczęścia z niej korzystać nie mając umiejętności kontrolowania. Richard, Nathan, Nicci, którzy przeszli przez Pałac Proroków, tam w dosyć restrykcyjny sposób uczono młodych czarodziejów kontrolowania magii. Nicci była tam, jedną z sióstr nauczycielek. Nathan spędził tysiąc lat, na czytaniu proroctw. Nicci około dwustu. Richard był krótko, bo on z czarodziejem Zeddem na spółkę zniszczyli Pałac Proroków. Chodzi tu o wyjaśnienie czytelnikom jak ważną umiejętnością jest kontrolowanie magii. Nauka w pałacu proroków trwała kilkadziesiąt, jeżeli nie setki lat. Czas tam na skutek działania magii się zatrzymywał. Nicci i Nathan podążają szlakiem i bynajmniej nie jest to nudna wędrówka, bo wyznań po drodze nie brakuje. Mamy burze na morzu, walkę, z Selka, podwodnymi ludźmi, no i czarodziejskie pojedynki z Życiożercą i Pania Życia. Nicci była wykwalifikowaną czarodziejką, a tamci raczej amatorami, co nie znaczy, że te zwycięstwa były łatwe. Miały bowiem swoją cenę. No ale tego zdradzać nie zamierzam, bo warto dowiedzieć się tego z książki. Mamy dwoje zwykłych bohaterów. Bannona Farmera, który został towarzyszem podróży Nicci i Nathana, no i nastolatkę Oset mieszkankę doliny przekształconej przez Życiożercę w wyjawione pustkowie. Życiożerca zżerał wszystko co żyje. Los Oset w dziwny sposób splótł się z losem samej Nicci. 
Czy bohaterowie tej powieści dotrą do celu, do Kol Aldur? 



Równolegle czytam „Kroniki Majipooru” Roberta Silverberga i co mnie uderzyło czytając powieści Goodkinda, że przesycona jest motywami typowo silverbergowskimi. Chociażby tytuł lord, noszą go Rahlowie, i koronalowie Majipooru. Dalej u Silverberga jest król snów i panią wyspy snów, dwie potęgi Majipooru. Tutaj u Goddkinda mamy nawiedzających sny. Wiemy, że jednym z najpotężniejszych nawiedzających sny był sam imperator Jagang, który dzięki temu kontrolował umysły. Królowie snów robili właściwie to samo zdrowo uprzykrzając życie jeśli mieli kogoś na muszce. Niewielu było w stanie przeciwstawić się tej mocy. Ta sztuka udała się samemu koronalowi Prestimionowi. W tej części mamy podróż morzem, a ten motyw co i rusz mamy u Silverberga. Nie ma u Goodkinda co prawda smoków morskich, za to są smoki lądowe. Co tu więcej porównywać, obydwa te cykle to po prostu literacki geniusz obydwu autorów. Obydwaj Goodkind i Silverberg wykreowali fascynujące koncepcje fantastyczne, które dają czytelnikowi do myślenia. 



Książkę „Pani śmierci”, polecam. Widać, że Goodkind ma stare/nowe ciekawe pomysły na rozwijanie tej fantastycznej koncepcji jaką jest „Uniwersum Miecz prawdy” i mam to przeczucie, że kolejne części cyklu „Kroniki Nicci” będą jeszcze ciekawsze, bo widać, że to dopiero początek nowej literackiej przygody, ale jaki początek? Niezwykle zachęcający. Zdecydowanie polecam.

piątek, 16 marca 2018

 Dmitrij Głuchowski, 




Witajcie w Rosji  




Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 2014 r.
ISBN: 988363944469
liczba str.: 352
tytuł oryginału: Rasskaży o Rodzinie
tłumaczenie: Paweł Podmiotko 
kategoria: fantastyka


 
 

( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/221590/witajcie-w-rosji/opinia/45079809#opinia45079809  )    

 




Główne wiadomości, [w: ] D. Głuchowski , Witajcie w Rosji 


Kilka książek Dimitrija Głuchowskiego, rosyjskiego pisarza, znanego najbardziej z cyklu „Metro 2033” , recenzowałem wcześniej. Teraz byłem ciekaw jak wyszła literacka próba tego autora zmierzenia się z opowiadaniami fantastycznymi. Można je spokojnie określić jako pewien głos publicystyczny opisujący sytuację społeczno - polityczną w Rosji oraz przybliżeniu czytelnikom co gra w tzw. rosyjskiej duszy. I to rzeczywiście ma znaczenie, bo oprócz polityki mamy opowiadania dotyczące sytuacji zwykłych ludzi. Nie mogło się obyc w kilku opowiadaniach dotyczącego etosu alkoholowego sprowadzającego się do tego, że prawdziwy Rosjanin musi pić różne ciekawe specyfiki wysokoprocentowe i basta! Mamy też troszkę typowo religijnej mistyki. No i troszkę filozoficznej refleksji też musiało się pojawić Są też opowiadania typowo science fiction. Dotyczące kosmosu kosmitów, pytań o życie na Ziemi i w kosmosie. Jednym słowem to co autor zaproponował swoim czytelnikom w tej książce wyszło niezwykle ciekawie i warto się z nią zapoznać. Warto nadmienić przy tym, że książka jest wydana bardzo ładnie w twardej okładce, a na niej wiele mówiąca symbolika zaproponowana, jak przypuszczam, przez samego Dmitrija Głuchowskiego. Mamy tu  zarówno dwa  rosyjskie orły, carskie godło kraju  i zardzewiałą czerwoną gwiazdę, symbolizującą epokę komunizmu.  Jeden z tych symboli jest tłem drugiego i na odwrót. 


Ja swoim zwyczajem w przypadku zbiorów opowiadań proponuję bliższe zapoznanie się z jednym opowiadaniem. Mamy tu bardzo krótką koncepcję science fiction z silnym akcentem typowo politycznym zatytułowane „Główne wiadomości” choć zasadniczo tytuł jaki ma cała książka dla tego opowiadania byłby lepszy, no ale autor zadecydował inaczej. Mamy tutaj perypetie Saszy, dziennikarza, reportażysty Wiadomości, pracujący w jednym z ogólnokrajowych kanałów rosyjskich. Sasza utknął w korku gdzieś na ulicy w Moskwie i jest wściekły, że spóźni się do roboty. A przecież pora nadawania wiadomości już niebawem. Nagle! Okazuje się, że mam bombowy temat, bo nad moskiewskim niebem pojawiło się ufo, najprawdziwsze, w dodatku kosmici, pasażerowie statku odwiedzający glob tylko raz na 10000 lat, bo takie mają możliwości techniczne, mają przesłanie do ziemian. Na całym świecie byłby to hit telewizyjny. Ale oczywiście nie w Rosji, bo przecież dziennikarze muszą się wykazać i pokazać co akurat przez cały dzień robił duet rządzący krajem prezydent – premier. Dla kosmitów po prostu zabrakło czasu antenowego.


 
Zapewnić mogę czytelników, że właściwie wszystkie te opowiadania są świetne i wybór jednego był naprawdę trudny, a to jest wystarczająca zachęta dla was, żebyście mając okazję sięgnąć po tą książkę nie omieszkali jej przeczytać moi drodzy czytelnicy. Przeczytać warto. Polecam.

wtorek, 6 marca 2018

 Philip K. Dick



Blade runner. 
Czy  androidy marzą o elektrycznych owcach?
 



Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2012 r.  
ISBN  :988375101317
liczba str.: 272
tytuł oryginału:  Do Androids Dream of Electric Sheep?
tłumaczenie:  Sławomir Kędzierski
kategoria; science fiction







( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/99686/blade-runner-czy-androidy-marza-o-elektrycznych-owcach/opinia/44896474#opinia44896474 )





  




 




Przeczytałem kolejną książkę Philipa k. Dicka, tym razem jest to powieść, science fiction rzecz jasna, zatytułowana „Blade runner. Czy androidy marzą i elektrycznych owcach?”. Tytuł wygląda na nieźle zakręcony i jeśli ktoś spodziewa się, że to tylko początek tego typu przedziwnych atrakcji nie będzie zawiedziony.
Mamy tutaj rzeczywistość typowo postapokaliptyczną, po którejś wojnie Rosja – USA poszły w ruch atomowe zabawki. Właściwie nikt nie pamięta jaki był powód tej wojny ani kto zaczął. Efekt spaskudzenie globu na setki lat. Kto może ucieka na kolonie w kosmosie. Tam też produkowane są androidy, które czasem trafiają na Ziemię. Wyspecjalizowany policjant, łowca androidów, Rick Deckard ma kolejną misję specjalną, ma wykończyć, chyba właściwie słowo, bo mimo, że te roboty z wyglądu nie różnią się od człowieka to jednak było nie było są maszynerią, zbiegłe z kosmosu androidy typu Nexus 6. Te którymi łowca ma się zająć są wredne i paskudnie niebezpieczne. Przynajmniej za takie zostały uznane.
Bierze się do roboty. Finału można się domyśleć.


 
Konstrukcja książki niby banalna, no ale było nie było Dicka jest wybitnym twórcą science fiction i kreuje niezłe zamieszanie intelektualne w tej książce. Nawiązuje przy tym do takich klasyków jak Isaac Asimov i Frank, Brian Herbertowie. W cyklu „Fundacja” robot R. Danael Olaviv robi dobrą robotę strzeże ludzkości przed nią samą i na ile to możliwe chroni imperium przed upadkiem, potem powstają tzw. dwie Fudacje w kosmosie. Co pozwala przetrwać ludzkości po upadku imperium. Natomiast fascynującym robotyckim indywiduum jest robot Erazm w serii
„Uniwersum Diuna”. Erazm to okropny paskudnik, ale ma jedną interesującą cechę, ciekawość. Duma i filozofuje, zadaje pytania, kim jest człowiek? Prowadzi ciekawe eksperymenty np. interesuje się historią sztuki. Analizuje obrazy Van Gogha, Rembranta i wielu wybitnych malarzy. Ten artystyczny motyw pojawia się też u Dicka. Główny bohater spotyka fikcyjnego z przeszłości malarza Merciera, który ostrzega ją przed duplikatem Rafael. Wcześniej trafił z tym pięknym androidzkim damskim osobnikiem do łóżka i jak to Dick podsumował w dwóch słowach. „Zrobili to.” Obydwoje zdawali sobie sprawę, że z etycznego punktu widzenia to jest niezła jazda. Ale jakoś im to nie przeszkodziło w uprawianiu seksu i czerpania z tego fascynującej satysfakcję. Dlatego załatwienie Pries było dla łowcy takie trudne. Malarz uznał, że to co łowca ma zrobić musi być zrobione. 

 

Motywy typowo ekologiczne pojawiają się w tak wielu powieściach gatunku science fiction, że nawet nie ma potrzeby ich wymieniać. Efektem nuklearnej pożogi było wyginięcie większości zwierząt domowych i dzikich. Ludzie nieźle od tego ześwirowali. Korporacje produkujące androidy zarabiają fortunę na produkcji nieszkodliwych androidzkich zwierząt. Decyduje o tym ekonomiczne prawo podaży i popytu, ale też psychologia. Na oryginalne, nieliczne pozostałe przy życiu zwierzęta stać właściwie tylko milionerów, te z kolei mają ceny horrendalnie wysokie. Ciekawostką moim zdaniem jest fakt, jak sprzedawca ma udowodnić czy nie sprzedaje kota w worku? 

 



Co wyniknąć może z filozoficznego punktu widzenia z tej książki? Nawiązanie do eksperymentów jakie robiła ekipa Hitlera w czasie drugiej wojny światowej jest właściwie oczywiste. Podział na podludzi i nadludzi został wtedy perfekcyjnie ideologicznie rozwiązany. Przekonano wtedy do tych koncepcji miliony Niemców. Według nazistowskiej doktryny Żydzi i inni podludzie zagrażają tysiącletniej Rzeszy i zachodzi konieczność fizycznej eliminacji. Adroidy zbierają cięgi za to, że są genialną podróbą człowieka i przez to zagrażają ludzkości, bo nie wiadomo z kim ma się do czynienia, nawet osoby na wysokich stanowiskach są o to podejrzewane. U Dukaja w „Perfekcyjnej niedoskonałości” roboty były np. księżmi i nikt nie miał z tym problemów. Czyżby była to sugestia, że androidy przetrwają mimo wszystko tą nagonkę jaką zaserwował im Dick, chociażby dlatego, że będą niezbędne? 

 


Książka jest rewelacyjna. Daje do myślenia.

niedziela, 25 lutego 2018

Stepen L. Carter,




Rada pałacowa 




Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 2011 r.
ISBN:  9788375083255
liczba str.: 608
tytuł oryginału: Palace Council
tłumaczenie: Witold Kurylak
kategoria:  thriller






 



( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/93018/rada-palacowa/opinia/44676113#opinia44676113  )        

 

 

 





Kręcąc się między półkami w bibliotece trafiłem na książkę Stephena L. Cartera zatytułowaną „Rada pałacowa” i tak zupełnie szczerze, to jest nie to czego ja jako czytelnik mogłem się spodziewać. Bo po takim tytule można się spodziewać ,że autor zajmie się polityką i kwestią politycznych walk o władzę pomiędzy frakcjami. Oczywiście polityka i to wszystko jest, pojawiają się znane postaci np. John F. Kennedy, Richard Nixon, ale o polityce mowa jest tutaj w sensie kuluarowym. Rada Pałacowa to tak naprawdę tajny organ doradczy mający charakter tzw. szarej eminencji, skupia ona 20 wpływowych osób, polityków, biznesmenów, artystów itp. 12 z tych osób ma biały kolor skóry, 8 czarny. I to jest kluczowe tutaj w sensie o czym jest ta książka?  Odpowiedź Mamy tu losy elit murzyńskich, takie dokładnie określenia stosuje w książce autor czarnoskóry intelektualista, profesor Uniwersytetu w Yale. Bohaterowie w książce sami siebie nazywają ciemniejszą nacją. Stosując standardy poprawności politycznej, mamy tu przedstawione losy kilku rodzin afrokamerykanów, to określenie w ogóle nigdzie w książce się nie pojawia. To nie znaczy oczywiście, że książka jest zła. Pod katem społecznym zapewne jest ona potrzebna wręcz konieczna, bo mamy tutaj wybitne jednostki, które coś osiągnęły w Ameryce, są to bowiem bardzo bogaci biznesmeni, a także intelektualiści, np. pisarze, profesorowie uczelni wyższych, działacze polityczni, itp. Ciekawe, że mimo, iż Ci bohaterowie są jednostkami wybitnymi zmagają się z typowymi dla czarnoskórej ludności problemami, np. wynajmowaniem niektórych hoteli, kupnem domów w dobrych dzielnicach, no i problem nietolerancji bywa dla tych osób tak samo dokuczliwy jak dla całkiem zwyczajnych ludzi czarnego koloru skóry w tym czasie.  Mamy w tej książce szeroką społeczno-polityczną panoramę Stanów Zjednoczonych w latach od 50-tych do 70 -tych XX stulecia. Dominują jednak dwa miasta jeśli chodzi o akcję są to oczywiście Nowy York i Waszyngton. Ale też akcja wykracza po za teren USA, mamy tu bowiem kilka miast europejskich, Wietnam w kontekście wojny, a także co ciekawe Afrykę. Wietnam tu jest istotny w kontekście problemów społecznych, Afroamerykanie debatują i rozważają kwestię czy warto ginąć za kraj, który ich jako mniejszość narodową prześladuje?      Rzecz jasna można się tego domyślać mamy problem protestów społecznych, organizowanych m. in przez Martina Luthera Kinga i walki o równouprawnienie ludności kolorowej.


Głównym bohaterem jest czarnoskóry pisarz, dziennikarz, także autor przemówień pisanych na zlecenie polityków z pierwszej ligi, w tym kilku prezydentów, Eddie Wesley. Współpracuje on z FBI, bowiem jego siostra Junie, podejrzewana jest o działalność wywrotową w ,fikcyjnej, w sensie, że występuje na kartach tyko tej książki, radykalnej organizacji Szlachetna Agonia, w dodatku podejrzewanej, że działa na zlecenie KGB. Można wręcz określić, że była to organizacja terrorystyczna walcząca nielegalnymi metodami o prawa ludności kolorowej, słynne były utarczki z Ku Klux Klanem, zresztą to akurat fakt autentyczny. Mamy opis uwikłania Eddiego w bieżącą politykę, a także jego dość skomplikowaną relację miłosną z Aurelią Garland, jedna z caryc Harlemu. Obydwoje są w sobie zakochani od lat młodości, jednak Aurelia wybiera bogatego murzyńskiego biznesmena Kevina Garlanda. Potem mimo, że Aurelia stosunkowo szybko została bogatą wdową nie śpieszy się jej wyjść za mąż za Eddiego, mimo, że dla nikogo nie jest tajemnicą, że go kocha. Co jest tego przyczyną? Eddie natrafia na problem istnienia Rady pałacowej, i dowiaduje się jakie były okoliczności jej powstania i roli jaką odgrywa w kraju. To przedstawiciele 20 członków rady de facto wybierają prezydentów, USA, bowiem uważają, że demokracja jest zbyt słaba i trzeba nią sterować z tzw. tylnego siedzenia. Czy te wszystkie skomplikowane sprawy się wyjaśnią?


Książka jest niezwykle interesująca. Warto przeczytać. Polecam.

piątek, 23 lutego 2018

 Robert Silverberg,





Lord Prestimion  





cykl: Kroniki Majipooru, t. 6





Wydawnictwo: Solaris 
Data wydania; 2010 r.
ISBN: 9788375900217
liczba str.518
tytuł oryginału;Lord Prestimion
tłumaczenia: Krzysztof Sokołowski
kategoria: science fiction

 




( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/68452/lord-prestimion/opinia/44061407#opinia44061407  )    






Czytam z zachwytem kolejny, szósty, tom cyklu „Kroniki Majipooru” zatytułowany „Lord Prestimion” . Mamy w tej książce bezpośrednią kontynuację zdarzeń z poprzedniego tomu zatytułowanego 
"Czarnoksiężnicy Majipooru", tam były batalistyczne opisy wojny domowej, czyli obalenie uzurpatora Korsibara. A w tej mamy czas następujący po wojnie, zaszła też konieczność obalenia prokuratora Ni –moyDantyrii Sambaila. Przy czym rozumienie tej funkcji  publicznej jest nieco inne,  prokurator na Majipoorze był namiestnikiem kontynentu Zimroel, później władzę nad tym kontynentem sprawowało pięciu książąt, rycerzy kandydatów  Dantiria Sambail  udając sojusznika Prestimiona, w końcu był jego kuzynem, wspierał reżim Korsibara. Po przegranej wojnie znalazł się w lochu na Zamku. Jednak zdołał stamtąd umknąć zachowując nienawiść do Prestimiona, no i narobić nowemu, legalnemu koronalowi sporo kłopotów. Poszukiwania prokuratora trwają, tym samym kolejna wojna domowa wisi w powietrzu. Tymczasem Majipoor nie pozbierał się po wojnie. Prestimion chciał dokonać niemożliwego sprawić, żeby szkody dokonane przez Korsibara i jego klikę zostały zniwelowane. Zażądał od magów, żeby dokonali za pomocą magii zbiorowej amnezji. A przecież wojny i jej efektów, bo przecież zginęli ludzie, widoczne gołym okiem są szkody wywołane działaniami zbrojnymi obydwu stron konfliktu, nie da się wymazać z pamięci. A jednak Prestimion spróbował szczęścia, czego efektem musiało widać być powszechne szaleństwo, które jest destrukcyjne, bo przyczynia się do kolejnych śmierci i wielu nowych zniszczeń. No i pojawili się Barjazidowie, jak wiemy z wcześniejszych części przedstawiciele tej dynastii byli królami snów, potęgą Majipooru. Tu mamy wyjaśnienie jak do tego doszło. Czytelnik znajduje potwierdzenie faktu, że maszynka króla snów to iście diabelski wynalazek. W szczególności to jest widoczne w czasie bezprecedensowego pojedynku ojca, który wsparł rebelianta prokuratora i syna, który opowiedział się za Prestimionem, którzy używając swoich maszyn walczyli o najwyższą stawkę ocierając się przy tym o zniszczenie psychiczne. Założenie tej mechanicznej korony i walka z przeciwnikiem dysponującym tą samą bronią to jak ujeżdżanie milionów gromów błyskawic lub pędzącej rakiety. To porównanie oddaje potęgę tej broni, i nic dziwnego, że jej posiadacze przez szereg pokoleń byli kolejną potęgą planety.



Czym tak naprawdę są potęgi Majipooru? To nie tylko władza polityczna usankcjonowana w średniowiecznym tego słowa rozumieniu, a wiec potęgi byli reprezentantami bogini na planecie. Ale też potęgi są żywiołem, działaniem świata. Potęgi w niemal dosłowny, nadprzyrodzony sposób, niczym greccy herosi ogarniają cały wielki Majipoor realnie wpływając na umysły mieszkańców planety, czyni to głównie Pani wyspy, król snów, ale również koronal i pontifex mają tą niewyobrażalną moc z której czasem korzystają, a więc jest to niemal dosłowny rząd dusz trudny na dobrą sprawę do pojęcia. Jednak realny, bowiem sny, czy prorocze wizje są niezwykłe, bo oddziałują z tą samą siłą na wydarzenia, co fakty mające miejsce w pobliżu. Dlatego trzeba się dobrze wczytać w ten cykl, żeby zrozumieć na czym tak naprawdę polega działanie Majipooru. Na tym też polega absolutna wyjątkowość tego cyklu, bowiem życie na Majipoorze ma wymiar niemal ekologiczny, wszystko jest ze sobą zżyte, stanowi jeden wielki organizm. Czytelnik podróżując na literacki Majipoor oddycha powietrzem Majipooru, podziwia widoki tej zróżnicowanej planety, doświadcza jej barw, głosów, ludzkich, nieludzkich, zwierzęcych, a nawet roślinnych, słyszymy plusk wód oceanicznych, morskich, rzek, jezior. Oczyma wyobraźni czytelnik poznaje spore obszary planety. Równie fascynujące są tutaj zarówno wsie, miasta, wielkie pustkowia i obszary gęsto zaludnione, zwiedzamy również tereny niedostępne typu góry czy pustynie. Tytuł tej części cyklu sugeruje, że Prestimion jest wyjątkowym władcą, wręcz można powiedzieć, że jest podobny do lorda Valentine’a, chyba nawet w ten sam sposób jest z innej bajki, a jednak to jest czynnik decydujący, bo Prestimion żyje życiem Majipooru troszcząc się o każdego mieszkańca i zamartwiając się, że zwykli ludzie i nieludzie też muszą się uporać z szaleństwem. Przez wszystkie karty książki głowi się co można za tym zrobić i działa tutaj niczym prorok, mesjasz, lekarz cudotwórcza. Czyżby było to nawiązanie do średniowiecznych królów cudotwórców, których Bóg obdarował łaską leczenia niektórych chorób?


Książka jest zachwycająca, pasjonująca, Silverberg kreuje rzeczywistość Majipooru nie tylko jako pisarz, ale też zdawać się może, że usiłuje wchodzić tu w rolę artysty malarza przedstawiając w niezwykły, mistrzowski sposób piękno Majipooru. Zdecydowanie polecam.

czwartek, 15 lutego 2018

 Marek Oramus,




Dzień drogi do Meorii  




Wydawnictwo: Wydawnictwo Iskry
Data wydania; 1990
ISBN: 8320712645
liczba str.; 302
tytuł oryginału: -------------
tłumaczenie; --------
kategoria: science fiction 




( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:









Tym razem zainteresowałem się książką Marka Oramusa zatytułowaną „Dzień drogi do Meorii” jest to powieść science fiction. Akcję powieści autor usytuował gdzieś w kosmosie, planeta Europa 7. Mamy 107 rok Nowej Ery, która nastąpiła po Wielkim Błądzeniu. Po porażce planety Ziemia z kosmitami nazywanymi Hoam większość ludzi zginęła w wojnie, część została na Ziemi, bo kosmitom niewolnicy byli do szczęścia potrzebni, a niewielki odsetek ok kilkudziesięciu milionów ludzi udało się na kosmiczną emigrację. Zapewne koleje losów ludzi którzy trafiali na przeróżne planety bywały różne. Na planecie Europa 7 o której mowa ludziom wiedzie się dość niefortunnie. W sumie mamy tu pewien regres cywilizacyjny, ale czy akurat ten deficyt dobrobytu z tego wynika, czy raczej z zachłanności ludzi rządzących? Sugerować by to mogła chociażby tytułowa Meoria? Co to jest? Raj? A więc pomysł z Meorią jest niemal tak stary jak Biblia i pozostałe święte Księgi. Ludzie potrzebują tego rajskiego archetypu i następne stulecia niezależnie od rozwoju ludzkości, czy pozostaniemy na Ziemi, czy rzeczywiście część populacji ludzkiej szukać będzie lepszego życia w kosmosie. 



Jak wspominałem na planecie Europa 7 ludzie żyją w nędzy, i jest to dosłowna definicja ubóstwa, czyli życie na granicy ludzkiej egzystencji. Nie trudno się domyśleć, że można tu się doszukiwać zdefiniowania realiów życia w PRL –u, i fantaści, czyli twórcy science fiction. uznali, że ta otoczka, jaką oferuje ten gatunek literacki, czyli np. wykreowane przez pisarzy koncepcje przyszłości ludzkości w kosmosie, będzie do strawienia przez cenzurę. Mamy motyw walki o wolność, która również jak żywność i woda jest deficytowa, ale ludzie mimo, że utrudzeni warunkami bytowymi dostrzegają jednak konieczność zmiany systemu. No ale władza dobrze się broni wykorzystując przy tym aparat represji, ale także system nagród sprzedając ludziom marzenia o awansie społecznym. Nielicznym zapewne to się udaje, no bo jednak mierne, bierne, ale wierne kadry skądś rekrutować trzeba. 


Autor na kartach książki zawarł nie tylko opisy funkcjonowania tego systemu, ale również próby jest zrozumienia, bo dla niektórych bohaterów to jest istotna kwestia zrozumienie sensu działania tego systemu pod każdym względem. Wiadomo kosmos i wynikające z tego pytania, jak tam ludzie się znaleźli i dlaczego? Dalej pytania o Boga, funkcjonuje kościół Boga chwilowo nieobecnego i parę innych. Pojawiają się również zagadnienia rozpracowywane pod kątem doktryn politycznych, przypomina to system wzięty żywcem z „Roku 1984" Georg’a Orwella. W sumie nic dziwnego, że autor do klasyka nawiązał, bo u Orwella jest wszystko co było również Oramusowi potrzebne do opisu doktryny politycznej i koncepcji społecznych na Europie 7. O Wielkim Bracie cicho sza, ale nikt z czytelników wątpliwości nie ma, że musi być. Odnoszę wrażenie, że ta książka jest na wskroś Dickowska, czyli tutaj również mamy coś w rodzaju kosmicznej postapokalipsy, chociażby te koncepcje dotyczące Boga. No i niewątpliwie widzę tu pewną zbieżność z twórczością Janusza Andrzeja Zajdla, który tworzył fantastykę socjologizującą, której elementy u Oramusa są również obecne. Zapewne u autora „Drogi do Meorii” mamy podzerowców i nadzerowców. Tutaj edukacja raczej leży odłogiem, posiadanie jednej lub kilku książek z czasów sprzed Wielkiego Błądzenia uchodzi za niewyobrażalne bogactwo. 


Książka jest interesująca, choć również dość trudna w odbiorze. Warto przeczytać. Polecam.



.