John Morressy,
Wyprawa Kedrigerna
cykl: Kedrigern, t. 2
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 1996 r.
ISBN: 8386868171
liczba str.: 260
tłumaczenie: Hanna Posierska
tytuł: The Questing of Kedrigern
kategoria: fantasy
recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/56142/wyprawa-kedrigerna/opinia/61047652?#opinia61047652

"Wyprawa Kedrigerna” to ciekawe, sympatyczne i półżartobliwe literckie podejście do gatunku fantasy dokonane przez amerykańskiego pisarza Johna Morressy’ego. Autor świetnie się bawi pisząc książkę w bajowych konwencjach i zaprasza do czytelnika, żeby odbył tą fascynującą podróż w niezwykłym uniwersum rozpoznając bajki o które ociera się to uniwersum. Przypominające troszkę film "Shrek", bo w końcu tam też mamy zamieszanie związane z magicznymi przemianami, które dotyka czasem nie tylko księżniczki, czy książąt, ale też różne inne persony. Oczywiście jest tam tez smok, podobnie zresztą jak i w książce Morressy’ego, te groźne bestia musiały się oczywiście pojawić. Chociaż we książce jest przyjemnie i wesoło to wcale nie tak bajkowo jakby to mogło wyglądać. Bo przecież co to by były za bajki gdyby jakieś licho nie namieszało i dopiero wtedy zaczęło się dziać, często bardzo źle. Czytelnik dowiaduje się, że zabawy z magią są piekielnie niebezpieczne, zwłaszcza jeśli biorą się za nie osoby nie mające do tego predyspozycji, bo albo są na poziomie szkolenia magicznego, albo ich zasób wiedzy magicznej nie jest najwyższy wynikający z braków w doświadczeniu i nabytej wiedzy. A z konsekwencjami tego typu igraszek mają problemy nawet wielcy mistrzowie magii czyli czarodzieje. Sporo tutaj o licznych transformacjach magicznych o przemianach w muchy, ropuchy, dziwne, bliżej nieokreślone stwory. Wszystko się zaczęło od tego, że czarodziej Kedrigern, który odczarował wcześniej swoją żonę księżniczkę z żabiej postaci, kłopot w tym, że tego typu czar, wedle wiedzy specjalistów da się odczynić tylko raz, niezwykle rzadko opuszczał swój dom bo lubił swoje zajęcia i kochał swoją księżniczkę więc uznawał za słuszne stosowanie dystansu społecznego. No ale w końcu dał się namówić, żeby wybrać się na Czarkon, zjazd magów i dopiero zaczęły się kłopoty. Efektem była wyprawa Kedrigerna przez kawał świata, a nawet trafiwszy na jego koniec, trafił do naszego świata, lata 80 XX wieku.
Na Czarkonie Kedrigern i jego piękna żona byli gośćmi specjalnymi. Oczywiście magowie na tego typu zjazdach prowadzą nie tylko magiczne dysputy, ale także po prostu imprezują nie gardząc trunkami z wysokim procentem alkoholu. Na jednej z tego typu hulanek doszło do dramatu dwaj niesforni młodzi magowie znowu przemienili księżniczkę w żabkę. Ktoś w odwecie przemienił winowajców w muchy, które niezwłocznie żabka - księżniczka zjadła, bo poczuła żabi instynkt głodu, a przecież muszki są taki pyszne. I to było przyczyną dramatu, bo nie sposób było dojść jaki czar został użyty. Trzeba było skontaktować się z ich mentorem czarodziejem Arlebanem, bo tylko on mógł mieć zielone pojęcie czym posłużyli się jego dawni uczniowie. Wyprawa ruszyło, jak można się domyślać z konwencji fantasy mieli niesamowite przygody, nawet na pewnym etapie zebrała się niezła drużyna, co oczywiście nawiązuje do mistrza Tolkiena i zamieszania związanego z pewnym pierścieniem.
Warto jednak dodać, że ta książka, choć sam w sobie jest naprawdę zabawna, i czytelnik nie raz ma okazję zdrowo się pośmiać, to jednak są też ta rzeczy poważne związane zarówno z polityką, a nawet filozofią historii. Autor pisze o tym, że niektóre królestwa mają się lepiej, inne gorzej, a jeszcze inne dawno upadły i wiedzę o nich magowie i mędrcy czerpią z zakurzonych książek, ewentualnie z ruin miast i zamków. Przybycie do Los Angeles daje autorowi narzędzie do tego, żeby wybitny człowiek epoki stylizowanej na średniowiecze mógł nadziwić się jak wygląda nasz świat. Dziwiły go wynalazki, typu samochody, czy windy, albo zielone papierki które są walutą. Zapewne jako człowiek swojej epoki cenił monety w szczególności te złote oczywiście. Kedrigern był w naszym świecie bardzo krótko, ale miał na tyle otwarty umysł, że nie ma wątpliwości, że poradził sobie zaskakująco dobrze.
Książka jest bardzo ciekawa. Jest w niej spora dawka dobrego humoru, ciekawi bohaterowie, rewelacyjnie literacko przedstawieni. Książka jest napisana przystępnie, czytelnik wciąga się w czytanie. Warto przeczytać. Polecam.
Jestem przekonany, że książka zatytułowana „Pożegnanie z Afryką”, której autorką jest duńska pisarka Karen Blixen jak najbardziej pasuje do koncepcji wyzwania Book Trotter. Z jednej strony pisarka z Dani, to rzecz oczywista, ale też jest to książka autobiograficzno – podróżnicza, coś w stylu jak już recenzowałem przy okazji norwerskiego wyzwania książkę Asne Seierstad „Księgarz z Kabulu” odmienny kontynent klimat, mentalność itd. Można w nieskończoność powymieniać. Ksiażka nie jest typową powieścią, są tam raczej pewne przypowieści dotyczące różnych zdarzeń w układzie niechronologicznym. Chodź początek i koniec jest, z pierwszych zdań dowiadujemy się, że autorka miała farmę w Kenii, gdzieś w okolicach Nairobi, stolicy kraju, wtedy, pierwsze dekady XX w. kolonii. A z ostatnich zdań dowiadujemy się, że pisarka i główna bohaterka książki w jednej osobie, wyjechała z kraju. Pierwsza cześć książki jest typowo wspomnieniowa, pisana po latach, natomiast druga cześć to coś w rodzaju bieżących notatek, które ocalały i przydały się pisarce do napisania książki, oprócz typowych motywów, które właściwie nic nie różnią od tej części wspomnieniowej, mamy też notatki z życia codziennego, czyli co trzeba kupić, kogoś po coś posłać do stolicy, spotkania z kimś w celach biznesowych, rozważania o koniukturach ekonomicznych, jak można się domyśleć były one dla farmy, której właścicielką była Keren Blixen były one niesprzyjające. Dlatego musiała wrócić do Danii. Nie wiemy czy ma to cos wspólnego z polityką, bo tej właściwie tu nie ma, oprócz dosłownie pojedynczych zdań z kontekstu urwanych, których czytelnik domyśla się znając burzliwą historię tego regionu świata w kolejnych dziesięcioleciach.