wtorek, 18 listopada 2025

Harry Harrison, Przestrzeni! Przestrzeni!

 Harry Harrison,



 Przestrzeni! Przestrzeni!


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2019 r. 

ISBN:  9788380626089

liczba str.: 288

tytuł oryginału:  Make room! Make room!

tłumaczenie: Radosław Kot

kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4892609/przestrzeni-przestrzeni/opinia/94270142#opinia94270142




W wyzwaniu Book Trotter kończące 2025 r. padło na miasto Nowy Jork, stąd wybór książki pt. „Przestrzeni! Przestrzeni!” Harry’ego Harrisona. Mamy tutaj krajobraz przed apokaliptyczny, dość szczegółowo opisany. W sumie mamy dość dziwny zabieg, wrzucenie w tą koncepcję świata w ruinie motyw typowo kryminalny. Czy czytelnikom klasyki sf ten zabieg może się spodobać? Autora odpowiedź na tak zadane pytanie nie obchodziła. Liczyła się dla niego opcja opisania życia codziennego Nowojorczyków, a konwencja kryminału pasowała Harrisonowi do koncepcji.


Na pewno to było szokiem dla czytelników z Ameryki z czasów budowania powojennego dobrobytu. Bo nie ma opcji musiało być bardzo wstrząsające, że wszystko co dobre kiedyś się skończy. A świat stanie się globalną wiochą nie dlatego, że połączą nas szybkie światłowody internetowe, ale dlatego, że miejsce zdatne do życia skurczy się. A miasto takie jak Nowy Jork bardziej będzie przypominać Bejrut lub Bombaj niż nieformalną stolicę świata cywilizowanego, którą każdy chciałby odwiedzić.


Literacko czytelnik bez problemu odnajdzie nawiązania do tej książki w „Bastionie” Kinga. A także nasz Lem interesował się tą książką. Pewne zbieżne idee i koncepcje da się odnaleźć w „Kongresie futurologicznym”. Różnica jest taka, że Śniący przybysz z przeszłości z zewnątrz obserwuje tą rzeczywistość. U Harrisona bohaterami i obserwatorami są miejscowi tubylcy i w tym sensie są ograniczeni. Inna mniej ważna różnica, że Lem prognozował globalne ochłodzenie, a u Harrisona mamy znaczne ocieplanie się klimatu. W koncepcji przyrostu naturalnego obydwaj panowie byli zgodni, że wzrost populacji będzie, i jej ustawowe ograniczenie, w chińskim stylu, będzie konieczne.


Jak wspomniałem, że bohaterami książki są zwykli ludzie, policjant Andy, jego przyjaciel Sol, jego dziewczyna Shirl. Do do tego grona dołączył przestępca, złodziejaszek i morderca Billy Chang, chińczyk z Tajwanu. Sprawa zabicia Mike’a O’Briena, zwany był Wielkim Mike’m wydaje się prosta, ale, że był tzw. człowiekiem z miasta, czyli gangsterem, powiązanym z politykami, to nadano jej priorytet. Po prawdzie pies z kulawą nogą płakał po takim łajdaku. Jednak przyjęto założenie, że zabójca Wielkiego Mike’a mógł być kimś znacznym. W przypadkową prawdę nikt nie chciał wierzyć. I stąd całe to zamieszanie. Andy prowadził śledztwo przez kilka miesięcy. A czytelnik poznał miasto i jego mieszkańców w tym czasie zagłębiając się w lekturę z uwzględnieniem czwórki bohaterów oczywiście.


Jest też piąty bohater, raczej drugoplanowy, katolicki ksiądz Piotr. Nadał on temu zamieszaniu rys religijny, millenarystyczny ściślej. Interpretował on wydarzenia, że koniec świata jest bliski, bo mamy milenijny rok 2000. Ksiądz jest przekonany, że jest Antychryst i nierządnica Babilońska z bajzlu robi bajzel. Rzecz jasna ksiądz wie, kto jest tym Antychrystem, ale przezornie tożsamości jegomościa nie zdradza. Jak na osobnika uchodzącego za kompletnie szalonego, to jest bardzo racjonalne podejście do sprawy. Ta postać istnieje, ale większej mocy sprawczej nie ma.


Książka jest niewątpliwie interesująca. Inna bajka, czy pozostałych uczestników czytelniczej akcji interesuje literacka koncepcja Nowego Jorku w ruinie. No ale Harrison uznał, że jest ona potrzebna, bo ludzkie potrzeby rozwalania planety są przerażające. Książka jest ciekawa, acz momentami rzeczywiście straszna. Warto przeczytać. Polecam.


                           



piątek, 7 listopada 2025

Mike Resnick, Okręt flagowy

Mike Resnick, 


Okręt flagowy


cykl: StarShip, t. 5


Wydawnictwo: Fabryka Słów

Data wydania 2011 r.

ISBN   9788375743265

liczba str.:  426

tytuł oryginału; Starship: Flagship

tłumaczenie: Robert J. Szmidt

kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/85847/starship-okret-flagowy/opinia/94396672#opinia94396672



Nadszedł wreszcie ten czas, żeby zakończyć czytanie tej genialnej przecież serii. Przy czym przyznać trzeba, że jest najmniej prawdopodobna jest ta piąta część zatytułowana „Okręt flagowy” . No bo co my tu mamy​?


Winston Cole i jego ekipa, która dysponuje kilkoma tysiącami statków realizuje ten szalony zamysł, obalenie Republiki, a przynajmniej jest to koncept zmiany na lepsze np., żeby nie było ludobójstwa w kosmosie. Rzecz jasna termin jest umowny, bo dotyczy też kosmitów, a w tym uniwersum inteligentnych obcych nie brakuje. Te siły zbrojne pod komendą Cole,a wystarczą na zdobycie planety lub kilku globów, ale nie, żeby wygrywać z kosmicznymi gigantami Republiką lub Teroni. No ale kto jak nie on? Największy banita w galaktyce uratuje Republikę przed nowym, tajemniczym zagrożeniem. Wiem, kupy się to nie trzyma, ale buja, czyli działa i jest dobrze.


Najdziwniejsza jest ta zbieżność, akcji Rubinosów z atakiem na Delorus VIII, centralną planetę Republki z tym co kombinuje Winstone Cole. Można przypuszczać, że działalność szpiegowska miała miejsce. I to jest ciekawostka na ile akcja Cole’a miała wpływ na to co kosmici z Rubino V planowali od bagatela 500 lat. Chłopaki na tyle dają radę, że gdyby nie geniusz Cole’a, kto wie jakby to zamieszanie się skończyło. Spojler już był od początku, że działalność Cole’a to schyłkowa Republika i początek ery Demokracji. Przypuszczać można, że da się domyśleć, że sam Cole będzie miał z tym coś wspólnego. Na pewno utrudnia życie w dedukcji fakt, że Cole i jego podwładni kręcą się po rubieżach galaktyki i tylko z tego powodu ta część robi wrażenie naciąganej.


Niewątpliwie ma duże znaczenie autorytet samego Cole’a i wpływ jaki miał na nowych ludzi, którzy przybywali i walczyli ramię w ramię. Nie ma opcji najbardziej krytyczni byli republikanie, którzy wczoraj z Cole’em jako buntownikiem walczyli, ale też oni się szybko przekonali o nieszablonowych kompetencjach Cole’a i bez szemrania przyjmowali dowództwo i robili co trzeba. Na pewno ta część pokazała, że jego umiejętności interpersonalne były na wysokim poziomie. Pokazane zostało przez autora, że machina wojenna pod komendą kompetentnego dowódcy jest dobrze naoliwioną maszynerią. Cole kiedy trzeba stoi na mostku kapitańskim i dyryguje bitwą, a kiedy są luzy zamyka się w kajucie i śpi. Zresztą podobne podejście zaleca każdemu, bo kiedy trzeba działać każdy musi być sprawny i gotowy do walki, czy to będzie głowa, ręce czy nogi, których trzeba użyć do wykonania rozkazu, w zależności od pełnionej funkcji na statku kosmicznym.


Wprawdzie nie trudno się domyśleć jakie są końcowe rozstrzygnięcia warto przeczytać tą piątą część cyklu pt. "StarShip”, tak samo jak cztery poprzednie. Rewelacja.


sobota, 25 października 2025

Jacek Komuda, Czarna bandera

 Jacek Komuda, 


Czarna bandera 


Wydawnictwo: Fabryka słów, Edipresse

Data wydania: 2019 r.

ISBN: 9788381174114

liczba str.: 305

tytuł oryginału: ---------

tłumaczenie: ---------

kategoria: powieść przygodowa


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/7053/czarna-bandera/opinia/12093660#opinia12093660


                                                                                         

"Czarna bandera” to zbiór sześciu pirackich opowiadań Jacka Komudy. Z racji, że nikt nie wysila się publikować ich tytuły uznać należy, że książka traktowana jest jako całość i tak należy do tematu podejść. Książka jest niezwykle brutalna, obdziera fach piracki z tego całego mitologicznego romantyzmu. Oczywiście farciarze byli, którym się wiodło, ale w przypadku zdecydowanej większości ich przygody trudno nazwać kolorowymi.


Kosiarze, zwani też śmiercią kosili równo, ale drugie tyle cierpiało z powodu licznych chorób, amputacje kończyn było normą, równie liczne były choroby przenoszone drogą płciową. A jednak wielu ludzi ciągnęły przygody na pełnym morzu i wolność.


W opowiadaniach było też to czego można się spodziewać epopeje słynnych piratów, liczne wojny i przepuszczanie w spelunkach i burdelach olbrzymich fortun.


Książka jest ciekawa, autor na tyle ile to możliwe odwzorował prawdę historyczną zmiksował to z odrobiną fikcji literackiej i jakoś poszło. Dobrze jest. Polecam.



               


poniedziałek, 22 września 2025

Mike Resnick, Buntownik

 Mike Resnick,



 Buntownik



cykl: StarShip, t. 4


Wydawnictwo: Fabryka słów

Data wydania: 2010 r.

ISBN:  9788375742138

liczba str.: 408

tytuł oryginału:  Starship: Rebel

tłumaczenie: Robert J. Szmidt

kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/53818/starship-buntownik/opinia/93299570#opinia93299570




Kolejny tom cyklu „StarShip” zatytułowany "Buntownik", czyli kosmicznych przygód kapitana Wintone’a Cole’a i jego coraz liczniejszej ekipy, flota rozrosła się do 1000 okrętów bojowych i około 2000 mniejszych pojazdów, obrońców Stacji Singapur. Zapewne nietrudno się domyśleć, że wszystko zmierza do drugiej bitwy o stację Singapur. Tyle, że tym razem przeciwnik jest nielichy, do terenów Wewnętrznej granicy coraz śmielej zbliża się flota Republiki uprawiają kradzieże, przymusowy werbunek do armii, a także ludobójstwa na masową skale niszcząc niepokorne planety. Rzecz jasna przyciąga ich też najbardziej poszukiwany przestępca w galaktyce były kapitan, wcześniej komandor, floty Republiki Winstone Cole. Informacja, że poszukiwany regularnie pojawia się na stacji Singapur musiała stać się jawną i raczej powszechną informacją. I nikt nie miał wątpliwości wróg się pojawi i trzeba być gotowym!


Jak to często bywa, jedna ze stron używa zapalnika, co podnosi temperaturę do najwyższych poziomów skali i ten kocioł musi wybuchnąć. Tutaj było to zabicie molarianina Cztery Oczy na jednej z sąsiadujących ze Stacją Singapur planet, a potem unicestwienie całej planety, Miarka się przebrała! Przygotowania do wojny wyraźnie przyśpieszyły.


Winstone Cole na jakiś czas przybrał maskę starszego o 20 lat sierżanta floty Republiki i wybrał się z misją szpiegowską na teren wroga. Mamy tu do czynienia z typową hakerką wojenną. Jak to wygląda z grubsza wiemy wysłuchując wieści z tej typowo zimnowojennej batalii Wschodu z Zachodem, co i rusz ktoś kogoś hackuje zdobywając cenne informację lub uziemiając obiekt na kilka godzin. Winstone Cole informatykiem nie był, miał dobrych speców w swojej ekipie, ale za to jako wysokiej rangi oficer wciąż miał dostęp do kodów Republiki, do których trzeba było się dostać i narobić troszkę bałaganu. Co da się wykorzystać na polu bitwy.


Widać doskonale, że autor coraz lepiej wyrabia się w batalistycznych opisach bitwy kosmicznej. Na pewno mistrzami w te klocki są Brian Herbert i Kevin J. Anderson, czego dali liczne dowody opisując bardzo szczegółowo dżihady, wojny o przyprawę z Diuny i inne atrakcje jakie człowiek lub robot człowiekowi jest w stanie zafundować. Kontynuując tym samym dzieło mistrza Franka Herberta oczywiście. Resnick pokazał empirycznie, że ani myśli być gorszy od tych panów, i opisując realia kosmicznej wojny przekazuje czytelnikom doskonałe przemyślenia godne Machiawellego, Clauzewitza lub Sun Tzu. Po prostu autor tworzy książki, coraz doskonalsze koncepty, aż szkoda, że już niebawem otworzę pierwszą stronę ostatniego,  no nic pozostaje się delektować. Książka jest rewelacyjna. Polecam.


niedziela, 14 września 2025

Mike Resnick, Najemnik

 Mike Resnick,


 Najemnik


cykl: StarShip, t. 3


Wydawnictwo: Fabryka słów

Data wydania; 2010 r.

ISBN:  9788375741995

liczba str.: 432

tytuł oryginału:  Starship: Mercenary

tłumaczenie:  Robert J. Szmidt

kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/50718/starship-najemnik/opinia/93299536#opinia93299536




W kolejnym, trzecim już trzecim tomie, przygód kapitana Winstone’a Cole’a i jego ekipy. Książka ma tytuł „Najemnik” i taką dokładnie fuchą oni się zajęli. Szybko się przekonali, że ta branża nie jest łatwiejsza od piractwa. Lepsze jest tylko to, że zleceniodawcy, najczęściej przez pośredników dają zlecenie, oni to wykonują, o ile zlecenie zostanie przyjęte, potem robią robotę, potem liczą kredyty, dolary, funty, ruble i milion innych kosmicznych walut. No ale nie ma łatwo, bo można się wpakować na minę, czyli opcję za trudną, bo oponenci mają przewagę na kosmicznym polu bitwy i trzeba kombinować, żeby przetrwać i to starcie wygrać. Czytelnik dowiaduje się, że ta niezwykła ekipa jest jeszcze bardziej niezwykła, dołącza tam kolejny były wróg, komandor kosmicznej marynarki wojennej Federacji Teroni, Jokovic. Cole i Jokovic, mimo że byli po przeciwnych stronach szanowali się i doceniali kompetencje wojskowe jeden drugiego i na odwrót. Skutkiem konfrontacji obydwu panów był zawarty układ.  Cole oddał skład paliwa, ale nie zginęli ludzie z planety Nowa Argentyna. A teraz po dezercji, bo Jokovic nie chciał brać dalej udziału w tej brudnej wojnie, trafił na pokład  Teddy Roosevelta, i mimo wyższej rangi w wojsku uznał zwierzchnictwo Cole’a. No i ten najbardziej dziwny skład ekipy Cole’a ruszył na kosmiczny szlak.


Ruszyli. Zmagali się z wieloma przygodami, raz przeganiali kosmicznych gangsterów robiących spore kłopoty społecznościom różnych planet. Ale przecież ci drudzy też często wynajmowali najemników do czarnej roboty. W tej kwestii kompas moralny Cole’a miał znaczenie i rzecz jasna jego autorytet. No i oczywiście inteligencja, która pozwoliła wygrywać kosmiczne starcia bez jednego wystrzału i strat w ludziach. Tutaj wręcz bilans był na plus, bo i ludzie i posiadany sprzęt wojenny w tym statki przechodziły na stronę Cole’a. I tym sposobem ta kosmiczna flota stała się poważnym graczem w Wewnętrznej Granicy. Co pozwoliło stanąć do bitwy o Stację Singapur z awanturnikiem Csoni i nie być bez szans w tej trudnej batalii.


Okładki kolejnych tomów to najbardziej barwne postaci. W jedynce ten konkurs wygrał molarianin Forrice, ksywka Cztery Oczy, bo też tyle ta rasa posiada oczu, członek załogi Teddy’ego Rodevelta. Drugi tom przypadł piratce Walkirii, która przystała do załogi Cole’a. W tym tomie troszkę błądziła, przyjmując parę niezależnych zleceń, będących w opozycji do działań Cole'a. O dziwo wyszła z tego cało, przy okazji, po raz kolejny ratując załogę z samym Winston’a Cole’m na czele. No i potulnie wróciła. Na okładkę tej trójki załapał się cyberpunkowy człowiek zwany Platynowym Księciem. Również były żołnierz, no ale, przypominał Lizzy Wizzy znaną piosenkarkę z gry „Cyberpunk 2077”, jeżeli ona miała coś ludzkiego w wyglądzie to było to umiejscowione w okolicach głowy, już androidy z gry „Detroit Become Humane” były bardziej ludzkie niż ona. Skoro w growej i książkowej trylogii „Mass Effect” pojawia się Aria, asariańska królowa, pani na Omedze, która do złudzenia przypomina Stację Singapur. To wybudowany z metali i innych złóż byt kosmiczny przez różne rasy. Jak gracze zapewne pamiętają ona obaliła kroganina Proroka, zwanego też Patriarchą, i przejęła władzę na stacji, a Patriarcha był jej trofeum i doradcą. On zaś obalił rządy pewnego turianina. Plany usunięcia królowej też były, ale Shepard odkrył spisek i było po krzyku. Skoro mass effectowa Omega mogła mieć swoją królową, to czemu Stacja Singapur nie mogła mieć swojego księcia? I tą samą rolę co Shepard odegrał Winstone Cole wykorzystując patriotyczne nastroje mieszkańców poradził sobie z watażką Csoni i przywrócił porządek. Od tej pory korzystając z gościny przyjaciela Platynowego Księcia Stacja Singapur stała się główną bazą coraz liczniejszej flotylli Cole’a, co było przydatne, bo trzeba było wysyłać wojsko na przepustki, rekonwalescencje, rehabilitację, imprezy, itp. No i trzeba było podpisywać kontrakty, a to ułatwiało sprawę pod kątem biznesowym.


Książka nie zawodzi, już z grubsza wiadomo czego się można spodziewać. No ale czytelnik jest pewien, że Resnik da radę i utrzyma wszystkie pięć tomów na zbliżonym, bardzo przyzwoitym poziomie i jakoś leci to czytanie tych książek. Fajnie jest. Polecam.


poniedziałek, 8 września 2025

Sergiej Siniakin, Władca mórz

 Sergiej Siniakin,  


Władca mórz


Wydawnictwo: Solaris

Data wydania: 2005 r.,

ISBN: 8389951266

liczba str.: 162

tytuł oryginału:  Władca moriej

tłumaczenie;  Andrzej Sawicki


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl;

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5517/wladca-morz/opinia/90088254#opinia90088254




Nudny wieczór na Marsie [ w: ] Siniakin S. , Władca mórz



Byłem ciekaw co zawiera książka zatytułowana „Władca mórz”, której autorem jest Sergiej Siniakin, zachwytów jakiś wielkich nie było, autor ma raczej ciężki w odbiorze styl pisania. Jakby chciał dokonać literackiej syntezy czegoś co sami Rosjanie nazywają „rosyjską duszą”. Nie wiem jak to odbierają rodacy autora lub ludzie czytający autora w oryginale, ale w tłumaczeniu brzmi to jakoś topornie. No ale jednak coś wartościowego jest tutaj dlatego warto cokolwiek o tej książce napisać. Są tutaj cztery opowiadania, pierwsze postapokalipsa „Czas apokalipsy”, drugie to rozważania typowo dotyczące historii Rosji „Władca mórz”, trzecie – kryminał „Feniks”, no i czwarte pt. „Nudny wieczór na Marsie” to science fiction. W sumie, jak na tego pisarza, dobrze i w miarę przystępnie napisane.


Co my tu mamy? Członkowie Międzynarodowej Stacji Badawczej Alfa Rex na Marsie mają przerwę w pracy z powodu złej pogody. A że trzeba jakoś zabić kosmiczną nudę, no żeby nie pojawiły się jakieś melancholie i jakieś głupie pomysły postanowiono, że wszyscy razem spędzą dzień i noc pewnie również. Wiemy, że ludzie grupowali się według wykonywanego fachu, każdy zajął swoje mieszkalne pomieszczenia. Tylko Chińczycy trzymali się razem, mieli zwyczaj wysyłać w kosmos szpiega, a także osobę partyjną, która dbała o sprawy doktrynalne uczestników misji kosmicznej. Szybko ekipa się zebrała i wzięli udział w konkursie. Stawka była: ten kto opowie najlepszą historię dostanie butelkę dobrej whisky, nikt nie wie skąd się wzięła. No to zaczęli.


Było kilka tych historii. Wszystkie ciekawe i niezwykle oryginalne, bo wszyscy uczestnicy z Alfa Rex to doświadczeni badacze i astronauci. Było opowiadanie o Merkurym, ktoś był już na Marsie, dobre jest o znalezieniu artefaktu, miecza, prawdopodobnie rzymskiego na księżycu. No ale opowiadanie jak jeden z opowiadających razem z Obcymi uratował Ziemię przed kosmicznym zagrożeniem rozbiło bank. Z tą butelką whisky to nie był fejk, po tych opowieściach wszystkich suszyło i trzeba było znaleźć nie tylko tą jedną butelkę alkoholu.


Jeden z rozdziałów ma tytuł „Marsjański Dekameron”, czyli nawiązanie do twórczości Boccaccia jest oczywiste. Ja bym dodał jeszcze opowiadanie Jarosława Grzędowicza „Buran wieje z tamtej strony” tam też w czasie wiatru zwanego buranem działy się dziwne rzeczy. Książka, zwłaszcza to opowiadanie, które wybrałem, jest ciekawa. Polecam.


sobota, 6 września 2025

Harry Harrison, Filmowy wehikuł czasu

 Harry Harrison, 


Filmowy wehikuł czasu


Wydawnictwo; Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2025 r.

ISBN;  9788383383385

liczba str.: 225

tytuł oryginału:  The Technicolor Time Machine

tłumaczenie: Andrzej Jankowski

kategoria; science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5188135/filmowy-wehikul-czasu/opinia/92316



Trafiła w moje ręce nieco banalna książka dotycząca podróży w czasie, ma ona tytuł „Filmowy wehikuł czasu” ,której autorem jest Harry Harrison. Fabuła jest mało skomplikowana, zaczyna się od tego, że jakiejś wytwórni filmowej słupki rozliczeń finansowych nie zgadzają się. Zarząd doszedł do wniosku, że trzeba zrobić budżetowy film, który będzie hitem i wszystko wróci do pożądanej przez wszystkich pracowników firmy normy. Ktoś wykalkulował, że płacenie milionowych gaży aktorom z czołówki fabryki gwiazd może okazać się nietrafionym pomysłem. W dodatku kręcenie filmów historycznych, tu chodzi o wyczyny wikingów, w szczególności ich morska peregrynacja do Ameryki, oni ten ląd nazywali Winlandią, to nie są tanie rzeczy.. No i co padła idea. Wsiądźmy do wehikułu czasu, znajdźmy gości, którzy w filmie po prostu zagrają samych siebie i nie ma opcji nikt przecież lepiej tego nie zrobi. Zapłacimy im grosze, pewnie troszkę złota, może jakieś noże lub toporki ich zainteresują, może troszkę biżuterii i po temacie. Plan przeszedł: robimy to!


Wzięli się za robotę. Udał się transfer ludzi, sprzętu, żywości i co tam jeszcze trzeba w przeszłość prawie tysiąc lat wstecz. Wzięli się za robotę. O dziwo dało znaleźć się aktorów rekrutowanych wśród dzielnych wojowników, wikingów, którzy przez parę stuleci byli postrachem nie tylko Europy przecież. Tubylcy dali radę zrozumieć o co w ogóle chodzi z tymi ruchomymi obrazkami, że to jakaś odmiana sagi wojennej jakie śpiewali ich bardowie. Był symboliczny pierwszy klap i produkcja ruszyła. 


Potem kolejn sceny, akcja zaczęła się w Szkocji, a skończyła, już po drugiej stronie Atlantyku. Dla ekipy był to co najwyżej weekend wolnego, dla tubylców parę miesięcy żeglugi. Udało się wszystko ogarnąć, czas i miejsce lądowania tubylców ze średniowiecza na nowej ziemi. Scenariusz niezbyt skomplikowany, troszkę bitew, odrobina romansu, dramaty, tragedie, jakieś szczęśliwe chwile, typu wesela i inne plemienne integracje. Oczywiście miejscowi Indianie byli bardzo zachwyceni, malowali twarze na wszystkie możliwe kolory i trzeba było udowodnić, kto jest lepszy. Przelane litry krwi były oczywiście prawdziwe. Film został nakręcony, ekipa wróciła do XXI wieku liczyć dolary.


Koncept robienia filmu w średniowieczu na pewno jest ciekawy i pewnie oryginalny. Ale czy sensowny?  Nie ma przecież wątpliwości, że ci ludzie mieli styczność z naszą techniką; typu kamery, komputery, itd. Wynika z tego, że musiało mieć na nich wpływ. Flint i Weber, autorzy książek pt: „1632”, „1633”, „1634” , były to książki o podróży do XVII wieku udowadniali, że poziom intelektualny ludzi z przeszłości wcale nie jest mniejszy niż nas, po prostu ich zdaniem, ktoś ma więcej lub mniej szczęścia rodzić się w różnych epokach i związanych z tym realiami. Można dumać nad tym w tym kontekście, że kwestia dostępu do edukacji ma znaczenie. No ale załóżmy, że pisarze wzięli to pod uwagę i ta koncepcja trzyma się kupy. To wyobraźmy sobie, że w roztargnieniu parę wynalazków filmowcy pozostawili i tak drapieżny lud jak wikingowie wykorzystałby tą wiedzę w celach militarnych oczywiście. Zapewne nie trzeba mieć bogatej wyobraźni, żeby wiedzieć, że to byłoby ciekawe. Jakoś nie dało się doczytać w tej książce o efekcie motyla, czy paradoksie dziadka, co jest absolutnym kluczem, bez czego tego typu koncepcje praktycznie nie istnieją. Nie ma też o tym co sądzi przyszłość o tym, że nasi tak swobodnie sobie sobie lekceważą zagrożenia w majstrowaniu historią. Pewnie, że nie jest to niezbędne, ale przydatne, a tu co mamy, jakieś no future? Mimo moich zastrzeżeń uważam, że książkę warto przeczytać.