środa, 4 sierpnia 2021

Robert M. Wegner, Wschód -Zachód

 Robert M. Wegner, 



Wschód -Zachód



cykl: Opowieści z Mekhańskiego pogranicza, t. 2



Wydawnictwo: Powergraph

Data wydania: 2012 r. 

ISBN: 9788361187455

liczba str.: 688

tytuł oryginału:-------

tłumaczenie:-------

kategoria: fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/133776/wschod---zachod/opinia/65980631#opinia65980631


Oczywiście kontynuuję czytanie cyklu „Opowieści z mekhańskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera. Druga cześć nosi tytuł „Wschód – Zachód” i niewątpliwie jest jeszcze ciekawsza niż pierwsza w której mowa o południu i północy imperium. A tutaj mamy wschód zachód Imperium Mekhańskiego i jak się można domyśleć, że każda część gigantycznego imperium jest inna. Wschód to liczne stepy, na których żyje ludność koczownicza, którzy są przymuszani do osiedlania się w jednym miejscu, otrzymują pozwolenie na przemieszczenie się raz na kilka lat. To pozwala kontrolować migracje koczowników na olbrzymim terenie, no i kontrolowanie czy jacyś obcy przemieszczają się i wtargnęli w granice imperium i potrzebna jest interwencja, wojskowa bardzo często. Ta ekspansja imperium na wschód jest na tyle opłacalna, że kilka stuleci temu opuszczone zostały nadmorskie tereny zachodnie, bezcenne przecież, bo znajduje się tam kilka portów, ale widocznie Mekhan zadowolił się dominacją ekonomiczną nad tym rejonem i to wystarcza, czy tak będzie pewnie się jeszcze dowiemy czytając kolejne części.


No jak już zacząłem pisać o Zachodzie, no to trzeba kontynuować, kraina zachodnie, w tym wolne miasta portowe Warzelnia i Ponke Laa. Pierwsza nazwa, bo jest tam od groma soli, ale Mekhan ma swoje źródła, więc całe miasto musiało się przebranżowić na handel morski i zawody typowo portowe, świadczy o tym, o czym wspomniałem, Mekhan wciąż dominuje gospodarczo. Sporo Wegner pisze o strukturze społecznej miast portowych tzw. Wysokie Miasto jest dla elit, arystokracji i bogatych kupców. Oczywiście prosperują gildie kupieckie i inne rzemieślnicze. Ma się dobrze gildia złodziei, są dobrzy w te klocki, i są w stanie ukraść wszystko, nawet legendarny miecz, który był złamany i został przekuty na nowo, znamy to oczywiście z klasyka fantasy mistrza Tolkiena, a teraz na dodatek miecz został skradziony. I to zdrowo nakręciło całą akcję.

Widać, że autor z każdym tomem się rozkręca, w tej części dzieje się, jest ciekawie, mamy sporo motywów. Mam wrażenie, że mapa przypomina tą z uniwersum Sapkowskiego, gdzie Nilfgaard jest potęga i robi podboje na północy i finalnie robi swoje nowe porządki w jednej z opcji, zależnej od wyboru graczy, w grze "Wiedźmin 3". Oczywiście sporo zachodu jest o portowe, bardzo bogate Wolne Miasto Novigrad, czyżby w kolejnych częściach bieg wydarzeń u Wegnera będzie analogiczny? A to będzie okazja się przekonać czytając kolejne części. Na razie zachwalam część drugą, jest naprawdę świetna. Polecam. Warto przeczytać.                                                                                       




                                                                   


sobota, 24 lipca 2021

Stanisław Lem, Solaris

 Stanisław Lem,



 Solaris


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 2016 r. 

ISBN:   9788308061183

liczba str.: 246

tytuł oryginału: -----------

tłumaczenie: ---------

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/301409/solaris/opinia/56832648#opinia56832648   


Z tej racji, że rok 2021 został ustanowiony rokiem lemowskim uznałem, że warto przynajmniej jedną książkę Lema przeczytać i zrecenzować. W sumie to przeczytałem sporo książek tego autora, ale, że to było dawno temu, zanim zacząłem pisać recenzje na lubimyczytac.pl, to tych książek zrecenzowanych tego pisarza jest niewiele. Ale stopniowo i powoli trzeba to nadrabiać. „Solaris” jest najbardziej znaną książką polskiego pisarza sf. Na motywy typowo lemowskie można trafić w wielu książkach różnych pisarzy i można tu długo wymieniać długo. zatem odpuszczę sobie, ograniczę się do najbardziej oczywistych skojarzeń. W serii książek „Uniwersum Diuna” Herbertów waluta o nazwie kredyty została zastąpiona solarisami. A ostatnio czytając książkę „Mass Effect – Podniesienie” Drew Karpyshyna, jednym z bohaterów jest quarianin Lemm’Shal nar Tesleya, no i nikt nie ma wątpliwości, jak sądzę, skąd się to imię wzięło. Lem pisał o ekspansji kosmicznej w czasach, kiedy dopiero nieśmiało ludzkość z o tym marzyła, podobnie jak robił to Arthur C. Clark, autor „Odysei kosmicznej” i powoli wcielać te koncepcje w życie. O innej „Odysei” tej Homera, wspominała Ashley Wiliams w grach "Mass Effect" i robiło to niesamowite wrażenie, bo tego typu motywów kulturowych jest w tej grze multum. Ja mam też ciekawe skojarzenia z książką Andy Weiera „Marsjanin”, tam jeden astronauta pozostał na Marsie, i on próbuje przetrwać rok w trudnych warunkach, a cały świat czyni wysiłki jak go stamtąd wyciągnąć. Coś podobnego z pewnością mógł wymyśleć Lem i książka zatytułowana „Solaris" empirycznie tego dowodzi.


Solaris jest planetą o dwóch słońcach czerwonym i niebieskim, i to samo w sobie rodzi ciekawe motywy jak człowiek może radzić sobie widząc takie palety barw. Charakteryzuję się tym, że jest planetą oceaniczną, co utrudnia wszelkie ekspedycje naukowe. Jednak naukowcy, solaryści, tego się podejmują. Zbudowano obserwatorium, które jest maestrią stuki architektonicznej i trzyma się setki lat. Dowiedzieć się możemy z tej fikcji literackiej, że napisano wiele książek naukowych na ten temat. Wiemy, że na planecie jest spora biblioteka książek papierowych, i nowy przybysz Kris Kelvin głowi się jak one się tam znalazły. Domyślać się można, że w tych czasach, kiedy Kelvin się pojawił na Solaris dostęp do książek, a nawet całych bibliotek jest dużo łatwiejszy, rzecz jasna dla nas to oczywistość, ale pamiętajmy, że książka została wydana po raz pierwszy w 1961 r i takie oczywiste to nie było. Lem w różnych książkach miał ciekawe koncepcje dotyczące „pakowania” literatury w różne urządzenia, a nawet wyspekulował, że będzie coś takiego jak internet i da to możliwość kontaktowania się ludzi w czasie rzeczywistym w różnych częściach globu. Ciekawostką jest, że tak została nazwana oceaniczna planeta o dwóch słońcach, którą odkryli astronomowie z Torunia, w tym profesor Aleksander Wolszczan i w ramach konkursu nadana została nazwa znana z twórczości Stanisława Lema.


Jak wspomniałem astronauta Kris Kelvin wylądował na Solaris, poznaje naukowców pracujących w bazie solarystycznej i przekonuje się, że ludzie są dziwaczni i nie chodzi o to, że pracują całe lata prawie w samotności. Każdy z nich ma kogoś w rodzaju sobowtóra z którym rozmawia, podobnie było też z Krisem Kelvinem, jego rozmowy z ukochaną Harey są tak skonstruowane, że czytelnik podejrzewa, że jest ona niebytem, czyli jej nie ma. Wnioski jakie się nasuwają, że ta planeta żyje i realnie wpływa na psychikę badaczy z odległej Ziemi. W końcu to jest kosmos i nie wszystko da się zanalizować przez jakąś analogię.


Książka na pewno nie jest łatwa, Lem piszę ją w swoim stylu, często gęsto typowo naukowym slangiem, czytelnik dowiaduje się wiele o tym jaka to jest planeta, jaka jest jej historia. Wiele miejsca Lem poświęca badaniom solarystycznuym, czyli żywemu oceanowi i podejrzeniu, że są tam Obcy, czyli jakaś forma inteligentnego bytu bliżej niesprecyzowanego. I to jest genialne w tej koncepcji. Niewątpliwie zainspirowała wielu innych pisarzy do literackich prób opisu kontaktu ziemian z kosmitami i wyobrażeń jak oni mogą wyglądać i jakie mają cele. Oczywiście nie jest to pierwsza książka bo już kilkadziesiąt lat wcześniej, jeszcze w XIX w., Herbert George Wells napisał „Wojnę światów” i to była niezwykle oryginalna koncepcja. Interesującą książka był „Kontakt” Carla Sagana, no i oczywiście wspominana „Odyseja kosmiczna” Arthura C. Clarka. Książka jest niesamowita, genialna. Warto przeczytać. Polecam.









czwartek, 8 lipca 2021

Steven Erikson, Dom łańcuchów

 Steven Erikson, 



Dom łańcuchów 



cykl: Malazańska księga poległych, t. 4



Wydawnictwo: Mag

Data wydania: 2013 r. 

ISBN: 9788374802819

liczba str.: 852

tytuł oryginału: House of Chains

tłumaczenie: Michał Jakuszewski 

kategoria: fantasy



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/155667/dom-lancuchow/opinia/59489674#opinia59489674     




Ta tytułowa „Malazańska Księga poległych” jest pisana dalej, Imperium, żeby przetrwać wojny musi toczyć. Ta czwarta część cyklu ma tytuł „Dom łańcuchów” i ma to proweniencję mitologiczną, teologiczną, eschatologiczną, zwał jak zwał, bowiem Domem łańcuchów włada Okaleczony Bóg, zwany też Przykutym. Zapewne nie trzeba się tu rozpisywać co i z czym się to może kojarzyć. Podobnie jak Ojciec Burz u Sandersona nawiązuje do starotestamentowej koncepcji Boga Jahwe, tak teoria Okaleczonego Boga przypomina koncepcję z Nowego Testamentu jak zapewne dobrze przypuszczam. Rzecz jasna dowiadujemy się jeszcze więcej szczegółów, że ten świat ma swoją historię, ale też swoje legendarne, niemal mityczne wydarzenia, które w jakiś sposób kreują rzeczywistość tworzą ją nie tylko sami Malazańczycy, ale liczne plemiona. Akcja najpierw cofa się około tysiąca lat, żeby potem wrócić na swoje miejsce gdzie wojsko malazańskie penetruje rubieże imperium i prowadzi batalie wojenne z wrogami.


Dwór cesarski planuje rozprawę z buntowniczymi pustynnymi plemionami z Raraku, zwanego też Świętą pustynia. Tam jasnowidząca sha’ik jednoczy skłócone plemienia i szykuje się do wojny z samym Imperium Malazańskim. Tavore, przyboczna cesarzowej przybywa, do najbardziej oddalonego z Siedmiu Miast i zbiera rekrutów, z rekrutami tak to była, że stanowią stosunkowo niewielką siłę bojową, zanim nie wykażą się na polu bitwy, dlatego też liczy na garstkę weteranów ocalałych z legendarnego marszu Coltaine’a. Trwa ostrzenie mieczy, przygotowywanie pancerzy i innego uzbrojenia, a także opracowywanie taktyki wojennej.


W otwierającej pierwszej części zatytułowanej "Dawne dni" mamy motyw plemienia Urydów i bohaterskiego wojownika Karsa Orlonga. Ludzie Karsa Orlonga docierają do jakiejś tajemnice odkrywają pradawne malowidła naskalne i zastanawiają się o co w tym chodzi. A czytelnik duma jaki ma to związek z tzw. bieżącymi wydarzeniami czyli podbojami jakie wciąż czyni Imperium Malakhańskie? No ale ten cykl jest duży, choć liczy „tylko” 10 tomów, a co za tym też skomplikowany, ale również fascynujący.


Książka jest bardzo ciekawa, dalsza zgłębianie zagadnień Malakhańskich jest niezwykle ciekawe. I to nie tylko bieżących wydarzeń, ale całej sfery mitologiczno – legendarnej, tych wszystkich licznych bóstw. Po za tym są też czarodzieje, magowie, osoby mające zdolność jasnowidzenia, i wiele innych osób, mające nietypowe zdolności, które mają bohaterowie powieści fantastycznych. To wszystko sprawia, że książka jest po prostu genialna, i warto czytać dalej, mimo, że to zazwyczaj długo trwa, ale warto. Warto przeczytać. Zdecydowanie polecam.









wtorek, 29 czerwca 2021

Robert M. Wegner, Północ - Południe

 Robert M.Wegner,



 Północ - Południe 



cykl: Opowieści z Mekhańskiego Pogranicza, t. 1



Wydawnictwo: Powergraph

Data wydania: 2012 r. 

ISBN:  9788361187448 

liczba str.: 571

tytuł oryginału: -----------

tłumaczenie: --------

kategoria: fantasy



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/133775/polnoc---poludnie/opinia/7505595#opinia7505595   



Rozpocząłem nową literacką przygodę, wciągając się w cykl „Opowieści z Mekhańskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera, pierwsza część zatytułowana jest „Północ – Południe” . Choć ta książka ma formę zbioru opowiadań, to jednak koniecznością jest traktowanie tego z czym czytelnik ma tutaj do czynienia całościowo, bowiem ta książka, możliwe, że cały cykl również, jako całość ma pewien sens i tak też podchodzę tutaj do sprawy. Autor wybrał swoich czytelników w podróż po cały Imperium Mekhańskim, w tej części konkretnie na północ i południe. Ma to czytelnikom uświadomić wielkość imperium, bo na północy mamy góry Ansar Kirreh i klimat umiarkowany, a na południu tropikalne pustynie i gdzieś tam w pobliżu jest wybrzeże, czyli morze, a może ocean. Na północy granicy strzeże Staż górska, etnicznie ludzie z tej formacji wojskowej nie są rodowitymi Mekhąńczykami, byli wesserianami, którzy w czasach przedmekhańskich stanowili ligę plemienną, a w czasach wojny wykazali się wybitną bitnością z wojskami imperium, co spotkało się z podziwem u Mekhańczyków. Po kilku latach wojen ustanowiono protektorat, a potem aneksje, dzięki rozsądnej polityce Imperium ta przemiana polityczna była bezproblemowa, a wesserianie okazali swoja lojalność i tym sposobem Górska Straż niemalże w niezmienionej formie funkcjonowała i pilnowała licznych przełęczy górskich przed niechcianymi gośćmi. Na południu było morze i pustynia, które dobrze chroniło imperium przed zakusami koczowników. Nie brakuje w tej opowieści motywów taktycznych, wykazywania się wojowników na licznych polach bitew. 


To wszystko nadaje też książce niesamowity klimat, motywy imperiów nawiązujące do starożytnego Rzymu lub Imperium Brytyjskiego nie brakuje w literaturze fantastycznej, począwszy od Malahamu, po Westeros można wymieniać w nieskończoność, u Tolkiena był Mordor, u Sapkowskiego Nilfgaard, itd… Równie ciekawie jest w science fiction W science fiction ciekawy motyw jest w cyklu „Herezja Horusa”, pisanych przez wielu autorów, w „Diunie” było imperium, które władało milionami planet, z Kaitan rządził ród Corrinów, potem władzę przejął ród Atrydów i z Diuny, inna nazwa Arrakis, rządził całym wszechświatem. Podobnie było w „ Fundacji” Asimova. Cesarz rządził z Trantoru, zresztą bardzo podobną koncepcje mamy w filmowych, książkowych, growych „Gwiezdnych wojnach”, imperator rządził z planety Courusant, ta planeta, podobnie jak Trantor w „Fundacji” była w całości zabudowana. Ciekawa jest koncepcja u Pawła Majki w książce zatytułowanej "Niebiańskie pastwiska”, ale o tym będzie okazja napisać w recenzji tej książki.


Tak więc koncepcja Mekhańskiego Imperium, którą zaproponował czytelnikom Robert M. Wegner wygląda naprawdę przyzwoicie, i z chęcią zabiorę się za lekturę kolejnych tomów. Co do licznych opisów kwestii naturalnych, spraw klimatu sprawy mają się bardzo podobnie, w fantasy nacisk na to kładł Andrzej Sapkowski, czy Terry Goodkind w cyklu „Miecz Prawdy”. A w science fiction tych motywów jest tak dużo, że nie sposób tego wszystkiego wymienić. Oprócz wspomnianej już „Diuny” warto zwrócić uwagę, na niesamowity cykl „Kroniki Majipooru” Roberta Silverberga. Książka chociaż jest z science fiction, czyta się ją jak powieść fantasy i na tym polega geniusz tego pisarza. A planeta jest tak bogata w opisy natury, klimatu, że innym pisarzom starczyłoby na opisanie kilkudziesięciu planet, a Silverberg umieścił to wszystko na jednym wielkim Majipoorze.


Książka jest bardzo ciekawa, warto otworzyć książkę i czytać, i raczej jestem spokojny, że z kolejnymi tomami będzie podobnie. Zdecydowanie polecam.




Carlos Fuentes, Lata z Laurą Diaz

 Carlos Fuentes,



 Lata z Laurą Diaz



Wydawnictwo: Libros

Data wydania: 2001 r. 

ISBN:  8373110038

liczba str.: 527 

tytuł oryginału:  Los años con Laura Diaz

tłumaczenie: Elżbieta Komarnicka

kategoria: literatura piękna 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/63709/lata-z-laura-diaz/opinia/660789#opinia660789



Czas na zrecenzowanie książki z meksykańskiej edycji Książkowego Wyzwania Book Trootter, wielkiego wyboru, jeśli chodzi o dostępność książek z tego kraju, nie było, niestety, tak bywa, przeczytałem „Lato z Laurą Diaz” Carlosa Fuentesa. Akcja zaczyna się w amerykańskim Detroit. Santiago, w jednej z ruin fabryki jest graffiti nawiązujące do meksykańskiej artystki na Laury Diaz, które po wypadku, po prostu miał nieszczęście trafić na uliczny gang, a potem było kilka dni kuracji szpitalnej skłania bohatera do przeżycia wspomnień długiego życia Laury. Zaczyna się od kiedy była małą dziewczynką, aż do starości. Chodzi tu nie tylko o konkretne przeżycia wydarzenia, takie jak zwykłe, sprawy codzienne, związki, podróże pociągiem, z jednego końca kraju do drugiego, wiele innych spraw, ale też autorowi daje to możliwości do wielu spekulacji intelektualnych, bo czasy, prawie cały XX wiek były ciekawe, i te przemyślenia z tej książki warto w pamięci zachować. Przypomina to troszkę książkę kubańskiego pisarza Alejo Carpentiera „Święto wiosny” , inne ciekawe nawiązanie literackie to „Miłość w czasach zarazy” Gabriela Garcii Marqueza, była tam opisana długoletnia, acz skomplikowana relacja miłosna Ferminy Dazy i Fiorentino Arizy. Tutaj mamy równie zakręcony motyw Laury Diaz i Santiago Ximeneza. W życiu Laury Diaz było czterech mężczyzn o tym imieniu - Santiago, oprócz wspomnianego kochanka, byli jej brat, syn i wnuk. Ten z Detroit i Los Angeles z 2000 r. to oczywiście wnuk Laury. Akcja książki to lata 1905 – 1972, czyli życie głównej bohaterki, które zgłębia Santiago, czwarty tego imienia. Tytuły rozdziałów, to miejsca i daty, przypomina to troszkę biograficzne podejście faktograficzne, a tak naprawdę są one raczej symbolem pewnych etapów w życiu Laury. Oczywiście jak na przyzwoitą literaturę latynowskiego kręgu kulturowego sporo jest motywów niemal tak legendarnych, że prawie mitologicznych, ale to oczywiste, bo ci pisarze tak piszą, a dla czytelnika czytanie tego typu ezoterycznych motywów jest niesamowicie fascynujące.


Mamy tutaj szeroką panoramę Meksyku, całego świata, dyskursu politycznego, w tym zamieszania z faszyzmem i komunizmem, czego nie trudno się domyśleć. Niby Meksyk, jak większość krajów tego regionu świata, nie był dotknięty w sposób znaczny działaniami wojennymi, co nie znaczy, że perturbacji żadnych nie było. A po wojnie była walka o wpływy na całym świecie między Zachodem, a blokiem komunistycznym i jednym z frontów zimnej wojny była Ameryka Południowa. Na pewno mamy temat postępu technologicznego i jaki to ma wpływ na życie codzienne, chociażby szybsze tempo podróży i jeszcze szybsze tempo obiegu informacji, jeszcze nie tak szybkie jak w dzisiejszej dobie wszechobecnego internetu, gdzie każdy ma dostęp do informacji we własnej kieszeni nawet, ale i tak bardzo szybkie w porównaniu do wcześniejszych stuleci. Znaleźć można pewne elementy dyskursu filozoficznego, zwłaszcza motywy moralno – etyczne w pierwszych latach po wojnie, co ma i miało wpływ na humanistykę w kolejnych dziesięcioleciach. Ten mix opisania losów artystki politycznie zaangażowanej, która brała udział w burzach politycznych, rewolucjach, można powiedzieć, że była feministką, podążającą drogą swoich pasji ważne było dla niej rozwijanie zdolności twórczych i swoich pasji, a nie tylko sprawami typowo kobiecymi, co mogło być uważane za formę buntu, wyzwolenia itd. Życie było trudne i skomplikowane dla Laury i nie oszczędzało jej strat, rozczarowań, a jednak pod koniec życia znalazła cos w rodzaju spokoju, ukojenia i była szczęśliwa.


Niewątpliwie Laura Diaz jest interesującą, nietuzinkową postacią, i dlatego warto poznać jej losy czytając tą niezwykle interesującą książkę. Warto przeczytać, zdecydowanie polecam.



     








piątek, 18 czerwca 2021

Brandon Sanderson, Dawca przysięgi

Brandon Sanderson, 



Dawca przysięgi



cykl: Archiwum Burzowowego Światła, t.3, cz. 1- 2


Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 2017 r., 2018 r. 
ISBN:  9788374808910, 9788374809122
liczba str: 560, 656
tytuł oryginału:  Oathbringer
tłumaczenie:Anna Studniarek -Więch 
kategoria: fantasy 



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:



   


















Przeczytałem kolejny trzeci już tom „Archiwum Burzowego Światła” Brandona Sandersona, tym razem w wydaniu dwutomowym, i już po lekturze 3 tomów z planowanych 10, czytelnik przekonuje się, że ten cykl jest pisany z wielkim rozmachem i jest czymś w rodzaju opus magnum pisarza. Jeżeli da się tą twórczość Sandersona z czymś porównać to tylko, z również 10 tomowym cyklem, „Malazańska Księga Poległych” Stevena Eriksona, który również teraz czytam przedziwnym zbiegiem okoliczności.


U Sandersona mamy wszystko, wielki, otwarty świat, mnogość państw plemion, które ze sobą walczą, wykorzystując nie tylko siłę miecza, ale też siłę magii, pojawia się tutaj zabawa ogniem, a konkretnie burzami. Niby burze w tym uniwersum to nic niezwykłego i ludzie są do nich przyzwyczajeni i wszystko jest podporządkowane cyklom burzowym, styl życia, architektura, wszystko co się da. No ale tym razem Parhendni, żeby się zemścić za krzywdy sprzed tysięcy lat wywołali Wielką Burzę, która może sprowadzić nawet zagładę cywilizacji. Wynika z tego, że budowle budowane przez tysiące lat mogą być do tego żywiołu nieprzystosowane, bo wystarczy, że burza nadejdzie z innej strony i wszystko się dosłownie sypie, a ludzie muszą walczyć o przeżycie. Trwa wojna z Parshendimi i jak to bywa na frontach wygrywają, raz jedni, raz drudzy. Badana jest kwestia świetlistych rycerzy, którzy wedle mitów i legend mają powrócić i ponownie ocalić świat. Nawiązanie do „Gwiezdnych wojen” i rycerzy jedi, wydaje się tutaj oczywiste, ale pewnie czytelnik będzie miał okazję dowiedzieć się o co chodzi. Jasność, to coś w rodzaju tytułu szlacheckiego, Shallan ruszyła na poszukiwania, przypominające ekspedycję archeologiczną do położonej wysoko w górach wieży Urithiru, gdzie Wielkie Burze nie sięgają. Shalan bada pozostałości po świetlistych rycerzach. Dużo tutaj polityki, wojny, ale są też dyplomatyczne negocjacje bardzo szczegółowo opisane. Jest też gniewny Bóg Ojciec Burz, bo jak inaczej mogli tutaj nazwać Najwyższy Absolut w tym uniwersum.

Uniwersum jest ciekawe, bardzo skomplikowane, świat ma swoją historię, przeszłość teraźniejszość, no i przyszłość, wszystko ma znaczenie i jakiś wpływ na wydarzenia. Już w poprzednim tomie była mowa o świetlistych rycerzach i rozważana opcja, że wrócą, bo coś się stanie niedobrego i trzeba będzie zrobić porządek. Na razie siedzą cicho, a bohaterowie zgłębiają ich tajemnice. Oczywiście trwają kolejne wojny, burzowe żywioły nadal szaleją, po uspokojeniu powróciły. Dalinar dokonywał prób jednoczenia ludzkich królestw przed kolejnymi zagrożeniami. Okazało się, że tym razem są to przebudzeni Pieśniarze Parshendich. Oczywiście swoje role odgrywają postaci, które były w poprzednich tomach Elhokar, Adolin, Shallan, jest też Jasnah.

Czytanie tej książki jest niezłą przygodą intelektualną, pełno tu ciekawych motywów, postaci, świetnie wykreowany jest ten cały świat fantastyczny. Książka jest niesamowita, genialna. Zdecydowanie polecam.









wtorek, 15 czerwca 2021

Rosa Montero, Łzy w deszczu

 Rosa Montero,



 Łzy w deszczu


Wydawnictwo: Muza

Data wydania: 2012 r.

ISBN:  978-83-7758-199-5

liczba str.: 416

tytuł oryginału:  Lagrimas en la lluvia

tłumaczenie: Weronika Ignas Madej 

kategoria: science fiction


 

recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/142551/lzy-w-deszczu/opinia/65492494#opinia65492494      



Rosa Montero napisała książkę science fiction zatytułowaną „Łzy w deszczu”. Główną bohaterką jest replikantka Bruna Hasky, która realizując zadania detektywistyczne, rozpracowuje zagadkę tajemniczej agresji replikantów, inteligentnych robotów, którzy atakują ludzi, zapewne przypominać to cyberpsychozę, o tej chorobie mowa w grze „Cyberpunk 2077”. Pytania czy to przypadek, czy celowe działanie mające na celu szkodzić robotom, żeby przypadkiem nie doszło do jakiegoś buntu maszyn, czy przyczyna jest jakaś inna? Motyw zbuntowanych robotów znanego na przykład filmów „Terminator” , albo z gry „Detroit become human”. Oczywiście o androidach pisał Philip K. Dick i o tym jak te relacje ludzi ze sztuczną inteligencją mogą wyglądać. Sporo o tym jest w całym „Uniwersum Diuna” F i B. Herbertowie, oraz Anderson, w szczególności cykl „Dżihad Butleriański”. Z kolei zupełnie inne, bardzo optymistyczne podejście ma Isaac Asimov, w cyklu „Fundacja”. Mowa jest w książce o problemach klimatycznych, które skomplikowały politykę na Ziemi na tyle, że wszystkie, że wszystkie rządy doszły do wniosku, że trzeba powołać, jedno globalne państwo: Stany Zjednoczone Ziemi, ten twór polityczny powstał w r. 2109. Ziemia ma wiele kolonii w kosmosie, na naszą planetę przylatują również inteligentni obcy, co daje ciekawe efekty tzw. interakcyjne, w tym seksualne. O tym szeroko jest w grze „Mass Effect”, że np. asari są zdolne do stosunków z różnymi rasami i wręcz jest to przez nich mile widziane, bo wzbogaca genetykę całej rasy. Jest motyw, że replikanty, niczym androidy dickowskie prowadzą mogą prowadzić uprawiać seks z ludźmi i obcymi.


Książka jest tak skonstruowana, że oprócz śledztwa replikantki Bruny Haski, które przypomina po trochy to co można znaleźć w kryminałach lub thrillerach, tyle, że realia są inne, dużo zaawansowanej techniki latające pojazdy, ruchome chodniki, w Madrycie, gdzie mamy akcje tej książki, mamy też informacje z Centralnego Archiwum Stanów Zjednoczonych Ziemi. Te informacje są przydatne, bo urozmaicają akcję, ale też czytelnik zapoznaje się szerzej jak wygląda to całe uniwersum, czyli przyszłość w XX wieku.


Trzeba przyznać, że wszystko w książce dobrze wygląda, motywy typowe dla literatury science fiction są bardzo ciekawe, no i przekazane czytelnikowi działania głównej bohaterki, no i to jak to wszystko wygląda z jej perspektywy. Wszystko to sprawia, że książka jest bardzo dobra. Zdecydowanie polecam