poniedziałek, 26 października 2026

Brian Aldiss, Halo, Ziemia! jesteście tam?

 Brian Aldiss,


Halo, Ziemia! jesteście tam?

Najlepsze opowiadania.


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2026 r.

ISBN: 9788383385068

liczba str.: 384

tytuł oryginału:  Hello Earth, Are You There?

tłumaczenie: Andrzej Jankowski

kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5256076/halo-ziemia-jestescie-tam/opinia/101143906#opinia101143906



Przenigdy [ w: ] Brian Aldiss, Halo, Ziemia! Jesteście tam? Najlepsze opowiadania.




Można powiedzieć, że tom opowiadań zatytułowany "Halo, Ziemia! jesteście tam! Najlepsze opowiadania", to w miarę udana przygoda z czytania Aldissa, który jakoś mi średnio podchodzi. Jego klasyk „Cieplarnię” czytałem, ale trzeba się do tej książki jeszcze przymierzyć jeśli chcę ją zrecenzować. Czasem tak bywa. Bo niewątpliwie ten pisarz lubi motywy ekologiczne i kilka opowiadań podobnych jest.


Jedno opowiadanie przypomina Grzędowiczowski „Buran wieje z tamtej strony”,  jest to opowiadanie. Tam byli dwaj Rosjanie, jeden od nas, drugi ze świata alternatywnego i spędzając czas w czasie burzy piaskowej za cholerę się nie dogadali. Tutaj w jednym z opowiadań mamy motyw, że Anglik ze świata alternatywnego na skutek turbulencji lotniczych w czasie służbowej podróży do Rosji, w dodatku linią którą się nazywa Carskie Linie Lotnicze, doleciał do Moskwy, ale jakiejś dziwnej, tej naszej. Był rok 1988 r. i tej ciemnej, szarej, biednej i zimnej Moskwy kompletnie nie poznał. W jego świecie Rosja była bogatym krajem i największym odbiorcą technologii informatycznych na świecie. Tu, u nas, mu powiedzieli, że w KGB będą jego ofertą zainteresowani. Wsiadł do samolotu i wrócił do siebie. I tyle.


No ale moim zdaniem furorę robi opowiadanie zatytułowane „Przenigdy”. Używając skrótów myślowych jest to mieszanka filmów „Truman Show” i „Dzień Świstaka", oba motywy wymieszane z najtańszymi sitcomami, gdzie słychać śmiejącą się publiczność reagującą na wszelkie creepy motywy grane na filmowej scenie. Bohaterem opowiadania jest Roodney Furnell, dowiadujemy się, że jest nauczycielem akademickim. Budzi go sprężyna w zużytym łóżku i dźwięk golarki z łazienki. Goli się jego syn. Potem cała rodzina je śniadanie i Roodney ojciec rodziny odpala samochód i jedzie do pracy. Pracuje na Uniwersytecie w Oxfordzie.


Zagadką jest jakim cudem Roodney zorientował, że ktoś podejrzanymi metodami wywlekł go z grobu i zamknął go w czymś co przypomina szpulę filmową? I dalej, każe odgrywać przed publicznością jeden dzień z jego życia gdzieś z lat 80 XX wieku. Możliwe, że urządzenie do odtwarzania filmu było wadliwe, albo po prostu tak miało być.


Pojęcia nie mam jak z perspektywy technicznej mógł wyglądać proces, że ktoś wybrał jego osobę, potem z niebytu wyciągnął jego duszę, jaźń zwał jak zwał. Można sobie wyobrazić, że mogło to wyglądać jakby ktoś postać dawno nieżyjącą wsadził do jakiegoś ubika i kazał mu przez stulecia uporczywie żyć. W konsekwencji kazano mu działać, myśleć, mieć jakiś wpływ na rzeczywistość, której przecież po ponad 500 latach nie miał prawa rozumieć. Bo widz oglądający seans widzi wszystko kim on był jak się ubierał co jadł, co robił dobrego i niedobrego w tym konkretnym dniu, no i z grubsza domyśla się co myślał. W sumie nie jest to najistotniejsze jak do tego doszło, bo sam bohater pojęcia przecież nie ma. Wie tyle to co my czytelnicy, po prostu on się budzi i odgrywa rolę: setki, tysiące razy, praktycznie na okrągło. Cel jest jeden! Dawanie widzom taniej, patologicznej, rozrywki i zarobienie kupę forsy z XXVI wieku na raczej prymitywnym kontencie.


Do tego jednak doszło! Główny bohater na skutek awarii przekonał się, co jest grane i czego się skrycie domyślał przez te wszystkie odtwarzane role. że jest w jakimś centrum rozrywki i odgrywa tysiące razy tą samą scenę. Roodneyowi udaje się uciec z tego filmu, opuszcza teren Centrum rozrywki wsiada do samochodu nawigowanego przez robota i pędzi autostradą tym robo mobilem i rozbija się! Bo nie trudno się domyślać, że dokładnie tego chciał, zakończenia koszmaru. Bo za cholerę w tej nowej, obcej rzeczywistości by się nie odnalazł. Umierał z nadzieją. A jednak! Za chwilę słyszy dźwięk sprężyny od łóżka i golarki do golenia. I już wie co to oznacza!


Kolejny dzień świstaka, nie wie który, w tej filmowej klatce, ku zadowoleniu publiczności oglądający ten Truman Show.


Dlaczego uważam, że to opowiadanie jest tak istotne. Tym razem niekoniecznie chodzi o mój subiektywny wybór co zazwyczaj ma miejsce w tego typu przypadkach. Jestem przekonany, że interesujące jest to, że autor przewidział, że za parę dekad będziemy mieli do czynienia z patostreamingiem. Zapewne krytycznie oceniał to co dzieje się w mediach w ostatnich dekadach XX wieku i że w przyszłości, czyli naszym teraz, będzie jeszcze gorzej. Te sale w parkach rozrywki są jak widać twórczym rozwinięciem patostreamingu, bo ludzie z XXVI wieku są jak widać są spragnieni widoku patologii jakie miały miejsce w przeszłości. Ten park rozrywki odwiedzają spragnieni wrażeń ludzie żądni coraz to nowych kolejnych bodźców, bo prawdopodobnie są od tego uzależnieni. Ta sala, jak się domyślamy była jedną z wielu, w których umieszczono znanych ze swojej małej lub większej niegodziwości ludzi, bo zło zawsze się dobrze sprzedaje.


Nie inaczej jest z widowiskiem który zapewnia nasz główny bohater, do sali nazwanej „Zakochany nauczyciel” przychodzą ludzie zobaczyć jak wyglądał jego dzień. Nie jestem w stanie powiedzieć na czym polega kontent, który ma przyciągnąć ludzi. No nie ma opcji, musi tu być jakaś drama! Tytuł filmu coś sugeruje, że może to być jakaś pornografia np. Ale co i jak było, tego nigdy się nie dowiemy. Bo pewnie jest ciekawe czy tą zapewne uroczą pięknością, którą obdarzał uczuciem Roodney była jego studentka, czy jakaś inna kochanka chociażby koleżanka z pracy. Raczej mało kto podejrzewa, że chodzi o żonę.


Film urwał się w sensie dosłownym w momencie gdy rozmawiał on z profesorem na Uniwersytecie w Oxfordzie, czyli w miejscu pracy. Chyba nie był on przełożonym, raczej dobrym kolegą, wyższym rangą w uczelnianej hierarchii. Nie było w tym momencie żadnego zwrotu akcji, po prostu była awaria i znalazł się w pomieszczeniu przypominającym salę kinową i wystraszony uciekł.


Nie mam wątpliwości, że to opowiadanie daje zdrowo do myślenia. Jakby autor pytał swoich, nas z przyszłości, bliższej a nawet dużo dalszej; Do diabła! Dokąd to wszystko zmierza? I gdzie będzie w tym nowym, cyberpunkowym świecie człowiek?


Pod tym kątem to opowiadanie, wszystkie sygnowane są datą 1989 rok, a więc mające parę ładnych lat jest zadziwiająco aktualne. Dowodzi to tego, że treści z zakresu SF mniej lub bardziej zakurzone koniecznie warto czytać, bo są ciekawe i czy to zadają pytania, czy na nie odpowiadają udowadniają, że my teraz dumając co będzie kiedyś tam? nie jesteśmy samotni, bo ludzie już o tym myśleli, a więc przetarli szlaki intelektualne i mając tą wiedzę możemy kreatywnie szukać nowych koncepcji i rozwiązywać problemy. To pokazuje, że teraz i jeszcze bardziej w przyszłości literatura SF staje się po prostu literaturą faktu. Wkład pisarzy z tego gatunku jest po prostu gigantyczny w to jak my mamy myśleć o tych procesach trudnych było nie było. To wystarczy, żeby powiedzieć, że to opowiadanie i książka jest niesamowita. Zdecydowanie polecam.



sobota, 24 października 2026

Rafał Świątek, Projekt Everett

Robert Świątek, 


Projekt Everett


cykl: Inna Rzeczpospolita, t. 1


Wydawnictwo: Rofes

Data wydania: 2026 r. 

ISBN:  9788398142502

liczba str.: 693

tytuł oryginału: -------

tłumaczenie: -----

kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5251784/projekt- everett/opinia/100194363#opinia100



Całkowicie przypadkiem trafiłem na ofertę tego ebooka, tytuł „Projekt Everett”, cykl „Inna Rzeczpospolita”, którego autorem jest Rafał Świątek. Motyw tej oryginalnej koncepcji historii alternatywnej przypadł mi do gustu, ponieważ lubię tego typu atrakcje literackie. Jednak koncept różni się chyba od wszystkich koncepcji jakie są, bo to nie jest typowa alternatywa, ale zupełnie inny bliźniaczy nam świat, gdzieś cholera wie gdzie. Uniknąć się udało dzięki temu różnych efektów motyla, paradoksów dziadka, i wielu innych trudności.


Technicznie wyglądało to tak, że towarzystwo wsiada do samochodu, by po kilku, kilkunastu minutach być gdzie indziej, praktycznie wyjeżdżali tylko za bramę czasu pokonując raptem parę metrów. Działało to analogicznie jak docierali do nowego świata, jak i z niego wracali. Cały koncept autor dobrze opisał, wystarczy wiedzieć, że jest to dostatecznie skomplikowane naukowo. Ale sam proces jest do przeżycia podobno, wsiadasz do tego specjalnego samochodu, zakładasz na siebie coś w rodzaju klatki Faradaya i jazda!


Ten inny świat jest prawie taki jak nasz, troszkę inna jest tam jednak czasoprzestrzeń, jak wiemy u nas jest rok 2020 + , u nich, w tym samym czasie, są lata 30 XX wieku. Różnic jest niewiele, niewielkie rozbieżności w datach, co do życia postaci historycznych, a także zdarzeń, tam władzę w II RP przejął marszałek Rozwadowski. Podobieństwo jest najważniejsze, jest Adolf Hitler i to na swoim miejscu. W książce  pt. „Mein kamf” wyłożył jakie ma plany wobec Europy i świata. W tym przestrzeń dla swoich „dzielnych aryjczyków” i te sprawy.


Dwie panie z naszej rzeczywistości Natasha i Satoko oraz ich przyjaciel Gerard mają inne plany. Chcą oszczędzić temu światu tego co było u nas. Plan jest jeden: zrobić z Polski mocarstwo militarne, w tym nuklearne oraz gospodarcze i to podobno wystarczy, żeby zmienić losy świata.


Plan niezwykle ambitny, konieczne było zapewnienie finansowania, obie bohaterki dostarczyły to ojcu Gerarda, udowadniając, że teoria gier, do tego logika i matematyka wystarczy do dobrej gry na giełdzie. Miliony trafiły tam gdzie trzeba, a ich część zgodnie z umową zasiliła zaplecze finansowe Projektu Everett. A potrzeby były gigantyczne.


Sporą część książki zawiera wręcz morderczo szczegółowe opisy wszystkiego co jest związane z naukami ścisłymi, a także historią. Opis takiego dużego atomowego bum zajmuje ładnych kilka linijek. Co dobrze obrazuje jak wygląda koncepcja autora. Mimo trudności z przystępnością dla czytelnika, bo jest tu sporo motywów z zakresu, chemii, fizyki, historii wojskowości, no i rzecz jasna mnóstwo informatyki, książka jest bardzo fajna, dobrze się ją czyta, czytelnik jest zainteresowany zarówno akcją, jak i koncepcjami sensu stricte naukowymi którymi autor chce czytelnika zainteresować. 


Zapewne nikt nie ma wątpliwości, że obsługa sprzętów, laptopów, tabletów, czytników, smartfonów, itp. sprawiła nie mało trudności ludziom z pierwszej połowy XX wieku. Ale tutaj przybysze od nas byli cierpliwi, dzięki czemu odpowiednicy naszych dziadków i pradziadków nauczyli się podstawowej obsługi nowych informatycznych gadżetów. Na pewno byli zdziwieni, że niejeden laptop lub tablet zajmował tyle miejsca, że da radę tam upchać ładnych parę bibliotek. Kolorowe filmy dostępne na urządzeniu czy doskonałej jakości zdjęcia, to dla nich po prostu magia i tych czarów trzeba było się nauczyć, żeby ocalić kraj.


Bo od tego trzeba zacząć: uświadomienie tym ludziom z czym mają do czynienia. Z jednej strony trzeba pomóc im zrozumieć jaki cud z zakresu science fiction im się przydarzył. No i przekonanie ich głównie polityków i wojskowych, lekarzy i naukowców jaka odpowiedzialność za historię Polski i świata ich czeka. Wydaje mi się, że to nie jest takie oczywiste, że to trafi na podatny grunt. Jednak olbrzymie doświadczenie dydaktyczne na poziomie uniwersyteckim młodych kobiet miało niebagatelne znaczenie. Udało się!


Wszyscy wzięli się za robotę, kolejne sprzęty z naszej epoki docierały do tego świata. Pomogło to unowocześnić armię na niespotykaną w tej epoce skalę. Zbudowano też fabryki, żeby możliwie wykorzystać do tych celów potencjał kraju. Powstały elektrownie atomowe, oraz nowoczesne okręty podwodne mające nie tylko napęd atomowy, ale też transportujący głowice atomowe.


Zapewne nie trzeba mówić pod jaką presją byli ci nasi, żeby wszystko zadziałało i nic się nie spieprzyło. Problemy były chociażby z elektrownią, gdy cała nasza wybitna kadra naukowa wybrała się na konferencję naukową za granicę i zostali tylko naukowcy i technicy niższego szczebla. Okazało się, że był sabotaż, ale sytuację opanowano. Dzielne nasze dziewczyny weszły do akcji i zadziałały perfekcyjnie.


To pierwszy tom i boleśnie dla czytelnika autor przerwał w najciekawszym momencie. Masakra! Ale już wiemy, że jest dobrze i może być tylko lepiej w kolejnych tomach. Autor sprostał presji, którą nałożył sam na siebie, żeby było ambitnie, ciekawie, wszystko grało i było dobre po prostu. Co w literackim debiucie na pewno łatwe nie jest, ale tu to literackie perpetuum mobile daje radę, i czytelnik wie, że jest i będzie dobrze. Polecam jest super!


środa, 14 października 2026

Brian Herbert, Kevin J. Anderson, Piaski Diuny

Brian Herbert, Kevin J. Anderson,


 Piaski Diuny


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2024 r. 

ISBN:  9788383380483

liczba str.: 272

tytuł oryginału:  Sands of Dune

tłumaczenie: Maciej Szymański, Andrzej Jankowski

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5098124/piaski-diuny/opinia/88073718#opinia88073718





Ostrze krysnoża [ w: ] Brian Herbert, Kevin J, Andreson, Piaski Diuny





Koncept w opowiadaniu pt, „Ostrze krysnoża”, które znalazło się w tomie zatytułowanym „Piaski Diuny”, autorem książki są Brian Herbert i Kevin J. Anderson, jest niesamowity. Zapewne czytelnicy książek związanych z uniwersum Diuna, wiedzą, że ten duet pisarski ma wielkie zasługi w kontynuacji wielkiej koncepcji jakim jest całe uniwersum Diuna, bo to nie tylko milion planet imperium Galaktycznego, ale też spory kawał historii na tyle spory, że ta cała opowieść jest historiozoficzna.


Bo tą erę trzeba liczyć od końca dżihadu butleriańskiego, czyli pogromu myślących maszyn aż do bitwy na końcu czasów zwanych Kralizekiem. Jest to dystans czasowy 15 tysięcy lat. Czasy kiedy pojawia się Paul Mua’Dib Atryda to około 11 tysięczny rok.


Ten kluczowy dla całego uniwersum bohater jest pierwszym podejrzanym o to, że jest Kwisath Haderach, czyli zbawcą, który sprawi, że w tym ostatecznym tajfunie walki wygrają ci co trzeba. To, że tak nie jest wiedzą wiedźmy Bene Gesserit, bo mówiąc potocznie, Jessika naszponciła dając księciu Leto następcę tronu, a nie kolejną kobietę czarownicę, która była wiążącym elementem starego jak ta era planu. To ta córka miała urodzić tego co trzeba. Co prawda faktem jest, że do bitwy jest odrobinka czasu. Zapewne On miał żyć tyle ile trzeba, tak jak imperator czerw Leto II, 3000 lat np. Jak wiemy były Złote drogi itp., czyli był kolejnym mocnym kandydatem na te zacne miano, ale jego rola była inna.


Opowiadanie dotyczy okresu około kilkadziesiąt lat przed tym jak pojawił się Paul Atryda na Diunie. Fremeni walczyli o to, żeby pozbyć się z Diuny, najpierw Richesów, potem Harkonnenów. Był w realizowaniu tej idei zacny udział Mapes, którą poznajemy gdy Atrydzi pojawiają się na Diunie. To ona rozpoznała w Paulu kogoś wyjątkowego i podarowała Jessice swój krysnóż. Także z tego opowiadania się dowiemy jak ważny dla Fremenów jest ten dar Szejhuluda, czyli ząb czerwia, którą otrzymuje każdy wojownik Fremen gdy osiąga dojrzałość.


Okazuje się, że to opowiadanie spodobać się może feministkom, bo Fremenki dawały radę. Matka Mapes Sofia była pierwszą kobietą fedajkinem, czyli kimś w rodzaju komandosa. Ona też, jako pierwsza kobieta, zasłużyła na krysnóż, który później dostała Mapes, a później Jessika, matka Mua’ Diba. Sofia zapewne też jako pierwsza kobieta w tej konserwatywnej fremeńskiej społeczności została przywódcą siczy. Co prawda rola kobiet jest znaczna, bo w siczy jedna Matka, ma funkcję magiczną, zbliżoną do tego co robią wiedźmy Bene Gesserit. Ale do ról przywódczych raczej nie aspirowały. No ale jak widzimy wyjątki potwierdzające regułę są. Mapes jeżeli chodzi o wyszkolenie na polu pustynnej walki była równie zdolna jak jej matka i też została fedajkinem. Równo uprzykrzała życie obcoświatowcom zwłaszcza tym co nosili Harkonneńskie barwy. Jednak została przez swoją matkę przekonana, żeby wystąpić w innej, bardzo ważnej roli. Jej zadaniem było przeniknięcie do obozu wroga i będąc niemal niewidzialną wykradała rodowe, czasem cesarskie tajemnice.


Autorzy pokazują tym samym, że jej szpiegowska, była mistrzynią w tym fachu, działalność była nie mniej krwiożercza niż to co robili fremeni na pustyni. Aubulurda Harkonnena wykończyła zniszczenie przyprawowej przetwórni, czym złamany został dogmat cesarski, „przyprawa musi płynąć”. Potem za robotę na Diunie wziął się sam Vladimir Harkonnen. Ulgi nie było, bo to był tyran i nie znał litości.


W tej walce Mapes straciła męża, wykonany wyrok śmierci, oraz syna, zjedzony przez czerwia oczywiście z krysnożem w dłoni. Ale się nie poddała, walczyła dalej tak jak jej zlecono. Na tym to opowiadanie się kończy.


Wiemy co było dalej. Harkonenowie w końcu utracili władzę na Diunie, którą uzyskali Atrydzi. Początkowo zdystansowani fremani zdążyli się przekonać, że Atrydzi są ludźmi innego pokroju. No ale było jak było. Vladimir Harkonnen wrócił i odzyskał władzę na Diunie i Paul już jako fremen musiał walczyć o swoje. Kanly zostało ogłoszone, odtąd ani Harkonnen, ani nawet cesarz nie mieli łatwego życia z fremenami, którymi rządził Muadib. Mapes dożyła sędziwego wieku, służąc przez chwile Atrydom. Wspierając ich w biedzie.


Opowiadanie zatytułowane „Ostrze krysnożu” doskonale uzupełnia to co wiemy z lektury „Kronik Diuny”. Ale robią w doskonały sposób dokładnie to samo inne opowiadania. Pojawiają się dobrze znane i mniej znane postaci. Ciekawostką jest, że pojawił się serialowy cesarz Jovico.* Zastąpił on Roderica, bo graczom, w stolicy na Salusa Secundusie, słaby cesarz, który słucha doradców, bardziej odpowiada, niż ten, który jest silny i prowadzi niezależną politykę, był w stanie zniszczyć Venporta. Skończył zapewne tak samo, jak przez kolejnych 11 tysięcy lat, większość Corrinów, nagłą, skrytobójczą śmiercią.


No ale, że w niemal każdym zbiorze opowiadań wybieram jedno, moim subiektywnym zdaniem najlepsze opowiadanie, to dokonałem wyboru. Warto było poczytać o postaci Mapes i dowiedzieć się więcej. Co nie znaczy, że innym opowiadaniom coś brakowało. Były niesamowite, były to świetne historie, na różnych etapach historycznych tego uniwersum. Wszystkie łączy przyprawa, większość z nich ma miejsce na Diunie, ale też inne miejsca w kosmosie się pojawiają. Zdecydowanie warto przeczytać i poczuć w wyobraźni ten pustynny krajobraz Diuny. Dla czytelników zafascynowanych Diuną ta książka jest niczym solidna dawka bezcennej przyprawy. Czytelnik chce więcej czytać i nigdy nie ma dosyć. Jest super!





Ad.
* Diuna proroctwo.

niedziela, 11 października 2026

Jerzy Pilch, Pod mocnym aniołem

 Jerzy Pilch, 


Pod mocnym aniołem 


Wydawnictwo: Świat książki 

Data wydania: 2012 r. 

ISBN:  9788377994153

liczba str.: 192

tytuł oryginału: -------

tłumaczenie: ------

kategoria: literatura piękna


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/pod-mocnym-aniolem/opinia/10102



„Pod mocnym aniołem”, książka Jerzego Pilcha rzeczywiście jest mocna, tak jak potrafi być mocna flaszka wysokoprocentowego alkoholu i nie ma w tym nic śmiesznego, bo temat jest rzeczywiście ciężki. A zrobienie z tego literackiego majstersztyku, słusznie nagrodą Nike za 2001 rok nagrodzoną to po prostu arcymistrzostwo. książka, ma nieformalny podtytuł, traktat o alkoholu, piciu, pijaństwie, zwał jak zwał. Czy słusznie?


Trzeba powiedzieć jasno mówimy o skrajnym alkoholizmie, pacjentach oddziału deliryków. Czyli ludziach, którym tylko w warunkach klinicznych można uratować życie, bo ci ludzie praktycznie są jedną nogą w grobie. Narrator opowiada, że byli tacy, którzy nie dali rady i skończyli życie z flaszką w ręku. Ordynatorem oddziału był doktor Granada, samo to nazwisko, raczej ksywka, sugeruje sprawę z góry przegraną. Te rozmowy z lekarzem zarówno głównego bohatera, jak i innych kolegów, koleżanki też były, są niezwykle ciekawe. Ci bohaterowie są tak przerażająco realni, jednocześnie ludzcy, tak jakby autor chciał nam coś powiedzieć, czort go wie co, ale możemy się domyślać. Bardzo dobra jest kreacja doktora Granady, jest prawdziwa po prostu. Krótko mówiąc jest w tej książce jakiś realizm magiczny, bo mówi o jak najbrudniejszej, brutalnej prozie życia, a z drugiej strony niczym jakiś pieprzony Merlin autor czaruje czytelnika snując te opowieści, bo to nie jest jedna opowieść. Łączy je postać pijaka pisarza, który wysłuchuje opowieści i przelewa je na papier, czasem są one bliźniaczo podobne. Pomaga to terapeutom w pomocy tym ludziom.


Niewątpliwie nie jest to łatwa przygoda literacka, bo pisarz pozwala zajrzeć czytelnikom w najbardziej skryte zakątki natury ludzkiej. Co sprawia, że to jest niezwykła opowieść. Literacko jest na tyle dobra, że to ciekawa i wciągająca lektura. Pomocny jest tutaj narrator i główny bohater jednocześnie, sam o sobie mówi, że jest pijakiem intelektualistą. Nadał sobie ksywkę. de facto spojlerową, Mojżesz alias Ja Alkohol. Zdarza się, że występuje w dwóch osobach. Momentami ten zabieg jest zabawny, jakby narrator miał zdefiniowaną jakoś dwubiegunowość, kiedy jedno ja rozmawia z drugim ja. Z fantastyki dobrze kojarzymy postać Golluma kiedy, ten ciut lepszy, mający niewielką iskrę dobra w sobie, rozmawiał z tym drugim permanentnie złym. I dobrze wiemy kiedy czort przejmuje kontrole nad obiema postaciami w jednej. Genialnie Tolkien to postać wykreował. Tutaj jest coś odwrotnego, to dobry wyparł gorszego i dobro ocaliło głównego bohatera, ale też później jako terapeuta pomagał swoim kumplom.


W sumie robił to jeszcze jak sam był pacjentem słuchając jako kumpel w niedoli ich opowieści i przelewał je na papier. Bo takie wymagania miał personel szpitala, żeby pacjenci opisywali swoje pijackie historie, nazywali to próbą wyciszenia się, cokolwiek to miało oznaczać. A że nasz bohater umiał dobrze przelewać myśli na papier, to za drobne korzyści, typu paczka fajek lub jakiś zakazany flakonik perfumy, pomagał swoim kumplom pisząc to za nich.


Dobrym pytaniem jest co się stało, że ten raz na sto lub tysiąc razy, nie był przegraną sprawą. Odpowiedź niby jest banalnie prosta, ale trzeba się wsłuchać w tą całość, żeby dodać dwa do dwóch i dało to tyle ile trzeba. Bo tak naprawdę banalizy tu nie ma, bo nie może być, bo mowa tutaj o naprawdę trudnych przypadkach i każde wyjście z tego jest niemal niemożliwe. Autor użył metafory, chodzenie pod lodowatą wodą, czyli nie tam gdzie trzeba, woda już zamarzła, i trzeba wykrzesać ostatnie siły, żeby to cholerstwo pękło, a będący na dnie wyszedł na powierzchnię.


Nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z geniuszem pisarskim. Dumać możemy tylko o tym co my tu mamy: czy autor opisał kompletnie obcy świat, jakąś odległą galaktykę, czy to jakaś jego retrospekcja własnych przeżyć pisarza zmagania się z problemami. Niezależnie od odpowiedzi jaką uzyskamy książka jest po prostu arcydziełem. Nie należy do łatwych książek. Czy może zmienić czyjeś życie?


Nie jestem w stanie wyrokować. Bo pytanie jest zasadnicze; Na ile ludzie zadający pytanie, „która to jest szósta, rano czy wieczorem?” Uzyskujący odpowiedź, „szósta w południe” są zainteresowani literaturą. Autor nam sugeruje, że intelektualistów sięgających do kieliszka, w tym tych z akademickimi, doktor i wyżej, tytułami nie brakuje. Jeżeli ma rację, to jakaś nadzieja jest, a każda nawet najmniejsza nadzieja jest na wagę złota.


Książka jest o konkretnych ludziach, którzy z powodu swojego nałogu trafiają do szpitala, czyli przypadkach praktycznie beznadziejnych. Kto jest adresatem książki. Czytelnik literatury dobrej, bo dowie się o czymś pozna ludzi na kartach książki. Na tym też polega koncepcja wyzwania książkowego Book Trotter w którym aktywnie uczestniczę. Czy jest tylko o nas Polakach?


Bo o naszej trudnej historii, zaborach, wojnach, komunie, jest troszkę w książce. W końcu każdy pretekst jest dobry nawet klimat, „tylko zimno i pada, zimno i pada na tym miejscu w środku Europy”.* W sumie to nie wiem, na pewno dla nas, mieszkańców kraju nad Wisłą, jest ona najbardziej przystępna. No ale sama idea pomocy w odkryciu jakiego dokonał Kolumb Odkrywca, profesor nauk społecznych, bohater książki, „panie doktorze chyba wypiłem kieliszek za dużo” **, jest uniwersalna. I nieistotne, że doktor Granada się zirytuje, „ jak to, beka gorzały mówi, że wypiła kieliszek za dużo!” Ważne, żeby ten jeden kieliszek wypity za dużo znaleźć.


Rzecz jasna nie udzielę odpowiedzi najbardziej istotnej co było i dlaczego Mojżesz alias Ja Alkohol jednak wygrał i wybrał życie, powód jest prosty! Tą książkę trzeba koniecznie przeczytać!
Książka jest rewelacyjna. Polecam.





Ad.
*Kazik, Edyta Bartosiewicz, Cztery pokoje: https://www.tekstowo.pl/kazik/4-pokoje

** cytaty pochodzą z książki. 





 






piątek, 25 września 2026

Andrzej Ziemiański, Virion - Dom

 Andrzej Ziemiański, 


Virion - Dom


cykl: Legenda miecza, t. 3

Wydawnictwo: Fabryka słów

Data wydania: 2026 r. 

ISBN:   9788383752129

liczba str.:  528

tytuł oryginału: --------

tłumaczenie: --------

kategoria: fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5217092/virion-dom/opinia/100907942#opinia100907942




Przeczytałem książkę pt. „Virion – Dom” z cyklu „Legenda miecza”, autorem książki i całego cyklu jest Andrzej Ziemiański. Jak nie trudno się domyśleć akcja pędzi po prostu z rozpędu. Cała armia Arkach z majorem Achają w składzie rusza do boju podbijając Luan. 


Teoretycznie nic się nie dzieje, ale ta cywilizacja upada z dnia na dzień i nikt tego nie zauważa. Niektórzy przebalowali ten moment, a potem leczyli kaca, a inni nawet przespali. Choć ogólnie zamieszanie było spore, bo spora część miasta płonęła, było sporo walk ulicznych, sporo domów było rozszabrowanych, byli niewolnicy mścili się na kim popadło, bo mieli swoje porachunki. Zanim dotarli na prowincji nie było wcale lepiej, nie brakowało scen budzących grozę, bo logika wojny, a raczej jej brak ma swoje prawa. Jedno zdanie wypowiedziane przez żołnierki Arkach do bogatego Luańczyka, bo wymsknęło mu się w rozmowie, że dotknęło ich nieszczęście. Niby nic, ale wystarczyło na bardzo nerwową reakcję, że źle to miały one walcząc latami po lasach z imperialną armią ginąć setkami, tysiącami, a oni sobie wiedli przyzwoite życie, nawet w oświetlonych niedużych miastach i po cholerę wam ta wojna! Zapewne wątpliwości nikt nie ma, kto jest adresatem tej pogrubionej*, ozdobionej wykrzyknikiem, ostatniej części poprzedniego zdania.


Oczywiście tym długim szlakiem do Syrinx podążają znani nam bohaterowie, sam Virion i cała reszta paczki. Do akcji wróciły siostry Neridena, ich prawdziwe imiona to Krito i Mezena i z tymi dumnymi, książęcymi imionami, podążają wraz z armią Arkach, żeby zdobyć Syrinx, w tym ich dzielnicę, podwórko i parę sąsiednich przecznic. A wszystko po to by obalić, przynajmniej w ich przekonaniu, imperium zła. Jasne, że ta opozycja terminologiczna: dobro – zło, jest tutaj naciągane. Po prostu coś upada, żeby powstało nowe, żeby zmieniła się epoka, coś takiego rzadko dzieje się w historii np. rozlatuje się jakiś mur, czy diabli biorą jakieś pomniki. Co prawda nam zdarzało się coś takiego widzieć w mediach, no ale współczesność ma swoją specyfikę, a obieg informacji na przestrzeni całego globu jest praktycznie natychmiastowy. I wszystkie zmiany w geopolityce są szybkie, i to też budzi pewne obawy.


Oczywiście nie ma opowieści o przygodach Viriona bez brawurowych pojedynków. Pierwszy to Marina z Achają. Postać Mariny mało istotna. Ona tak samo jak Achaja wymknęła się z niewoli, budowy imperialnej drogi, no a że nie miała co ze sobą zrobić Zakonni ściągnęli ją do walki z Achają, to była mocna zawodniczka, wszyscy z wyjątkiem Viriona byli pewni, że zmiecie Achaję z planszy, no ale to córka diabła urwała Marinie głowę. A drugi pojedynek to zapowiedziana zemsta Druzusa, przekonał do swojej sprawy siedmiu rycerzy natchnionych, no i jest ciekawie.
Czytelnik pewnie się domyśla, no ale jest to na tyle to jest ciekawe, że koniecznie karteczki książki trzeba przewrócić. Epoka snajperów rozpoczęta, a Achaja, jako ich szefowa, zostaje cesarzową.


Książka jest niesamowicie ciekawa. Na pewno wciąga, szybko się czyta. Opowieść jest żywa, barwna. Ciekawostką jest, że Nikki, żona Viriona została królową upiorów, dostała ksywkę cesarzyca, bo ma iście ludzki temperament i ani myśli trzymać się upiorzych dogmatów, czyli nie wtrącania się w ludzkie sprawy. Uznała, że dogmat jest beznadziejny, bo niemal to nie wykończyło upiorzyc, bo zakon na nie polował. Ona była przekonana, że zakonni stanowią zagrożenie i żywych z Syrinx wypuszczać ich nie wolno, a że ma męża, który wie jak się takie sprawy załatwia i ma dobrą przyjaciółkę Achaję, to wie, że może z góry uznać sprawę za załatwioną. Dzieje się sporo i jest ciekawie. Polecam.


czwartek, 10 września 2026

Andrzej Ziemiański, Virion - Ona

Andrzej Ziemiański, 


Virion - Ona


cykl: Legenda miecza, t. 2


Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2025 r.
ISBN: 9788383750378
liczba str: 600
tytuł oryginału: -------
tłumaczenie: ------
kategoria: fantasy

recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:






Leci czytanie cyklu “Legenda miecza” , czyli przygód Virona. Druga część, napisana rzecz jasna przez Andrzeja Ziemiańskiego na tytuł “Virion - Ona” . Wiadomo że góry kto jest postacią tytułową, szermierz natchniona Achaja, która wkrótce zostanie cesarzową sporego kawałka kontynentu, bo  “córka diabła” jak ją Virion nazwał niczym wygłodniały potwór pochłonęła dwa imperia. To wiemy z innej trylogii i do tego to wszystko zmierza. No ale tutaj mamy coś innego Virion oraz Neriden oraz Iyo wplątani są w kolejne intrygi wywiadowcze. Czyli kombinowanie kto kogo ogra grając w te brudne szpiegowskie gry.


Wszyscy tu nieźle kombinują, pamiętając o tym, że stawka jest wysoka. Przy czym małe Arkach jest uważane za łup wojenny o który szarpią się potężni gracze. A Arkach nie chcąc być karmą dla tych wielkich kocurów walczy o przetrwanie i ratowanie królewskiego tyłka królowej oraz generalskiego zadka generała Biafry, syna królowej i jedynego mężczyzny w armii Arkach.


Działo się sporo na skutek miliona intryg. Doszło do bezprecedensowego pojedynku. Virion z bandą opryszków reprezentując barwy Luan, chociaż do tej pory pakowali gole do ich bramki, trzymając z Biafrą, mieli wybić do nogi w pojedynkach cały pułk Arkach. Motyw polegał na tym, że królowa miała przerwać tą zadymę, poddając pułk a panie trafiły by do niewoli. Ale coś idzie nie tak zbiry tłuką równo mundurowe panie, a królowa siedzi cicho. Nagle wchodzi ona, szybko zabija, trzech, czterech opryszków wyzywając do walki Virona.


Nie było wyjścia, skoro chłopy jęczą, że “kobieta mnie bije” , no to potrzebny jest prawdziwy fachowiec, żeby dać młodej nauczkę. Virion wie, że lekko nie będzie. Achaja jest pewna siebie. ma też wsparcie całej armii, która siłą tysięcy gardeł, niczym stadionowi ultrasi, drą ryje, przepraszam za kolokwializm, ale pasuje, Wrzeszczą: bij dziada!, zabij ch.!, wbij w ziemię sk.!, i leci jeszcze z milion innych inwektyw jakie tylko wojsko da radę wymyślić. Obydwoje niczym sportowcy grający w finale ważnej imprezy zajęci są walką. Ale jak już się dowiedzieliśmy o bitce szermierzy natchnionych jest to praktyczne niemożliwe, bo albo przeżywają obydwoje, bo nikt nie ma siły dalej walczyć, albo giną obydwoje. Oboje przeżyli, choć trzeba było ich znosić. Oficjalnie wygrała Achaja, bo to ocaliło Arkach, ale to Virion troszkę lepiej wyglądał jako weteran miliona pojedynków i burd. To był ten cud!


Arkach uratowane! Zdobywszy broń palną od tzw. chorych ludzi. szykują do Wielkiej rozróby. Sama Achaja ma nastroje wojownicze i ma komu podziękować za beznadziejny los, który zawdzięczała obydwu imperium. Co prawda to też zrobiło z niej natchnionego szermierza, jedynej bratniej duszy Virona. Ale lekko nie było, wręcz wchodzi tutaj przynajmniej jedno przekleństwo. To pokazuje najlepiej kim są Virion i Achaja, że są najlepsi nie tylko na świecie, ale i w galaktyce i nie jest to przesada zapewne.


Książka jest ciekawa. Mamy ten sam motyw Achai z innej perspektywy, jak to widział Virion. I to na pewno jest ciekawe. Czy kolejnym bohaterem będzie Biafra? Czy autor uzna, że to jest na tyle zgrana karta, że już nikt nie będzie tego chciał czytać. Pewnie się dowiemy. Książka jest ciekawa. Polecam.


niedziela, 6 września 2026

Henry Kuttner, Nieskończona szachownica

Henry Kuttner, 


Nieskończona szachownica



Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2026
ISBN: 9788383384566
liczba str. : 172
tytuł oryginału: Chessboard Planet
tłumaczenie: Maria Smulewska
kategoria; science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytać.pl:







Henry Kuttner byłby z jednej strony zdziwiony, a z drugiej strony zachwycony naszymi czasami. Szkoda, że zmarł młodo mając 43 lata, bo ta książka pt. “ Nieskończona szachownica” jest niesamowita i niezwykle kreatywna. 


Pisarz gdyby od doktora Emeta Browna pożyczył jego cudowny samochód, wehikuł czasu, i trafił do nas zdziwiłby się, że w USA dą się wybrać prezydenta, który jawnie obala Amerykańską propagandę przemysłu filmowego przedstawioną na całym świecie w ostatnim i naszym stuleciu, typu; jaka ta Ameryka jest fajnym i dobrym krajem.


A zachwycony by był z kolei, że da się zrealizować w internecie koncepcje, które dzisiaj nazywamy grami szachopodobnymi. Koncepcja szachownicy 16 pól na 16 pól czyli czterokrotnie większej jest niesamowita. Taka szachownica złożona z szachownic turniejowych nr. 5 zajęłaby sporą przestrzeń przyzwoitego pokoju. Czołowi arcymistrzowie świata graliby jedną partię spokojnie co najmniej dobę. Dlatego np. szachy czteroosobowe grane są tylko w internecie, a takie szachownice irl mało kto widział. Z tą szachownicą byłoby analogicznie. Ale sam motyw, że da się w coś takiego zagrać, to niewątpliwie Kuttner byłby zachwycony z tego powodu. 


Wiemy, że tą z fajnością i dobrocią Ameryki jest coś nie tak co sprawia, że koncepcja Kuttnera z tej książki, typu, że cały świat zjednoczy się i rzuci się na Amerykę jest bliższa niż kiedykolwiek. Jasne, że pamiętam, że Rosja i paru innych globalnych szemranych typów działa, ale zdania odrębnego w kwestii współczesnej Ameryki próżno szukać. A jak to Kuttner wyspekulował to kilkadziesiąt lat temu pojęcia nie mam! 


I tu wchodzimy szukając tłumaczenia w rejony czystej abstrakcji, to że szachy są metaforą wojny zapewne każdy  z nas wie. Ale też zdaniem Kuttnera jest nią logika i matematyka. Niestety nie podejmę się do ustosunkowania do tego co autor tak przepięknie kombinuje. 


Mnie to fascynuje, że jest możliwe takie zgrabne połączenie kwestii szachowej z geopolityką, wojną, i innymi problemami. Koncepcja nieskończonej szachownicy nad którą trudzą się najtęższe umysły świata próbując poskładać do kupy całą geopolitykę, przecież nie tylko wojny, ale całe mnóstwo problemów tak trudnych, że niemal niemożliwych do rozwikłania. Z państwem filozofów raczej są kłopoty. Jednak przypuszczalnie trzeba coś z tym zrobić, żeby ludzie pokroju Nerona czy Kommodusa nie urządzali nam świata, tylko trafiali np. do cyrku. Bo jeżeli demokracja będzie za słaba, to my jako cywilizacja mamy nieliche kłopoty. Z perspektywy czasów autora to jest tak niesamowite SF, że trzeba się głowić czy to wszystko jeszcze nauka czy już magia po prostu? 


Fabuła jest nieskomplikowana bo antagoniści Stany kontra Falangiści nawzajem się zwalczają.


Jak dogadali się Falangiści? Nie wiem, ale wspólny, silny wróg zapewne im pomógł. Być może mówili Anglo - Słowiańskim galachem jak zaproponowałby Frank Herbert. Jak już powstał silny sojusz w efekcie trwają prace by wycelować bomby w Los Angeles, Miami, Nowy Jork itd. Ci drudzy robią dokładnie to samo. Siedząc w podziemnym Chicago główni bohaterowie pracują nad swoim dziełem, żeby Falangistom narobić kłopotów. Do dorobienia dobrej ideologii przydał im się nacjonalizm. Bo przecież w ich mniemaniu oni byli najlepsi, i im świat zazdrości wspaniałych wartości i wszystkich osiągnięć. Dalej, oni byli przekonani, że jako Amerykanie są prawdziwymi Białymi ludźmi, a reszta świata to wymieszane kundelki. Bić innego!


Książka jest świetna, bo te spekulacje intelektualne mają dać do myślenia, a cała fabularna otoczka jest raczej drugoplanowa. Po prostu rewelacja. Warto przeczytać.