czwartek, 30 lipca 2026

Andrzej Pilipiuk, Kroniki Jakuba Wędrowycza

 Andrzej Pilipiuk,


 Kroniki Jakuba Wędrowycza


cykl: Kroniki Jakuba Wędrowycza, t. 1 


Wydawnictwo: Fabryka Słów, Edipresse

Data wydania: 2018 r. 

ISBN:   9788381173506

liczba str.: 224

tytuł oryginału: ---------

tłumaczenie: -------


kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4855295/kroniki-jakuba-wedrowycza/opinia/48356990#opinia48356990




Na rybki [ w: ] A. Pilipiuk, Kroniki Jakuba Wędrowycza




W sumie wyszło jak wyszło, że pierwszy tom opowiadań recenzuję jako ostatni, z dotychczas wydanych rzecz jasna, ale w sumie źle nie wyszło, bo wiem o co chodzi z przygodami Jakuba Wędrowycza i pod tym kątem jest ciekawe jak autor miał zamysły co do tego bohatera i całych okolic Wojsławic. W książce pt. „Kroniki Jakuba Wędrowycza” poznajemy wesołego dziadka Jakuba i jego kumpli w wieku senioralnym, których główny bohater spotyka najczęściej w lokalnej knajpie. Bo już od początku się dowiadujemy, że trunki wszelakie leją się na kartach książki w iście kosmicznych ilościach. Nawet arcymistrzowie chlania Rosjanie nie dają rady w sparringach z Jakubem. Najpierw na tak zwane schody, na każdym stopniu kieliszek wódki lub bimbru, i kto wyżej zaszedł wygrywa zawody i jest pijackim kozakiem, sigmą, zwał jak zwał, wszedł pułkownik, nie dał rady. Do rewanżu przystąpił generał.


Większość opowiadań z tego tomu jest bardzo zabawna, to, że czytelnik ze sto razy pęknie ze śmiechu jest gwarantowane. Niewątpliwie jednak oblicza. Wędrowycza są różne, na co dzień wsiowy pijaczek, śmierdzący gorzałą i wszystkimi zapachami wsi. Bywa jednak, że pokazuje swoją fachowość w zawodzie świeckiego egzorcysty mający słuszną renomę najlepszego w kraju. Zdarza się również, że zakłada przyzwoite ubrania i sprząta do niepoznaki swoją chałupę, bo przyjeżdża rodzina z Warszawy i wstydu nie może być.


Jest jedno opowiadanie bardzo mroczne, chodzi o pobliską Dębinkę Wielką, którą zamieszkują neandertalczycy, zwani potocznie małpoludami. Nikt nie ma pojęcia jak oni przetrwali te dziesiątki tysięcy lat. Parafia w Dębince to rodzaj zesłania. Ksiądz Paweł Markowski ma szczęście, bo zyskał potężnego sojusznika jakim niewątpliwie jest Jakub Wędrowycz. Jak już wspomniałem to mroczne opowiadanie nawiązuje do klimatu horrorów wręcz. Pilipiuk pokazuje tym samym, że takie również czytelnik znajdzie w kilkunastu kolejnych tomach przygód Jakuba.


Z racji, że są wakacje, przed nami kolejna fala upałów. Wojsławice są na południu kraju, więc jednym z cieplejszych regionów, lato jest słonko jest, temperatura taka jak trzeba, więc Jakub Wędrowycz uznał., że czas wybrać się na rybki, tym bardziej, że na pobliskim akwenie wodnym jest zakaz łowienia ryb, to koniecznie trzeba tę próbę naruszenia Jakubowej wolności obalić przy okazji. Nasz buntownik wziął koło od traktora, spory zapas lokalnego piwa, kawał kija i ruszył na połowy. Tak dokładnie wydarzyło się w opowiadaniu pt. „Na rybki” i właściwie nie powinno się nic wydarzyć, bo emocje jak na rybach dorównują tym na grzybach. No ale jednak coś musiało być skoro pisarz o tym napisał, a ja wybrałem to opowiadanie. Były ze spotkanymi znajomymi opowiadane kawały o złotej rybce, o tym, że to jest cholernie przewrotne bydle i z życzeniami trzeba uważać. Jakub nie na żarty się wystraszył i jak już złapał mieniącą się na złoto rybkę, to gadać z nią nie chciał. Mówił, że patelnia i koniec gadki. Z tego wnioskujemy, że jakiś deal jednak miał miejsce, bo Bardaki popadli w kłopoty, odnaleziono na ich podwórku skradziony samochód. A jak wiemy, jak Kuba Bardakowi, tak Bardak Kubie, i ta sąsiedzka waśń, niczym Kargulów z Pawlakami, toczy się na kartach tych książek latami.


Jest ciekawe, zabawnie, dobrze się to wszystko czyta. W potrzebie czytania luźniejszej literatury, jak lato, czy jakiś inna okoliczność., czytanie o tych nieziemskich przygodach tego odlotowego staruszka jest fajne. Jak wiemy jego najlepszą bronią jaką dysponuje jest swojski samogon i niejeden ludzki, jakiś dziwny wompierzy, a nawet kosmiczny byt miał okazję się o tym przekonać. W jednym z opowiadań organizm Jakuba mocno przepity spalił chipa, którego kosmici wsadzili w Jakubową łepetynę. Z Jakubem mieli do czynienia również filmowcy z dalekiej Ameryki, szła produkcja filmu science fiction. Jeden zbłąkany aktor trafił do lokalu w którym gościli Jakub i spółka znajomych, no i oczywiście trzeba było gościa godnie ugościć, wiadomo jak to się musiało skończyć. Jakuba zirytowały też latające spodki, koledzy dorwali domniemanego kosmitę, w Pilipiukowskiej litentia poetica, ufoka, i Jakub przeprowadził precyzyjną operację chirurgiczną wsadził mu w głowę oporniki od telewizora. Krótko mówiąc spokojny plener do filmu nie wypalił, bo był tam Jakub Wędrowycz. Książka jest po prostu dobra, warto przeczytać. Polecam.


czwartek, 23 lipca 2026

Janis Jonews, Jełgawa '94

 Jānis Jonevs,


 Jełgawa '94 


Wydawnictwo: Marpress

Data wydania: 2022 r.

ISBN:   9788375282788

liczba str. : 344

tytuł oryginału:  Jelgava'94

tłumaczenie: Daniel Łubiński

kategoria: literatura piękna


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/jelgawa-94/opinia/99373909




Książka fajna, tylko jak ją do diabła zrecenzuję? To pierwsza myśl, po tym jak skończyłem odsłuchiwanie tej książki. Przytrafiło się wyzwanie łotewskie w ramach Book Trottera. Wybrałem książkę Janisa Jonewsa pt. „Jełgawa’94”. Na pewno jest wyjątkiem, że wtedy kiedy mamy akcję książki państwo istnieje raptem trzy lata. Była owszem Litwa, ale wybrałem Amerykanina z Litwy, Algisa Budrysa. Tutaj mamy pisarza spod ryskiego miasteczka Jełgawa w dodatku fana muzyki metalowej, co dla mnie jest kompletnie obcą bajką, praktycznie nie zrozumiałem. I te zachwyty tą muzyką są mi kompletnie obce. To dlaczego uważam tą książkę za dobrą?


Dobre pytanie. Ta książka jest dobrą powieścią nostalgiczną dla kogoś kto przeżył lata 90 XX wieku i bohaterowie książki są praktycznie rówieśnikami Już okładka to sugeruje. Na okładce mamy, teraz praktycznie już obiekt muzealny, kasetę magnetofonową otoczoną wielkim czarnym tłem co sugeruje metal. Bo jak mówią o sobie bohaterowie „Nie byliśmy z metalu. Metal mieliśmy w naszych sercach” * Niby płyty winylowe są jeszcze starsze i dały radę wrócić. Czy pojawią się ponownie kasety? Nie mam pojęcia. Na pewno technologia ułatwia odbiór muzyki w dobrej jakości i nie potrzeba dodatkowych sprzętów. Wystarczy komputer lub telefon komórkowy i słuchamy to na co mamy ochotę.


W książce mamy opis czegoś co można nazwać subkulturą tej muzyki, słuchanie muzyki oprócz dużej ilości płynów alkoholowych, wyrobów tytoniowych i narkotyków, choć to raczej późniejszy nieco okres, no ale autor zdaje sobie sprawę, że to zawsze było obecne w tej subkulturze. Fascynacja tekstami typu „Nie mam nogi, pożarli mi ją moi współtowarzysze. […] Przestałem o nich myśleć taką naturę mam. Po prawdzie swoją nogę zjadłem sam” * . Do tego dochodzi fascynacja złem, diabłem. Niektórzy muzycy odsiadywali wyroki w więzieniach, inni były zwykłymi patusami, jakbyśmy to dzisiaj, kolokwialnie, powiedzieli. W sumie to autor sam się dziwi opisując współczesność, co się stało z jego ziomkami, m. in. ksywki: Śmierć, Zombie, Kłamczucha, że w dorosłość weszli jako normalni ludzie, niektórzy bogaci i sławni. Autor sam miał ksywkę Blondi, zapewne od długiej blond czupryny.


Dowodzi to tego, że książka ma charakter autobiograficzny. Pisarz opowiada czytelnikom jak to drzewiej bywało, jak to hałasowali po osiedlach, lasach, były też letnie wyprawy na łonie natury, podrywanie dziewczyn, picie alkoholu, śpiewy, nawet deklamowali poezję, wyli do księżyca itp. Autor i jego kumple mieli szalone dzieciństwo okraszone hałaśliwą muzyką metalową. Książka też miała swój rys socjologiczny, filozoficzny, a nawet historyczny, bo co nieco o historii rodzinnego miasta zostało opowiedziane. Mimo, że stanowiła dla mnie trudność jakiekolwiek identyfikowanie się z bohaterami, ideologią, systemem wartości, jakie propagowali, czy jakaś fascynacją dziwnymi akcjami, to jednak książka jest ciekawa, fascynująca, momentami wzruszająca nawet. Bo też taka jest idea tej Book Trootterowej podróży książkowej, że poznajemy nie tylko miejsca, ale różnych ludzi, dla nas odmiennych, mimo że do Łotwy, akurat daleko nie mamy. No ale ta książka mogła powstać wszędzie w Europie przynajmniej, no ale padło na Łotwę. I na pewno jest ciekawie. Ja nie żałuję czasu przeznaczonego na lekturę tej książki. Polecam.







Ad.
* Cytat pochodzi z książki




czwartek, 16 lipca 2026

Frank Herbert, Brian Herbert, Kevin J. Anderson, Droga do Diuny

Frank Herbert,

Brian Herbert,

Kevin J. Anderson, 


Droga do Diuny


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2022 r.

ISBN: 9788381885942

liczba str,: 497

tytuł oryginału:  The Road to Dune

kategoria: science fiction


recenzja opublikoweana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/262204/droga-do-diuny/opinia/90088331#opinia90088331





„Droga do Diuny” to książka ma aż trzech autorów Frank i Brian Herbertowie, no i jeszcze Kevin J. Anderson. Jednak nie ma wątpliwości, że dominuje tutaj twórczość mistrza, czyli Franka Herberta. Te opowieści z Diuny są czymś w rodzaju brudnopisu lub notatek koncepcyjnych do „Kronik Diuny”, jak wiemy po prostu arcydzieła, które dał radę stworzyć po prostu geniusz.



Zainteresowania przyrodą pojawiały się wcześniej były to po prostu publikacje prasowe dotyczących przeróżnych zjawisk naturalnych tak fascynujących. Co skończyło się fascynacją pustynią. Nie tylko pod kątem przyrodniczym, ale także historycznym czy kulturowym, który przecież jest nie mniej fascynujący niż to co pojawiło się na kartach Diuny. Wystarczyło zadać, że parę pytań i voila. Mamy coś co jest doskonałe. Pozostaje dodać tylko kosmos i miliony planet, koncepcję 15000 lat historii, którą Frank i Kevin J. Anderson przepięknie rozbudowali. Nigdy się nie dowiemy jak napisałby to mistrz. Wiemy, że ocalały notatki, a reszta to już talent literacki obydwu pisarzy, którzy postanowili kontynuować wielkie dzieło mistrza. Także fakt, że cała trójka tych świetnych pisarzy są autorami tej książki jest po prostu rewelacją, bo przecież całe to trio jest odpowiedzialne za napisanie całej serii Uniwersum Diuna.


Same koncepcje są różne, postaci się różnie nazywają, różne są koncepcje. Na pewno było to płytsze skupione na samych intrygach. Jasne, że dało się coś takiego opublikować, no ale Frank Herbert był ambitny i chciał napisać absolutnie genialne dzieło. I to mamy.


Pisarz uznał, że nie da się pisać o pustyni bez tego co tam na niej jest, no i tych specyficznych ludzi, których nazwał Fremenami. Doszedł do wniosku, że nie da się pisać o pustyni bez ludzi, którzy tworzą cywilizację pustyni. A ta cywilizacja tworzy specyficzne ideologie, religie, mity założycielskie itp. Nie da się w końcu pisać o pustyni bez tej cholernej przyprawy, która dawała zdrowie i dłuższe życie, mało tego esencja przyprawowa powodowała zagięcia przestrzeni i skrócenie podróży kosmicznych. Cenę nawigatorzy płacili olbrzymią, praktycznie przestawali być ludźmi, ale to poświęcenie miało sens. To jest oczywiście produkt finalny, to co mamy w cyklu i całej serii.


W sumie dobrym jest pytanie czemu kosmos, i planeta Diuna i milion innych planet? A nie np. jak Majipoor z „Kronik Majipooru” Silverberga. Tam planeta, olbrzymi Majipoor była jedna, ale tych lokacji na niej było od groma. Widać Frank Herbert uznał, że tak powinno być i tyle.


Pytanie czy warto czytać tego typu książki koncepcyjne? Na pewno niewiele ich w literaturze, bo pewnie mało kto się chwali jakie miał koncepcje zanim napisał finalną książkę. Brian i Kevin J. Anderson postanowili jednak w ten sposób uhonorować dzieło mistrza i pokazać nam czytelnikom jak do tego doszło?.


Oddzielnymi fragmentami były motywy, które z jakiś powodów nie trafiły do „Kronik Diuny”, nie znaczy, że były złe, tylko po prostu z jakiegoś powodu nie pasowały do koncepcji. Na pewno z przyjemnością się to czyta. Czy to coś by zmieniło, zostało jak zostało i dywagować nie ma co, bo jest dobrze.


No i ostatnia część to czym się interesują Brian Herbert i Kevin J. Anderson, chociażby motyw dżihadu butleriańskiego, czy wydarzenia na Kapitularzu, ostatnie tomy Diuny, w tym te dokończone przez Briana Herberta i Kevina J. Andersona. Dużo tego nie było, ale też bardzo ciekawe motywy.


Podsumowując na pewno jest to książka dla fanów twórczości Herberta i wszystkiego co jest związane z „Uniwersum Diuna”. No bo ta grupa znajdzie coś dla siebie, co będzie ciekawe i fascynujące. Nowym czytelnikom bym doradzał poznanie tego wszystkiego co pisali ci trzej pisarze, co dotyczyło Diuny i całego uniwersum. Przyznać trzeba, że jest trochę tych książek i wciąż są wydawane nowe. No i dopiero wtedy warto zerknąć o co chodzi z tą książką koncepcyjną. Książka nie jest specjalnie trudna, jest ciekawa, poznawanie jakie pomysły miał Frank Herbert, jak kreował Atrydów, jak wyglądała kreacja Vladimira Harkonena, bo koncept intrygi był już wtedy jak się okazuje. Myślę, że warto tą książkę przeczytać.


czwartek, 9 lipca 2026

Robert J. Szmidt, Per aspera ad astra

 Robert J. Szmidt,


Per aspera ad astra


cykl: Pola dawno zapomnianych bitew/Bukowski,  t. 1


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2020 r. 

ISBN:  9788381881043

liczba str.: 343

tytuł oryginału: -------

tłumaczenie: --------

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczyutac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4936833/per-aspera-ad-astra/opinia/99327318#opinia99327318



„Per aspera ad astra”, dosłownie – przez trudny teren do gwiazd. To książka pierwszego tomu prequela pt. „Pola dawno zapomnianych bitew” , ten cykl ma tutaj tytuł „Pola zapomnianych bitew/Bukowski”. Rzecz jasna wzięło się to od nazwiska głównego bohatera kapitana Roberta Bukowskiego. Tytuł dobry bo trudność do potęgi, bo nie dość, że kosmos, to przez prawie 200 lat drużyna astronautów i kosmicznych kolonistów, niecałe 1000 osób, lecieli w absolutnej pustce kosmicznej. Sprzęt wiadomo, nie ma cudów, że zanim doleci to będzie kupa złomu i wynikające z tego komplikacje. Te prawie 200 lat ekipa będzie w stanie uśpienia, wszyscy budzeni byli co 10 lat, bo podobno się nie dało. Wiemy, że Niki Stachurski dał radę analogiczny okres przetrwać w stanie hibernacji, zwanym tutaj stazą, no ale wiemy jak było, wyboru nie miał. No i znów nie ma Święckiego, my czytelnicy musimy sobie radzić z jego dalekim krewnym Robertem Bukowskim.


Wiemy, że było to pierwsze tego typu przedsięwzięcie bez precedensu. Lot daleko w kosmos, żeby zrealizować koncepcję budowy kolonii ludzkiej gdzieś w gwiazdach i tworzyć coś zupełnie nowego. Niewiele brakowało, że od tej grupki ludzi lecących na pokładzie Mayflower zależałoby przetrwanie ludzkości, bo niedługo po starcie rządzące na Ziemi megakorporacje wzięły się za łby, i cały arsenał, broni nuklearnej nie wyłączając, został użyty. Koncept świata w ruinie się powiódł. Cud chyba, że planety nie roznieśli na strzępy, no ale dali radę się opamiętać. Z tych zgliszcz powstał zapewne rząd światowy, a po ekspansji kosmicznej Federacja.


O tym wszystkim dowiedziała się ekipa Bukowskiego po dotarciu na system Centuriona, 25 lat świetlnych, podróż zajęła ok 180 lat, z żalem dowiedzieli się, że żadnego nowego wspaniałego świata budować nie będą, bo już jest. Tyle, był sens, że przechowali przez te dwieście lat sporo dóbr kultury, bo na Ziemi wszystko szlag trafił. Byli latającą w kosmosie biblioteką Aleksandryjską. Znaczna większość rzecz jasna w formie zapisów elektronicznych, ale dobre chociaż to było. No ale pamięć historyczna ludzkości została ocalona. Trzeba mieć obawy, że Bukowski tego nie docenił, bo cele wyprawy były inne. Na statku trwały zażarte dysputy jak ten nowy kosmiczny raj ma wyglądać. No i wszystko diabli wzięli, bo postęp.  Teraz polecieć na Ziemię i wrócić da się w ciągu miejscowej doby ( 60 godzin). Jak będzie wyglądała adaptacja? Są jeszcze trzy tomy tej opowieści, to czytelnik się dowie.


Ten nowy prequel ma nam wyjaśnić jak mniej więcej do tego wszystkiego doszło, akcja rozpoczęła się w latach 60 XXI wieku, prawie jak jutro. W tym cyklu dowiemy się jak wygląda XXIII wiek, kolejne stulecie, to właściwy cykl, czyli do czego to zmierza to uniwersum wiemy. Nietrudno się domyśleć, że jest ciekawie, nie ma tu żadnej bitwy kosmicznej, ale wyszedł tutaj całkiem dobry thriller psychologiczny. Czyli można być spokojnym o to, że będzie dobrze pod kątem literackim. Dzieje się, jest ciekawie. Książka jest świetna, polecam.


niedziela, 5 lipca 2026

Isaac Asimov, Fantastyczna podróż

Isaac Asimov, 


Fantastyczna podróż


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2026

ISBN:   9788383384382

liczba str.: 264

tytuł oryginału:   Fantastic Voyage

tłumaczenie:  Andrzej Jankowski 

kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5225793/fantastyczna-podroz/opinia/98149340#opinia98149340





W książce zatytułowanej „Fantastyczna podróż” mamy niesamowity motyw podróży do głębi nas samych pod kątem fizycznym/medycznym. Cel tego literackiego zamieszania to uratowanie życia bardzo ważnej dla świata persony.


Widać ktoś uznał, że motywy medyczne są przydatne w literaturze SF Asimov uznał, że ma ona sens. Znany jest cykl White’a pt. „Szpital kosmiczny”, zapewne będzie kiedyś okazja o tym napisać, na pewno można się domyślać, że jest to wystarczająco ciekawa literatura, że ktoś czyta te 12 tomów. Motywy medyczne są wałkowane w książkach Andrzeja Pilipiuka, nie tylko dlatego, że bohaterem niektórych opowiadań jest doktor Skórzewski, ale w innych książkach jest o motywach przynajmniej wspominane. Sama koncepcja tej podróży jakoś dziwnie kojarzy się z książką Julisa Verne’a pt. „20000 mil podmorskiej żeglugi”, ewentualnie podobna być musi „Podróż do wnętrza Ziemi”, tego samego autora. Tutaj też ekipa podróżników wsiadła do specjalnego pojazdu i została zminiaturyzowana do rozmiarów mniejszych niż wirusy by odbyć peregrynację po wnętrzu człowieka.


Ta skrajna minimalna miniaturyzacja wzięła się z tego, że ciut większe ciało obce w organizmie ludzkim zostałoby zwalczone. No i o sukcesie medycznym mowy by nie było, bo i wyjątkowego pacjenta i cały świat by szlag trafił. Bo koniecznie trzeba wspomnieć, że jest tu podtekst polityczny, ponieważ naukowiec, profesor Benes przeszedł na drugą stronę z obozu wroga, czyli tzw. naszą. Dokładnie nie znamy jego motywacji. Przypuszczalnie chodziło o jakiś power balance, czyli po prostu równowagę sił. Ryzyko jest, że wojna będzie trwała długo, ale zagłada jednej ze stron jest jeszcze gorsza, bo niczego dobrego przynieść by nie mogła. Oczywiście tamci mieli zdanie odmienne. Wyrazili je dokonując zamachu na życie naukowca. Przeżył, ale jest ciężko, trzeba dostać się od wnętrza do mózgu i usunąć kłopot, cokolwiek to jest. Jedyna opcja: Miniaturyzacja i zrobienie porządku. No i wyzdrowienie. Ocalenie globu jest warta tych milionów, może miliardów dolarów wydanych na tą jedną operację.


Koncept jest ciekawy, bo przecież to co jest lekarstwem, równie dobrze morze być bronią, narzędziem do zabijania i eliminacji wroga. Bo skoro jest minimalizacja, to jest też i maksymalizacja, no gdyby latały komary czy muchy wielkości helikopterów czy bombowców to nikomu by do śmiechu nie było. No szkoda, że autor motywu nie rozkręcił. No ale plan był inny.


Spora część akcji, to najpierw motyw przejęcia Benesa, za co odpowiadał Grant, agent, odpowiednik brytyjskiego agenta 007, do zadań specjalnych. Teoretycznie zadanie wykonał, przekazał profesora wojskowym i odszedł zadowolony z dobrze wykonanej roboty. Jednak dosłownie na dystansie jednej lub dwóch przecznic, gdzie cudzoziemiec był absolutnie bezpieczny,  zamach został dokonany. No i dodatkowe kłopoty dla wszystkich, w tym dla samego Granta. Jeszcze tej samej nocy został wezwany do tajnego ośrodka badawczego i wyjaśniono mu, że wydano rozkaz, że ma być członkiem ekipy w skład której ma wejść kilka osób, w większości badaczy i lekarzy. Niby wszystko jest zaplanowane, ale uznano, że gdyby jednak poszło coś nie tak to zawodowe umiejętności Granta będą niezbędne. Odmowy nie przewidziano. Razem zresztą grupy wsiadł do atomowego pojazdu i na okres standardowej godziny w czasie której pojazd ma znajdować się ciele profesora i wykonać misję medyczną.


Dokonano miniaturyzacji i pojazd wleciał gdzie trzeba. Potem mamy zwiedzanie ciała, trzeba po drodze uporać się z licznymi zagrożeniami, i mieć nadzieję, że działanie natury będzie takie jak trzeba, żeby misja się powiodła. Jest ciekawie. Czy się uda?


Koncept jest po prostu genialny, no było nie było Asimov to świetny pisarz. Więc opcji nie ma, nawet tak karkołomne zadanie literackie musiało zakończyć się powodzeniem. Kreacja postaci jest, ale raczej dość minimalistyczna, bo to wystarczy. Sam agent Grant miał poczucie humoru, mówi o sobie, że sportowiec, że niezbyt inteligentny itp. Jednak mało kto wierzy w tego typu manierę, bo do tego typu zadań specjalnych tylko szaleniec by wziął pierwszą lepszą osobę na ulicy napotkaną. A sport uczący gry zespołowej takiej jak futbol amerykański też jest przydatny oprócz nabytych treningowo umiejętności, potrzebna jest przecież taktyka na boisku i tego, że drużyna wygrywa kiedy działa razem. Mamy piłkarski mundial, 2026 r., piłkarski geniusz Lionel Messi zrobił w Argentynie różnicę, ale sam meczu ze świetnie grającą drużyną Republiki Zielonego Przylądka przecież nie wygrał, bo grała cała 11 plus rezerwowi, no i oczywiście całe zaplecze zrobiło dobrą robotę. Słynna Małyszowa bułka i banan mistrzów pewnie też były konsumowane. Dokładnie tak samo jest z agentem Grantem, profesora Benesa uratowała cała ekipa, która robi co trzeba, a Grant zamiast strzelać bramki pociąga za spust i jego zadaniem robić co trzeba kiedy trzeba. Krótko mówiąc książka jest rewelacyjna. Polecam.


poniedziałek, 29 czerwca 2026

Robert J. Szmidt, Ostatnia misja Asgarda

Robert J. Szmidt, 


Ostatnia misja Asgarda


cykl: Pola dawno zapomnianych bitew, t. 5


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2019 r. 

ISBN:  9788380625402

liczba str.: 334

tytuł oryginału: -------

tłumaczenie: ------

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimycztac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4885329/ostatnia-misja-asgarda/opinia/99312646#opinia99312646




Szybko mi zeszło czytanie ostatniego
piątego tomu cyklu „Pola dawno zapomnianych bitew”, ta część ma tytuł „Ostatnia misja Asgarda” , no i mamy tutaj coś dziwnego i tak za-kombinowanego, że trudno nadążyć za myślami autora. Jak wiemy jest transfer 200 lat do przodu, potem 1,2 mln, żeby te kilkanaście tysięcy ludzi, którymi dowodzi Rutta mogło przetrwać. Na takie podróże pozwolił posiadany statek Malan Omuła Muła. Zaskakującą zdolność przetrwania mają też ludzie, których kolonie zostały zaatakowane i zafundowali sobie coś w rodzaju rewolucyjnej ewolucji. Wynika z tego, że jak dotrą do celu będą praktycznie innym gatunkiem istoty inteligentnej zamieszkującym kosmos.


Mamy kilka innych wydarzeń, chociażby bunt części załogi, podejrzani o to byli bogowie z Xana 4, których swego czasu rozpracowywał Święcki. No ale wydało się, że to kto inny mieszał, bo zapomniał, że Federacja się skończyła, żeby nie skończyła się ludzkość, trzeba było siły woli i dyplomacji, żeby załoganci floty wrócili i w komplecie działali, o ile w tej trudnej sytuacji można coś sensownego robić.


Nie ma Święckiego, bo w poprzedniej części był ofiarą politycznego zamieszania. Odnalazł się za to, po spędzonych 200 latach w komorze kriogenicznej Niki Stachurski, Trafił na zesłanie polityczne na lodową planetę, pech, że niebawem Ziemię szlag trafił, no i nadzieja była niewielka, że ktoś się pojawi i zabierze ekipę stamtąd do cywilizacji. Załoga Rutty przypadkiem odnalazła, że ktoś z naszych jest na zagubionej, mało przychylnej dla ludzi planecie. Dzięki uratowaniu Stachurskiego flota Rutty wydobyła parę istotnych informacji.


Zakończenie kompletnie zaskakuje. Okazuje się, że istnieje organizacja dbająca o porządek w kosmosie zwana Rojem. Ludzkość podpadła, bo za bardzo lubi wojaczkę, tak jak wcześniej Malańskie aniołki. Kara okrutna: likwidacja! Rój pozwolił na to, żebyśmy anioły wybili co do jednego. A zaraz potem sądownictwo Rojowe zajęło się sprawą Ziemską. Wiemy z jakim efektem. Nadzieję na przyjęcie do tej wspólnoty dała ekipa Rutty, że sprosta zadaniom. Zmutowani ludzie jej nie dawali. Katami z ramienia Roju zostali ludzie Rutty. Rzecz jasna zachwyceni nie byli, ale zostali przekonani, że alternatywy nie ma. W sumie niezłe kombinowanie historiozoficzne tu zaszło. No i przekonanie czytelników, nie pierwszy raz w literaturze, że wojna to gówno! Jeżeli jako ludzkość nie uporamy się z przemocowym rozwiązywaniem problemów politycznych, to sami się załatwimy! I kosmici nie będą do tego potrzebni.


Cały cykl jest genialny, świetni bohaterowie. No ciężko bez obecności Święckiego, ale jakoś czytelnik musi sobie radzić. Całkiem źle nie jest. Lepiej poznajemy Ruttę. Wiemy, że był przełożonym Święckiego na stacji Xan 4, teraz był najbardziej kompetentną osobą, żeby przewodzić ludzkości, co było najbardziej odpowiedzialnym zadaniem w jego karierze. Na pewno łatwo nie było, ale efekt finalny był przyzwoity.


To wszystko pokazuje, że autor świetnie rozpracowuje motywy kosmiczne. Mimo, że z założenie to jest ewidentne SF, to autor wyśmienicie opisuje przeróżne motywy, czy to intrygi polityczne, funkcjonowanie kosmicznych armii na niskich i wysokich szczeblach, powszechnie znienawidzonej wubecji, praktycznie państwa w państwie, problemy w kosmosie i reagowanie na to wszystko. Po prostu to wszystko jest wybitne! Ten cykl koniecznie trzeba przeczytać. Polecam.



wtorek, 23 czerwca 2026

Robert J. Szmidt, Zwycięstwo albo śmierć



 Robert J.  Szmidt,


Zwycięstwo albo śmierć


cykl: Pola dawno zapomnianych bitew, t. 4


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2018 r.

ISBN:  9788380622821

liczba str.: 488

tytuł oryginału: -------

tłumaczenie: -------

kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4818907/zwyciestwo-albo-smierc/opinia/99200966#opinia99200966



Kosmitów ci u nas dostatek, więc jest kogo bić w kosmosie. Do takiego wniosku może dojść czytelnik czytając czwarty tom cyklu „Pola zapomnianych bitew” Roberta J. Szmidta. Książka ma tytuł „Zwycięstwo albo śmierć”, i jak tytuł sugeruje dzieje się tu sporo, a nawet więcej, bo nie dość, że trzeba zakończyć wojnę z Malanami, tymi pierońskimi aniołami, to jest jeszcze parę innych atrakcji.



Akcja pędzi szybko, bitwa goni bitwę. Ta batalistyka fantastyczna jest tutaj ciekawa, opisana z dbałością o szczegóły pod każdym względem. Na pewno autora interesuje rozwój techniki wojskowej przyszłości. Armia Federacji wdraża pojazdy floty kosmicznej piątej generacji, wciąż mało tego, ale jak to bywa na wojnie presja wojenna przyśpiesza produkcję, bo całe imperium przeszło na tryb wojenny.


Wracają starzy bohaterowie, w tym bohater generał major Henryan Święcki. Przez sporą część książki irytuje się, bo posadzili go za biurkiem na Ziemi, ewentualnie robił wizytację na uczelniach wojskowych, spotykał się z mediami i politykami. Bo wojna wojną, ale oprócz taktyki wojennej liczyła się taktyka polityczna, czyli uzyskanie poparcia opozycji, co w żadnym systemie demokracji parlamentarnej nie przychodzi łatwo. Politycy zawsze się wpychali do akcji książki, i nie ma w tym nic dziwnego. Wszyscy wiedzą, że zbliża się pokój i gracze mają swoje plany co do przyszłości Federacji i ich własnej oczywiście. Gra jest ostra!


No ale rozstrzygnięcie wojny nieuchronnie się zbliża, wszystkie ręce na pokład! Święcki rzecz jasna też. Pomysł wciągnięcia w zmagania wojenne prymitywne plemię Suchurów, zwani też jako wojownicy ognia. Czujniki Malan wychwytują wszelką elektronikę, a wiadomo plemię z planety Beta nie wykorzystuje prądu, wystarczą im do walki własne mięśnie i narzędzia które można samemu wykonać w lesie lub zdobyć w ramach wymiany za plony np. I dokładnie o to chodziło, żeby przechytrzyć aniołki i wybić towarzystwo w jednej z baz do nogi. Nie dość że byli precyzyjni, skuteczni, pomogli przejąć bazę i technologię wroga, to jeszcze straty w kosmitach były niewielkie.


Sukcesem naszych na tej wojnie było przejęcie anielskiego statku i uczynienie go zdatnym do ruchu i udziału w bitwie. Co walnie wzmocniło siłę ziemian. Czytelnik może odnieść wrażenie, że ten tom najbardziej z dotychczasowych jest inspirowany Gwiezdnymi Wojnami. Armia Malan przegrała wojnę co wystraszyło innych kosmitów, a ci odpalili jakąś Gwiazdę Śmierci i wycelowali prosto w Ziemię. Nie było czego zbierać! Wcześniej były polityczne koncepty obalenia Federacji, czyli zmiana ustroju na cesarską władzę absolutną, oczywiście absolutnie zdeprawowaną. Pani kanclerz, w planach cesarska małżonka, nazywała ten planowany byt polityczny Imperium. W czasie zamieszania, gdy zaatakowali nieznani wcześniej kosmici armia Federacji pod dowództwem nowego naczelnego admirała Rutty w pośpiechu uciekła do czarnej dziury co skończyło się transferem w czasie 200 lat do przodu, zobaczyli pole kosmicznej bitwy. Jak się zorientowali padła ostatnia reduta ludzkości. Opcji nie ma, czas ogłaszać wendettę i walczyć dalej. No ale tą przyjemność autor zostawił na piąty ostatni tom.


Dotychczas to najbardziej zaskakująca część tej kosmicznej przygody. Czego czytelnik raczej się nie spodziewał, bo raczej było pewne, że wojna zmierza do końca. No ale autor chciał pokombinować jeszcze troszkę i zapewnić czytelnikowi lekturę piątego tomu. Po za tym autor postawił wprowadzić czytelnika do prequela „Pola zapomnianych bitew/Bukowski”. Święcki dowiedział się ku przerażeniu, że jest spokrewniony z renegatem z czasów kosmicznej wojny domowej Bukowskim. Czyli troszkę tego czytania troszkę zostało. Jest fajnie. Książka jest po prostu świetna. Polecam.