Harry Harrison,
Filmowy wehikuł czasu
Wydawnictwo; Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2025 r.
ISBN; 9788383383385
liczba str.: 225
tytuł oryginału: The Technicolor Time Machine
tłumaczenie: Andrzej Jankowski
kategoria; science fiction
recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5188135/filmowy-wehikul-czasu/opinia/92316

Trafiła w moje ręce nieco banalna książka dotycząca podróży w czasie, ma ona tytuł „Filmowy wehikuł czasu” ,której autorem jest Harry Harrison. Fabuła jest mało skomplikowana, zaczyna się od tego, że jakiejś wytwórni filmowej słupki rozliczeń finansowych nie zgadzają się. Zarząd doszedł do wniosku, że trzeba zrobić budżetowy film, który będzie hitem i wszystko wróci do pożądanej przez wszystkich pracowników firmy normy. Ktoś wykalkulował, że płacenie milionowych gaży aktorom z czołówki fabryki gwiazd może okazać się nietrafionym pomysłem. W dodatku kręcenie filmów historycznych, tu chodzi o wyczyny wikingów, w szczególności ich morska peregrynacja do Ameryki, oni ten ląd nazywali Winlandią, to nie są tanie rzeczy.. No i co padła idea. Wsiądźmy do wehikułu czasu, znajdźmy gości, którzy w filmie po prostu zagrają samych siebie i nie ma opcji nikt przecież lepiej tego nie zrobi. Zapłacimy im grosze, pewnie troszkę złota, może jakieś noże lub toporki ich zainteresują, może troszkę biżuterii i po temacie. Plan przeszedł: robimy to!
Wzięli się za robotę. Udał się transfer ludzi, sprzętu, żywości i co tam jeszcze trzeba w przeszłość prawie tysiąc lat wstecz. Wzięli się za robotę. O dziwo dało znaleźć się aktorów rekrutowanych wśród dzielnych wojowników, wikingów, którzy przez parę stuleci byli postrachem nie tylko Europy przecież. Tubylcy dali radę zrozumieć o co w ogóle chodzi z tymi ruchomymi obrazkami, że to jakaś odmiana sagi wojennej jakie śpiewali ich bardowie. Był symboliczny pierwszy klap i produkcja ruszyła.
Potem kolejn sceny, akcja zaczęła się w Szkocji, a skończyła, już po drugiej stronie Atlantyku. Dla ekipy był to co najwyżej weekend wolnego, dla tubylców parę miesięcy żeglugi. Udało się wszystko ogarnąć, czas i miejsce lądowania tubylców ze średniowiecza na nowej ziemi. Scenariusz niezbyt skomplikowany, troszkę bitew, odrobina romansu, dramaty, tragedie, jakieś szczęśliwe chwile, typu wesela i inne plemienne integracje. Oczywiście miejscowi Indianie byli bardzo zachwyceni, malowali twarze na wszystkie możliwe kolory i trzeba było udowodnić, kto jest lepszy. Przelane litry krwi były oczywiście prawdziwe. Film został nakręcony, ekipa wróciła do XXI wieku liczyć dolary.
Koncept robienia filmu w średniowieczu na pewno jest ciekawy i pewnie oryginalny. Ale czy sensowny? Nie ma przecież wątpliwości, że ci ludzie mieli styczność z naszą techniką; typu kamery, komputery, itd. Wynika z tego, że musiało mieć na nich wpływ. Flint i Weber, autorzy książek pt: „1632”, „1633”, „1634” , były to książki o podróży do XVII wieku udowadniali, że poziom intelektualny ludzi z przeszłości wcale nie jest mniejszy niż nas, po prostu ich zdaniem, ktoś ma więcej lub mniej szczęścia rodzić się w różnych epokach i związanych z tym realiami. Można dumać nad tym w tym kontekście, że kwestia dostępu do edukacji ma znaczenie. No ale załóżmy, że pisarze wzięli to pod uwagę i ta koncepcja trzyma się kupy. To wyobraźmy sobie, że w roztargnieniu parę wynalazków filmowcy pozostawili i tak drapieżny lud jak wikingowie wykorzystałby tą wiedzę w celach militarnych oczywiście. Zapewne nie trzeba mieć bogatej wyobraźni, żeby wiedzieć, że to byłoby ciekawe. Jakoś nie dało się doczytać w tej książce o efekcie motyla, czy paradoksie dziadka, co jest absolutnym kluczem, bez czego tego typu koncepcje praktycznie nie istnieją. Nie ma też o tym co sądzi przyszłość o tym, że nasi tak swobodnie sobie sobie lekceważą zagrożenia w majstrowaniu historią. Pewnie, że nie jest to niezbędne, ale przydatne, a tu co mamy, jakieś no future? Mimo moich zastrzeżeń uważam, że książkę warto przeczytać.