poniedziałek, 5 września 2022

Guy Gavriel Kay, Fionavarski gobelin

Guy Gavriel Kay, 



Fionavarski gobelin




Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 2012 

ISBN:  9788375067255

liczba str.: 1308

tytuł oryginału:  The Fionavar Tapestry

tłumaczenie: Michał Łukaszewski, Dorota Żywno 

kategoria: fantasy




recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/138700/fionavarski-gobelin/opinia/6635605#opinia6635605     



W końcu się zdecydowałem na zrecenzowanie „Fionavarskiego gobelinu”, autorem tej książki jest Guy Gawriel Kay chyba dopiero po pięciokrotnym przeczytaniu, a i to jeszcze pewności nie mam czy wszystko wychwyciłem. Na pewno za każdym kolejnym czytaniem lepiej radziłem sobie z licznymi metaforami w tej książce. W sumie to taki mix: mieszanka Sapkowskiego z Tolkienem okraszone to jest legendami arturiańskimi i troszkę Biblii do tego. Czyli w sumie jest dobrze.



Mamy ciekawy skomplikowany świat fantasy, a ściślej wiele światów, w tym nasz, no i ten pierwszy Fionawar, gdzie tka się gobeliny, opowiadając w tej sposób o mitach założycielskich tych wszystkich światów. Ale wszystko powoli jest zapominane nawet we Fionawarze i nie jest tak dobrze jak kiedyś, kiedy był kraj mlekiem i miodem płynący i było ładnie pięknie. No ale jak to zwykle w tego typu konwencjach fantasy bywa pojawi się jakiś zły, odpowiednik Tolkienowskiego Saurona, tutaj u Kaya jest to Morgoth, i wszystko ładnie się chrzani. Ci z Fionawaru potrzebowali pomocy naszych i tym sposobem Kimberly Ford, Kevin Lane, Jennifer Lowell, Dave Martyniuk, Paul Schafer, zwykli, zapewne troszkę nieprzeciętni studenci z Ameryki trafili do Fionavaru, no i się zaczęło na dobre. Pytanie jest jedno, czy dadzą radę ocalić świat Fionavaru i całą resztę światów w tym nasz zapewne też? No i czy wrócą w jednym kawałku, z tego transferu do innego świata z powrotem, do siebie?


Tą piątkę przyjaciół z naszego świata sprowadził czarodziej Loren Srebrny Płaszcz, chyba tu nie trzeba się wczuwać w nie wiadomo ile analiz literackich, żeby przekonać czytelnika, że jest podobny do Tolkienowskiego Gandalfa. Ten świat jest ciekawy, bo oprócz ludzi istnieje wiele innych istot, na pewno są krasnoludy, są też lios alfarowie, odpowiednicy elfów zapewne i inni. Tak jak u Tolkiena istnieją różne tajemnicze miejsca lasy puszcze, a nawet pojedyncze drzewa, jak np. tutaj Letnie drzewo mają swoją rolę do odegrania. Są też w Fionavarze smoki, które uatrakcyjniają to podróż literacką do Fionavaru.


Książka podzielona jest na trzy części, czyli Kay zachował Tolkienowski schemat wprowadzenie do świata, potem część środkowa, no i ostatnie rozstrzygnięcia, z każdą stroną jest trudniej i coraz mroczniej. Tam, u Tolkiena, do akcji wchodziło i odgrywało coraz poważniejsze role, czterech hobbitów, tutaj jest akurat piątka, studentów z naszego świata, trzech mężczyzn i dwie kobiety. Każdy miał swoją, bardzo poważną rolę do odegrania we Fionawarze, i wraz z poznawaniem przez nich tego świata rosło ich zaangażowanie, o które trudno ich posądzać, że wejdą do akcji i dadzą radę. Ale czy tak samo nie było przecież z hobbitami? W sensie, że tak mała istota jak Frodo, będzie z stanie zanieść pierścień tam gdzie trzeba i Imperium Saurona się rozpadnie, a dobro wygra? Jak będzie tutaj w tej książce oczywiście nie ma potrzeby zdradzać, żeby nie ułatwiać zadania czytelnikom. Choć nie ukrywam, że wszystkiego można się domyśleć jak będzie, ale i tak warto otworzyć książkę, czytać i zagłębiać się w tym wszystkim.


Na pewno z Sapkowskim łączą Kaya liczne nawiązania do legend arturiańskich, a nawet troszkę Biblii u polskiego mistrza fantasy da się znaleźć. Ciri na pustyni Korath, zwanej też Patelnią spędziła 40 dni, i też ją jakieś licho kusiło, żeby obudziła swoje magiczne siły, zemściła się na wszystkich i przejęła władzę nad światem. Rzecz jasna Ciri, jako ta dobra, nie uległa pokusie. Dlaczego wspominam Ciri, bo na Letnim Drzewie trzy dni i trzy noce spędził Paul, zwany we Fionavarze Pwyllem, było to bezprecedensowe wydarzenie, bo jeszcze nikomu ta sztuka się nie powiodła, większość twardzieli umierała mniej więcej w ciągu doby. Nie trudno się domyśleć analogii Biblijnej zarówno w przypadku Cirilli jak i Paula. Istotną rolę odegrała Kim, która została wizjonerką, co siłą rzeczy upodabnia ją do Ciri, która miała potężny dar jasnowidzenia. Oprócz wielu innych zdolności magicznych rzecz jasna. Ale też rola Jennifer i Dave się nie obijali i swoje niebagatelne role odegrali. Dave się zagubił i musiał sobie poradzić w obcym świecie, a Jennifer radziła sobie spędzając czas na zamku w Paras Derwal, stolicy Fionavaru.


Książka niewątpliwie jest genialna, wciąga niesamowicie, ale też wymaga skupienia i radzenia sobie z tym jak ten świat jest przedstawiony, tu wyobraźnia musi działać na wysokich obrotach. Niby to nic niezwykłego, bo coś takiego wchodzi w każdej, przynajmniej dobrej książce fantasy. Ale też niewątpliwie, mimo pewnych podobieństw do różnych klasyków fantasy, ta koncepcja Kaya jest niezwykle oryginalna i warto się z nią zapoznać i dobrze się przyłożyć do tego co my tu mamy. Zdecydowanie polecam.




środa, 31 sierpnia 2022

Arundhati Roy, Ministerstwo niezrównanego szczęścia

 Arundhati Roy,





 Ministerstwo niezrównanego szczęścia



Wydawnictwo: Zysk i s-ka

Data wydania: 2017 r. 

ISBN:  9788381161404

liczba str.: 480

tytuł oryginału: The Ministry of Utmost Happiness

tłumaczenie: Jerzy Łoziński

kategoria: literatura piękna



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4805275/ministerstwo-niezrownanego-szczescia/opinia/71541724#opinia71541724   




O autorce czytałem dawno temu w jednym z dodatków do Gazety Wyborczej, bardzo dawno temu, kiedy to jeszcze czytało się gazety w wersji papierowej i było co czytać i ceny były przystępne. Teraz na potrzeby akcji czytelniczej Book Trotter była okazja zapoznać się z twórczością tej pisarki z Indii. Na pewno Arundhati Roy jest autorką troszkę kontrowersyjną, troszkę niebanalną, bo jej twórczość daje do myślenia. Tą książkę, którą przeczytałem zatytułowaną „Ministerstwo niezrównanego szczęścia”, ja bym określił jako literacko – publicystyczną, w sensie, takim troszkę dosłownym. Bo mamy troszkę tego co jest w literaturze pięknej, historia głównej bohaterki/bohatera, bo mamy tutaj do czynienia z osobą transpłciową, a to niewątpliwie samo w sobie robi pewien ferment intelektualny. Akcja ma miejsce w drugiej połowie XX wieku i pierwszych latach wieku XXI, to akurat jest istotna informacja, bo czytelnik musi to wiedzieć, że chodzi o nieco dalszą i zupełnie bliską współczesność.



Główną bohaterką jest Andżum, która raz występuje jako młody chłopiec potem jako kobieta jednak, bo wiadomo troszkę urosła i się wydało co nie co, i męskie role, w tym nauka w muzułmańskiej medresie, mimo, że był/była bardzo zdolna, nie miała szans na kontynuację. Ale w sumie przez resztę życia nie mogła się zdecydować jaka płeć jest dla niej odpowiednia. W sumie to tyle co da się napisać, bo potem mamy różne perypetie jakie Andżum przeżywała.



A druga część to typowa publicystyka społeczno – politologiczna, sporo jest o polityce jakie ten wielki kraj, który już niebawem, bo w przyszłym roku (2023) przebije Chiny pod katem liczby ludności. A problemów ten wielki i liczny kraj ma niemało, począwszy od groma języków jakim posługują się ludzie, tu pomaga urzędowa angielszczyzna, ale jak wynika z tego co autorka pisze nie wszyscy język Szekspira znają. Jak można się domyśleć jest potrzebny na pewnym szczeblu edukacji, no i robienia kariery urzędniczej. Oczywiście dla nas Europejczyków w dużym stopniu to jest niezrozumiałe, bo to pewnie tak samo jakby przeciętnego człowieka z dalekiego wschodu pytać o co chodzi z naszymi partiami politycznymi i o co tym ludziom chodzi i dlaczego mają one poparcie określonych grup społecznych np.? Zapewne zrozumiałby niewiele więcej z tego niż my o specyfice Indii.



Można odnieść wrażenie, że problem muzułmański w tej książce to kolejna opcja wkładania w kij w mrowisko przez autorkę, zwłaszcza po tym co się wydarzyło w 2001 r w Nowym Yorku. Widać autorka ma takie paskudnie wredne zwyczaje, że czytelnikom żyć nie daje! Mamy opisany tutaj los Saddama Husajna, gościa, który jakimś okropnym zbiegiem okoliczności ma takie same imię i nazwisko jak iracki dyktator. No ale zapewne to jakiś okrutny żart autorki wobec tego bohatera, żeby nagłośnić problem, że zwykli muzułmanie w Indiach, mieli sporo problemów po tym jak wieżyczki w Ameryce się zawaliły, a armie NATO zwaliły się robić porządki w Afganistanie. Ciekawe jakie poglądy ma autorka w dniach dzisiejszych jak wie, że talibowie w Kabulu mają się dobrze, ale to pewnie motyw na zupełnie inną opowieść literacką. W sumie to dziwny zbieg okoliczności, że książek poruszających problem jaki świat ma z wyznawcami proroka Mahometa zrecenzowałem troszkę w ramach wyzwania czytelniczego Book Trotter i coś mi mówi, że to nie koniec tej imprezy literackiej.



Książka, mimo, że jest niewątpliwie trudna, ze względu na zupełnie inną specyfikę kulturową Indii, jest ciekawa i warto przeczytać. Arundati Roy sporo mówi, czasem wręcz krzyczy nie tylko o swoim kraju, ale i całym naszym świecie i sama się głowi i chce, żebyśmy troszkę też intelektualnie pokombinowali i zastanowili. Zdecydowanie polecam.










                          






środa, 24 sierpnia 2022

Andrzej Ziemiański, Virion - Pustynia

Andrzej Ziemiański, 



Virion - Pustynia


Wydawnictwo: Fabryka Słów

Data wydania: 2022 r. 

ISBN:  9788379647088

liczba str.: 521

tytuł oryginału: ----------

tłumaczenie: --------

kategoria: fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4994222/virion-pustynia/opinia/72035118#opinia72035118      




 

Rzecz jasna kontynuuję czytanie cyklu „Szermierz natchniony Virion” Andrzeja Ziemiańskiego, druga cześć ma tytuł „Pustynia”, i też na pustyni oprócz stolicy Imperium Luan, Syrinx, ma miejsce akcja. Siłą rzeczy to upodabnia akcje do „Diuny”, na pewno w tym sensie, że pustynia jest trudna do przeżycia ma swoje sekrety. Tutaj umiejscowiła się tajemnicza sekta, która chce przejąć całe imperium, ma też swoją armię wielkości zbliżoną do cesarskiej, krótko mówiąc jest wesoło. No i okazuje się, że wszystko jest na biednej łepetynie Viriona i jego siedmioosobowej drużyny. A to nawet dla szermierza natchnionego może okazać się za dużo.


Do gry weszła nowa postać, księżniczka, z Królestwa Troy, Kasjopea. Oficjalnie pełni w Luan funkcje przedstawicielskie w lokalnym konsulacie w Natares, ale też jej rola agenturalna, tzw biały wywiad, czyli zbieranie informacji raczej ogólnodostępnych, z których analitycy w wywiadzie robią użytek. Kasjopea trafiła do niewoli Geberika, ten możnowładca należy do czołówki spiskowców. Virion i jego żona upiorzyca Niki, w pierwszym tomie trafili na niego gdzieś na pustyni jak jechał pod prąd z granicy gdzieś wewnątrz kraju. Geberik okazał się mało sympatycznym osobnikiem zabił dla kaprysu niewinnego chłopca. No i teraz, w drugim tomie, poznajemy bliżej tego osobnika, i wcale nie wydaje się on mniej sympatyczny. Virion przynajmniej wie, że lekceważyć go nie wolno, bo to mocny przeciwnik.


Oczywiście mamy perypetie pani prokurator Taidy, która kombinuje kreatywnie jak może, po pierwsze, żeby rozpracować wrogów, a po drugie nie podpaść cesarzowi i nie stracić głowy w sensie dosłownym. Bo cesarz stanowczo domaga się krwi niczym widz oglądający walki na arenie gladiatorów, tyle, że to nie jest byle jaki widz było nie było. I krew musi popłynąć, i między innymi Taidy w tym głowa, żeby tak było. Jak się okazuje daje sobie z tym radę również osobiście. Jedna z ciekawszych walk w tej książce dla odmiany jest bez udziału Viriona, ale właśnie Taidy i setnika Taurona, który zastępuje Taidzie Kody’ego, ten z kolei krąży między Sirinx, prefekturami w terenie, a oddziałem Viriona na pustyni.


Niewątpliwie cały ten cykl „Szermierz natchniony Virion” przypomina „Grę o tron”, wcale nie dlatego, że ktoś chce się pozbyć monarchy Luan i rzecz jasna zająć jego miejsce, ale też dlatego, że komuś chodzi o rozniesienie na strzępy istniejącego porządku i na gruzach zbudowania czegoś swojego. I zgodnie z logiką jaką mamy w twórczości G. R. R. Martina wszystko tam się sypie permanentnie. Jasne, że ktoś próbuje temu zapobiec, i robi to z głową, ale jednak jak przysłowiowy walec ruszył, to wyrównuje wszystko, więc ta walka o uratowanie cesarstwa wydaje się walką z wiatrakami, i kto wie, co z tego wyniknie. To znaczy wiemy, że do akcji wcześniej czy później wbije Achaja. Ale na tą chwilę nikt pojęcia o tym nie ma. Coś tam się szepcze o niewielkim państwie Arkach, że może jakąś rolę odegrać w nowej rzeczywistości. Ale tego co się ma się wydarzyć mogą tylko wróżbici wyspekulować, bo analitycy za cholerę na to nie wpadną. No ale na razie wszystko kręci się wokół Viriona i to na ile on może wpłynąć na ocalenie świata który drży w posadach. Jak będzie dowiemy się niebawem czytając kolejne tomy tego cyklu. A podsumowując to co mamy w tej drugiej części, na pewno warto napisać, że jest ciekawie, czyta się szybko. Virion działa i na pewno jest ciekawie. Zdecydowanie polecam.


         



                                         

       






poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Eric Flint, Dawid Weber, 1633


Eric Flint,

Dawid Weber,


 

 1633



cykl: Odłamki Assiti, t. 2 



Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 2020 r. 

ISBN: 9788381168823

liczba str.: 782

tytuł oryginału: 1633

tłumaczenie: Michał Bochenek, Barbara Giecold

kategoria: historia alternatywna


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/1633/opinia/640518



Przeczytałem książkę zatytułowaną „1633” , to kontynuacja książki „1632” ,czyli z grubsza wiadomo co tam w niej jest. Ci przybysze z XX wieku, którzy sami nazwali się Amerykanami, mimo, że utworzyli państwo w Europie w czasie wojny trzydziestoletniej. No niewątpliwie ten nowy podmiot, w tym alternatywnym uniwersum, narobił sporo zamieszania. No bo są silni, sami mają broń zdolną rozgromić jakąś armię i odegrać istotną rolę w politycznym koncercie państw małych i dużych.      


Jednak sytuacja wcale nie jest taka wesoła pod kątem medycznym i dostępu do wynalazków, które się muszą skurczyć, i siłą rzeczy będą musieli korzystać z zasobów jakie daje epoka do której przybyli. Z czego zarówno oni jak i tubylcy zapewne zdają sobie sprawę. Niewątpliwie pojawienie się przybyszy z XX wieku w przeszłości historycznej ponad 300 lat wcześniejszej okazało się dużą zmienną, jednak nie zmieniło to postaci rzeczy, że wszystkie agentury dążyły do tego, żeby dostać „nasze” podręczniki historii do szkoły średniej, dostępne w bibliotece szkolnej w szkole w Grantville. Pozwoliło to analitykom na rozpracowanie co może się wydarzyć w nowej przyszłości, zapewne pod kątem wynalazczości dużo szybciej niż w realu, bo jak próbują nas czytelników przekonać dwaj autorzy Eric Flint i David Weber, ci ludzie z tej epoki wcale nie są mniej ogarnięci niż my, ludzie współcześni i w konsekwencji przeskok technologiczny do XIX wieku może być kwestią być może kilkudziesięciu lat raptem, czyli przynajmniej sto lat wcześniej.


Ciekawostką jest jak to się przełoży na koncepcje ideologiczne w tym upadek monarchii absolutnej i działania w kierunku demokratyzacji społeczeństw. Bo niewątpliwie z marszu wszyscy z XVII wieku dowiedzieli się, że coś takiego jak demokracja może działać i to bardzo dobrze, a to już niewątpliwie dobry wstęp do oświecenia, czyli przynajmniej pół wieku przed tym kiedy swoje dzieła publikował filozof John Locke. Jak wiemy w historii były też idee złowrogie, które były efektem ubocznym tego procesu historycznego. Czy w tej historii alternatywnej da się tego typu atrakcji jak wyczyny Hitlera i Stalina uniknąć? No ale tak daleko autorzy przynajmniej na razie się nie posunęli. Nie wczuli się również w coś takiego jak efekt motyla przed którym przestrzega większość twórców fantastyki, którzy z historią alternatywną mają do czynienia. Polega to z grubsza na tym, że transfer w czasie jest niebezpieczny, bo nawet tak mało istotna rzecz jak kupno gazety w sklepie może pociągnąć za sobą nieskończenie wiele konsekwencji, jakich? Tak naprawdę nikt nie wie. Autorzy takimi rzeczami sobie głowy sobie nie zawracali. Raczej traktują swoją koncepcję historii alternatywnej jako swoistą zabawę z historią, do której zapraszają czytelników i ta formuła pomysłu na książkę się sprawdza.


I tak traktując ten cykl zatytułowany „Odłamki Assiti” niewątpliwie jest warty poznania i czytania tych grubych przecież książek. Wydana jest książka zatytułowana „1634”, a już słychać, że jest oryginał książki zatytułowanej „1635” więc pewnie gdzieś za rok można się spodziewać wydania polskiego przekładu. Czy warto książkę czytać? Moim zdaniem tak, a czy będziecie chcieli odbyć tą literacką podróż to już sami rozważcie, czy temat was ciekawi drodzy czytelnicy. Ja zabieram się za czytanie kolejnej książki i mam zamiar przekonać się co będzie ciekawego w niej.

czwartek, 4 sierpnia 2022

Kir Bułyczow, Agent FK. Miasto na górze

Kir Bułyczow, 



Agent FK. Miasto na górze 



cykl: Anrew Bruce, t. 1


Wydawnictwo: Stalker Books 

Data wydania: 2020 r. 

ISBN: -------

liczba str.: 180

tytuł oryginału: Agent Kosmoflota

tłumaczenie: Tadeusz Gost

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4948435/agent-fk/opinia/68243371#opinia68243371    



 

Zainteresowałem się przeczytaniem dylogii zatytułowanej „Andrew Bruce” Kira Bułyczowa, część pierwsza zatytułowana jest „Agent FK. Miasto na górze”. Jest to dość interesująca koncepcja science fiction. Z jednej strony traktuje o odległych kosmicznych peregrynacjach, a z drugiej jest to koncepcja socjologizująca przypomina twórczość polskiego autora Janusza Andrzeja Zajdla.


Mamy przyszłość ludzkość skolonizowała ileś tam planet, ale też są społeczności obcych w kosmosie, teoretycznie nie wiadomo nic o żadnych wojnach, kosmicznych dżihadach i innych tego typu atrakcjach. Ludzkość jest nastawiona pokojowo, bo znalazła się w zupełnie innym miejscu w historii, gdzie politykę, również kosmiczną geopolitykę, prowadzi się w sposób pokojowy, nawiązuje się kontakty handlowe i kulturowe, a korzyści są z tego dla wszystkich. Co nie znaczy, że nie ma różnic kulturowych i opcji, że jakieś konflikty będą.


Grupa astronautów trafiła na w miarę cywilizowaną planetę, są tam nawet placówki naukowe, które współpracują z ludzkością chociażby w celach dalszego rozpoznawania kosmicznej ezoteryki. No ale, że ta społeczność jest na innym etapie rozwoju, dzieli się na cztery główne wielkie plemiona i ileś mniejszych. Całkiem możliwe, że to przypomina społeczność krogan z „Mass Effecta” w której plemiona się zwalczały ze sobą, dochodziło do regularnych jeżeli nie wojen czy vendett, to przynajmniej potyczek. Naukowiec z Ziemi, przy okazji znany kolekcjoner figurek żołnierzyków, miał największą kolekcję w galaktyce, chciał kupić cztery figurki. No ale w tej społeczności oznaczało to zadarcie z wszystkimi plemionami naraz i nie trudno się domyśleć, że szybko został porwany i nastąpiło do pewnego zatargu natury dyplomatycznej.


Książka niewątpliwie jest interesująca. Warto przeczytać. Polecam.










sobota, 30 lipca 2022

Andrzej Ziemiański, Virion - Zamek

 Andrzej Ziemiański, 



Virion - Zamek 



cykl: Szermierz natchniony Virion, t. 1



Wydawnictwo: Fabryka słów

Data wydania: 2021 r. 

ISBN:  9788379646296

liczba str.: 506

tytuł oryginału: --------

tłumaczenie: --------

kategoria: fantasy



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4950523/virion-zamek/opinia/71920651#opinia71920651  




A jednak to nie koniec przygód Viriona na kartach literatury. Ponieważ autor Andrzej Ziemiański w nowym cyklu zatytułowanym „Szermierz natchniony Virion” cześć pierwsza ma tytuł „Zamek”, postanowił wznowić przygodę szermierza natchnionego Viriona.



Jak wiemy Virion został arcymistrzem walki na polu bitwy, nazywano to, że jest rycerzem lub szermierzem natchnionym. Rzecz jasna używał głównie miecza i innych wynalazków, które służą do zabijania przeciwnika, oponenta, zwał jak zwał gościa, którego cel jest jeden: zabić! Pamiętacie zapewne, że na gruncie intelektualnym Virion i pani prefekt Taida, byli przeciwnikami, ona chciała się pozbyć Viriona używając aparatu władzy i represji jakie Imperium Luan ma do dyspozycji, a on po prostu jako renegat, przestępca chciał przetrwać. Tutaj co jest zapewne zaskakujące teraz pani prokurator Taida, czyli jedna z trzech osób rządząca służbami specjalnymi Imperium Luan tzw. Zamkiem i Virion, działają razem, żeby chronić interesy państwa. Zarówno dla niej i dla Viriona i ekipy fachowców w krwawej robocie jest to dość nieszablonowe działanie, no i coś w rodzaju sojuszu również jest niebanalne. 



Co to właściwie oznacza, że Virion jest szermierzem natchnionym? Wszak ludzi, jakby to powiedział Vrex, kroganin z Mass Effecta, „lubią się napierdalać” nigdy nie brakuje, we wszystkich czasach, uniwersach, przestrzeniach geograficznych itd. To jednak wiemy, że pojawiają się niemal wszędzie wybitni fachowcy w tej krwawej robocie, czasem nazywa się ich supermenami albo wiedźminami lub agentami z licencją na zabijanie, a gdzieś indziej w kosmosie widmami. Myślę, że już wiemy, albo przynajmniej się domyślamy o co chodzi. Kimś takim, wybitnym specjalistą od robienia mieczem był główny bohater książki i drugiego już cyklu o Virionie. Używając nieco kolokwialnego wyrażenia Virion wyskillował zabijanie do tak wysokiego poziomu, że został arcymistrzem, właściwie niewielu ludzi jest w stanie mu dorównać; kilka może kilkanaście osób, z pewnością nie więcej. Jak do tego doszło? Polecam cykl „Virion - Imperium Achai”, żeby zorientować się w temacie.



Spojler w zagadnieniu dał sam autor w trylogii „Achaja”, kiedy doszło do konfrontacji: Achaja –Virion. Teoretycznie to Achaja robiła tam za tą dobrą, ale jednak autor postanowił nas czytelników przekonać, że Virion to równie ciekawy gość, co sama Achaja przyszła władczyni wielkiego Imperium Arkach, które w przyszłości zjednoczy wszystkie trzy imperia. Ale, że w sumie nie wiem, czy autor w tym cyklu również do tych wydarzeń zmierza, to trudno powiedzieć czy warto temat dalej zgłębiać? Odpowiadając na tak sformułowane zagadnienie trzeba odpowiedzieć, że w jakimś stopniu tak jest, bo my czytelnicy wiemy, że coś ma się w tym uniwersum wydarzyć. Bo wszyscy mają przeczucie, że coś się wydarzy, przynajmniej w Luan, począwszy od niewolników, aż po samego cesarza.



Akcję mamy w przeciwieństwie, do poprzedniego cyklu o Virionie, tylko w jednym miejscu, w Syrinx, stolicy Luan. Wiemy, że w drugiej nastąpi transfer w przestrzeni głównych bohaterów, gdzieś na pustynię, do miasteczka Natares, szukać w okolicy wrogów. No ale to na razie przyszłość, zainteresujmy się tym co mamy tutaj w pierwszym tomie zatytułowanym „Zamek” . Jak już wspomniałem mamy współpracę Viriona z Taidą, niby fajnie, bo de facto reprezentują samego cesarza, tyle, że działają nieoficjalnie, bo doszło do specyficznego wycieku na wielką skalę, polega to na tym, że jakiś bliżej nieokreślony i nieznany wróg, dostał się do całego archiwum Zamku i skopiował wszystkie dane, czyli wie co się dzieje w kraju. Wiadomo co to oznacza, że jeśli czegoś takiego dokonałaby agentura innego kraju oznaczałoby to mniej więcej tyle, że kraj byłby porobiony, bo mając dostęp do tajemnic państwowych bardzo łatwo wygrać wojnę lub po prostu dokonać zamachu stanu. W tej części niewiele się dowiadujemy, ale śledztwo trwa. Nie brakuje okazji, żeby Virion i jego ludzie wykazali się swoimi kompetencjami, czyli umiejętnościami zabijania. I te opisy niewątpliwie są ciekawe i bardzo fajne.



Wszystko to sprawia, że książkę czyta się dobrze i szybko, bo taki jest po prostu styl pisania Ziemiańskiego. Postaci są wykreowane ciekawie i interesująco. Opisy dość realistyczne tego co się dzieje w samym Zamku, no i oczywiście relacji Zamek – Pałac, czyli zamkowych z instytucją władzy cesarskiej. Co do samego Viriona widzimy w akcji jak wziął się za robotę, jego sposób myślenia w kwestii prowadzonego śledztwa i rozwiązywania problemów, w tym motyw przywództwa nad grupą indywidualistów, ale widać gładko sobie z tym poradził. Na koniec można dodać, że nie obce Virionowi były zagadnienia typowo taktyczne, więcej napisać nie mogę w tej kwestii, więc ci… Książkę zdecydowanie polecam. Warto przeczytać.


środa, 27 lipca 2022

Magdalena Kozak, Minas Warsaw

 Magdalena Kozak, 




Minas Warsaw



Wydawnictwo: Fabryka słów

Data wydania: 2020 r.

ISBN: 9788379645732

liczba str.: 560

tytuł oryginału: ---------

tłumaczenie: ---------

kategoria: fantastyka



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/minas-warsaw/opinia/71970666        



Książka zatytułowana „Minas Warsaw”, której autorką jest Magdalena Kozak jest interesującą kombinacją świata kojarzonego z typową fantasy i naszego świata, a potem jest jeszcze ciekawiej, bo te światy przeniknęły się nawzajem i wyszło z tego niezłe zamieszanie zarówno pod kątem typowo literackim, jak i tego co się dzieje w świecie, czyli konkretnie we współczesnej Warszawie, zwanej też tytułową Minas Warsaw, a ściślej w centrum stolicy, w Pałacu Kultury i Nauki i okolicach. Do Warszawy przybył czarodziej Nafilirad z odległej krainy. Opanował radziecki podarunek dla miasta Warszawy i przejął budynek, który mu się spodobał i basta! Były zapędy sił wojskowych i policyjnych, które miały wyraźną ochotę pozbyć się intruza, ale magia była bronią dla nich nową i nieznaną, nie dali rady, a mimo, że magia sama w sobie jest potężną bronią, to jeszcze mag posiada siłę bojową w postaci olbrzymiego smoka, którego muszą karmić chłopi z Mazowsza, żeby smok nie puścił przypadkiem z dymem połowy stolicy.  Oczywiście szybko władze kraju doszły do wniosku, że czarodzieja konwencjonalnymi metodami pogonić się nie da. Próbowano negocjacji, też się nie powiodły, już szybciej uznano, że lepiej z gościem dobrze żyć, a dla kraju to jest wzmocnienie ekonomiczne i wojskowe. Ekonomiczne, bo czarodziej chętnie dokonywał przemiany wszystkiego w złoto i inne cenne klejnoty. A wojskowo wiadomo smok i magia jeśli będą po tej stronie co trzeba mogą zniechęcić wrogów ze wschodu do ataku, a że jest bardzo duże cały świat przekonał się 24 lutego 2022 r. Podobne tego typu spekulacje pojawiły się w książce.


Głównym bohaterem jest Maciej Jeżewski, informatyk pracujący w Urzędzie Miasta Warszawa, zajmuje się tam prozaiczną robotą, badaniem stanu komputerów pod kątem, żeby działały i ich naprawianiem tych maszyn itp. Maciek jest pasjonatem fantasy, dużo czyta i próbuje tworzyć coś własnego, ale zbiera raczej niezbyt pochlebne recenzje wśród internautów. I w tym sęk, to właśnie z literackiego uniwersum stworzonego przez Maćka wyrwał się czarodziej. Mamy, w tej fikcyjnej, pisanej przez głównego bohatera książce i publikowanej na bieżąco na jakimś portalu internetowym, jakiegoś Wędrowca i jego peregrynacje mamy tam opisane, pojawiają się tej inne postaci. Zagadką jest jak te światy są ze sobą powiązane i gdzie tkwi klucz w wysłaniu do diabła, a raczej do tego Maćkowego uniwersum, uprzykrzającego warszawiakom życie czarodzieja? Maciej i jego nowi koledzy ze służb specjalnych mają spora zagwozdkę z tym motywem. Niesamowitą ciekawostką jest istnienie jednej ze służb specjalnych zajmującą się literaturą fantasy pod tym kątem, że bohaterowie zbiorowej wyobraźni mogą kiedyś stworzyć zagrożenie tylko dlatego, że np. miliony mieszkańców kraju nad Wisłą czyta lub ogląda film o przygodach Froda jak niesie pierścień do Mordoru albo pasjonuje się przygodami Geralta z Rivii i oczywiście jego ukochanej Yennefer z Vengerbergu. I to potencjalnie tworzy zagrożenie, że niczym Ciri trafią np. do Gdańska w ramach jakiejś podróży między światami. Jak wiemy Ciri przypadkowo przywlokła do swojego świata Katrionę, tak została nazwana zaraza, która spustoszyła Europę w XIV w. Dowodzi to tego, że zagrożenia w wykorzystywaniu różnych koniunkcji sfer jest duże dla różnych światów i nie wolno czegoś takiego lekceważyć, tak dokładnie jest też u Magdaleny Kozak w tej książce.


Zagadnienia książki są pasjonujące, autorka sporo pisała o motywach tzw. wojskowych, dla mnie to żadne zaskoczenie było o tym sporo w książce „Łzy diabła” np. Taki ewidentny realizm jest doskonałym uzupełnieniem znanych z literatury fantastycznej. Ciekawe są kreacje bohaterów, samego czarodzieja, Maćka, który został paziem czarodzieja wraz z jednym funkcjonariuszem służb specjalnych porucznikiem Zielińskim, który został zaszczycony rolą drugiego pazia i obydwoje biegali po Pałacu Kultury i Nauki i okolicznych ulicach Warszawy w średniowiecznych ciuszkach. Nie trudno się domyśleć, że Maciek od samego początku trafił w to zamieszanie i tkwił w tym aż do ostatnich zdań w książce. Książkę czyta się bardzo dobrze, wydłużają ją opowieści Wędrowca z krainy wykreowanej przez Maćka. Podsumowując książka jest ciekawa warto przeczytać.