czwartek, 10 września 2026

Andrzej Ziemiański, Virion - Ona

Andrzej Ziemiański, 


Virion - Ona


cykl: Legenda miecza, t. 2


Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2025 r.
ISBN: 9788383750378
liczba str: 600
tytuł oryginału: -------
tłumaczenie: ------
kategoria: fantasy

recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:






Leci czytanie cyklu “Legenda miecza” , czyli przygód Virona. Druga część, napisana rzecz jasna przez Andrzeja Ziemiańskiego na tytuł “Virion - Ona” . Wiadomo że góry kto jest postacią tytułową, szermierz natchniona Achaja, która wkrótce zostanie cesarzową sporego kawałka kontynentu, bo  “córka diabła” jak ją Virion nazwał niczym wygłodniały potwór pochłonęła dwa imperia. To wiemy z innej trylogii i do tego to wszystko zmierza. No ale tutaj mamy coś innego Virion oraz Neriden oraz Iyo wplątani są w kolejne intrygi wywiadowcze. Czyli kombinowanie kto kogo ogra grając w te brudne szpiegowskie gry.


Wszyscy tu nieźle kombinują, pamiętając o tym, że stawka jest wysoka. Przy czym małe Arkach jest uważane za łup wojenny o który szarpią się potężni gracze. A Arkach nie chcąc być karmą dla tych wielkich kocurów walczy o przetrwanie i ratowanie królewskiego tyłka królowej oraz generalskiego zadka generała Biafry, syna królowej i jedynego mężczyzny w armii Arkach.


Działo się sporo na skutek miliona intryg. Doszło do bezprecedensowego pojedynku. Virion z bandą opryszków reprezentując barwy Luan, chociaż do tej pory pakowali gole do ich bramki, trzymając z Biafrą, mieli wybić do nogi w pojedynkach cały pułk Arkach. Motyw polegał na tym, że królowa miała przerwać tą zadymę, poddając pułk a panie trafiły by do niewoli. Ale coś idzie nie tak zbiry tłuką równo mundurowe panie, a królowa siedzi cicho. Nagle wchodzi ona, szybko zabija, trzech, czterech opryszków wyzywając do walki Virona.


Nie było wyjścia, skoro chłopy jęczą, że “kobieta mnie bije” , no to potrzebny jest prawdziwy fachowiec, żeby dać młodej nauczkę. Virion wie, że lekko nie będzie. Achaja jest pewna siebie. ma też wsparcie całej armii, która siłą tysięcy gardeł, niczym stadionowi ultrasi, drą ryje, przepraszam za kolokwializm, ale pasuje, Wrzeszczą: bij dziada!, zabij ch.!, wbij w ziemię sk.!, i leci jeszcze z milion innych inwektyw jakie tylko wojsko da radę wymyślić. Obydwoje niczym sportowcy grający w finale ważnej imprezy zajęci są walką. Ale jak już się dowiedzieliśmy o bitce szermierzy natchnionych jest to praktyczne niemożliwe, bo albo przeżywają obydwoje, bo nikt nie ma siły dalej walczyć, albo giną obydwoje. Oboje przeżyli, choć trzeba było ich znosić. Oficjalnie wygrała Achaja, bo to ocaliło Arkach, ale to Virion troszkę lepiej wyglądał jako weteran miliona pojedynków i burd. To był ten cud!


Arkach uratowane! Zdobywszy broń palną od tzw. chorych ludzi. szykują do Wielkiej rozróby. Sama Achaja ma nastroje wojownicze i ma komu podziękować za beznadziejny los, który zawdzięczała obydwu imperium. Co prawda to też zrobiło z niej natchnionego szermierza, jedynej bratniej duszy Virona. Ale lekko nie było, wręcz wchodzi tutaj przynajmniej jedno przekleństwo. To pokazuje najlepiej kim są Virion i Achaja, że są najlepsi nie tylko na świecie, ale i w galaktyce i nie jest to przesada zapewne.


Książka jest ciekawa. Mamy ten sam motyw Achai z innej perspektywy, jak to widział Virion. I to na pewno jest ciekawe. Czy kolejnym bohaterem będzie Biafra? Czy autor uzna, że to jest na tyle zgrana karta, że już nikt nie będzie tego chciał czytać. Pewnie się dowiemy. Książka jest ciekawa. Polecam.


niedziela, 6 września 2026

Henry Kuttner, Nieskończona szachownica

Henry Kuttner, 


Nieskończona szachownica



Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2026
ISBN: 9788383384566
liczba str. : 172
tytuł oryginału: Chessboard Planet
tłumaczenie: Maria Smulewska
kategoria; science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytać.pl:







Henry Kuttner byłby z jednej strony zdziwiony, a z drugiej strony zachwycony naszymi czasami. Szkoda, że zmarł młodo mając 43 lata, bo ta książka pt. “ Nieskończona szachownica” jest niesamowita i niezwykle kreatywna. 


Pisarz gdyby od doktora Emeta Browna pożyczył jego cudowny samochód, wehikuł czasu, i trafił do nas zdziwiłby się, że w USA dą się wybrać prezydenta, który jawnie obala Amerykańską propagandę przemysłu filmowego przedstawioną na całym świecie w ostatnim i naszym stuleciu, typu; jaka ta Ameryka jest fajnym i dobrym krajem.


A zachwycony by był z kolei, że da się zrealizować w internecie koncepcje, które dzisiaj nazywamy grami szachopodobnymi. Koncepcja szachownicy 16 pól na 16 pól czyli czterokrotnie większej jest niesamowita. Taka szachownica złożona z szachownic turniejowych nr. 5 zajęłaby sporą przestrzeń przyzwoitego pokoju. Czołowi arcymistrzowie świata graliby jedną partię spokojnie co najmniej dobę. Dlatego np. szachy czteroosobowe grane są tylko w internecie, a takie szachownice irl mało kto widział. Z tą szachownicą byłoby analogicznie. Ale sam motyw, że da się w coś takiego zagrać, to niewątpliwie Kuttner byłby zachwycony z tego powodu. 


Wiemy, że tą z fajnością i dobrocią Ameryki jest coś nie tak co sprawia, że koncepcja Kuttnera z tej książki, typu, że cały świat zjednoczy się i rzuci się na Amerykę jest bliższa niż kiedykolwiek. Jasne, że pamiętam, że Rosja i paru innych globalnych szemranych typów działa, ale zdania odrębnego w kwestii współczesnej Ameryki próżno szukać. A jak to Kuttner wyspekulował to kilkadziesiąt lat temu pojęcia nie mam! 


I tu wchodzimy szukając tłumaczenia w rejony czystej abstrakcji, to że szachy są metaforą wojny zapewne każdy  z nas wie. Ale też zdaniem Kuttnera jest nią logika i matematyka. Niestety nie podejmę się do ustosunkowania do tego co autor tak przepięknie kombinuje. 


Mnie to fascynuje, że jest możliwe takie zgrabne połączenie kwestii szachowej z geopolityką, wojną, i innymi problemami. Koncepcja nieskończonej szachownicy nad którą trudzą się najtęższe umysły świata próbując poskładać do kupy całą geopolitykę, przecież nie tylko wojny, ale całe mnóstwo problemów tak trudnych, że niemal niemożliwych do rozwikłania. Z państwem filozofów raczej są kłopoty. Jednak przypuszczalnie trzeba coś z tym zrobić, żeby ludzie pokroju Nerona czy Kommodusa nie urządzali nam świata, tylko trafiali np. do cyrku. Bo jeżeli demokracja będzie za słaba, to my jako cywilizacja mamy nieliche kłopoty. Z perspektywy czasów autora to jest tak niesamowite SF, że trzeba się głowić czy to wszystko jeszcze nauka czy już magia po prostu? 


Fabuła jest nieskomplikowana bo antagoniści Stany kontra Falangiści nawzajem się zwalczają.


Jak dogadali się Falangiści? Nie wiem, ale wspólny, silny wróg zapewne im pomógł. Być może mówili Anglo - Słowiańskim galachem jak zaproponowałby Frank Herbert. Jak już powstał silny sojusz w efekcie trwają prace by wycelować bomby w Los Angeles, Miami, Nowy Jork itd. Ci drudzy robią dokładnie to samo. Siedząc w podziemnym Chicago główni bohaterowie pracują nad swoim dziełem, żeby Falangistom narobić kłopotów. Do dorobienia dobrej ideologii przydał im się nacjonalizm. Bo przecież w ich mniemaniu oni byli najlepsi, i im świat zazdrości wspaniałych wartości i wszystkich osiągnięć. Dalej, oni byli przekonani, że jako Amerykanie są prawdziwymi Białymi ludźmi, a reszta świata to wymieszane kundelki. Bić innego!


Książka jest świetna, bo te spekulacje intelektualne mają dać do myślenia, a cała fabularna otoczka jest raczej drugoplanowa. Po prostu rewelacja. Warto przeczytać. 

Andrzej Ziemiański, Virion - Krew

Andrzej Ziemiański,


Virion - Krew


cykl: Legenda miecza, t. 1



Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2024 r. 
ISBN: 9788379649914
liczba str. : 517
tytuł oryginału: -----
tłumaczenie: -----
kategoria: fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczytać.pl: 





Praktycznie jest oczywistością, że kontynuacja przygód Virona, czyli cykl “Legenda miecza” , pierwsza część ma tytuł “Virion - Krew” mnie zainteresuje. Autor Andrzej Ziemiańsku zdaje sobie sprawę, że czytelnik musi ponownie wejść w to uniwersum, czyli zażyć  coś w rodzaju dawki przypominającej. Dlatego  od razu nie widzimy szermierza natchnionego Virona w akcji. Trafiamy tylko do rzeźni przepełnionej zmasakrowanymi ludźmi, a obok leży zagubiony, wiecznie pijany, dziadek. Rzecz jasna czytelnik od razu się domyśla kim on jest. Jednak przez spory kawał książki pozostaje dziadkiem, który ma dziwną, podejrzaną o zwykły trolling, lukę. Właściwie nie pamięta tylko jednego, jak się nazywa, a że jest maszyną do zabijania, jakoś liczni oponenci zapomnieć mu nie dali. 


Wyciągają go z tej rzeźni przypadkowi podróżni Elmo/Neriden i jego dwie siostry Aya oraz Zaina. Uciekają z cesarstwa Luan, bo chociaż są szlachcicami,  to przycisnęła ich bieda, a kolejnym stopniem degradacji społecznej jest niewolnictwo, no i przed tą marną perspektywą uciekają do Arkach, gdzie nawet zwykły chłop czuję się prawie jak szlachcic bo jest wolny. Perspektywą, że trafi w niewolę zawsze tutaj jest bo grasanci przemocą mogą potrwać ludzi i zawlec do Luan. No ale mają z tym troszkę więcej kłopotów niż gdzie indziej. 


Czyli mamy tutaj powieść drogi, bo granicę trzeba przekroczyć, a ta granica jest linią frontu, więc łatwo nie jest. Do tego bandyci, niektórzy zapewne są tolerowani przez Cesarstwo Luan, bo rekrutują niewolników, których jest poważny deficyt. 


No ale nie bez trudności i pomocy Dziadka, granicę przekroczyli. A tam działo się całkiem sporo, bo odbyło się spotkanie dyplomatyczne w mieście Kanope, przypominające to co się dzieje się na spotkaniach grup G - ileś. Więc ranga dyplomatów wysoka. W dodatku wszyscy przewidują, że niebawem będą przetasowania na scenie geopolitycznej, a przegranym nikt nie chce być. Cesarscy z Luan uważają, że Arkach to ich podwórko i mogą robić co chcą. Nasyłają zbirów Drużyna. żeby zrobili bajzel na mieście, bo przecież ktoś taki jak Virion obijać się nie może. Trwa cicha rywalizacja o przejęcie papierów, które ma poseł Luan. Jest podejrzenie, że są tam prawdziwe haki na generała Biafrę, fałszywki też były w grze. 


Poznajemy też Iyo, dziewczynę, która na zlecenia jej matki Niki i żony Viriona i szuka zagubionego dziadka. Też trafia do Arkach i zwerbowały ją agentki z Troy Fedra i Anarcha. Podobnie jak Neridena i Viriona zwerbował Biafra. Wyszło z tego wszystkiego niezłe zamieszanie. 


A dla czytelnika wiadomo jest to dobre, fajnie i szybko się czyta. Dziadek Virion najpierw ma długie siwe włosy, ale potem wampirza córka i pewna szeptucha przekonały go, że łysina mu pasuje i straszy oponentów jednocześnie. Majstersztyk zafundowany nam czytelnikom przez autora to pojedynek szermierzy natchnionych: Viriona i Druzusa, było ciężko ciekawie, szybkie tempo, ale też była to długa i wyczerpująca walka bo błędów nikt nie robił. Ostatecznie Druzus nie ustał na placu boju i zwiał. Jest ciekawie, tak jak się czytelnik tego spodziewa, jest dobrze. Polecam.  





wtorek, 1 września 2026

Robert Heinlein, Szlak chwaly

Robert Heinlein, 


Szlak chwały 


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2026 r. 
ISBN: 9788383384764
liczba str. : 368
tytuł oryginału: Glory Road
tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczyrac.pl:





Przeczytałem książkę zatytułowaną “Szlak chwały”, której autorem jest Robert Heinlein. Niby pod gatunek SF, bo podróże po światach są. Jednak autor nie zawrócił sobie tym głowy jak ta podróż wygląda, ani nawet tym czy są to światy alternatywne, a gdzie one są to tylko diabeł, który tkwi w szczegółach wie. To i wiele innych czynników sprawia, że to co my tu mamy przypomina powieść fantasy, romantasy być może nawet. Mamy sugestię na okładce książki, że powieść satyryczną. Ale czy czytelnik to czuję?, mówiąc potocznie, w sumie zapewne tak, bo te elementy są na wskroś humorystyczne. 


Mamy jakąś ładną kobietę, z wyglądu ok 25 lat, prosi żeby ją nazywać Star. Dalej mamy weterana wojny Wietnamskiej z wojsk USA Oskara. Dowiedzieliśmy się, że ma on kwalifikacje do tego żeby zostać zarówno ziemskim, jak i galaktycznym bohaterem. Na froncie dawał radę. A i w galaktyce na szlaku chwały miał okazję nieźle się wykazać. Oskar i Star spotykają się tzw. przypadkiem. Potem Oskar reaguje na ogłoszenie w gazecie, które brzmi “Jesteś tchórzem!”, no i sposób na kontakt. Z jednej strony on jako facet macho, sigma, zwał jak zwał zirytował się. Bo co to ma być!


Cokolwiek ma to oznaczać przeszedł tą rekrutację, bo był najlepszy, był jedyny, wybrany przez szefową, tak naprawdę dużo wcześniej. Trzeba było go tylko zwabić zapachem przygody do złotej klatki. Bo tej pani chodziło o jedno. Dokładnie o to samo, o co zazwyczaj są posądzani mężczyźni. 


Ruszyli w podróż, było ich trzech, dokoptowano jeszcze Rufo, który formalnie otrzymał funkcję giermka. Nieformalnie był raczej pomocnikiem na wypadek gdyby coś poszło nie tak, np. bohaterstwo byłoby tylko zamkiem z piasku. W przypadku Oskara mowy nie ma, bo doskonale dawał radę! Tak samo trzymał w garści kałacha, jak i średniowieczny miecz i robił z tych narzędzi do zabijania prawidłowy użytek. 


W czasie tych podróży trochę się działo. Naoglądał się tych światów. Aż trafili na Centrę, siedzibę władczyni, kazała zwać się cesarzową, 20 światów. Oczywiście była nią Star, a lat miała tyle, że nawet czort nie dał rady ich policzyć. Ta pani rodzinę miała tak dużą, że pewnie zasiedlili by niejedno ładne, niemałe zapewne, miasto. Ciekawa jest dbałość o mieszanie genów, jaśnie pani ma dzieci z partnerami z wielu znanych i nieznanych globów galaktyki. Zapewne jej krewni, w tym Rufo, jej syn, jak się okazuje, mają nie mniejsze zdolności w tym zakresie. Czy będzie miało kiedyś konsekwencje polityczne, że np. syn lub wnuk Oskara zostanie prezydentem USA i zjednoczy Ziemię i chętnie przyłączy glob do domeny cesarskiej. W tekście o tym mowy nie ma, a szkoda. Zamiast tego mamy sporo stosunkowo mało istotnych pierdół jak np. kłótnie kochanków, nieco później małżonków, no i na koniec zmuszenie Oskara do separacji i powrotu na Ziemię, bo dama się znudziła. Bywa i tak. 


Zapewne tak książka to dobry pomysł na letnią rozrywkę, bo taka dokładnie jest, ma charakter tylko i wyłącznie rozrywkowy. O wykreowanie bohaterów i inne jakości literackie czytelnik może być spokojny, bo za robotę wziął się wybitny pisarz. Może chciał stworzyć coś lżejszego, co nie wystraszy czytelników, gatunkiem stosunkowo trudnym jakim jest SF. Przyjmując tego typu założenie książkę można polecić. Na pewno to jest oryginalna troszkę prześmiewcza, zabawna. Mnie ciekawi czy Oskar po powrocie chwalił się kumplom, że gościł w łóżku pięknej i potężnej kobiety. No i czy ktoś mu uwierzył. Czy może wziął w garść coś co da się pisać i trochę papieru i wydał książkę. Uwierzyć w tego typu przygody się nie da, ale jest zabawnie, a wokół tego kręci się przecież cała pop kultura. Fajnie było dobrze się czytało. Polecam. 




poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Robert J. Szmidt, Wet za wet

Robert J. Szmidt, 


Wet za wet

cykl: Pola zapomnianych bitew/Bukowski, t. 4




Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2025 r. 
ISBN: 97883833382272
liczba str.: 320
tytuł oryginału: ------
tłumaczenie: -------
kategoria: science fiction



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 







“ Wet za wet”, to kolejna, czwarta, wygląda na to ostatnia część cyklu “ Pola zapomnianych bitew/Bukowski”, której autorem jest Robert J. Szmidt. Na pewno jest ciekawsza od poprzedniej, rozkręciła tą literacką imprezę nowa postać Brenda Kowal. Mamy powrót do wydarzeń z drugiego tomu, a mianowicie eksplozji na planecie Delta w układzie Centuriona. Rebelianci zniszczyli złowieszczy instytut, które prowadził eksperymenty których sam doktor Mengele by się nie powstydził. Nie udało się uniknąć katastrofy na planecie i śmierci miliarda ludzi. Istotne jest tutaj że ratowali się politycy, wojskowi i i celebryci. Nikt nie widział potrzeby ogłaszać alarmu, żeby przypadkiem ktoś ważny nie zaginął w akcji. 


Jednak mamy pokazaną akcję w której figurant Bukowski udźwignął rolę przywódcy w jak najbardziej pozytywnym sensie. Na Becie w którymś z rebelianckich sektorów doszło do zamachu dokonanego przez agentów Federacji. Zleceniodawcy liczyli na podobną hekatombę jak na Delcie, ale się przeliczyli bo Bukowski walczył o dosłownie o uratowanie każdego człowieka. Niewielkich strat po zainicjowanym wybuchu wulkanu uniknąć się nie udało, ale planeta praktycznie została uratowana. Dowodzi to niezbicie tego, że oni nie chcą być drugą Federacją. Nie wiemy co by było gdyby. 


Dowiadujemy się za to kim jest Wergiliusz, może to czytelnikowi przyjść do głowy, ale i tak będzie w szoku. Paradoksalnie dzięki zainstalowaniu szpiega - Brendy, prawda o Wergiliusz u wyszła na jaw. Dzięki czemu domyślamy się, służby zrobiły swoją robotę. Zagadkowo, ale tak być musi. 


Wracając do Brendy, najpierw toczyła heroiczną walkę o życie jej brata Julia, niestety nieudaną. Złamała, dobrze kombinując, z milion paragrafów. Potem było jej wszystko jedno. Została aresztowana i zamiast surowego wyroku otrzymała propozycję współpracy. Przeprowadzono na niej odpowiednie warunkowanie, żeby po praniu mózgu myślała jak trzeba. Ten przedstawiony przez autora tok myślenia bohaterki jest tak dziwny, że to się w głowie nie mieści. Z takim pomieszaniem w łepetynie wysłano  Brendę na misję. Ona nienawidziła rebeliantów kapitana Bukowskiego i Kaliope Wilhelm gotowa była zabić! Tego warunkowania nie zmieniło nawet gdy zobaczyła, że wszystko jest nie tak, że jest inaczej niż jej mówiono na szkoleniach. 


Głęboka psychologicznie była jej rozmowa z Kaliope. Używając Szmidt’owskiej litentia poetica, wniosek z tego jest taki, że "skurwyklony" przerabiają ludzi na "skurwyklony", no i mamy z tego rzeź! Bukowski uważał, że trzeba to zatrzymać, ale że nijak to się to się ma do etykietki rzeźnika z Delty, to na bank nie dotarło to opinii publicznej. 


Książka i cały cykl jest ciekawa. Autor nic a nic nie ubarwia naszej rzeczywistości pierwszych dekad XXI wieku o czym tak naprawdę pisze stawiając te futurystyczno - kosmiczne fasady. O tym, że świat jest porąbany możemy przeczytać w tysiącach mądrych książek. Ale i te dwa cykle dają nam zdrowo do myślenia w tym zakresie. Widać też zdanie autora o politykach, jakby im radził, żeby w końcu wzięli się w garść, żeby dobrze rządzili w ojczyznach dużych i małych, no i w ramach naczyń połączonych całym światem. Bo czemu literatura ma nie dawać do myślenia, oprócz oczywiście rozrywki. Książka jest po prostu dobra. Polecam. 



sobota, 29 sierpnia 2026

Robert J, Szmidt, Do ostatniej kropli krwi

Robert J. Szmidt,


Do ostatniej kropli krwi 


cykl: Pola dawno zapomnianych bitew/Bukowski, t. 3


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
ISBN: 9788383380346
liczba str.: 432
tytuł oryginału: ------
tłumaczenie; ------
kategoria: science fiction



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:






Kontynuuję czytanie cyklu “ Pola zapomnianych bitew/Bukowski”, który jest prequelem. Przeczytałem trzecia część pt. “Do ostatniej kropli krwii” i jak tytuł sugeruje w galaktycznej Federacji dzieje się sporo. 


W dodatku akcja pędzi szybko, z każdą przewracaną kartką jeszcze szybciej. Wybuchy na iście galaktyczną skalę, w sumie niewielka przesada, płoną nie dość, że planety to jeszcze spore przestrzenie sektorów, spokojnie dystans jednego czy dwóch Układów kosmicznych. Rebelianci żądają wiele strat Federacji, płonie flota kosmiczna, wręcz topiona w atomowych wybuchach. Władza w rękach kanclerza Strauss,a komunikuje się z buntownikami za pomocą holomediów. Nie ma mowy o przyjmowaniu postulatów ekipy Bukowskiego. Po prostu chcą  wygrać wojnę i buntowników osądzić skazać lub od razu zabić. Doraźnie, żeby przekonać cześć ludzkości i ograniczyć tym samym wpływy rebelii,  kolejne sektory zostają przyjęte do centrali. Inne zaś otrzymują status kandydata. Czy to wystarcza? 


No bo w tym jest całe sedno sprawy. Rebelianci chcą żeby zrobiono z tym porządek, żeby ludzie nie byli wykluczani bo mają pecha być z biednych sektorów i mieć gorsze życie. Jak to już bywało idee piękne, a chodzi przecież o dostęp do władzy, wpływów i kosmicznej góry pieniędzy jaka trafia na Ziemię. 


Jak na razie centrala jest bezradna, rebelianci robią co chcą. Bezczelnie rozwalają system. Dzieje się! Jest ciekawie. Polecam. 



niedziela, 23 sierpnia 2026

Walter M. Miller Jr. , Kantyczka dla Leibowiza

Walter M. Miller Jr.,


Kantyczka dla Leibowitza



Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2026 r. 
ISBN: 97883833384405
liczba str. 424
tytuł oryginału: A. Conticle for Leibowitz
tłumaczenie: Adam Szymanowski
kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 






Przeczytałem książkę pt. “ Kantyczka dla Leibowitza” , której autorem jest Walter M. Miller Jr . Jest to dość zaskakująca koncepcja fantastyki postapokalitycznej, która jawnie nawiązuje do przeszłości średniowiecznej.


Niektórzy mówią, że historia magistra vitae est, inni, że wręcz przeciwnie. Bo mimo, że upadłe cywilizacje starożytności były wybitne, czasem zaskakują nas współczesnych i inspirują, to jednak oni nie latali w kosmos. Dalej nie stworzyli milionów wynalazków, często poświęcając to co mają najcenniejsze życie. Społeczności przeszłości nie edukowaly też całych społeczeństw. Dopiero francuscy rewolucjoniści o tym w ogóle pomyśleli, że ta idea ma jakiś sens. Więc może koncepcja długiego średniowiecza Jacques,a Le Goffa ma sens?


Co prawda Dukaj w książce “ Po piśmie” pisze, że w przyszłości pismo będzie przeżytkiem, wystarczą emotikony i seriale. W podobnym tonie jest książka “Atlas chmur” Mitchella, która z grubsza wypowiada się w podobnym tonie, że człowiek cywilizowany się kończy, lekko kolokwializując rzecz jasna. Będą dalej wynalazki coraz lepsze, a wraz z tym kompetencje  intelektualne wprost proporcjonalnie będą malały, aż homo sapiens przybije piątkę z małpami i wróci na drzewo! Autor recenzowanej książki ma równie wiejące grozą zdanie, że punkowcy krzycząc “ No future” mają rację. Czyli co po krótkim kilkustuleciowym oświeceniu wracamy do kolejnego, co najmniej 2000 letniego długiego średniowiecza. Jeśli tak to jest skandal! Tyle osiągnęliśmy i wszystko diabli biorą!


Książka jest tak samo mroczna jak jest wybitna. Opisy tych postapokalitycznych pustkowi są przerażające. Tak samo robi iście masakryczne wrażenie ideologiczna ciemnota, jaka jest propagowana, przynajmniej na terenie nowych kilku lub kilkunastu krajów utworzone kiedyś na terytorium dawnego supermocarstwa czyli Stanów Zjednoczonych. Najpotężniejsze z nich Królestwo Teksarlandu i Cesarstwo Denver. Z jakiś powodów Nowy Watykan przeniesiono na Nowy Kontynent. Pewnie licho było z Europą. Tej diabelskiej koncepcji życia w ciemnocie przeciwstawił się kościół katolicki i mnisi, tu mowa o nowym zakonie Albertynów czczących świętego, sprzed sześciu wieków, Leibowitza. Globalna tragedia wydarzyła się 12 wieków temu. Nadzieja na odmianę złego losu ludzkości jakaś licha jest, bo ludzie z drugiego średniowiecza, czy jak tam historycy za tysiące lat nazwą tą epokę, próbują tworzyć coś od nowa. Dotychczas tworzyli koncepcje naukowe przedstawiciele kleru, mimo faktu, że rozumieli niewiele więcej niż małpa gdyby jej pokazać rysunek techniczny urządzenia elektrycznego. Ale przynajmniej próbowali i wierzyli, że ich następcom za setki lat pójdzie lepiej. No i stworzą nowa cywilizację. Pytanie które się przebija: czy lepszą?


Działać próbują świeccy naukowcy. Dla ludzi kościoła są podejrzenia, bo wiadomo, że jakieś herezje wydumają. Jednak co światlejsi z nich dopatrują się przełomu.


O ile czytanie pierwszej połówka to męczarnia, stylistyka biblijno podobna nie ułatwia czytelnikowi życia, a druga leci z kopyta. Mamy pytania o kosmos.  Dowiadujemy się, że kolonia  gdzieś w gwiazdach powstała. Zaskakuje wiadomość, że uchowała się cudem sprawna barka kosmiczna która może zabrać trzech biskupów, żeby dbali, strzygli pewnie też, o kosmiczne owieczki. Jak ma to wyglądać pod kątem organizacyjnym, być może dogmatycznym też,  stosunki Watykanu z już istniejącą kolonią?  No i czy Ziemia została spisana na straty, bo mimo że tamci mają standardowy, według naszych pojęć, poziom, to jednak nie interesuje ich ta kupa radioaktywnego gruzu jaką jest Ziemia. To akurat nic nowego bo wiele literackich koncepcji SF tak podchodzi do tematu. Tu jednak coś jest i może wrócić kiedyś do kosmicznej gry.


Książka jest interesująca i niesamowicie zaskakująca. A oto przecież chodzi w literaturze więc jest dobrze. Polecam.