piątek, 25 września 2026

Andrzej Ziemiański, Virion - Dom

 Andrzej Ziemiański, 


Virion - Dom


cykl: Legenda miecza, t. 3

Wydawnictwo: Fabryka słów

Data wydania: 2026 r. 

ISBN:   9788383752129

liczba str.:  528

tytuł oryginału: --------

tłumaczenie: --------

kategoria: fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5217092/virion-dom/opinia/100907942#opinia100907942




Przeczytałem książkę pt. „Virion – Dom” z cyklu „Legenda miecza”, autorem książki i całego cyklu jest Andrzej Ziemiański. Jak nie trudno się domyśleć akcja pędzi po prostu z rozpędu. Cała armia Arkach z majorem Achają w składzie rusza do boju podbijając Luan. 


Teoretycznie nic się nie dzieje, ale ta cywilizacja upada z dnia na dzień i nikt tego nie zauważa. Niektórzy przebalowali ten moment, a potem leczyli kaca, a inni nawet przespali. Choć ogólnie zamieszanie było spore, bo spora część miasta płonęła, było sporo walk ulicznych, sporo domów było rozszabrowanych, byli niewolnicy mścili się na kim popadło, bo mieli swoje porachunki. Zanim dotarli na prowincji nie było wcale lepiej, nie brakowało scen budzących grozę, bo logika wojny, a raczej jej brak ma swoje prawa. Jedno zdanie wypowiedziane przez żołnierki Arkach do bogatego Luańczyka, bo wymsknęło mu się w rozmowie, że dotknęło ich nieszczęście. Niby nic, ale wystarczyło na bardzo nerwową reakcję, że źle to miały one walcząc latami po lasach z imperialną armią ginąć setkami, tysiącami, a oni sobie wiedli przyzwoite życie, nawet w oświetlonych niedużych miastach i po cholerę wam ta wojna! Zapewne wątpliwości nikt nie ma, kto jest adresatem tej pogrubionej*, ozdobionej wykrzyknikiem, ostatniej części poprzedniego zdania.


Oczywiście tym długim szlakiem do Syrinx podążają znani nam bohaterowie, sam Virion i cała reszta paczki. Do akcji wróciły siostry Neridena, ich prawdziwe imiona to Krito i Mezena i z tymi dumnymi, książęcymi imionami, podążają wraz z armią Arkach, żeby zdobyć Syrinx, w tym ich dzielnicę, podwórko i parę sąsiednich przecznic. A wszystko po to by obalić, przynajmniej w ich przekonaniu, imperium zła. Jasne, że ta opozycja terminologiczna: dobro – zło, jest tutaj naciągane. Po prostu coś upada, żeby powstało nowe, żeby zmieniła się epoka, coś takiego rzadko dzieje się w historii np. rozlatuje się jakiś mur, czy diabli biorą jakieś pomniki. Co prawda nam zdarzało się coś takiego widzieć w mediach, no ale współczesność ma swoją specyfikę, a obieg informacji na przestrzeni całego globu jest praktycznie natychmiastowy. I wszystkie zmiany w geopolityce są szybkie, i to też budzi pewne obawy.


Oczywiście nie ma opowieści o przygodach Viriona bez brawurowych pojedynków. Pierwszy to Marina z Achają. Postać Mariny mało istotna. Ona tak samo jak Achaja wymknęła się z niewoli, budowy imperialnej drogi, no a że nie miała co ze sobą zrobić Zakonni ściągnęli ją do walki z Achają, to była mocna zawodniczka, wszyscy z wyjątkiem Viriona byli pewni, że zmiecie Achaję z planszy, no ale to córka diabła urwała Marinie głowę. A drugi pojedynek to zapowiedziana zemsta Druzusa, przekonał do swojej sprawy siedmiu rycerzy natchnionych, no i jest ciekawie.
Czytelnik pewnie się domyśla, no ale jest to na tyle to jest ciekawe, że koniecznie karteczki książki trzeba przewrócić. Epoka snajperów rozpoczęta, a Achaja, jako ich szefowa, zostaje cesarzową.


Książka jest niesamowicie ciekawa. Na pewno wciąga, szybko się czyta. Opowieść jest żywa, barwna. Ciekawostką jest, że Nikki, żona Viriona została królową upiorów, dostała ksywkę cesarzyca, bo ma iście ludzki temperament i ani myśli trzymać się upiorzych dogmatów, czyli nie wtrącania się w ludzkie sprawy. Uznała, że dogmat jest beznadziejny, bo niemal to nie wykończyło upiorzyc, bo zakon na nie polował. Ona była przekonana, że zakonni stanowią zagrożenie i żywych z Syrinx wypuszczać ich nie wolno, a że ma męża, który wie jak się takie sprawy załatwia i ma dobrą przyjaciółkę Achaję, to wie, że może z góry uznać sprawę za załatwioną. Dzieje się sporo i jest ciekawie. Polecam.


czwartek, 10 września 2026

Andrzej Ziemiański, Virion - Ona

Andrzej Ziemiański, 


Virion - Ona


cykl: Legenda miecza, t. 2


Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2025 r.
ISBN: 9788383750378
liczba str: 600
tytuł oryginału: -------
tłumaczenie: ------
kategoria: fantasy

recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:






Leci czytanie cyklu “Legenda miecza” , czyli przygód Virona. Druga część, napisana rzecz jasna przez Andrzeja Ziemiańskiego na tytuł “Virion - Ona” . Wiadomo że góry kto jest postacią tytułową, szermierz natchniona Achaja, która wkrótce zostanie cesarzową sporego kawałka kontynentu, bo  “córka diabła” jak ją Virion nazwał niczym wygłodniały potwór pochłonęła dwa imperia. To wiemy z innej trylogii i do tego to wszystko zmierza. No ale tutaj mamy coś innego Virion oraz Neriden oraz Iyo wplątani są w kolejne intrygi wywiadowcze. Czyli kombinowanie kto kogo ogra grając w te brudne szpiegowskie gry.


Wszyscy tu nieźle kombinują, pamiętając o tym, że stawka jest wysoka. Przy czym małe Arkach jest uważane za łup wojenny o który szarpią się potężni gracze. A Arkach nie chcąc być karmą dla tych wielkich kocurów walczy o przetrwanie i ratowanie królewskiego tyłka królowej oraz generalskiego zadka generała Biafry, syna królowej i jedynego mężczyzny w armii Arkach.


Działo się sporo na skutek miliona intryg. Doszło do bezprecedensowego pojedynku. Virion z bandą opryszków reprezentując barwy Luan, chociaż do tej pory pakowali gole do ich bramki, trzymając z Biafrą, mieli wybić do nogi w pojedynkach cały pułk Arkach. Motyw polegał na tym, że królowa miała przerwać tą zadymę, poddając pułk a panie trafiły by do niewoli. Ale coś idzie nie tak zbiry tłuką równo mundurowe panie, a królowa siedzi cicho. Nagle wchodzi ona, szybko zabija, trzech, czterech opryszków wyzywając do walki Virona.


Nie było wyjścia, skoro chłopy jęczą, że “kobieta mnie bije” , no to potrzebny jest prawdziwy fachowiec, żeby dać młodej nauczkę. Virion wie, że lekko nie będzie. Achaja jest pewna siebie. ma też wsparcie całej armii, która siłą tysięcy gardeł, niczym stadionowi ultrasi, drą ryje, przepraszam za kolokwializm, ale pasuje, Wrzeszczą: bij dziada!, zabij ch.!, wbij w ziemię sk.!, i leci jeszcze z milion innych inwektyw jakie tylko wojsko da radę wymyślić. Obydwoje niczym sportowcy grający w finale ważnej imprezy zajęci są walką. Ale jak już się dowiedzieliśmy o bitce szermierzy natchnionych jest to praktyczne niemożliwe, bo albo przeżywają obydwoje, bo nikt nie ma siły dalej walczyć, albo giną obydwoje. Oboje przeżyli, choć trzeba było ich znosić. Oficjalnie wygrała Achaja, bo to ocaliło Arkach, ale to Virion troszkę lepiej wyglądał jako weteran miliona pojedynków i burd. To był ten cud!


Arkach uratowane! Zdobywszy broń palną od tzw. chorych ludzi. szykują do Wielkiej rozróby. Sama Achaja ma nastroje wojownicze i ma komu podziękować za beznadziejny los, który zawdzięczała obydwu imperium. Co prawda to też zrobiło z niej natchnionego szermierza, jedynej bratniej duszy Virona. Ale lekko nie było, wręcz wchodzi tutaj przynajmniej jedno przekleństwo. To pokazuje najlepiej kim są Virion i Achaja, że są najlepsi nie tylko na świecie, ale i w galaktyce i nie jest to przesada zapewne.


Książka jest ciekawa. Mamy ten sam motyw Achai z innej perspektywy, jak to widział Virion. I to na pewno jest ciekawe. Czy kolejnym bohaterem będzie Biafra? Czy autor uzna, że to jest na tyle zgrana karta, że już nikt nie będzie tego chciał czytać. Pewnie się dowiemy. Książka jest ciekawa. Polecam.


niedziela, 6 września 2026

Henry Kuttner, Nieskończona szachownica

Henry Kuttner, 


Nieskończona szachownica



Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2026
ISBN: 9788383384566
liczba str. : 172
tytuł oryginału: Chessboard Planet
tłumaczenie: Maria Smulewska
kategoria; science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytać.pl:







Henry Kuttner byłby z jednej strony zdziwiony, a z drugiej strony zachwycony naszymi czasami. Szkoda, że zmarł młodo mając 43 lata, bo ta książka pt. “ Nieskończona szachownica” jest niesamowita i niezwykle kreatywna. 


Pisarz gdyby od doktora Emeta Browna pożyczył jego cudowny samochód, wehikuł czasu, i trafił do nas zdziwiłby się, że w USA dą się wybrać prezydenta, który jawnie obala Amerykańską propagandę przemysłu filmowego przedstawioną na całym świecie w ostatnim i naszym stuleciu, typu; jaka ta Ameryka jest fajnym i dobrym krajem.


A zachwycony by był z kolei, że da się zrealizować w internecie koncepcje, które dzisiaj nazywamy grami szachopodobnymi. Koncepcja szachownicy 16 pól na 16 pól czyli czterokrotnie większej jest niesamowita. Taka szachownica złożona z szachownic turniejowych nr. 5 zajęłaby sporą przestrzeń przyzwoitego pokoju. Czołowi arcymistrzowie świata graliby jedną partię spokojnie co najmniej dobę. Dlatego np. szachy czteroosobowe grane są tylko w internecie, a takie szachownice irl mało kto widział. Z tą szachownicą byłoby analogicznie. Ale sam motyw, że da się w coś takiego zagrać, to niewątpliwie Kuttner byłby zachwycony z tego powodu. 


Wiemy, że tą z fajnością i dobrocią Ameryki jest coś nie tak co sprawia, że koncepcja Kuttnera z tej książki, typu, że cały świat zjednoczy się i rzuci się na Amerykę jest bliższa niż kiedykolwiek. Jasne, że pamiętam, że Rosja i paru innych globalnych szemranych typów działa, ale zdania odrębnego w kwestii współczesnej Ameryki próżno szukać. A jak to Kuttner wyspekulował to kilkadziesiąt lat temu pojęcia nie mam! 


I tu wchodzimy szukając tłumaczenia w rejony czystej abstrakcji, to że szachy są metaforą wojny zapewne każdy  z nas wie. Ale też zdaniem Kuttnera jest nią logika i matematyka. Niestety nie podejmę się do ustosunkowania do tego co autor tak przepięknie kombinuje. 


Mnie to fascynuje, że jest możliwe takie zgrabne połączenie kwestii szachowej z geopolityką, wojną, i innymi problemami. Koncepcja nieskończonej szachownicy nad którą trudzą się najtęższe umysły świata próbując poskładać do kupy całą geopolitykę, przecież nie tylko wojny, ale całe mnóstwo problemów tak trudnych, że niemal niemożliwych do rozwikłania. Z państwem filozofów raczej są kłopoty. Jednak przypuszczalnie trzeba coś z tym zrobić, żeby ludzie pokroju Nerona czy Kommodusa nie urządzali nam świata, tylko trafiali np. do cyrku. Bo jeżeli demokracja będzie za słaba, to my jako cywilizacja mamy nieliche kłopoty. Z perspektywy czasów autora to jest tak niesamowite SF, że trzeba się głowić czy to wszystko jeszcze nauka czy już magia po prostu? 


Fabuła jest nieskomplikowana bo antagoniści Stany kontra Falangiści nawzajem się zwalczają.


Jak dogadali się Falangiści? Nie wiem, ale wspólny, silny wróg zapewne im pomógł. Być może mówili Anglo - Słowiańskim galachem jak zaproponowałby Frank Herbert. Jak już powstał silny sojusz w efekcie trwają prace by wycelować bomby w Los Angeles, Miami, Nowy Jork itd. Ci drudzy robią dokładnie to samo. Siedząc w podziemnym Chicago główni bohaterowie pracują nad swoim dziełem, żeby Falangistom narobić kłopotów. Do dorobienia dobrej ideologii przydał im się nacjonalizm. Bo przecież w ich mniemaniu oni byli najlepsi, i im świat zazdrości wspaniałych wartości i wszystkich osiągnięć. Dalej, oni byli przekonani, że jako Amerykanie są prawdziwymi Białymi ludźmi, a reszta świata to wymieszane kundelki. Bić innego!


Książka jest świetna, bo te spekulacje intelektualne mają dać do myślenia, a cała fabularna otoczka jest raczej drugoplanowa. Po prostu rewelacja. Warto przeczytać. 

Andrzej Ziemiański, Virion - Krew

Andrzej Ziemiański,


Virion - Krew


cykl: Legenda miecza, t. 1



Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2024 r. 
ISBN: 9788379649914
liczba str. : 517
tytuł oryginału: -----
tłumaczenie: -----
kategoria: fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczytać.pl: 





Praktycznie jest oczywistością, że kontynuacja przygód Virona, czyli cykl “Legenda miecza” , pierwsza część ma tytuł “Virion - Krew” mnie zainteresuje. Autor Andrzej Ziemiańsku zdaje sobie sprawę, że czytelnik musi ponownie wejść w to uniwersum, czyli zażyć  coś w rodzaju dawki przypominającej. Dlatego  od razu nie widzimy szermierza natchnionego Virona w akcji. Trafiamy tylko do rzeźni przepełnionej zmasakrowanymi ludźmi, a obok leży zagubiony, wiecznie pijany, dziadek. Rzecz jasna czytelnik od razu się domyśla kim on jest. Jednak przez spory kawał książki pozostaje dziadkiem, który ma dziwną, podejrzaną o zwykły trolling, lukę. Właściwie nie pamięta tylko jednego, jak się nazywa, a że jest maszyną do zabijania, jakoś liczni oponenci zapomnieć mu nie dali. 


Wyciągają go z tej rzeźni przypadkowi podróżni Elmo/Neriden i jego dwie siostry Aya oraz Zaina. Uciekają z cesarstwa Luan, bo chociaż są szlachcicami,  to przycisnęła ich bieda, a kolejnym stopniem degradacji społecznej jest niewolnictwo, no i przed tą marną perspektywą uciekają do Arkach, gdzie nawet zwykły chłop czuję się prawie jak szlachcic bo jest wolny. Perspektywą, że trafi w niewolę zawsze tutaj jest bo grasanci przemocą mogą potrwać ludzi i zawlec do Luan. No ale mają z tym troszkę więcej kłopotów niż gdzie indziej. 


Czyli mamy tutaj powieść drogi, bo granicę trzeba przekroczyć, a ta granica jest linią frontu, więc łatwo nie jest. Do tego bandyci, niektórzy zapewne są tolerowani przez Cesarstwo Luan, bo rekrutują niewolników, których jest poważny deficyt. 


No ale nie bez trudności i pomocy Dziadka, granicę przekroczyli. A tam działo się całkiem sporo, bo odbyło się spotkanie dyplomatyczne w mieście Kanope, przypominające to co się dzieje się na spotkaniach grup G - ileś. Więc ranga dyplomatów wysoka. W dodatku wszyscy przewidują, że niebawem będą przetasowania na scenie geopolitycznej, a przegranym nikt nie chce być. Cesarscy z Luan uważają, że Arkach to ich podwórko i mogą robić co chcą. Nasyłają zbirów Drużyna. żeby zrobili bajzel na mieście, bo przecież ktoś taki jak Virion obijać się nie może. Trwa cicha rywalizacja o przejęcie papierów, które ma poseł Luan. Jest podejrzenie, że są tam prawdziwe haki na generała Biafrę, fałszywki też były w grze. 


Poznajemy też Iyo, dziewczynę, która na zlecenia jej matki Niki i żony Viriona i szuka zagubionego dziadka. Też trafia do Arkach i zwerbowały ją agentki z Troy Fedra i Anarcha. Podobnie jak Neridena i Viriona zwerbował Biafra. Wyszło z tego wszystkiego niezłe zamieszanie. 


A dla czytelnika wiadomo jest to dobre, fajnie i szybko się czyta. Dziadek Virion najpierw ma długie siwe włosy, ale potem wampirza córka i pewna szeptucha przekonały go, że łysina mu pasuje i straszy oponentów jednocześnie. Majstersztyk zafundowany nam czytelnikom przez autora to pojedynek szermierzy natchnionych: Viriona i Druzusa, było ciężko ciekawie, szybkie tempo, ale też była to długa i wyczerpująca walka bo błędów nikt nie robił. Ostatecznie Druzus nie ustał na placu boju i zwiał. Jest ciekawie, tak jak się czytelnik tego spodziewa, jest dobrze. Polecam.  





wtorek, 1 września 2026

Robert Heinlein, Szlak chwaly

Robert Heinlein, 


Szlak chwały 


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2026 r. 
ISBN: 9788383384764
liczba str. : 368
tytuł oryginału: Glory Road
tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczyrac.pl:





Przeczytałem książkę zatytułowaną “Szlak chwały”, której autorem jest Robert Heinlein. Niby pod gatunek SF, bo podróże po światach są. Jednak autor nie zawrócił sobie tym głowy jak ta podróż wygląda, ani nawet tym czy są to światy alternatywne, a gdzie one są to tylko diabeł, który tkwi w szczegółach wie. To i wiele innych czynników sprawia, że to co my tu mamy przypomina powieść fantasy, romantasy być może nawet. Mamy sugestię na okładce książki, że powieść satyryczną. Ale czy czytelnik to czuję?, mówiąc potocznie, w sumie zapewne tak, bo te elementy są na wskroś humorystyczne. 


Mamy jakąś ładną kobietę, z wyglądu ok 25 lat, prosi żeby ją nazywać Star. Dalej mamy weterana wojny Wietnamskiej z wojsk USA Oskara. Dowiedzieliśmy się, że ma on kwalifikacje do tego żeby zostać zarówno ziemskim, jak i galaktycznym bohaterem. Na froncie dawał radę. A i w galaktyce na szlaku chwały miał okazję nieźle się wykazać. Oskar i Star spotykają się tzw. przypadkiem. Potem Oskar reaguje na ogłoszenie w gazecie, które brzmi “Jesteś tchórzem!”, no i sposób na kontakt. Z jednej strony on jako facet macho, sigma, zwał jak zwał zirytował się. Bo co to ma być!


Cokolwiek ma to oznaczać przeszedł tą rekrutację, bo był najlepszy, był jedyny, wybrany przez szefową, tak naprawdę dużo wcześniej. Trzeba było go tylko zwabić zapachem przygody do złotej klatki. Bo tej pani chodziło o jedno. Dokładnie o to samo, o co zazwyczaj są posądzani mężczyźni. 


Ruszyli w podróż, było ich trzech, dokoptowano jeszcze Rufo, który formalnie otrzymał funkcję giermka. Nieformalnie był raczej pomocnikiem na wypadek gdyby coś poszło nie tak, np. bohaterstwo byłoby tylko zamkiem z piasku. W przypadku Oskara mowy nie ma, bo doskonale dawał radę! Tak samo trzymał w garści kałacha, jak i średniowieczny miecz i robił z tych narzędzi do zabijania prawidłowy użytek. 


W czasie tych podróży trochę się działo. Naoglądał się tych światów. Aż trafili na Centrę, siedzibę władczyni, kazała zwać się cesarzową, 20 światów. Oczywiście była nią Star, a lat miała tyle, że nawet czort nie dał rady ich policzyć. Ta pani rodzinę miała tak dużą, że pewnie zasiedlili by niejedno ładne, niemałe zapewne, miasto. Ciekawa jest dbałość o mieszanie genów, jaśnie pani ma dzieci z partnerami z wielu znanych i nieznanych globów galaktyki. Zapewne jej krewni, w tym Rufo, jej syn, jak się okazuje, mają nie mniejsze zdolności w tym zakresie. Czy będzie miało kiedyś konsekwencje polityczne, że np. syn lub wnuk Oskara zostanie prezydentem USA i zjednoczy Ziemię i chętnie przyłączy glob do domeny cesarskiej. W tekście o tym mowy nie ma, a szkoda. Zamiast tego mamy sporo stosunkowo mało istotnych pierdół jak np. kłótnie kochanków, nieco później małżonków, no i na koniec zmuszenie Oskara do separacji i powrotu na Ziemię, bo dama się znudziła. Bywa i tak. 


Zapewne tak książka to dobry pomysł na letnią rozrywkę, bo taka dokładnie jest, ma charakter tylko i wyłącznie rozrywkowy. O wykreowanie bohaterów i inne jakości literackie czytelnik może być spokojny, bo za robotę wziął się wybitny pisarz. Może chciał stworzyć coś lżejszego, co nie wystraszy czytelników, gatunkiem stosunkowo trudnym jakim jest SF. Przyjmując tego typu założenie książkę można polecić. Na pewno to jest oryginalna troszkę prześmiewcza, zabawna. Mnie ciekawi czy Oskar po powrocie chwalił się kumplom, że gościł w łóżku pięknej i potężnej kobiety. No i czy ktoś mu uwierzył. Czy może wziął w garść coś co da się pisać i trochę papieru i wydał książkę. Uwierzyć w tego typu przygody się nie da, ale jest zabawnie, a wokół tego kręci się przecież cała pop kultura. Fajnie było dobrze się czytało. Polecam. 




poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Robert J. Szmidt, Wet za wet

Robert J. Szmidt, 


Wet za wet

cykl: Pola zapomnianych bitew/Bukowski, t. 4




Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2025 r. 
ISBN: 97883833382272
liczba str.: 320
tytuł oryginału: ------
tłumaczenie: -------
kategoria: science fiction



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 







“ Wet za wet”, to kolejna, czwarta, wygląda na to ostatnia część cyklu “ Pola zapomnianych bitew/Bukowski”, której autorem jest Robert J. Szmidt. Na pewno jest ciekawsza od poprzedniej, rozkręciła tą literacką imprezę nowa postać Brenda Kowal. Mamy powrót do wydarzeń z drugiego tomu, a mianowicie eksplozji na planecie Delta w układzie Centuriona. Rebelianci zniszczyli złowieszczy instytut, które prowadził eksperymenty których sam doktor Mengele by się nie powstydził. Nie udało się uniknąć katastrofy na planecie i śmierci miliarda ludzi. Istotne jest tutaj że ratowali się politycy, wojskowi i i celebryci. Nikt nie widział potrzeby ogłaszać alarmu, żeby przypadkiem ktoś ważny nie zaginął w akcji. 


Jednak mamy pokazaną akcję w której figurant Bukowski udźwignął rolę przywódcy w jak najbardziej pozytywnym sensie. Na Becie w którymś z rebelianckich sektorów doszło do zamachu dokonanego przez agentów Federacji. Zleceniodawcy liczyli na podobną hekatombę jak na Delcie, ale się przeliczyli bo Bukowski walczył o dosłownie o uratowanie każdego człowieka. Niewielkich strat po zainicjowanym wybuchu wulkanu uniknąć się nie udało, ale planeta praktycznie została uratowana. Dowodzi to niezbicie tego, że oni nie chcą być drugą Federacją. Nie wiemy co by było gdyby. 


Dowiadujemy się za to kim jest Wergiliusz, może to czytelnikowi przyjść do głowy, ale i tak będzie w szoku. Paradoksalnie dzięki zainstalowaniu szpiega - Brendy, prawda o Wergiliusz u wyszła na jaw. Dzięki czemu domyślamy się, służby zrobiły swoją robotę. Zagadkowo, ale tak być musi. 


Wracając do Brendy, najpierw toczyła heroiczną walkę o życie jej brata Julia, niestety nieudaną. Złamała, dobrze kombinując, z milion paragrafów. Potem było jej wszystko jedno. Została aresztowana i zamiast surowego wyroku otrzymała propozycję współpracy. Przeprowadzono na niej odpowiednie warunkowanie, żeby po praniu mózgu myślała jak trzeba. Ten przedstawiony przez autora tok myślenia bohaterki jest tak dziwny, że to się w głowie nie mieści. Z takim pomieszaniem w łepetynie wysłano  Brendę na misję. Ona nienawidziła rebeliantów kapitana Bukowskiego i Kaliope Wilhelm gotowa była zabić! Tego warunkowania nie zmieniło nawet gdy zobaczyła, że wszystko jest nie tak, że jest inaczej niż jej mówiono na szkoleniach. 


Głęboka psychologicznie była jej rozmowa z Kaliope. Używając Szmidt’owskiej litentia poetica, wniosek z tego jest taki, że "skurwyklony" przerabiają ludzi na "skurwyklony", no i mamy z tego rzeź! Bukowski uważał, że trzeba to zatrzymać, ale że nijak to się to się ma do etykietki rzeźnika z Delty, to na bank nie dotarło to opinii publicznej. 


Książka i cały cykl jest ciekawa. Autor nic a nic nie ubarwia naszej rzeczywistości pierwszych dekad XXI wieku o czym tak naprawdę pisze stawiając te futurystyczno - kosmiczne fasady. O tym, że świat jest porąbany możemy przeczytać w tysiącach mądrych książek. Ale i te dwa cykle dają nam zdrowo do myślenia w tym zakresie. Widać też zdanie autora o politykach, jakby im radził, żeby w końcu wzięli się w garść, żeby dobrze rządzili w ojczyznach dużych i małych, no i w ramach naczyń połączonych całym światem. Bo czemu literatura ma nie dawać do myślenia, oprócz oczywiście rozrywki. Książka jest po prostu dobra. Polecam. 



sobota, 29 sierpnia 2026

Robert J, Szmidt, Do ostatniej kropli krwi

Robert J. Szmidt,


Do ostatniej kropli krwi 


cykl: Pola dawno zapomnianych bitew/Bukowski, t. 3


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
ISBN: 9788383380346
liczba str.: 432
tytuł oryginału: ------
tłumaczenie; ------
kategoria: science fiction



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:






Kontynuuję czytanie cyklu “ Pola zapomnianych bitew/Bukowski”, który jest prequelem. Przeczytałem trzecia część pt. “Do ostatniej kropli krwii” i jak tytuł sugeruje w galaktycznej Federacji dzieje się sporo. 


W dodatku akcja pędzi szybko, z każdą przewracaną kartką jeszcze szybciej. Wybuchy na iście galaktyczną skalę, w sumie niewielka przesada, płoną nie dość, że planety to jeszcze spore przestrzenie sektorów, spokojnie dystans jednego czy dwóch Układów kosmicznych. Rebelianci żądają wiele strat Federacji, płonie flota kosmiczna, wręcz topiona w atomowych wybuchach. Władza w rękach kanclerza Strauss,a komunikuje się z buntownikami za pomocą holomediów. Nie ma mowy o przyjmowaniu postulatów ekipy Bukowskiego. Po prostu chcą  wygrać wojnę i buntowników osądzić skazać lub od razu zabić. Doraźnie, żeby przekonać cześć ludzkości i ograniczyć tym samym wpływy rebelii,  kolejne sektory zostają przyjęte do centrali. Inne zaś otrzymują status kandydata. Czy to wystarcza? 


No bo w tym jest całe sedno sprawy. Rebelianci chcą żeby zrobiono z tym porządek, żeby ludzie nie byli wykluczani bo mają pecha być z biednych sektorów i mieć gorsze życie. Jak to już bywało idee piękne, a chodzi przecież o dostęp do władzy, wpływów i kosmicznej góry pieniędzy jaka trafia na Ziemię. 


Jak na razie centrala jest bezradna, rebelianci robią co chcą. Bezczelnie rozwalają system. Dzieje się! Jest ciekawie. Polecam. 



niedziela, 23 sierpnia 2026

Walter M. Miller Jr. , Kantyczka dla Leibowiza

Walter M. Miller Jr.,


Kantyczka dla Leibowitza



Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2026 r. 
ISBN: 97883833384405
liczba str. 424
tytuł oryginału: A. Conticle for Leibowitz
tłumaczenie: Adam Szymanowski
kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 






Przeczytałem książkę pt. “ Kantyczka dla Leibowitza” , której autorem jest Walter M. Miller Jr . Jest to dość zaskakująca koncepcja fantastyki postapokalitycznej, która jawnie nawiązuje do przeszłości średniowiecznej.


Niektórzy mówią, że historia magistra vitae est, inni, że wręcz przeciwnie. Bo mimo, że upadłe cywilizacje starożytności były wybitne, czasem zaskakują nas współczesnych i inspirują, to jednak oni nie latali w kosmos. Dalej nie stworzyli milionów wynalazków, często poświęcając to co mają najcenniejsze życie. Społeczności przeszłości nie edukowaly też całych społeczeństw. Dopiero francuscy rewolucjoniści o tym w ogóle pomyśleli, że ta idea ma jakiś sens. Więc może koncepcja długiego średniowiecza Jacques,a Le Goffa ma sens?


Co prawda Dukaj w książce “ Po piśmie” pisze, że w przyszłości pismo będzie przeżytkiem, wystarczą emotikony i seriale. W podobnym tonie jest książka “Atlas chmur” Mitchella, która z grubsza wypowiada się w podobnym tonie, że człowiek cywilizowany się kończy, lekko kolokwializując rzecz jasna. Będą dalej wynalazki coraz lepsze, a wraz z tym kompetencje  intelektualne wprost proporcjonalnie będą malały, aż homo sapiens przybije piątkę z małpami i wróci na drzewo! Autor recenzowanej książki ma równie wiejące grozą zdanie, że punkowcy krzycząc “ No future” mają rację. Czyli co po krótkim kilkustuleciowym oświeceniu wracamy do kolejnego, co najmniej 2000 letniego długiego średniowiecza. Jeśli tak to jest skandal! Tyle osiągnęliśmy i wszystko diabli biorą!


Książka jest tak samo mroczna jak jest wybitna. Opisy tych postapokalitycznych pustkowi są przerażające. Tak samo robi iście masakryczne wrażenie ideologiczna ciemnota, jaka jest propagowana, przynajmniej na terenie nowych kilku lub kilkunastu krajów utworzone kiedyś na terytorium dawnego supermocarstwa czyli Stanów Zjednoczonych. Najpotężniejsze z nich Królestwo Teksarlandu i Cesarstwo Denver. Z jakiś powodów Nowy Watykan przeniesiono na Nowy Kontynent. Pewnie licho było z Europą. Tej diabelskiej koncepcji życia w ciemnocie przeciwstawił się kościół katolicki i mnisi, tu mowa o nowym zakonie Albertynów czczących świętego, sprzed sześciu wieków, Leibowitza. Globalna tragedia wydarzyła się 12 wieków temu. Nadzieja na odmianę złego losu ludzkości jakaś licha jest, bo ludzie z drugiego średniowiecza, czy jak tam historycy za tysiące lat nazwą tą epokę, próbują tworzyć coś od nowa. Dotychczas tworzyli koncepcje naukowe przedstawiciele kleru, mimo faktu, że rozumieli niewiele więcej niż małpa gdyby jej pokazać rysunek techniczny urządzenia elektrycznego. Ale przynajmniej próbowali i wierzyli, że ich następcom za setki lat pójdzie lepiej. No i stworzą nowa cywilizację. Pytanie które się przebija: czy lepszą?


Działać próbują świeccy naukowcy. Dla ludzi kościoła są podejrzenia, bo wiadomo, że jakieś herezje wydumają. Jednak co światlejsi z nich dopatrują się przełomu.


O ile czytanie pierwszej połówka to męczarnia, stylistyka biblijno podobna nie ułatwia czytelnikowi życia, a druga leci z kopyta. Mamy pytania o kosmos.  Dowiadujemy się, że kolonia  gdzieś w gwiazdach powstała. Zaskakuje wiadomość, że uchowała się cudem sprawna barka kosmiczna która może zabrać trzech biskupów, żeby dbali, strzygli pewnie też, o kosmiczne owieczki. Jak ma to wyglądać pod kątem organizacyjnym, być może dogmatycznym też,  stosunki Watykanu z już istniejącą kolonią?  No i czy Ziemia została spisana na straty, bo mimo że tamci mają standardowy, według naszych pojęć, poziom, to jednak nie interesuje ich ta kupa radioaktywnego gruzu jaką jest Ziemia. To akurat nic nowego bo wiele literackich koncepcji SF tak podchodzi do tematu. Tu jednak coś jest i może wrócić kiedyś do kosmicznej gry.


Książka jest interesująca i niesamowicie zaskakująca. A oto przecież chodzi w literaturze więc jest dobrze. Polecam.



poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Anna Kantoch, Przedksiężycowi, t. 1

 Anna Kańtoch,


 Przedksiężycowi, 


cykl: Przedksiężycowi, t. 1

Wydawnictwo: Powergraph

Data wydania: 2017 r. 

ISBN:   9788361187745

liczba stron: 424

tytuł oryginału: -----------

tłumaczenie: --------

kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/170907/przedksiezycowi-tom-i/opinia/72010127#opinia72010127



No w końcu przeczytałem pierwszą część cyklu „Przedksiężycowi”, nie dlatego, żeby to było przesadnie trudne w odbiorze, ale jest to dosyć mroczna fantastyka. Wszystkie trzy części mają ten sam tytuł „ Przedksiężycowi”. Anna Kańtoch, autorka, miała dość mroczny i raczej skomplikowany koncept, przelała to na papier, a ty czytelniku dumaj co pisarz, w tym wypadku pisarka akurat, miał na myśli?


Mamy w tym uniwersum Przedksiężycowych niezłe zamieszanie. Właściwie trudno powiedzieć kim oni są ci Przedksiężycowi? Jeżeli nawet nie są bogami lub aniołami, to na pewno są drudzy po Bogu, to oni tu, w tym wieloświecie, dzielą i rządzą. Podstawową normą są tutaj skoki, czyli loteria genów. Masz lepsze, przetrwasz skok, serię skoków, zostaniesz w miejscu, bo się przydajesz. Nie przetrwasz, jesteś do niczego, jesteś zbędny, polecisz w głębię, zostaniesz w przeszłości, w gorszym świecie, szybko zachorujesz i umrzesz. W tym najlepszym, tzw. idealnym świecie, między innymi mieście Lunapolis chorób praktycznie nie ma, więcej umiera w wypadkach. Skoki to też wygodny sposób na pozbywanie się trupów i śmieci, bo po prostu są wyrzucane w głębie przeszłości, niech się tym inni martwią. Ci nieliczni, najlepsi, mają dotrwać do jakiegoś Przebudzenia i trafią do raju. Sceptycy twierdzą, że to mit, ale są uważani za wariatów i na serio nikt tego nie traktuje.


Mamy jeszcze dwie części cyklu, to pewnie zostanie to jakoś bardziej sensownie napisane o co chodzi, bo mi to wygląda na jakiś skrajny korporacjonizm. W sensie, że świat sprowadzony został do megakorporacji i jak ktoś się nadaje, to jest przydatny i działa, to jest ok, nie jest, otrzymuje gest, znany nam z Ameryki, „fuck off!”. Po naszemu by to było „spieprzaj dziadu”, ale to jeden czort właściwie, jak ci ktoś zakomunikuje: Spadaj! Bo przecież; „Najlepsze jest to co się sprzeda. Chujowe to co sprzedać się nie da”.* Czy to ma sens? Nie wiem. Jak wspomniałem są jeszcze dwie części, i jestem ciekaw, co tam będzie, czy coś będzie bardziej jasne i sensowne, co dlaczego i jak? No i kim tak naprawdę są ci oni? Przedksiężycowi? No i czego chcą?


Cokolwiek by nie było, jakie są zamysły tych galaktycznych szefów, ludzie jakoś sobie z tą niepewną egzystencją, przypominającą realia wojenne radzą. Zagrożenie co prawda nie jest codzienne, ale mimo to częste, bo informacja o kolejnych skokach trafia do mediów, i każdy jest w strachu, że może być tym ostatnim. Strach przed tym jest duży, bo standard tych światów jest dużo gorszy. Da się wylądować w środku epidemii jakiejś paskudnej choroby i w mękach umrzeć w ciągu paru dni np. Przedksiężycowi pozbywają się problemu, po prostu utylizują zbędnych ludzi i nie widzą potrzeby się interesować się tymi ludźmi.. Mamy tu dwoje głównych bohaterów Finnena i Kairę, no i oczywiście od groma postaci drugoplanowych. W sumie funkcjonują, radzą sobie, są dyskusje o skokach, o życiu, śmierci itd.


Na pewno ta koncepcja idealnego miasta Lunapolis i wielu innych podrzędnych światów. Niektórzy mogą wędrować między światami, które są podobne do siebie, choć różnice są, im gorszy świat, tym zima dłuższa, i zapewne innych atrakcji jakie oferuje natura jest więcej. Na pewno nikt dostępu nie ma do świata Przedksiężycowych, jednak jakoś się kontaktują z ludźmi, ustanawiają normy i prawa, regularnie wchodzą powiadomienia o skokach i rozwiązywane są różne bieżące problemy.


Widocznie tak miało być, że jakiś cel i sens w tym jest, że to jest trylogia i to wszystko jako całość dopiero wszystko trzyma się kupy. Jest ciekawie, jest mrocznie, jest bardzo brutalnie, jest fascynująco. Warto przeczytać. Jestem ciekaw co będzie dalej i będę czytał. Książkę polecam.






Ad.


środa, 5 sierpnia 2026

Robert J. Szmidt, Uderzenie wyprzedzające

Robert J. Szmidt, 



Uderzenie wyprzedzające


cykl: Pola dawno zapomnianych bitew/Bukowski, t. 2


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2022 r.

ISBN:  9788381884051

liczba str.: 482

tytuł oryginału: -------

tłumaczenie: --------

kategoria: science fiction 


recenzja na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5021478/uderzenie-wyprzedzajace/opinia/100074278#opinia1000742



Przeczytałem książkę pt. „Uderzenie wyprzedzające”, wiemy o tym, że Bukowski trafi do tego nowego świata przyszłości, połowa XXIII wieku. Jest inaczej, kupa nowych wynalazków, inna mentalność, ci ludzie przyszłości nie rozumieją naszych metafor, ani przysłów. Gdyby nie Bukowski, a potem Święcki to chyba by przepadli. No i jest kosmos, gigantycznie wielka Federacja z dużą ilością kolonii. Podróże dzięki z jednej strony wchodzeniu w nadprzestrzeń, a z drugiej wchodzenie do punktów zwanymi studniami grawitacyjnymi co umożliwia szybką komunikacje metasektorową, te podróże są szybkie.


Przypominam, wiemy, że Bukowski jest gdzieś w kosmosie, a te konkretnie kosmiczne metasektory są czymś w rodzaju prowincji, która ma charakter typowo kolonialny względem centrum. Niby wszystko poza centralną Ziemią to kolonie, ale jak wiemy z głównego cyklu, w tej wojnie domowej spora część kolonii walczy jednak po stronie centrali. Wynika to z tego, że widać są równi i równiejsi i ci pierwsi postanowili się zbuntować.


Przydał się im Bukowski, człowiek z muzeum, bo jako jedyny w całej galaktyce znał realia wojny, radził sobie ze strategią wojenną i innymi sprawami związanymi z zarzynaniem się ludzi nawzajem, a jak wiemy XX wiek to okres miliona wojen na globie, a po ćwierci tego naszego wieku już wiemy, że nie ma co liczyć na to, że będzie lepszy. Ekipa Bukowskiego ruszyła w kosmos, a tymczasem świat oszalał i postanowił się wykończyć!


Tu w tym uniwersum, w połowie XXI wieku, mamy skrajny kapitalizm, po prostu korporacje wzięły co swoje, powstały korpopaństwa, i konkurencja w tej wersji kapitalizmu przybrała krwawy obrót, atomówki latały aż się kurzyło! Cud właściwie, że cywilizację udało się odbudować, powstał potężny rząd światowy, a niebawem Federacja kosmiczna pod dyktatem Ziemi rzecz jasna. Do tej rzeczywistości dotarła ekipa Mayflower z kapitanem Robertem Bukowskim na czele. No i nie było opcji Bukowski musiał trafić w wir wydarzeń. Zaczynamy dowiadywać się dlaczego to imię nawet po upływie stulecia jest okryte złą sławą. Doszło do wojny, a wojna kosmiczna to nie zabawa, miliard ludzi praktycznie wyparowało! Ciekawie się to zaczyna.


Jednak zanim się zacznie idzie jak po grudzie, bo trzeba jakoś głównego bohatera wkręcić to całe zamieszanie. Na początek pojawia się Kasjopea Wilhelm. Wybrała się na rubieże kosmiczne do roboty w kopalni, super intratna ta oferta nie była, ale wyjścia nie było. Uciekła z planety i szybko się okazało, że jako jedyna to przeżyła, bo jej kolegów z roboty gdzieś wcięło. Wcześniej zastąpili buntowników. No i musiała trafić do rebeliantów. A że jakiś cel w tym jest możemy się domyślać, że to dopiero początek. Zapewne tam się dowiedziała, że jej kumple z roboty, jak i jej ojciec Frank trafili do specjalnych szpitalnych barek kosmicznych. Służą one do tego, żeby łamać ludzi, w ciągu dwóch tygodni przeżywają traumy, np. pobyt w kolonii karnej z wyrokiem dożywocia i tak kilkakrotnie. Wspomnień celowo nie wymazywano. Masakra! Oprócz jak zwykle motywów ekonomicznych i politycznych jest to dodatkowy motyw, żeby się buntować i walczyć zażarcie z ziemskim reżimem! Chyba to jasne po co jest na kartach książki Kasjopea Wilhelm, dzięki jej perspektywie czytelnik zrozumiał o co tutaj chodzi, bo historia to nie tylko wykaz bitew, podpisywanych rozejmów, pokojów, ale przede wszystkim emocje. To właśnie to! Imperatyw kategoryczny nakazał Kasjopei brać wszystko co nadaje się do zabijania i iść na wojnę!


Te wszystkie czynniki zapowiadają, że ta kosmiczna wojna domowa to będzie istna macabre dance! Nic dotychczas w historii ludzkości takiego nie było, a przynajmniej nie na taką skalę. Chyba przestaje mnie to dziwić, że Bukowski w końcu trafił na tą sama listę co Hitler i wielu jemu podobnych, chorych na głowę, ludzi. Czy był możliwe odwrót, dogadanie się zawczasu, żeby uniknąć przelewu krwi? Teraz już chyba nie, obie strony dążą do wojny. Nikt nie ma zamiaru się cofać!


Są jeszcze dwa tomy, zobaczymy jak będzie. Dla akcji wiadomo powinno być dobrze, bo to się przecież fajnie czyta. Ta książka jest troszkę dziwna, bo trzeba głównego bohatera wprowadzić w ten konflikt, dla niego obcy przecież, no i żeby miał w tym interes, np. śmierć sobowtóra w jego pokoju, nie trudno się domyśleć kto był celem wubecji? Było też przekonanie, że sprawa słuszna, co zapewne nie było łatwe. Sprawę komplikował fakt, że Bukowski domyśla się jak to się może skończyć, że Ziemia zbierze wystarczające duże siły, żeby zdławić bunt. Ale w końcu to nie pierwszy raz w dziejach było, także w naszej rodzimej historii. Ludzie w dramatycznej sytuacji po prostu to robią co uważają za słuszne. Jak widać przyszłość bliższa i dalsza nic w tym nie zmieni. Historia ludzkości będzie się dalej toczyć, a czy to będzie dalej jedna planeta czy milion, nic się nie zmieni. Charakterystyczne dla cyklu, zarówno prequela, jak i właściwego jest oczywiście drobiazgowe planowanie wszystkiego. Ciekawe to jest na pewno, z czytaniem tego wszystkiego bywa różnie. No ale autor uważa, że tak musi być. Bo przedstawiony świat hipotetycznej przyszłości, zdaniem autora, musi być obrzydliwie racjonalny i tak dokładnie jest. To trzeba przyznać. Kolejna książka z cyklu „Pola zapomnianych bitew/Bukowski"  jest dobra, będę czytał dalej. Polecam.


czwartek, 30 lipca 2026

Andrzej Pilipiuk, Kroniki Jakuba Wędrowycza

 Andrzej Pilipiuk,


 Kroniki Jakuba Wędrowycza


cykl: Kroniki Jakuba Wędrowycza, t. 1 


Wydawnictwo: Fabryka Słów, Edipresse

Data wydania: 2018 r. 

ISBN:   9788381173506

liczba str.: 224

tytuł oryginału: ---------

tłumaczenie: -------


kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4855295/kroniki-jakuba-wedrowycza/opinia/48356990#opinia48356990




Na rybki [ w: ] A. Pilipiuk, Kroniki Jakuba Wędrowycza




W sumie wyszło jak wyszło, że pierwszy tom opowiadań recenzuję jako ostatni, z dotychczas wydanych rzecz jasna, ale w sumie źle nie wyszło, bo wiem o co chodzi z przygodami Jakuba Wędrowycza i pod tym kątem jest ciekawe jak autor miał zamysły co do tego bohatera i całych okolic Wojsławic. W książce pt. „Kroniki Jakuba Wędrowycza” poznajemy wesołego dziadka Jakuba i jego kumpli w wieku senioralnym, których główny bohater spotyka najczęściej w lokalnej knajpie. Bo już od początku się dowiadujemy, że trunki wszelakie leją się na kartach książki w iście kosmicznych ilościach. Nawet arcymistrzowie chlania Rosjanie nie dają rady w sparringach z Jakubem. Najpierw na tak zwane schody, na każdym stopniu kieliszek wódki lub bimbru, i kto wyżej zaszedł wygrywa zawody i jest pijackim kozakiem, sigmą, zwał jak zwał, wszedł pułkownik, nie dał rady. Do rewanżu przystąpił generał.


Większość opowiadań z tego tomu jest bardzo zabawna, to, że czytelnik ze sto razy pęknie ze śmiechu jest gwarantowane. Niewątpliwie jednak oblicza. Wędrowycza są różne, na co dzień wsiowy pijaczek, śmierdzący gorzałą i wszystkimi zapachami wsi. Bywa jednak, że pokazuje swoją fachowość w zawodzie świeckiego egzorcysty mający słuszną renomę najlepszego w kraju. Zdarza się również, że zakłada przyzwoite ubrania i sprząta do niepoznaki swoją chałupę, bo przyjeżdża rodzina z Warszawy i wstydu nie może być.


Jest jedno opowiadanie bardzo mroczne, chodzi o pobliską Dębinkę Wielką, którą zamieszkują neandertalczycy, zwani potocznie małpoludami. Nikt nie ma pojęcia jak oni przetrwali te dziesiątki tysięcy lat. Parafia w Dębince to rodzaj zesłania. Ksiądz Paweł Markowski ma szczęście, bo zyskał potężnego sojusznika jakim niewątpliwie jest Jakub Wędrowycz. Jak już wspomniałem to mroczne opowiadanie nawiązuje do klimatu horrorów wręcz. Pilipiuk pokazuje tym samym, że takie również czytelnik znajdzie w kilkunastu kolejnych tomach przygód Jakuba.


Z racji, że są wakacje, przed nami kolejna fala upałów. Wojsławice są na południu kraju, więc jednym z cieplejszych regionów, lato jest słonko jest, temperatura taka jak trzeba, więc Jakub Wędrowycz uznał., że czas wybrać się na rybki, tym bardziej, że na pobliskim akwenie wodnym jest zakaz łowienia ryb, to koniecznie trzeba tę próbę naruszenia Jakubowej wolności obalić przy okazji. Nasz buntownik wziął koło od traktora, spory zapas lokalnego piwa, kawał kija i ruszył na połowy. Tak dokładnie wydarzyło się w opowiadaniu pt. „Na rybki” i właściwie nie powinno się nic wydarzyć, bo emocje jak na rybach dorównują tym na grzybach. No ale jednak coś musiało być skoro pisarz o tym napisał, a ja wybrałem to opowiadanie. Były ze spotkanymi znajomymi opowiadane kawały o złotej rybce, o tym, że to jest cholernie przewrotne bydle i z życzeniami trzeba uważać. Jakub nie na żarty się wystraszył i jak już złapał mieniącą się na złoto rybkę, to gadać z nią nie chciał. Mówił, że patelnia i koniec gadki. Z tego wnioskujemy, że jakiś deal jednak miał miejsce, bo Bardaki popadli w kłopoty, odnaleziono na ich podwórku skradziony samochód. A jak wiemy, jak Kuba Bardakowi, tak Bardak Kubie, i ta sąsiedzka waśń, niczym Kargulów z Pawlakami, toczy się na kartach tych książek latami.


Jest ciekawe, zabawnie, dobrze się to wszystko czyta. W potrzebie czytania luźniejszej literatury, jak lato, czy jakiś inna okoliczność., czytanie o tych nieziemskich przygodach tego odlotowego staruszka jest fajne. Jak wiemy jego najlepszą bronią jaką dysponuje jest swojski samogon i niejeden ludzki, jakiś dziwny wompierzy, a nawet kosmiczny byt miał okazję się o tym przekonać. W jednym z opowiadań organizm Jakuba mocno przepity spalił chipa, którego kosmici wsadzili w Jakubową łepetynę. Z Jakubem mieli do czynienia również filmowcy z dalekiej Ameryki, szła produkcja filmu science fiction. Jeden zbłąkany aktor trafił do lokalu w którym gościli Jakub i spółka znajomych, no i oczywiście trzeba było gościa godnie ugościć, wiadomo jak to się musiało skończyć. Jakuba zirytowały też latające spodki, koledzy dorwali domniemanego kosmitę, w Pilipiukowskiej litentia poetica, ufoka, i Jakub przeprowadził precyzyjną operację chirurgiczną wsadził mu w głowę oporniki od telewizora. Krótko mówiąc spokojny plener do filmu nie wypalił, bo był tam Jakub Wędrowycz. Książka jest po prostu dobra, warto przeczytać. Polecam.


czwartek, 23 lipca 2026

Janis Jonews, Jełgawa '94

 Jānis Jonevs,


 Jełgawa '94 


Wydawnictwo: Marpress

Data wydania: 2022 r.

ISBN:   9788375282788

liczba str. : 344

tytuł oryginału:  Jelgava'94

tłumaczenie: Daniel Łubiński

kategoria: literatura piękna


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/jelgawa-94/opinia/99373909




Książka fajna, tylko jak ją do diabła zrecenzuję? To pierwsza myśl, po tym jak skończyłem odsłuchiwanie tej książki. Przytrafiło się wyzwanie łotewskie w ramach Book Trottera. Wybrałem książkę Janisa Jonewsa pt. „Jełgawa’94”. Na pewno jest wyjątkiem, że wtedy kiedy mamy akcję książki państwo istnieje raptem trzy lata. Była owszem Litwa, ale wybrałem Amerykanina z Litwy, Algisa Budrysa. Tutaj mamy pisarza spod ryskiego miasteczka Jełgawa w dodatku fana muzyki metalowej, co dla mnie jest kompletnie obcą bajką, praktycznie nie zrozumiałem. I te zachwyty tą muzyką są mi kompletnie obce. To dlaczego uważam tą książkę za dobrą?


Dobre pytanie. Ta książka jest dobrą powieścią nostalgiczną dla kogoś kto przeżył lata 90 XX wieku i bohaterowie książki są praktycznie rówieśnikami Już okładka to sugeruje. Na okładce mamy, teraz praktycznie już obiekt muzealny, kasetę magnetofonową otoczoną wielkim czarnym tłem co sugeruje metal. Bo jak mówią o sobie bohaterowie „Nie byliśmy z metalu. Metal mieliśmy w naszych sercach” * Niby płyty winylowe są jeszcze starsze i dały radę wrócić. Czy pojawią się ponownie kasety? Nie mam pojęcia. Na pewno technologia ułatwia odbiór muzyki w dobrej jakości i nie potrzeba dodatkowych sprzętów. Wystarczy komputer lub telefon komórkowy i słuchamy to na co mamy ochotę.


W książce mamy opis czegoś co można nazwać subkulturą tej muzyki, słuchanie muzyki oprócz dużej ilości płynów alkoholowych, wyrobów tytoniowych i narkotyków, choć to raczej późniejszy nieco okres, no ale autor zdaje sobie sprawę, że to zawsze było obecne w tej subkulturze. Fascynacja tekstami typu „Nie mam nogi, pożarli mi ją moi współtowarzysze. […] Przestałem o nich myśleć taką naturę mam. Po prawdzie swoją nogę zjadłem sam” * . Do tego dochodzi fascynacja złem, diabłem. Niektórzy muzycy odsiadywali wyroki w więzieniach, inni były zwykłymi patusami, jakbyśmy to dzisiaj, kolokwialnie, powiedzieli. W sumie to autor sam się dziwi opisując współczesność, co się stało z jego ziomkami, m. in. ksywki: Śmierć, Zombie, Kłamczucha, że w dorosłość weszli jako normalni ludzie, niektórzy bogaci i sławni. Autor sam miał ksywkę Blondi, zapewne od długiej blond czupryny.


Dowodzi to tego, że książka ma charakter autobiograficzny. Pisarz opowiada czytelnikom jak to drzewiej bywało, jak to hałasowali po osiedlach, lasach, były też letnie wyprawy na łonie natury, podrywanie dziewczyn, picie alkoholu, śpiewy, nawet deklamowali poezję, wyli do księżyca itp. Autor i jego kumple mieli szalone dzieciństwo okraszone hałaśliwą muzyką metalową. Książka też miała swój rys socjologiczny, filozoficzny, a nawet historyczny, bo co nieco o historii rodzinnego miasta zostało opowiedziane. Mimo, że stanowiła dla mnie trudność jakiekolwiek identyfikowanie się z bohaterami, ideologią, systemem wartości, jakie propagowali, czy jakaś fascynacją dziwnymi akcjami, to jednak książka jest ciekawa, fascynująca, momentami wzruszająca nawet. Bo też taka jest idea tej Book Trootterowej podróży książkowej, że poznajemy nie tylko miejsca, ale różnych ludzi, dla nas odmiennych, mimo że do Łotwy, akurat daleko nie mamy. No ale ta książka mogła powstać wszędzie w Europie przynajmniej, no ale padło na Łotwę. I na pewno jest ciekawie. Ja nie żałuję czasu przeznaczonego na lekturę tej książki. Polecam.







Ad.
* Cytat pochodzi z książki