Suzanne Collins
„Kosogłos” jest troszkę inną książka niż dwie poprzednie części cyklu
„Igrzyska śmierci”. W pierwszej i drugiej części mieliśmy głodowe
igrzyska, chodź ich kontekst był troszkę inny do tego czego apogeum mamy
tu w trzeciej części, a więc rewolucję. W tej części przynajmniej z
założenia chodzi o to, że Katniss dojrzewała jako rewolucjonistka, i w
końcu wzięła w niej udział jako jej symbol.
Mamy również tutaj narrację Katniss, w przypadku relacji z igrzysk to
możliwie zdało egzamin, ale w przypadku rewolucji wyszło jednak troszkę
gorzej. Było nie było ta rebelia ma znacznie większy rozmach a Katniss
czasem brała udział w naradach u prezydent Coin to nie ma opcji, żeby
miała tą sama wiedzę co przywódcy rozstawiający pionki na metaforycznej
szachownicy. Oczywiście Katniss i Peeta nie byli zwykłymi pionkami, bo
wtedy ani Trzynastka, ani Kapitol nie zawracali by sobie nimi głowy,
byli raczej skoczkami lub gońcami. Figury użyteczne, ale w razie
potrzeby się je poświęca w rozgrywce szachowej i daje na stracenie. Tak
było z Peetą, kiedy prezydent Snow pozwolił na to, żeby akcja ratunkowa
się powiodła. Zadaniem umęczonego pod względem psychicznym i fizycznym
Peety było zabicie Katniss. Tak też zrobiła prezydent Coin, poświęcając
Prim, siostrę Katniss, żeby przyśpieszyć upadek Kapitolu, wiedząc, że z
Katniss już pożytku żadnego nie będzie, co najwyżej będzie robiła
tournée po Dystryktach jako celebrytka. Katniss zrobiła swoje, w
zamyśle autorki miał być to czyn na miarę rozwalenia areny ale nie był. O
ile rozwalenie areny sprawiło, że tlący się gdzieniegdzie bunt w
niektórych dystryktach przekształcił się w pożogę, która niczym ognisty
żywioł rozpaliła całe Panem. A tutaj, to, że politycy są siebie warci,
to przecież żadna niespodzianka. Jednego polityka zastąpi drugi i po
sprawie. Katniss dobrze broni się w tym cyklu jako indywidualistka,
która musi przeżyć igrzyska, ale już jako element zbiorowej machiny
wojennej już niekoniecznie, żołnierz idzie na wojnę, żeby realizować
konkretną strategię wytyczoną przez generalicję, nawet jeśli tego nie
rozumie. Ona nie musiała rozumieć po co Prim zginęła, ale miała iść na
front zrobić swoje, bo po to tam poszła. Miała 17 lat, wcale nie tak
mało, w postaniu warszawskim młodsi szli tłuc Niemców i nie zastanawiali
się czy gen. Tadeusz Bór Komorowski wie co robi. Był rozkaz strzelać,
powstańcy strzelali, przegrupować siły, robili to, poddać się również.
Tutaj też tak jest nie ona była od tego, czy prezydent Coin podejmuje
dobre decyzje. Ona była odpowiedzialna za wygranie wojny i za to jakie
koszty trzeba ponieść, żeby to zrobić. Katniss stanęła po stronie
Trzynastki i rebelii w dystryktach świadomie i dobrowolnie. Bo jednak w
tej rewolucji wcale nie chodziło o nią i o Peetę, choć spora część wojny
propagandowej do tego się sprowadzała, no ale propaganda z natury
rzeczy kreuje różne byty medialne wykorzystuje los jednostek do celów
ideologicznych.
Kosogłos jest nie tylko symbolem ale też ideą.
No i tutaj zaczynają się schody, na czym polega idea Kosogłosu? Głodni
ludzie zaczęli się buntować, im chodziło o polepszenie warunków
socjalnych, jak w każdej rewolucji. No ale czy to dostali? Ani słowa w
książce. Można się tego domyśleć analizując organizację Trzynastki, tam
każdy z prezydentem włącznie je to samo, porcje żywnościowe są
racjonalizowane w zależności do wieku potrzeb wynikających z wysiłku
pracy lub na wojnie. W porządku, tyle, ze Trzynastka to przecież system
bunkrów, a czy na otwartej przestrzeni zdołali wprowadzić taki system?
Nikt może nie zajada się kawiorem i innymi drogimi specjałami, ale też
nikt głodny nie chodzi. Jeśli tak, przypuszczalnie ta rewolucja miała
sens. Wynika on raczej z ograniczonego potencjału gospodarczego Panem. Stary system się zawalił prawdopodobnie w wyniku kryzysu gospodarczego.
System polegał na tym, że mieszkańcy Kapitolu żyli w dobrobycie, a w
dystryktach ludzie głodowali. Czy kiedyś było inaczej? Tego nie wiemy.
Wiemy, że była rebelia 75 lat temu i Kapitol wtedy wygrał. I tu należy
się doszukiwać przyczyn tego co mamy teraz. Mamy dużą nienawiść
większości mieszkańców dystryktu do Kapitolu i wszystkiego co jest z
Kapitolem związane, w tym igrzysk w szczególności? Do czego to
doprowadziło wiemy i czytelnik widzi, że nowa władza ma takie same
pokusy? Wynika z tego, że na bank Collins może pisać kolejną trylogię o
następnej rewolucji w Panem za jakieś 50 lat. Czyta rewolucja coś
zmieniła? Jest mowa o wprowadzeniu republiki, czyli ustanowieniu
lepszego systemu władzy. Ale czy to zrobili? Nic nie znajdziemy.
Najważniejszym pytaniem zdaje się było? Czy będą 76 głodowe igrzyska czy
nie? Jedna i druga strona konieczność igrzysk tłumaczy to tym, że
resztek ludności nie stać na pogromy ludności, dlatego lepiej jak ludzie
dostaną trochę krwi na arenie i im to wystarczy. Ale jest luka w tym
rozumowaniu Panem istnieje dłużej niż 75 lat, i jak sobie wcześniej
radzili bez igrzysk, czy były wcześniejsze rebelie zakończone regularną
rzezią? Na pierwszy rzut oka czytelnik widzi, że znaków zapytania jest
tutaj zbyt dużo. A te wynikają z tego, że autorka zbyt się wczuła w
opisywanie losów dwoje 17 latków Katniss i Peety, a za mało mamy tutaj
informacji o historii Panem, które są potrzebne.
Owszem wiemy, że był apokaliptyczny kataklizm, którą przetrwał niewielki
procent ludzkości, który na gruzach państwa znanego kiedyś jako Stany
Zjednoczone próbuje budować coś nowego. To jest ciekawe, na pewno
ciekawy opis tego typu sytuacji dał Jack McDewitt w książce
zatytułowanej „Droga do wieczności”, w której autor opisuje barbarię na
terenie USA po upadku Zachodu.
W tej koncepcji mamy wiele lokalnych niewielkich państewek. Ze
spuścizny intelektualnej niewiele zostało i na tej podstawie znajomości
raptem kilku książek budują mitologię wspaniałej cywilizacji, która
przeminęła, a która budowała wspaniałe miasta, drogi, itp. Tutaj w
przypadku Suzanne Collins ludzie są o tyle szczęśliwsi, że ze spuścizny
ocalało dosyć dużo, wykształceni ludzie znają historię, literaturę,
starożytne języki, w tym łacinę. No i w przeciwieństwie do książki
McDewita u Suzanne Collins Kapitol jest na naszym poziomie, niczym się
nie różni od współczesnych metropolii. A dystrykty już dużo gorzej,
wiemy, że mają np. telewizory w domach, ale to dlatego, żeby mieli
dostęp do propagandy no i oglądali głodowe igrzyska, a pozostałe dobra
współczesnej cywilizacji nawet jeżeli są, to są dość mocno
reglamentowane i z dostępem do nich jest duży problem. Ich sytuacja
przypomina sytuacje robotników w XIX wieku, ludzie pracowali ciężko za
marne pieniądze po kilkanaście godzin na dobę, nic dziwnego, że
dochodziło do buntów zarówno lokalnych, które czasem przekształcały się w
ogólnokrajowe rewolucje.
Na pewno Suzanne Collins pokazała to co jest dobre w dwóch poprzednich
częściach, a więc rozważania dotyczące ludzkiej psychiki, interesowali
ją zwycięzcy igrzysk oprócz Katniss i Peety, Haymitch, Johanna, Finnick,
Annie, i paru innych jeszcze. Na pewno fascynowało autorkę, kim trzeba
być z psychologicznego punktu widzenia, żeby igrzyska wygrać i kim się
stać po latach? Czy zmieniali się, czy pozostawali sobą, jaki był ich
tok myślenia? Te analizy typowo psychologiczne są ciekawe tu u autorki.
Postaci nastoletnich bohaterów, które ona kreuje są niezwykle
interesujące. Niewątpliwie warto zapoznać się z losami Katniss i Peety, a
także wszystkich pozostałych bohaterów cyklu „Igrzyska śmierci”.
Polecam.