niedziela, 15 czerwca 2025

Mirosław Złotek, Zrealizowana wizja

 Mirosław Złotek, 



Zrealizowana wizja


Wydawnictwo: Poligraf

Data wydania: 2016

ISBN:  9788378565079

liczba str. : 944

tytuł  oryginału: --------

tłumaczenie: ---------

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/zrealizowana-wizja/opinia/85451395       



 

Niewątpliwie książkę zatytułowaną  „Zrealizowana wizja”, której autorem jest Mirosław Złotek, czytałem najdłużej, mając na myśli typową literaturę oczywiście, prawie rok. Powód to po pierwsze jest to spora pozycja, zdarza się, ale również jest ona bardzo bogata  faktograficznie. Dalej koniecznie warto dodać, że jest tutaj całe mnóstwo koncepcji, bowiem ma ona również po części charakter publicystyki politycznej i geopolitycznej. Z założenia ma się to sprowadzić do tego jak można naprawić świat, żeby wszystko na planecie Ziemia chodziło jak w szwajcarskim zegarku i wszystkie buble, błędy w Matriksie itp. zostały wyeliminowane. Autor doskonale zdaje sobie sprawę, że idea jest tak karkołomna, że trzeba tu napisać książkę z gatunku science fiction.



Wziął się autor za swoją robotę, a potem czytelnik za czytanie, żeby się dowiedzieć, że nawiązana została łączność z kosmitami. Diabli ich wie z jakiej galaktyki oni są. Pewne jest, że po pierwsze są oni bardzo mali, wielkości przeciętnego owada, potocznie zwie się ich Maluchami. Byli też bardzo mili nawiązali z nami, w dodatku z Polakami, kontakt i zaproponowali układ; pomoc w uporządkowaniu ziemskiej stajni Augiasza. A czego chcieli, bo osioł by się domyślił, że bezinteresownie małe ufockie dranie nie działają. Deal ma polegać na to, że za te wszystkie dobrodziejstwa, wdrożenie kosmicznych wynalazków i sprzedanie recepty jak uratować glob, również od atrakcji klimatycznych otóż domagają się w zamian kawałka planety do ich wyłącznej dyspozycji. Podali przyczynę, że im się akurat planeta pali i potrzebują nowej. Rzecz jasna w konfrontacji wojennej łatwo daliby sobie z nami radę, ale z analizy im wyszło, że wspólna pokojowa egzystencja jest możliwa i dla nas i dla nich niewątpliwie jest to opłacalne. No szkoda, że różnych radykałów nikt nie pytał, a jak wiemy nie brakuje ich ostatnimi czasy. No ale nie mieli nic do gadania, bo sprawa została objęta klauzulą tajności, do której dostęp miało najpierw kilkanaście, potem kilkadziesiąt osób na globie. Maluchy lustrują nas ponad 200 lat, i widać przyznali, że do tej możliwie niemożliwej roboty potrzebują Polaka, bo jak zdążyli się dowiedzieć lotnicy z kraju nad Wisłą to i na drzwiach od stodoły dadzą radę polecieć, to i zrobienie porządku na planecie to dla pewnej grupy będzie do zrobienia. Na szefa grupy, która w przyszłości zostanie Grupą Trzymającą Władzę, dosłownie i w przenośni, bo fachowcy z tej ekipy utworzą rząd Ziemski za jakieś sto lat, wytypowany został emerytowany naukowiec Janusz Walewski.


Myślę, że nie ma potrzeby wczuwać się w detale, jak dokładnie do tego wszystkiego doszło, jak to zadziałało, trzeba na pewno wiedzieć, że członkowie grupy mają zainstalowane procedury prozdrowotne. Sam Janusz mając lat 70 szybko wrócił do biologicznej czterdziestki, no i zafundowano im tysiącletnie życie na zrobienie wszystkich działań i pilnowanie spraw, żeby wszystko działało, a trybów w tej machinie ma być multum. Panowie z Tech Topu, bo to główna firma tej organizacji działającej na rzecz planety przy pomocy Maluchów rzecz jasna, postawili najpierw na gospodarkę, co i rusz wdrażali i puszczali na rynek, czasem dopuszczali do interesu inne firmy sprzedając licencje na produkty. Szybko dzięki ciężkiej pracy doszli do miliardowej fortuny, a ten budżet już pozwolił na śmiałe działania, w tym uzyskanie wpływów na politykę na całym globie, a także zwalczanie terroryzmu, przestępczości. Chociażby bossowie narkotykowi z Kolumbii i innych krajów naprawdę mieli się czego bać. Bo zbrojne ramię firmy się nie patyczkowało. To samo dotyczyło zapalnych regionów świata, urządzano polowania na watażków z Afryki. Cel jeden spokój, likwidacja większości armii na planecie, część wojskowych znalazła robotę na Malcie, teraz Wyspie Centralnej, siedzibie rządu, bo jednak planetarne siły zbrojne potrzebne są. Wszystko ładnie pięknie, brzmi jak science fiction po prostu.


Konceptów jest z milion chyba, ciężko, żeby czytelnik we wszystkim zgadzał się z autorem, ale poznać tok myślenia i analizowania jaki pisarz nam zaprezentował warto. Na pewno to jest ciekawe.
Ja pytanie w zasadzie mam jedno, a nawet dwa: Pierwsze co jak się wszystko zacznie pieprzyć i świat będzie się walił po prostu, bo przecież Putinów, Netanjahuw nie brakuje, którzy palą się do draki, był przecież też covid, wybory w różnych krajach, których wynik trudno uznać za bezpieczny dla świata. Do tego nie zapominajmy o zmianach klimatycznych, które z każdym rokiem będą bardziej drastycznie odczuwalne. Rzecz jasna jeśli żadna z tych postulowanych reform nie wejdzie, a nawet sam autor wie, że nie ma co się łudzić. Opowieść autora zaczęła się w roku 2015, to jest istotne!, minęło raptem lat 10 i już by trzeba napisać z 50 aneksów do książki, żeby ona dalej trzymała się kupy. Patrząc z tej perspektywy to jednak optymizm, że będzie tak ładnie pięknie, lekko opadł. Drugie, czy bez interwencji kosmitów my sami jesteśmy w stanie zrobić porządek, gdyby pan Złotek przedstawił swoje koncepcje na forum międzynarodowym, a wszyscy przywódcy doznali olśnienia i zatwierdzili plan? No może jeszcze trzecie, wiedząc jak my wszyscy „lubimy się nawzajem” , czy w ogóle jest możliwa procedura, że najpierw postanie kilka Unii, które pójdą tropem naszej Unii Europejskiej. To na pewno jest szersze pytanie o tożsamość europejską, czy tylko my jesteśmy tak wyjątkowi, że pewne wartości nas do tego skłoniły Unia istnieje, chwieje się w posadach, bo są tendencje nacjonalistyczne, antyunijne, anty-klimatyczne, i jeszcze kilka innych anty. Wątpliwość też wzbudza nawet to, czy da się demokrację utrzymać, bo technologia już teraz tak bardzo przebiła rzeczywistość Orwellowskiego uniwersum, że rządy będzie kusić coraz mocniej, żeby te nacjonalizmy wykorzystywać do swoich celów? W związku z tym jak możemy upatrywać przyszłości Unii Azjatyckiej, Afrykańskiej, dwóch unii obu Ameryk. No bo nie zapomnijmy fundament UE to pewien poziom dobrobytu i systemy demokratyczne na tyle stabilne, że nie rozsadzi to organizacji? Jasne, że w książce są koncepcje jak podnieść poziom dobrobytu w biednych krajach na tyle ile się da. No ale wiadomo jest jak jest.


Pod tym kątem książka jest fascynująca, że daje do myślenia, tworzy się specyficzny rodzaj dyskursu między tym co proponuje nam autor, a czytelnikami, co oni mają w głowie, jak to widzą. Na pewno jest to oryginalne, bardzo publicystyczne science fiction. Ale przecież o to w tym chodzi, że te naukowe fikcje w jakimś stopniu opierają się na tym co my znamy i o czym wiemy. Na pewno tak samo jak w fantasy w science fiction kluczowa jest II wojna światowa. I w książce Złotka też to jest, ponieważ sam koncept tworzenia Unii był projektem tworzenia lepszego świata, bez wojen. Ten twórczy projekt autora przywraca nadzieję, że pojawią się jeszcze mężowie stanu pokroju Roberta Schumana, Konrada Adenauera, Jeana Monneta, którzy przeforsują globalną zmianę myślenia o nas, o planecie o wszystkim i chyba o to też może chodzić samemu pisarzowi.


Tak jak już wspomniałem to była długa i bardzo interesująca podróż literacka po całym naszym świecie, no ale także kosmosie, bo choć Maluchy w teorii są na drugim planie tej fabuły, bo cała robota spadła na grupę pana Janusza, no ale gdzieś tam są i czytelnik ma tego świadomość. Niewątpliwie książka do łatwych, przyjemnych zresztą też nie, nie należy. Ponieważ bokiem nam wszystkim wychodzą to czego się o politykach dowiadujemy, chociażby tego, że ubijają interesy polityczne na dzieleniu narodów. Jakby mało było nam jednej Polski, to potrzebna jest jeszcze druga. Tu trzeba apelować o opamiętanie i zmianę na lepsze. Czy dadzą radę? Książkę zdecydowanie polecam. Jest świetna.


sobota, 31 maja 2025

Rafał Aleksander Ziemkiewicz, Ognie na skałach

 Rafał Aleksander Ziemkiewicz, 



Ognie na skałach



Wydawnictwo: Fabryka Słów

Data wydania: 2005 r. 

ISBN: 8389011816

liczba str.: 240 

tytuł oryginału: ---------

tłumaczenie: ---------

kategoria: fantasy 



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4636/ognie-na-skalach/opinia/5568696#opinia5568696




Niewątpliwie Ziemkiewicz ciekawe książki pisze, była okazja tym razem przeczytać dość ciekawą książkę fantasy. Oryginalną raczej nie, bo wiadomo był ktoś taki  w naszej rodzimej literaturze jak Sapkowski i głównie ten pan, mówiąc lekko potocznie, porobił system w tej bajce, co nie znaczy, że nie warto poznać twórczości innych pisarzy i prób doścignięcia mistrza. Próba Ziemkiewicza, daję słowo, jest udana. Schemat jest podobny do „Wiedźmińskiej sagi”, do pewnej prowincji królestwa przybywa wędrowny żołnierz/poszukiwacz przygód czyli charakternik, wypisz wymaluj ktoś podobny do Geralta lub Eskela, Lamberta, jego kumpli, aż kusi napisać fraszkę „ Żegost, Żegost, ty ch...” .  Żegost, tak nazywa się główny bohater, dałby sobie zapewne radę w szermierce słownej z kolegami wiedźminami, a i w siłowych sparringach pewnie bez szans by nie był. Podobnie jak wiedźmini mają zwyczaj pakować się w każdą awanturę, również Żegost nie unika barwnych przeżyć, które dzisiaj byśmy nazwali dramami, a że to również świat fantasy, to i potwory do ubicia jakieś się znajdą.


Nasz wędrowiec szybko przekonuje się, że raczej mile widzianym gościem nie jest, no ale, że śpieszy się powoli to pakuje się w kolejne kabały. Są one na tyle solidne, że omal na stryczku nie kończy po tym jak gołymi rękoma praktycznie ubija książęcego gwardzistę. Niewątpliwie dla kogoś stworzonego, żeby umierać na polach bitewnych za bardzo honorowa śmierć to nie była. No ale dzięki temu trafił na polityczne rozgrywki na dworze książęcym. Były to spory między księciem a księżniczką, widać, że nawet w najlepszych związkach takie rzeczy się zdarzają. Księcia Zamborga podejrzewano o to, że jest szalony, księżniczkę, że całkiem normalna to ona nie jest. Żegost oprócz zawodowych obowiązków ochrony swojej wybawczyni, księżniczki, ma troszkę detektywistycznej roboty, co tu jest grane? No i nie zapomniał o potworze morskim, przez którego sam mógł poczuć stryczek lub toporek na szyi, bo wtedy gdy badał sprawę potwora doszło do zwany z gwardzistą. Potworem morskim, poza cudzoziemcem, nikt się nie przejął, bo oczywiście władza miała inne kłopoty niż zainteresować się losem rybaków, co mogło skończyć się sporym deficytem w diecie w całym księstwie, finansowym zapewne również. I to wszystko było na głowie dzielnego wojaka.


Akcja nie pędzi jakoś bardzo szybko w tej książce, ale jakoś bardzo to nie przeszkadza, bo czytelnik z zainteresowaniem przewraca kolejne karteczki aż do końca książeczki. Sporo jest dialogów tutaj, widać Żegost jest bardzo wygadany, a interlokutorów do dysput mu nie brakuje. Świat fantastyczny literacko wykreowany jest dobrze opisany, co niewątpliwie zachęca do czytania. Książka jest odrobinę mroczna, wybory w zasadzie też są, co siłą rzeczy do uniwersum Wiedźmińskiego nawiązują. Także też sceny w karczmach gdzie można pić do nieprzytomności, stłuc profilaktycznie gości z karczmy, a i pewnie chętne panny się znajdą, żeby przyjemności awanturniczego życia były kompletne. To jest po prostu dobra książka i dlatego polecam.

sobota, 17 maja 2025

Ursula Le Guin, Planeta wygnania

 Ursula Le Guin, 



Planeta wygnania


Wydawnictwo: Książnica

Data wydania: 2010 r. 

ISBN:  9788324578757

liczba str.: 192

tytuł oryginału:  Planet of exile

tłumaczenie: Juliusz P. Szeniowski 

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/103620/planeta-wygnania/opinia/90699495#opinia90699495



Wpadła mi w ręce raczej cienka książeczka, autorki, której książek dotychczas nie czytałem, owszem kojarzę, że to znana autorka książek fantasy, no i warto było spróbować. Koncepcja dosyć oryginalna, bo autorka weszła na rewir science fiction. Czy ta próba była udana? Dobre pytanie. Myślę, że jednak nie, bo ten koncept sf jest tutaj mocno naciągany, acz widać, że motywy fantasy są bardzo udane i książka jest dobra.


Motyw wygląda na klasyczne fantasy, gdzieś na planecie mamy plemiona, osiadłe od niezbyt długiego czasu, no i mamy dzikie plemię ghalów, które podąża z północy na południe, z powodu zimy, i zdobywa po drodze miasta, żeby zdobyć zapasy, żeby przeżyć. Pytania są jak sobie poradzą i kto przeżyje to zamieszanie. Krótko mówiąc cały motyw fantastyczny, może nie jest jakiś rewelacyjny, ale poprawny. Ale motyw sf to w ogóle jest nie wiadomo skąd wzięty i po co, tzn. da się do tego dorobić nawet parę fajnych ideologii, bo są książki o różnych Uniach Kosmicznych i tam mamy z grubsza opisane jak to się kręci, opisany system zdobywania planet o słabszych rozwojach cywilizacji. Znakomicie daje radę książka Davida Webera Alternatywa Ekskalibura” i to na tyle, że pomaga zrozumieć tą książkę o co może chodzić, bo autorka niewiele się wysila, pozostawia miejsce na domysły i spekulacje. Co czasem może być trudne dla czytelnika. No ale to kwestia gustu.


Podsumowanie siłą rzeczy jest odrobinę sprzeczne, bo książka zawiera dziwne koncepcje, a z drugiej strony czyta się ją całkiem przyjemnie, jest dosyć przystępna. Więc to wszystko zależy od tego czego się od takiej książki oczekuje. W okolicach przeciętnej można ją ocenić i polecić. Warto przeczytać.  


czwartek, 1 maja 2025

Maciej Makarewicz, Atlantycka konspiracja

 Maciej Makarewicz, 


Atlantycka konspiracja



Wydawnictwo: Replika

Data wydania: 2019 r

ISBN:  9788366217218

liczba str.:  462

tytuł oryginału: --------

tłumaczenie: -------

kategoria: thriller


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/atlantycka-konspiracja/opinia/87068122    



Była okazja przeczytać książkę Makarowicza pt. „Atlantycka konspiracja”. Z grubsza motyw jest banalny, jak to w thrillerach bywa, czyli poszukiwanie zaginionych skarbów. Niewątpliwie autor daje nam do zrozumienia, że znalezienie tego czego się szuka jest fajne, bo wiadomo złoto itp., ale też same poszukiwania są interesujące, bo po pierwsze to świetna przygoda, mnóstwo zagadek do rozwiązania, ale też znajdywanie takich skarbów jak mapy, które mogą być nimi same w sobie. No i podróże, mamy tutaj kilka krajów, co najmniej dwa kontynenty. I też się sporo dzieje.


Głównym bohaterem książki jest specjalista od starodawnej kartografii Rory Follon. Trafia do niego wiadomość głosowa i sprawa się rozkręca. Najpierw trafia do Lizbony i rozwiązuje zagadki, potem trop prowadzi gdzieś do Brazylii. Jest ciekawie, bo jak mamy motyw zarówno templariuszy, jak i legendarnej Atlantydy to nie może być nudno.


Podsumowując książka jest dobrze napisana, zagadki i tajemnice fajnie są literacko wykreowane. Postaci literackie z głównym bohaterem również są bardzo ciekawe. Książka jest dobra. Polecam.


poniedziałek, 14 kwietnia 2025

Frank Herbert, Kevin J. Anderson, Księżniczka Diuny

Frank Herbert, Kevin J. Anderson, 



Księżniczka Diuny



cykl: Bohaterowie Diuny, t. 3


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2024 r. 

ISBN:   9788383382548

liczba str.:  464

tytuł oryginału:  Princess of Dune

tłumaczenie: Andrzej Jankowski 

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5124042/ksiezniczka-diuny/opinia/88073798#opinia88073798





Jest okazja, po latach dokończyć cykl „Bohaterowie Diuny”, głównie dlatego, że autorzy śpieszyli się z tym raczej powoli. Początkowo koncept miał mieć cztery tomy, skończyło się na trzech. Te dwa pierwsze to nie była jakaś rewelacja, ale ten trzeci sporo nadrobił, który ma tytuł "Księżniczka Diuny". Głównymi bohaterkami są tutaj dwie kobiety samego Muadiba, więc jak sądzę mało kto ma wątpliwości, że to musi być ciekawe, bo obie panie to niezwykle silnie osobowości, choć mówiąc kolokwialnie są z całkiem innej bajki. Teraz już jest jasne, że chodzi o księżniczkę Irulanę, córkę padyszacha imperatora Szaddama IV oraz niezwykle dzielna fremeńska wojowniczka Chani, córka też nie byle kogo, bo Lieta Kynesa, imperialnego planetologa na planecie Diuna. Ten sądził, że pies z kulawą nogą interesuje raportami o Diunie wysyłanymi na Kaitaina, stołeczną planetę, ale był w błędzie, bo skrupulatnie się nimi interesowała Irulana.


Akcja toczy się dokładnie dwa lata przed wydarzeniami z książki pt. „Diuna”, czyli pierwszej części najbardziej znanego cyklu z tego uniwersum „Kroniki Diuny”. Nie ma samego Paula, bo rozkoszuje się mnogością wody na Kaladanie, urządza sobie tańce w deszczu i tego typu podobne przyjemności. Co nie znaczy, że Paul jest absolutnie niezbędny, żeby coś się działo na Diunie i milionie innych planet którymi rządzą od 10 tysiącleci Corrinowie. Poznajemy bliżej imperatora Szaddama IV i cesarską rodzinę, w tym jego trzy córki, oprócz Irulany, Winicję i Chalicję. Zapewne niektórzy pamiętają, że był cykl „Preludium do Diuny” i tam dwór imperatorski był dobrze opisany, bywał tam Leto, ojciec Paula. Nie brakowało przepychanek między rodami Atrydów i Harkonen’ów. W tej książce baron jako zarządca Diuny oczywiście jest, ale trudno go nazwać postacią pierwszoplanową. Rozwiązywał głównie nagłe kryzysy na Diunie, jego krewniak Bestia Rabban miał co robić. Niewątpliwie największym z tym kryzysów było przybycie dworu imperatorskiego na Diunę, oficjalnie w celach inspekcyjnych.


Prawdziwym powodem tej kosmicznej peregrynacji imperatora i jego dworu, było powstanie młodego, ambitnego oficera wojsk imperialnych Zenby. Podsumowując działo się i było ciekawie. Na tyle, że Kaitan omal nie podzielił losu Salusy Sekundusa, centralnej planety z czasów dżihadu butleriańskiego i postdżihadowych.


Niewątpliwie ta książka jest interesująca, akcja toczy się płynnie, dynamicznie, co i rusz coś się dzieje. Ciekawostką jest, że obie panie Irulana i Chani spotykają się na Diunie. Dobry motyw, że pojawi Dżamis z którym pojedynkował się Paul jak pojawił się u Fremenów. Na pewno dla fanów i czytelników książek z uniwersum Diuna to jest niesamowita. Trudno mi orzec czy dla kogoś kto w tym nie siedzi będzie to dobra książka. Na pewno taka jest i ma potencjał, żeby zachęcać do lektury kolejnych książek. Polecam.

niedziela, 30 marca 2025

Olga Gromyko, Wiedźma - Opiekunka

 Olga Gromyko, 


Wiedźma - Opiekunka


cykl: Kroniki Belarskie, t. 2, cz. 1-2



Wydawnictwo: Fabryka słów

Data wydania; 2010

ISBN:  9788375741872,   9788375741919

liczba str.: 288,  264

tytuł oryginału: Wiedźma chranitielnica

tłumaczenie: Marina Makarewskaya

kategoria: fantasy 



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/59471/wiedzma-opiekunka-czesc-2








Przeczytałem książkę pt. „Wiedźma - Opiekunka” Olgi Gromyko, to białoruska pisarka fantasy mieszkająca na Ukrainie, no jak jest teraz, w czasie wojny, to głowy nie dam oczywiście. W sumie to ciekawe uniwersum zostało stworzone, pod wieloma względami przypomina nasze wiedźmińskie. Nawet są wiedźmini, zajmują się tutaj tępieniem wampirów, może nie są to tak mocarne, jak wampiry wyższe, ale i tak dają radę. Są również istoty zmiennokształtne, tutaj zwane całkiem zwyczajnie udajcami lub metamorfami. Ciekawostka, że są złydnie, które można było spotkać w jednym z tomów opowiadań Andrzeja Pilipiuka. A te minimalne stwory są tak potężne, że dla niejednego wiedźmina pokonanie ich to byłby duży kłopot. Na pewno potworki mają potencjał, gdyby poszalały w kolejnej edycji gry wiedźmińskiej.


Warto wiedzieć, że mamy tutaj swego rodzaju powieść drogi, oczywiście fantazyjną, co nawiązuje do samego Tolkiena przede wszystkim. Mamy niesamowitą, główną bohaterkę, młodą, silną czarodziejkę, która zdała wszystkie egzaminy w Szkole Magów i poszła swoją drogą. Najpierw trafiła na dwór królewski, ale uznała, że dworskie intrygi są słabe i banalne. No i poszła na szlak, gdzieś na rubieże królestwa. No i całkiem dobrze jej tam było.



Najpierw zaprzyjaźnia się z sympatyczną kobyłką, bo wiadomo konik przydaje się prawie każdemu w świecie fantastycznym, potem mamy rajd po ścieżkach przeróżnych od dróżek leśnych do utartych szlaków prowadzących do miast. Po drodze dowiedziała się jaki jest sens daru otrzymanego od króla, na odchodne otrzymała tytuł opiekunki, zdradził jej to zaprzyjaźniony wampir, bo czemu miałby tu nie być odpowiednika Regisa?  Wampira równie sympatycznego i inteligentnego, a jak trzeba to i na szlaku da radę z różnymi, złymi ludźmi i nieludźmi również.


Musiał też być i smok, co sobie siedział w najlepsze na kupie złota i innych skarbach, no ale, że nasza czarodziejka jest obyta, jak to na wiedźmę bywa, wiedząca, to oczywiście wiedziała, że tych cudowności przechowywanych przez smoka ruszać nie można, bo ten posiada pazury wielkie, ząbki ostre, a ogień gorący i piekli jak diabli. No i jak bydle dopadnie, bo znajdzie złodziejaszka na drugim końcu świata nawet i odzyska ssskarb, to będzie licho z gagatkiem. Krótko mówiąc z kimś takim lepiej dobrze żyć. Aż dziwne, że smokowi pierścionka pilnować Tolkien nie kazał, tylko Gollum się tym zajmował, a potem dawały sobie radę z tym uciążliwym skarbem małe hobbity. Było ciężko, ale się udało.


Ogólnie bardzo piękny i barwny jest ten świat przedstawiony przez Olgę Gromyko. Tutaj w książce przedstawiono rzetelnie i dobitnie i pokazano nam czytelnikom, że fantastyka ze wschodu jest naprawdę wysokich lotów i warto do tych książek zaglądać. Warto dodać spostrzeżenie, że prawdopodobnie nie ma tutaj rozróżnienia na czarodziejki i wiedźmy, tak jak np.  w "Wiedźminie", czarodziejki to były wyszkolone absolwentki Aretuzy, a  wiedźmy to cała reszta wiejskie zielarki, magiczki, ewentualnie te, które nie poradziły sobie w Aretuzie i jak to bywa ze studiami, nie ukończyły zmagań typowo studenckich z nauką, ale wiedzę już miały na tyle dobrą, że mogły praktykować magię. Jak wiemy Wołha, tak nazywała się główna bohaterka tej książki, studia ukończyła z wyróżnieniem i raczej nazywana jest wiedźmą niż czarodziejką. Na pewno te uniwersum jest godne zainteresowania czytelniczego, Książkę warto przeczytać. Polecam.


piątek, 14 lutego 2025

Hooman Majd, Ajatollah śmie wątpić

 Hooman Majd, 



Ajatollah śmie wątpić 


Wydawnictwo: Karakter

Data wydania: 2010 r. 

ISBN:  9788362376001

liczba str.: 340 

tytuł oryginału:  The Ayatollah Begs to Differ

tłumaczenie: Dariusz Żukowski 

kategoria:  książki podróżnicze


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/89678/ajatollah-smie-watpic/opinia/88210955#opinia88210955 



Przypuszczam, że wyzwanie irańskie w ramach literackiej Book Trotterowej podróży jest jedno z trudniejszych, bo w końcu mowa o kraju który ma na pieńku z całym zachodnim światem, w którym szatan z Ameryki jest głównym wrogiem, co i rusz daje znać nieufność tego kraju w stosunku z Izraelem, czyli krótko mówiąc Iran jest uważany za dziki kraj i jest stosunkowo mało znany. No bo trudno uznać, że liczne telewizyjne relacje z Bliskiego wschodu pozwolą nam ten kraj poznać. Już lepiej do tego nadaje się literatura. Przekonany jestem, że książka Hoomana Majd”a pt, „Ajatollah śmie wątpić”, jest dobrym wyborem. Sam autor jest Irańczykiem z Ameryki, jest synem dyplomaty i wnukiem znanego ajatollaha, kogoś w rodzaju uczonego w piśmie, doktora koranicznego, autorytetu moralnego i religijnego. W tym wypadku to on, dziadek, był tym ajatollahem, który ośmiela się mieć wątpliwości. Te podróże autora, do ojczystego kraju są zarówno dosłowne, pakuje się do samolotu i podróżuje po Teheranie i innych miastach, regionach tego dużego kraju. Ale także jest to podróż sentymentalna. Autor dotarł do licznych źródeł pisanych i filmowych, ale też przede wszystkim są to liczne rozmowy z rodakami z kraju i z Ameryki. No i z tego mamy przedstawiony niezwykle barwny obraz Iranu na ponad 300 stronach tej książki.


Oczywiście, żeby poznać ten kraj tych przeczytanych książek musiałoby być dużo więcej, no ale jakiś zarys tutaj mamy. Poznajemy tutaj mieszkańców głównie stolicy Teheranu, autor rozmawia również z politykami, dwoma prezydentami Chatami’m i Ahmadineżad’em, rozmawia z duchownymi Islamskimi, także ze Strażnikami rewolucji, i innymi osobowościami tego państwa. Autor uznał za stosowne opowiedzieć jakie są różnice między szyitami, ten odłam dominuje w Iranie, a sunnitami, główny nurt Islamu. Ogólnie Islam jako taki nie uznaje instytucjonalności kościoła swojej religii, mułłowie są niezależni od siebie nawzajem, szyici jednak uznają szczątkową formę hierarchiczną, są nią ajatollahowie na których czele stoli ajatollah, przywódca religijny narodu, który jest jednym z kluczowych elementów irańskiej łamigłówki politycznej.


Czytelnik dowiaduje się troszkę o historii Iranu, zwłaszcza tej współczesnej, kluczowa data to rok 1979, kiedy to obalono rząd szaha Rezy Pahlavi’ego, de facto marionetkę USA i Wielkiej Brytanii. Na skutek tych przemian rewolucyjnych powołano rząd islamski i uniezależniono kraj od Zachodu. Majd’a zainteresowało podejście jego rodaków, niemal 100 % poparli oni nowy rząd, łącznie z samym autorem, mimo że przecież nie wszyscy byli fanatykami religijnymi. Rewolucjonistom udało się połączyć szyicki Islam z tożsamością narodową i tak jest do dzisiaj. Co ciekawe jak na standardy kraju trzeciego świata mamy tutaj ustrój demokratyczny, rządzący rządzą, tak jak rządzą, bo chce tego naród, i nikt nie przymusza do głosowania, czy nawet udziału w dorocznych demonstracjach popierających władzę, wyrażając przy tym systemową niechęć do wroga z Ameryki. Oczywiście są podziały i różnice w narodzie, ale ten dyskurs nie pojawia się w przestrzeni publicznej, bunt to np. styl życia inny niż oficjalnie dopuszczalny. Czyli są głębsze warstwy.


Przy okazji pojawia się całkiem dużo motywów obyczajowych, opisów imprez, nawet podejścia do spraw seksualnych, władza po cichu dopuszcza istnienie agencji towarzyskich. Ciekawostką jest, że w Iranie są góry, zimą pokryte śniegiem, jak większość gór na globie, ma się dobrze turystyka narciarska, a że mówi się tam głównie w językach arabskich i chwali Allacha? Cele i potrzeby turyści mają te same przecież. Inna ciekawostka, że szyici są bardzo pragmatyczni w kwestii przestrzegania pór modlitwy. Istotne jest, żeby pomodlić się przed kolejną porą, kiedy modlitwa jest wymagana, a nie w tym konkretnym momencie, jeśli nie jest to możliwe, bo ktoś podróżuje samochodem. Do tego dostosowują się nawet ludzie bardzo pobożni, co nie powoduje dodatkowych korków na ulicy Teheranu.


Z grubsza to tyle co można o tej książce napisać, dodać można, że jest bardzo ciekawie i przystępnie napisana. Autor rozumie dwa światy, jak wygląda to w jego kraju i nasz Zachodni i ten wysiłek w przybliżeniu swojego kraju przeciętnemu odbiorcy na pewno się opłacił. Książkę warto przeczytać. Daje to do myślenia i to jest ciekawa lektura.