poniedziałek, 9 maja 2016

Philip K. Dick,
Roger Zelazny,


Deus Irae



Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis  
Data wydania: 2016 r.
ISBN:  9788373016473
liczba str; 269
tytuł oryginału:  Deus Irae
tłumaczenie; Paweł Kruk 
kategoria: fantastyka, postapokalipsa 



(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:





Tytuł to pewien zlepek gry słów, dies irae, czyli dzień gniewu nastał, stoi za tym w Deus Irae, czyli Bóg gniewu. O tym jak każdy z was moi czytelnicy odbierze zależy jakie macie podejście do Boga i jak go sobie wyobrażacie. Czy widzicie w Bogu Ojca, dobrego pasterza miłującego swoich wiernych, do tego stopnia, że wysłał tutaj do nas swojego syna Jezusa Chrystusa? Czy może macie obraz Boga bliższy temu co jest w Starym Testamencie, a więc nie ma żadnego Mesjasza, nie ma obiecanej nam opcji pójścia do Nieba, a Bóg w niebiosach nie ma co robić, tylko duma jak tu ludziom dokopać? A więc już na wstępie autor zmusza czytelnika do refleksji, a dalej jak zagłębimy się w lekturę książki jest jeszcze ciekawiej. 


Autorzy, Philip K. Dick i Roger Zelazny, w książce „Deus irae” w literacki sposób rozpracowuje kulturowe koncepcje wynikające z judaizmu i chrześcijaństwa. Jak wspomniałem nastał dzień gniewu, świat doczekał nuklearnej katastrofy. Co ciekawe udało się udowodnić, że stoi za tym jeden człowiek. Po prawdzie jest to o tyle mało prawdopodobne, żeby tak było, jeśli ten człowiek nie jest prezydentem jednego z nuklearnych mocarstw, a i taka obecność na prezydenckim stołku człowieka opanowanego szaloną manią zniszczenia świata nie gwarantuje, że do apokalipsy dojdzie, bo wszak do tego tanga, trzeba co najmniej dwojga. Już nie mówiąc o tym, że nawet zakładając, że w którymś kraju dysponującym dużym potencjałem nuklearnym nie ma standardów demokratycznych to raczej wątpliwe, że taki dyktator taka decyzję podejmie sam i dokona takiego kroku bez wiedzy swojej administracji czy dowództwa wojskowego. O ile mi wiadomo sprawca nieszczęść jakie opisali autorzy nie jest kimś takim, co najwyżej ma dostęp do broni atomowej, a to troszkę mało. No ale jakoś wątek autorzy musieli sklecić. I winny, wcielony demon, indywiduum opętane przez szatana wróg ludzkości, dziwnym trafem okoliczności musiał znaleźć się jeden! I co zrobili ludzie? Dorwali drania i zrobili z nim porządek? Zdziwicie się, zrobili coś innego, zrobili z niego boga, Boga Gniewu. Według wierzeń Kościoła Boga Gniewu, ten ich demoniczny absolut ma powłokę zarówno cielesną, wszak Carleton Lufteufel, bo o nim mowa, żył długo dożył sędziwej starości, a także jak wierzą wierni ma powłokę boską, ponoć jest bytem wiecznym. Co niektórzy wierni mają tego typu objawienia. Istnieje również kościół chrześcijański, choć jest w mniejszości, kościół Boga Gniewu jest kościołem fałszywym, a Carleton Lufteufel jest tylko człowiekiem, który umarł jak każdy śmiertelnik i jego boskość jest mocno naciągana. Czy chrześcijanie zdołają przekonać swoich rywali w wierze, że błądzą i oddają cześć diabłu tak naprawdę? 


Ciekawy jest motyw, że postapokaliptyczna katastrofa, w której ginie większość ludzkości globu oznacza nie tylko przemiany cywilizacyjne, jak opisuje wiele klasyków tego gatunku następuje w szybkim czasie, kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu, cofnięcie się mentalne i cywilizacyjne człowieka co najmniej do średniowiecza. I tu w tej książce dokładnie też tak jest. Co prawda politycy postanowili się zabezpieczyć, i głęboko w Ziemi zakopali dane pozwalające odtworzyć cywilizację, cokolwiek to odtworzenie ma oznaczać. Jednak zapomnieli o pewnym drobiazgu, po nuklearnej terapii szokowej ludzkość jakoś nie miała głowy do tego, żeby szukać tych informacji, bo trzeba było szukać żarcia, zadbać o bezpieczeństwo, czyli przeżyć, a dopiero potem martwić się o idee. I mogło wyniknąć z tego, dokładnie to co my tu mamy, kompletnie pomieszane koncepcji, w tym wypadku religijnych. Większość ludzi straciła zainteresowanie Starym Bogiem, bo przecież znaleźli sobie nowego, sprawcę wszystkich nieszczęść złego Boga Gniewu, który bardziej odpowiadał na ich instynktowne i prymitywne zapotrzebowanie, dokładnie takie jacy byli oni sami. Bóg którzy się gniewa i zsyła na nich bomby atomowe bardziej do tych ludzi przemówił niż miłosierny Bóg, który wysłał swojego syna, żeby umarł za wszystkich ludzi na krzyżu i odkupił wszystkie nasze winy. 



Głównym bohaterem jest Tibor McMasters, jest osobą niepełnosprawną, nie ma rąk, ani nóg, jest impem, ma sztuczne kończyny ułatwiające funkcjonowanie, istotną informacja jest, że jest artystą, ponoć najlepszym na Ziemi i jego zadaniem jest namalowanie w kościele Boga Gniewu w Charlottensville w stanie Utah, w Stanach Zjednoczonych, gigantycznego fresku Boga gniewu. Tibor McMasters dysponuje jakimś zdjęciem, ale chce zobaczyć żywe wcielenie Boga Gniewu, żeby uwiecznić jego wizerunek. W rozumieniu chrześcijaństwa Jezus Chrystus dokładnie to zrobił, uwiecznił swój wizerunek chociażby w całunie Turyńskim, i stąd z teologicznego punktu widzenia jest możliwe przedstawianie wizerunku naszego Zbawiciela. Przedstawiciele fałszywego kościoła mieli taką sama potrzebę uwieczniania swojego Boga Gniewu, który w istocie jest swego rodzaju ideologiczną kombinacją opartą na tym co już było czyli chrześcijaństwie i judaizmie, tylko inaczej w tej doktrynie religijnej zostały porozkładane akcenty, bo tu przecież najważniejszy jest gniew. Czy ta misja Tibora McMastera powiedzie się?


Podsumowując, ta książka ma przesłanie sensu stricte religijne, bowiem autorzy przekonują nas swoich czytelników, że budowanie czegokolwiek bez Boga, lub na podstawie fałszywego obrazu Boga jest złe. I my ludzie dobrze o tym wiemy, lecz zły czort zawsze znajdzie sposób, żeby to swoje zło dobrze sprzedać przekonać nas ludzi, którzy przecież nie chcemy tego zła, że te zło, które nam diabeł wciska, jest tylko troszeczkę złe, że nie ma się czym w ogóle martwić. Miejmy odwagę odpowiadać, krótko, zwięźle i na temat: Idź precz szatanie! 

 
Książkę jest dobra, warto przeczytać.

czwartek, 5 maja 2016

 Terry Goodkind, 


Serce wojny 


cykl: Miecz prawdy, t. 17


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis  
Data wydania: 2016 r. . 
ISBN: 9788378188353
liczba str. 383
tytuł oryginału:  Warheart
tłumaczenie: Lucyna Targosz 
kategoria:  fantastyka, fantasy 


(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:


 




Zapewne pamiętacie moi drodzy czytelnicy, że kilka miesięcy temu czytałem cykl „Miecz prawdy” dlatego też się ucieszyłem, że w bibliotece trafiłem na nowy, i jak wszystko wskazuje na to, że jest ostatni, finalny tom cyklu „Miecz prawdy”.
 
Cała opowieść zaczyna się bardzo ciekawie Richard jest w zaświatach, co tam właściwie porabiał oprócz jak wiadomo sprawiania, że Khalan wróciła do świata żywych czytelnik dowiaduje się na końcu. Khalan, Nicci i pozostali, czyli żołnierze i mord - sith towarzyszący lordowi Rahlowi próbują wskrzesić Richarda. Wojna z imperatorem Sulachanem zbliża się ku końcowi. Sulachan i Hannis Arc i jego potężna armia półludzi zbliża się pod Pałac Ludu i wszystko wskazuje na to, że nic nie jest w stanie zapobiec wygranej sił ciemności. Czy da się coś zrobić, Richard, Khalan, Nicci i wszyscy pozostali reprezentujące siły dobra, w tym wypadku imperium d’Hary. Czy Richard jako magia przeciwko magii, kamień w stawie, siewca śmierci, teraz otrzymał nowy przydomek Serce wojny, dokona czegoś co wydaje się niemożliwe, czyli cudu?  O co chodzi z tym sercem? No raczej prawie wszystkim ludziom wojna kojarzy się z czymś jednoznacznie złym, a tu taki kwiatek się pojawił. Ale właśnie o to chodzi, pseudonim Serce wojny może pasować do kogoś absolutnie wyjątkowego, kogoś kto da się zabić za ukochaną. Dokładnie to zrobił Richard, dał się zabić, bo stwierdził, że bez swojej Khalan to on w ogóle nie ma po co żyć i będzie szczęśliwszy jak podąży za swoją ukochaną. Co to by było za fantasy, gdyby obydwoje nie wykombinowali takiej sztuczki jak powrót z zaświatów jako żywi ludzie? Wynika z tego, że Sercem wojny może być osoba, która w razie potrzeby używa miecza prawdy i łączy się magicznym gniewem miecza, ale wtedy kiedy trzeba potrafi sobie z tą magią poradzić i… A to już przekonacie się sami co Richard zrobił. Zapewniam, że to będzie zaskakujące. No bo Richard, lord Rahl, czarodziej wojny, pierwszy czarodziej Serce wojny, Zedd zmarł w poprzedniej części i tylko Richard może go godnie zastąpić, jest po prostu wyjątkowy, i to wcale nie magia czyni go wyjątkowym. 


Oczywiście nie brakuje odniesień do chrześcijaństwa, bo przecież wielką miłością wykazał się Jezus Chrystus, który umarł za nas wszystkich na krzyżu i to wydarzenie ma wpływ na nas wszystkich. Pojawiła się modlitwa do lorda Rahla, ale kiedy i dlaczego przekonajcie się. To chyba rzeczywiście jeden z najbardziej wzruszających momentów w całym cyklu. Autor genialnie to wszystko rozpracował i oczywiście w swoim stylu nakazał Richardowi zachować się nieszablonowo. Na tyle nieszablonowo, że nawet najbliżsi, z Khalan włącznie, nie mogli za nim nadążyć. Symbolem całego cyklu jest grace, czyli w bardzo dużym uproszczeniu coś w rodzaju magicznego kręgu. Grace to po prostu łaska, a to jednoznacznie kojarzy się z łaską wiary. I to zakończenie zaskoczyło wszystkich bohaterów. Czy zaskoczy czytelnika? A to już robota dla was, żeby się samemu przekonać. Niewątpliwie nawiązujący do Biblii, czyli apokalipsy św. Jana jest motyw końca czasów. Oczywiście Biblijny koniec świata jest jeden, ale wydarzeń ten koniec świata przypominający było wiele w historii ludzkości. Co może symbolizować, że taki koniec może być również początkiem czegoś nowego. I tu dokładnie coś takiego mamy, zadaniem Richarda jest zakończenie proroctw. W efekcie czego powstanie nowy świat. Nawiązuje to do cyklu Diuna, tam też mamy koniec czasów, bitwę na końcu czasów, która u Goodkinda też jest, bo jakże by inaczej być mogło. No i w Diunie jak i tutaj wynikło z tego coś ciekawego. Myślę, że to dobrze, że wiele książek czy to fantasy, czy to science fiction do chrześcijaństwa nawiązuje, bo po pierwsze dobra koncepcja fantastyczna nie może być od pewnej rzeczywistości historycznej, mentalnościowej, religijnej oderwana, a wiara chrześcijańska jest ważnym i ciekawym czynnikiem, który warto również artystycznie w literaturze fantastycznej. Bo dobre koncepcje literackie to takie, które dają do myślenia. A jeśli są w tych książkach motywy wiary, bo może mieć swój zbawienny skutek. 


Zdecydowanie polecam książkę „Serce wojny” i wszystkie pozostałe części cyklu „Miecz prawdy” przeczytać. Warto poświecić te kilka miesięcy na tą, żeby w tym uniwersum Goodkinda przebywać i zachwycać się przygodami, Richarda, Khalan i wielu innych bohaterów.

niedziela, 1 maja 2016

Robert J. Szmidt, 





Ostatni zjazd przed Litwą 





Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 2007
ISBN: 9788360505106
liczba str. 320 
tytuł oryginału: -------------
tłumaczenie: -------------
kategoria: fantastyka, science fiction 


 

(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/28670/ostatni-zjazd-przed-litwa/opinia/32922685#opinia32922685  )   






 
Mrok nad Tokyoramą [ w: ] Robert J. Szmidt, Ostatni zjazd przed Litwą 

 




Tym razem mnie jako czytelnika, który lubi czytać fantastykę zainteresowało jakie opowiadania pisze Robert J. Szmidt i te wrażenia z lektury mam interesujące. Autor tworzy niesamowite koncepcje science fiction. Są one na tyle doskonałe, a wszystkie opowiadania są na tyle wyśmienite, że chcąc swoim recenzenckim zwyczajem zając się jednym opowiadaniem wybór miałem bardzo trudny. Zdecydowałem się na genialne opowiadanie „Mrok nad Tokyoramą” w warstwie typowo wydarzeniowej mamy rozgrywki sportowe w przyszłości, gdzieś za kilkadziesiąt lat. Świat opanowali Japończycy. Jest centrala, czyli Japonia, a reszta to protektoraty, czyli po prostu kolonie. Mamy tu ogólnoświatową ligę mistrzów w che - ddo, czyli odmianę szachów, gdzie figurami i pionkami są żywi ludzie, którzy oprócz standardowych posunięć jakie dokonują liderzy, czyli sensei arcymistrzowie, walczą między sobą na miecze samurajskie tzw. katany. Atrakcja polega na tym, że przypomina to po trosze stare jak świat pojedynki gladiatorów, ponieważ krwi leje się wcale nie mniej, bywa, że zawodnicy giną na murawie. Poddanie partii nie oznacza śmierci całej drużyny, która przegra partię. Ponieważ są to rozgrywki ligowe, podział na sezon zasadniczy, normalnie każdy gra z każdym jest tabela, i tzw. fazę play off, gdzie obowiązuje system pucharowy. Wygrana to zazwyczaj mistrzostwo ligi mistrzów, czyli świata, ale zdarza się, że ranga zawodów rośnie, ponieważ po śmierci ostatniego cesarza z dynastii panującej ustalono, że kolejnymi władcami świata będą zwycięzcy sensei arcymistrzowie. Niedawno umarł pierwszy sensei arcymistrz, który został cesarzem i wygrana w finale zakończy interregnum, które zakończy się kolejną elekcją na arenie. O najwyższą stawkę walczą pan Oda, i pan Nowaki, ten drugi jest pół krwi japończykiem, z dużą domieszką polskiej krwi. Ci zawodnicy, wojownicy szachów, mają statut gwiazd co najmniej rangi takiej jaką mają najlepsi piłkarze świata np. Messi czy Ronaldo, a więc oprócz tego, że są sportowcami, są również ikonami popkultury. A sama liga mistrzów ma oprawę przypominającą mecze piłkarskiej ligi mistrzów oraz pojedynków bokserskich, a także pojedynków szachowych, bo sensei arcymistrzami zostają najlepsi. 


Poznajemy losy zawodnika Ryuchi Kody, zawodnika drużyny Ody, który w półfinale jako pionek zbił gońca, co zdarzało się niezwykle rzadko, bo pionki były tzw. mięsem armatnim i w starciu z figurami nie pionki nie miały szans. Ten wyczyn w odpowiednim momencie partii doprowadził do wygrania partii. Opcje jak w standardowych szachach poddanie partii lub szach mat. Jednak ta samowola była sprzeniewierzeniem się woli swojego arcymistrza i mogła doprowadzić do wywalenia z drużyny, jednak sensei arcymistrz pan Oda, awansował zawodnika, zrobił z niego gońca, a więc został figurą, czyli gwiazdą. Oczywiście doszło do pojedynku finałowego. Bardzo wysoka stawka uatrakcyjniła to szachowe widowisko. Kto wygra? Wiemy, że pan Nowaki stosował niekonwencjonalne metody walki np. wyeliminowanie jednej z drużyn w wypadku lotniczym, rezerwy musiały być skazane na pożarcie. Natomiast pan Oda jest tradycjonalistą. Gardzi rywalami dlatego, ze nie są prawdziwymi japończykami. Smaczku rozgrywkom dodaje, że obydwaj sensei arcymistrzowie zapowiedzieli, że w przypadku przegranej w tej  finałowej rozgrywce  dokonają seppuku, czyli tradycyjnego japońskiego samobójstwa, którego dokonywali samurajowie. 


Pionki poszły w ruch, za nimi figury, no i oczywiście katany. 400 tysięcy ludzi na trybunach i miliardy przed telewizorami oglądają to widowisko. 


Przeczytajcie, to opowiadanie i pozostałe moi drodzy czytelnicy, a przekonacie się, że Robert J. Szmidt jest w świetnej formie pisarskiej. Polecam.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Neil Gaiman,


Amerykańscy bogowie


Seria: Andrzej Sapkowski przedstawia




Wydawnictwo: Wydawnictwo Mag
Data wydania: 2002
ISBN:  8389004100
liczba str.: 549
tytuł oryginału; American Gods
tłumaczenie: Paulina Breiter 
kategoria: fantastyka  



 (  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:



  



Krążąc po księgarniach wielokrotnie widywałem na półkach książkę zatytułowaną „Amerykańscy bogowie”, której autorem jest Neil Gaiman, dlatego podczas ostatniej wizyty bibliotece kiedy trafiłem na tą książkę ucieszyłem się, że będę miał okazję zaspokoić swoja ciekawość o czym jest ta książka i zapoznać się z pisarstwem Gaimana. W tej książce świat tzw. realny miesza się z tym fantastycznym. W naszej rodzimej fantastyce tak pisze m. in. Pilipiuk, ale jeśli do jakiejś książki z naszej fantastyki ta książka jest podobna to niewątpliwie jest to cykl „Kłamca” Jakuba Ćwieka. Tam w naszą realnej rzeczywistości dobrze się trzyma Loki, pozostałe bóstwa z nordyckiego panteonu wykończyli nasi chrześcijańscy aniołowie. Tylko Loki został uwolniony z lochu, w którym kumple z rodzimego panteonu i wszedł w układ z aniołami. U Gaimana Loki też się pojawia, choć nie odgrywa kluczowej roli.
 


Do Ameryki postanowili w różnym czasie wyemigrować wszyscy zapomniani bogowie, nazwa śmierć bogów użyta przez autora jest nieco naciągana, bo było nie było bogowie są wieczni i mają się całkiem dobrze. W książce ponoć niektórzy z tych bogów umierają, ale ile w tym prawdy, a ile zwykłego oszustwa? Odpowiedzi na to pytanie nie zna nikt. Bogowie postanowili wybrać się na wycieczkę po całych Stanach Zjednoczonych i mają ciekawe oryginalne przeżycia z tym związane. 

 

Głównych bohaterów jest dwóch nordycki bóg Wotan przedstawiający się jako Wednesday, czyli po prostu Środa. A drugim jest zwyczajny człowiek, któremu nadano pseudonim Cień i tak jest przedstawiany w książce. Oczywiście potem się wyjaśni dlaczego Wednesday wybrał akurat Cienia na wspólnika, towarzysza podróży, któremu dane będzie poznać znajomych Wednesdaya, czyli bogów ze wszelkich możliwych panteonów. Cień spędził troszkę czasu z bogami egipskimi.  Wednesday funkcjonuje jako oszust i tak zarabia pieniądze, bo te widać bogom są do czegoś potrzebne, skoro ich wierni poszli sobie w cholerę i przestali ofiary składać. Natomiast Cienia poznajemy w momencie kiedy wychodzi z więzienia. Wtedy Wednesday zaproponował mu współpracę. Niedawno umarła Laura żona Cienia, która jako duch ostrzega Cienia, że kabała w którą się pakuje jest mało ciekawa. Interesujące, że poznajemy współczesnych bogów takich jak karty kredytowe, telewizja, itp. W sumie niewiele można tam znaleźć odniesień dotyczących chrześcijaństwa. Jest za to pewien opis rzeczywistości, która dotyczy tego, że Ameryka jest krajem specyficznym pozbawionym jednolitej tożsamości narodowej i z tym związanej również religijnej. Stany Zjednoczone są tyglem narodowościowym w którym miejsce na Ziemi znaleźli zapomniani bogowie, jakby im zaświatów, było nie było ma je niemal każda religia, było mało.



Autor stosuje tutaj przeróżne zabawy językowe, czytelnik ma wrażenie, że przypomina to typowo anglosaski styl Pratchetta, a także mamy tutaj zabawę kodem kulturowym. Amerykanie są biedni, bo nie maja własnej mitologii, to autor postanowił coś z tym zrobić, dorobił literacką ideologię, przypominającą mitologię i do niej nawiązującą. I tak tą książkę należy traktować troszkę pół żartem pół serio jako specyficzną zabawę kodem kulturowym. 


 
Podsumowując książkę można przeczytać, nie będzie to czas stracony. Książkę oceniam jako nieco ponad przeciętną.

niedziela, 24 kwietnia 2016

 Marc Elsberg, 



Blackout 


Wydawnictwo: W. A. B
Data wydania: 2015 r. 
ISBN:    9788328014725
liczba str.: 784
tytuł oryginału: Blackout
tłumaczenie:   Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
kategoria: thriller/sensacja/ kryminał


 (  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:  






Pstryk, pstryk
Mamy prąd
Pstryk, pstryk
Nie ma prądu
Pstry, pstryk
Ciemność widzę, widzę ciemność
Pstryk, pstryk
Cywilizowani ludzie wchodzą na drzewa.
Pstryk, pstryk
Zejdą z tych drzew?
 



Krótko zwięźle i na temat dokładnie w tych kilku słowach dałoby się opisać i spuentować to co zawarł Marc Elsberg w swojej książce. Spokojnie, można o niej napisać więcej ciekawych rzeczy, więc biorę się za robotę. 


Książka zatytułowana „Blacout”, której autorem jest Marc Elsberg przypomina książkę „Gdy zgasną światła” Alec’a Scarrow’a. W jednej i drugiej książce chodzi o to samo, o kryzys energetyczny, który dla przeciętnego człowieka przejawiał się tym, że zabrakło prądu i wywołało to szereg innych komplikacji w codziennym funkcjonowaniu. Różnica jest jedna tam się wszystko zaczęło od tego, że w rurociągach przestała płynąć ropa i to spowodowało brak prądu. Tutaj szybko się okazało, że chodzi manipulacje typowo informatyczne. W efekcie komputery na skutek działalności wirusów źle odczytywały parametry przesyłu prądu. W efekcie podjęto błędną decyzję o zwiększeniu przesyłu prądu, co spowodowało niespotykana dotąd awarię która rozprzestrzeniła się na całą Unię Europejską, a potem również Stany Zjednoczone. W jednej i drugiej książce to była robota terrorystów, którzy uznali, że potrzebne jest tak radykalne działanie w którym zginą miliony ludzi, żeby zbudować, w ich mniemani, nowy lepszy świat. W efekcie mamy zmagania rządów i służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo zarówno z bałaganem jaki się wytworzył na skutek braku prądu, jak i z tym problemem, że tych złoczyńców trzeba po prostu dopaść. 



Oczywiście nie brakuje w książce zatytułowanej „Blackout” opisów scen jak po kolei tworzy się chaos, zamykane są sklepy, szpitale, problemy z dostawą żywności, no i wszelkie inne problemy z dostawami towarów, w tym lekarstw. W efekcie mamy tutaj zmagania zwykłych ludzi nie tylko z tym, że nie ma światła, nie funkcjonuje, telewizja, ani internet, ale problemy są dużo poważniejsze. Chociażby codzienne walka, żeby zdobyć coś do jedzenia, pieniądze nawet jeżeli ktoś je ma są właściwie niewiele warte, bo nawet jak coś jest dostępne jest horrendalnie drogie, a po drugie co komu po pieniądzach za które niewiele rzeczy można kupić, czyli sektor finansowy, bankowy, ma również swoje problemy, no i ludzie walczą o utrzymanie higieny osobistej, bo brak prądu wywołał również problemy z dostawą wody. Na początku kryzysu ludzie próbują sobie pomagać, ale nie trwa to długo, każdy zaczyna myśleć tylko o sobie, przede wszystkim martwi się o przeżycie kolejnego dnia i to w sensie niemal dosłownym. Szybko tworzy się chaos, ludzie winią za wszystko polityków i próbują dostać się do budynków rządowych. W niektórych krajach władze przejmuje wojsko. Ten kryzys energetyczny jest testem dla demokracji. Państwa mimo tych wszystkich trudności mimo wszystko jakoś funkcjonują, organizowane są dostawy żywności dla ludności, organizowanie ośrodków tymczasowego pobytu. Problemem są elektrownie atomowe, powtórka z Czarnobyla i to w większej skali, bo elektrowni, które mają problemy jest więcej niż jedna. W kilku z nich dochodzi do wycieków z reaktora, co wymaga natychmiastowej ewakuacji okolicznej ludności. 



Jednak bohaterami są tu przede wszystkim decydenci i rodziny decydentów i to z ich perspektywy, a więc osób najlepiej poinformowanych. Wyjątek jest na dobrą sprawę jest jeden Piero Manzano, informatyk, który w przeszłości brał udział w protestach organizowanych przez antyglobalistów, miał nawet problemy z policją. Co wzbudza podejrzenie, czy Manzano przypadkiem nie ma nic z terrorystami do czynienia. Manzano szybko odkrywa jedną z przyczyn awarii, ktoś za pośrednictwem inteligentnych liczników kradnie prąd na masową skalę. Próbuje przekonać władzę, że sprawa jest poważna. Jednak władze włoskie go ignorują, przypadkiem córka jego sąsiada pracuje w strukturach Europejskich i Manzano przekonał pana Bodoniego, że muszą za wszelką cenę z jego córka się skontaktować. W epopei Piera Manzaniego razem z nim podąża dziennikarka CNN Lauren Shannon, którą Włoch poznaje w Hadze. Po różnych perypetiach Manzano podejmuje współpracę z Europolem. Sprawę prowadzi inspektor Bollard i współpracuje z Manzanim. Jak ta współpraca się układa? Czy obydwaj panowie są w stanie pokonać wzajemną nieufność i dążyć do celu jakim jest wyjaśnienie sprawy? Czy grupa Jorge Pucao zostanie zlikwidowana?
 


Trzeba koniecznie wspomnieć, że ta książka ma nie tylko wymiar typowo literacki, ma taką formułę, a nie inną, żeby dało się dotrzeć do jak największego grona czytelników. Jednak ta książka ma też wymiar naukowy, politologiczny. Autor przedstawia tutaj bardzo ciekawe analizy dotyczące kwestii czy ten przerażający scenariusz może kiedykolwiek mieć miejsce? Czy brak prądu w całej Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych przez kilkanaście dni jest możliwy? Czy rzeczywiście jest możliwy taki scenariusz wydarzeń, że krótkim czasie krajobraz w krajach Zachodnich nie będzie się różnił od tego widzianego w trzecim świecie lub krajach ogarniętych wojną? Interesująca jest kwestia czy to wszystko da się odbudować? Scarrow w „Gdy zgasną światła” wychodzi z założenia, że jak wszystko walnie, to już jest po nas, czyli po cywilizacji Zachodniej i nie tylko, wracamy na drzewa. Jakie zdanie w tej kwestii ma Elsberg?, a to już sami się przekonajcie moi drodzy czytelnicy. Na pewno to wszystko jest interesujące i warte przemyślenia. Pod tym kątem patrząc ta książka jest pożyteczna. Warto przeczytać.


Pstryk, pstryk…

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

 Stephen King,


Bastion


 (  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:  





Wydawnictwo: Zysk - Ska
Data wydania; 2007 r.
ISBN:   9788375060447
liczba str.: 976
tytuł oryginału:   The Stand
tłumaczenie: Robert Lipski
kategoria: fantastyka, postapokalipsa 






„Bastion” to interesujący przykład fantastyki postapokaliptycznej. Jak w każdej literackiej koncepcji tego typu cywilizacja została niemal wykończona i jak można się spodziewać dokonana zostanie próba odrodzenia. Cywilizację wykończyła zmutowana odmiana grypy zwana kapitanem Tripsem, ten sztucznie wykreowany przez wojskowych, na potrzeby wojny biologicznej, wynalazek zabił 99,5 % ludności całej planety. Wirus wydostał się z bazy wojskowej przypadkiem i potem cała seria przypadków sprawiła, że rozprzestrzenił się po całych Stanach Zjednoczonych, a wiadomo bardzo duża mobilność jest specyfiką tego społeczeństwa. A potem to już poszło dalej na całą Ziemię. Wszystkie zdarzenia widzimy z perspektywy zwykłych ludzi, jedni z nich utworzą społeczność miasta Boulder, a drudzy społeczność Las Vegas. Ci pierwsi są dobrzy, a drudzy źli. Rozróżnienie jest wyraźne tych pierwszych wezwał do siebie Bóg, bo przyśniła im się Abagail, która niczym starotestamentowy prorok została duchową szefową społeczności miasta Boulder. A tych drugich pociągnął za sobą Randal Flagg, który jest wysłannikiem samego Szatana, którego misją jest zwycięstwo zła. Oczywiście Bóg ani myśli na to pozwolić.
 

King napisał tą książkę w sposób bardzo drobiazgowy dzień po dniu poznajemy losy bohaterów takich jak Larry, Stu, Frannie, Lucy, Nadine, Harolda, Lloyda, Śmieciarza, Sędziego, Nicka, Toma i paru innych. Wszystkich poznajemy tuż przed katastrofą, w czasie, no i oczywiście, po jak się tworzyły obydwie społeczności. Jak nietrudno się domyśleć, miejsce jest tylko dla jednej z nich, i teoretycznie ta diabelska ma większe szanse na przetrwanie. Jest lepiej zorganizowana pod każdym względem. Co z tego wynika? Wymiar społeczny tej powieści oczywiście jest istotny, tak samo jak pytania, czy mimo takiego spustoszenia jakie poczyniła choroba może powstać na nowo Ameryka, którą społeczność Boulder próbuje reaktywować, czy powstanie, wyewoluuje, jednak coś nowego? Jednak czytelnik ma wrażenie, że ważniejszy jest wymiar indywidualny, tak jakby autor każdemu czytelnikowi z osobna chciał przekazać, że nie mamy się obawiać zła które wydaje się być tak potężne, że wydawać się może, że dobro nie ma szans, jednak Bóg wie swoje i zawsze ma swoje sposoby, żeby złego przepędzić w cholerę! bo Bóg zawsze wygrywa! Analogia do samej Biblii jest wręcz uderzająca. Stary Testament jest z jednej strony historia Izraela, narodu wybranego, a z drugiej strony interakcja tego starożytnego społeczeństwa z Bogiem. Motyw postapokaliptyczny ma nawiązywać do potopu, a zadaniem matki Abagail niczym Noe ma przeprowadzić swoich ludzi przez tą burzę.



 
Oczywiście analogii literackich da się doszukać więcej, czy to będzie „Ostatni świat” Celine Minard, czy „Samotność anioła zagłady”, w cyklu „Hyperion” Dana Simmonsa, dwie planety wyznawców judaizmu i muzułmanów pogrążył tajemniczy mrok, który sprawił, że ludzkość tych planet powoli zniknęła., dokładnie tak jak we wspomnianej książce Celine Minard. Co do książki Szmidta mam nieodparte wrażenie, że autor wyraźnie zainspirował się właśnie „Bastionem” Kinga. Główny bohater podąża przez nuklearna pustynię USA i ma zbliżone przeżycia co Larry, Stu i cała reszta paczki bohaterów „Bastionu”.


Podsumowując, fascynaci twórczości Kinga zapewne będą tą książką zachwyceni, a pozostali niech spróbują szczęścia i przekonają się sami. Książka jest dobra. Warto przeczytać.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

 Martin Abram, 


Quo Vadis - III tysiąclecie
( Na podstawie powieści Henryka Sienkiewicza ) 



 (  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl: 
 


Wydawnictwo: Polwen
Data wydania: 2013 r.
ISBN:    9788375571295 
liczba str.: 656 
tytuł oryginału: ----------
tłumaczenie: ---------
kategoria: fantastyka, science fiction, religia 




Zainteresowała mnie książka Martina Abrama „Quo Vadis – III tysiąclecie”, autor nie ukrywa, że mamy tutaj silną inspirację klasyka Henryka Sienkiewicza, książki znanej dość powszechnie, czytanej, oglądanej w wersji filmowej, i podziwianej. Zdecydowanie odrzucam argument, że jest to plagiat, bowiem autor ma wyśmienite oryginalne pomysły co do koncepcji świata wykreowanego tutaj, których nie powstydziłby się żaden przyzwoity twórca gatunku literackiego science fiction. Po prostu autor postanowił wytłumaczyć swoim czytelnikom na nowo świat zawarty w „Quo Vadis” Sienkiewicza na język współczesny, który jak wiadomo jest przesiąknięty z jednej strony staczającej się kultury Rzymskiej, która wyewoluowała z hellenizmu Greckiego. Kulturę helleńska krytykowali starotestamentowi Żydzi i tą krytykę od Żydów przejęli chrześcijanie. Natomiast z drugiej strony w książce Sienkiewicza mamy chrześcijan, w tym postaci autentyczne, to oczywiście apostołowie Jezusa Chrystusa św. Piotr i św. Paweł. W książce Abrama apostołowie mają swojego jednego fikcyjnego odpowiednika w osobie papieża Józefa II, zwanym też bratem Rogerem. Autor uznał, że warto się zastanowić w jakim kierunku zmienia świat, czy przypadkiem metafora świata w którym chrześcijanie ponownie będą prześladowani nie jest uzasadniona? 


Zacznijmy więc moje rozważania od tego, że świat wykreowany tutaj, gdzieś za sto lat, dokładnie rok 2112 r. jest spójny i logiczny, choć nie brakuje tutaj uproszczeń. Są one celowe, autor nie chciał utrudniać sobie życia np. problemem muzułmanów. Jak można przypuszczać, że w czasie tzw. kolejnej wojny z terroryzmem została dokonana eksterminacja tych wyznawców proroka Mahometa, którzy robili bałagan i nie chcieli się podporządkować systemowi. Ci co pozostali przy życiu podlegali tym samym procesom laicyzacji co reszta świata. A ci pozostali przy wierze przodków byli na tyle nieliczni, że nie stanowili żadnego zagrożenia. Podstawowym faktem jest to, że mamy jedno globalna państwo Stany Zjednoczone Świata ze stolicą w Nowym Yorku. Państwo to powstało w r. 2050. Światem rządzi prezydent, rząd, i Rada 12, czyli prezesi megakorporacji. Formalnie jest ustrój demokratyczny, ale w praktyce konsumentom, jak w konstytucji nazywani są obywatele świata, jest narzucana za pośrednictwem mediów wola rządzących. Po prostu konsumenci zezwalają, choć prawdopodobnie są nieświadomi tego, na to że są indoktrynowani. Na całym globie panuje względny dobrobyt, choć oczywiście nie jest to kolorowy świat, bo w biedniejszych rejonach świata wciąż nie udało się zwalczyć biedy i bezrobocia. Różnice ekonomiczne są jeszcze bardziej wyraziste niż teraz, kilkanaście osób na globie ma niemal wszystko, a cała reszta ochłapy, które łaskawie rzuci rada 12. Dlatego też nie było problemu z wywołaniem wielkiego kryzysu, czyli gigantycznego tąpnięcia na giełdzie za które mieli być odpowiedzialni chrześcijanie. 


Z formalnego punktu widzenia wyznawanie wszystkich religii jest dopuszczalne, ale już okazywanie swojej wiary w miejscach publicznych jest zakazane. Można przypuszczać, że państwo stosuje się utrudnienia tego typu, że wyznawcy poszczególnych religii płacą wyższe podatki, mają problemy ze znalezieniem pracy, otrzymaniem kredytu, itp., że bardziej opłacalne z czysto ekonomicznego punktu widzenia jest nie wyznawanie żadnej religii. Doprowadziło to do tego, że chrześcijan w r. 2112 jest raptem kilkadziesiąt milionów na świecie. Powody są też inne, chociażby rozłam w kościele wynikający z tego, że dla większości globalnego społeczeństwa nauczanie Kościoła przestaje być akceptowalne i staje się kontrowersyjne. W wyniku tego rozłamu papież Józef I przenosi stolicę apostolską do Afryki, gdzie wiara katolicka trzyma się najmocniej. Później Powszechny Kościół Katolicki w 2078 r. został zdelegalizowany, możliwe jest wyznawanie chrześcijaństwa w ramach struktur narodowych. Jednak nowo wybrany w tym czasie papież Józef II specjalnie się tym nie przejął, podróżował po globie umacniając w wierze swoje nieliczne owieczki. W roku 2112 wybrał się do Nowego Jorku, żeby odwiedzić tutejsze parafie. Dla prezydenta Johna Garrisona III to była wyśmienita okazja, żeby przepuścić atak na chrześcijan i zlikwidować te w jego mniemaniu potencjalne zagrożenie dla ładu światowego. 


Książka „Quo vadis – III tysiąclecie” ma dwie płaszczyzny z jednej jest jak wspomniałem opisy rzeczywistości XXII wieku, a z drugiej mamy rozpracowanie wydarzeniowe tego co znamy lektury Sienkiewicza, przy tym trzeba wspomnieć, to jest podobne, ale nie identyczne, bo chociażby losami niektórych bohaterów Martin Abram pokierował troszkę inaczej. Warto samemu się przekonać czytając tą książkę. Teraz troszkę konkretów. Oczywiście nie trudno się domyśleć, że prezydent Garrison robi tu za odpowiednik cesarza Nerona. Tych odpowiedników Sienkiewiczowskich bohaterów da się znaleźć oczywiście więcej. Pojawia się Petroniusz, kreator mody, z jakiś przyczyn autor postanowił zachować personalia tej postaci. Odgrywa tą samą rolę, co u Sienkiewicza, jest filozofem i przyjacielem Szymona. No i mamy wątek miłosny, Angel, lekarz weterynarii, i Szymona, wojskowy, właśnie wrócił z Indii. Angel, podobnie jak Ligia u Sienkiewicza jest chrześcijanką, natomiast Szymon, podobnie jak Winicjusz, zakochawszy się w Angel nawraca się przyjmuje chrześcijaństwo. Ten proces przemiany Szymona jest bardzo ciekawie napisany. Zarówno pod kątem psychologicznym Szymon chce zrozumieć Angel i pozostałych chrześcijan. Szymon, czyta "Biblię", "Katechizm Kościoła Katolickiego" i „Wyznania” św. Augustyna i po kilku dniach sam się przekonał, że się modli i wierzy w Boga. Poprosił brata Rogera o chrzest. Dalej już można się domyślać prezydent Garrison i jego administracja realizują plan prześladowań chrześcijan. 


Pod kątem psychologicznym ta koncepcja prześladowań chrześcijan jest interesująca, bowiem autor udowadnia, że cywilizowane neobarbarzyństwo może posunąć się jeszcze dalej niż robiła to dotychczas ekipa Hitlera. Bo w tej koncepcji Abrama można nie dość, że zabijać ludzi, to jeszcze na tym zbiorowym morderstwie można zrobić niezłe pieniądze. No bo mamy tu motyw, rzekomo, demokratycznego osądzania. Wygląda to tak, wystarczy wcisnąć odpowiedni przycisk jaki ma być wyrok, a dalej przyciskając przycisk każdy może zadecydować o karze i jeszcze dalej jeżeli klikniesz w odpowiedni przycisk decydujesz kiedy dana osoba ma umrzeć, czyli w praktyce zabijasz. Tu trafiło akurat na chrześcijan, ale natura ludzka już taka jest zawsze sobie znajdzie kogoś komu trzeba dokopać! Czy demokracja ma sprowadzić się do tego, że ktoś siedząc np. przy piwku czy kawie weźmie do ręki pilot i zabije bliźniego? Czy są jakieś granice? Autor daje czytelnikowi odpowiedź, owszem jest wyjście, chrześcijaństwo, czyli wybór wiary, wybór pomysłów jakie ma dla nas ludzi Bóg. My ludzie potrzebujemy Boga, choćby po to, żeby być zawsze ludźmi, a nie sprowadzać się w przyszłości do trybika w jakiejś neobarzyńskiej maszynerii. 


Książka jest piękna i wstrząsająca zarazem i taka ma być! Widać zarówno Sienkiewicz, jak i Abram doszli do wniosku, że my czytelnicy potrzebujemy takich książek. Zdecydowanie polecam.