środa, 27 maja 2020

Omar El Akkad, Ameryka w ogniu

Omar El Akkad,


Ameryka w ogniu 


Wydawnictwo: W. A. B
Data wydania: 2018 r.
ISBN:   9788328054028
liczba str.: 464
tytuł oryginału: American War
tłumaczenie: Jacek Żuławnik
kategoria: fantastyka




recenzja opublikowana na: 




                                                                                                            







Przeczytałem książkę zatytułowaną „Ameryka w ogniu” Omar El Akkada. Niby nic nadzwyczajnego, książek i filmów, które w jakiś koncepcjach przyszłości z Ameryką dzieją się dziwne, niewyobrażalne rzeczy nie brakuje, to jednak jest w tej książce coś wyjątkowego, jest to próba odpowiedzi co czeka świat i dominujące, było nie było w świecie imperium amerykańskie. Jest też oryginalna pod tym względem, że autorem jest pisarz pochodzący z jednego z krajów arabskich, z Egiptu. Ma to ciekawe przełożenie na książkę, wyjaśnienie, że trzeci świat nie jest czymś wyjątkowym w historii świata, i idąca za tym mentalność trzecioświatową. Bo przecież, kataklizmy naturalne i nie tylko, wojny, ludobójstwa, zarazy, problem głodu, rozwarstwienie społeczne, problem z deficytem wody, i wiele innych problemów, które są codziennością dla wielu rejonów świata i zawsze może się przydarzyć w krajach bogatych, Ameryki nie wyłączając. Autor odnosi się do historii XIX w., i niemal odwiecznych różnic mentalnych Ameryki na gruncie północ – południe. I to są różnice niebagatelne. Jak wszyscy wiedzą w polityce USA: są dwie dominujące partie, republikanie i demokraci, w Stanach południowych, z reguły wygrywają republikanie, w północnych demokraci. Autor przekonuje nas czytelników, że te podziały są dużo głębsze sięgające nawet czasów przedkolonialnych co jest kompletnie zaskakujące. Ale może coś w tym być, że pisarz z innego kręgu kulturowego, świata islamu, tak konkretnie, wręcz dosadnie pisze o Ameryce, możliwe, że nawet lepiej niż sami Amerykanie, bo jak się zwykło mawiać, nikt nie jest, dobrym, etnografem własnego plemienia. I dlatego to jest ważne w tej książce, autor uważa, że rozrzut między demokratami i republikanami, tutaj w książce mamy określenia znane z kolorów mapek wyborczych, powyborczych, czerwoni i niebiescy. Czerwoni to republikanie, a niebiescy to demokraci. Tych różnic nie zatarło 300 lat istnienia USA i śmiało można założyć, że przez kolejnych 300 to się nie zmieni nic a nic.


Pamiętacie, moi drodzy czytelnicy, zapewne, że nie tak dawno, również w Book Trotterze, była recenzowana przeze mnie książka Czubinowej zatytułowana „Meczet Notre Dame 2048” i w niej do problemów dominacji Islamu podszedłem bardzo sceptycznie. Motywując rozpracowany problem miedzy innymi Ameryką, jak to możliwe, że państwo z drugiej strony Atlantyku nie reaguje na problem. I tu w tej książce pada jakaś odpowiedź. Ameryka jest zajęta sama sobą, politycy doprowadzili do II wojny secesyjnej ( 2074- 2095 ), która spustoszyła kraj. Najpierw było zalanie sporych obszarów przez podniesienie poziomu mórz i oceanów, później brutalnie krwawa jatka przez dwie dekady, a na koniec zaraza, która niby miała spustoszyć zwycięską północ, ale, że wirusy nie uznają czegoś takiego jak granice polityczne, to zapewne w najlepsze wirus uwolniony przez Gerry’ego Tuska, który dobrał się do tego typu broni biologicznej, a potem rozprowadzonego na terenie metropolii mieszkańców północy przez główna bohaterkę Sarat, zapewne. Za wszystkim stali Arabowie z nowego imperium Buazizi. Dbali oni o swoje interesy, nie chcą żeby Amerykanie, Chińczycy i Rosjanie, o Europie, gdzie jest w tym wszystkim, nie ma mowy, wchodzili im w drogę. Arabowie wielu krajów, które udało się zjednoczyć zaprowadzili demokrację, na razie wiemy, że to kiepsko wygląda, ale wbrew pozorom nie musi to wyglądać tak tragicznie w przyszłości, jeśli zdołali oni zrobić odrodzenie kalifatu, i władca, mający również zwierzchność religijną, zdołał zrobić porządek z radykalnymi imamami i tym samym uporządkował Islam. To było w historii i będzie pewnie kiedyś. Czy kilkadziesiąt lat wystarczy na przemiany mentalne w świecie Islamu? Podobno do tego doprowadziła piąta arabska wiosna, pierwsza już była, jak wiemy? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Autor nie ma wątpliwości, że świat Islamu da radę. Ciekawe czy tylko ja bym chciał poznać więcej szczegółów z tej koncepcji, i zastanowić się na ile z logicznego punktu widzenia ma ona sens. Musiałaby to być książka, jak sobie autor wyobraża to państwo Buazizi, i jak daleko sięga jego zasięg. Czy dotarli np. do morza Północnego lub Bałtyckiego np.? marzenia polityczne sułtana Sulejmana Wspaniałego wcale science fiction nie były. Poważnie do problemu podszedł chociażby król Polski Jan III Sobieski. W sumie paradoksem historii jest, że z dyplomatycznego punktu widzenia tylko Turcja rozbiorów Polski nie uznała.


Mapa kraju wygląda tak:  Północ to tereny niebieskich. Mały cypel na południu to Wolny Stan Południowy. W sumie to niewielki obszar, resztę południa zajął Meksyk, korzystając z zamieszania, oficjalnie troszcząc się zapewne o losy sporej mniejszości Meksykańskiej w Ameryce. W sumie nie ma mowy o tym jak funkcjonuje Protektorat Meksyku. To by wiele wyjaśniło, i czy przypadkiem nie zakończyło to długoletnich działań wojennych. Jest troszkę o pieniądzach będących w obiegu. Zielone dolary teraz są niebieskie i zachowują wartość. Waluta południa LEP-y. to bezwartościowe papierki, czyli zielone/niebieskie dolary funkcjonują wszędzie. Wspomniałem wcześniej o zalaniu kraju przez oceany, najbardziej rzuca się w oczy to, że ze stanu Floryda pozostało raptem kilkanaście niewielkich wysepek.


No ale warto przybliżyć co jest w książce. O wielkiej polityce jest raczej wspomniane, ale tylko w tle, bo motywem dominującym jest los rodziny Chesnutów. Małżeństwo Bejamin i Martina i troje dzieci; Simon, Dana, Sara, zwaną Sarat. Benjamin został męczennikiem, kiedy próbował załatwić papiery, prawdopodobnie wizy, pozwolenie na pracę itp. Niby to banalne, a jednak śmiertelnie niebezpieczne jak się okazało. Rodzina Chesnutów opuszcza wolny Stan Południowy, chcąc się przebić na bogatą północ.
Martina zabrała dzieci i ruszyła w podróż przez ogarnięty wojną kraj. W końcu wylądowali w ośrodku dla uchodźców Patience. Szok!, powiecie, i będziecie mieli rację. I o to pisarzowi chodziło. Zaszokować nas czytelników i powiedzieć, że nie wiadomo kiedy każdy człowiek z każdego kraju świata może zostać uchodźcą i spędzić pół życia w obozie w namiotach, co w krajach opanowanych przez długoletnie wojny, ostatnio np. Syria, jest właściwie normą. Obóz znajduje się gdzieś na pograniczu Wolnego Stanu Południowego i terenami Niebieskich. Wszystko wskazuje, że Martina, wkrótce umiera. Czytelnik podąża dalej tropem rodziny Chesnutów, czyli dziećmi, teraz starszymi, Daną, Sarat, i Simonem. Chłopaka pociągnęła sprawa czerwonych i szybko znalazł się w armii, raczej w niewielkim oddziale, który toczył partyzanckie walki. Nie znaczy, to, że siła tego oddziału była słaba. Sarat właściwie też bierze udział w walce, szkoli się w metodach walki terrorystycznych, dzięki swojemu mentorowi Gainesowi poznaje wszystko co jest związane z niebieskimi, mapy, książki, i inne pożyteczne informacje, wykonuje drobne zlecenia, i szkoli się, żeby być gotową do zrealizowania poważniejszych misji, nie wykluczając tych samobójczych. Jej siostra Dana w wojnie nie brała czynnego udziału, po prostu przeżyła, w dużej mierze dzięki siostrze. Jak nie trudno się domyśleć 20 lat to kawał życia w ferworze wojny, bliźniaczki Sarat i Dana, a także jej brat Simon widzieli wszystko, przeżyli co dało się przeżyć. Pokój, który po 21 lat wojny w końcu nastał to dla nich, nowa, kompletnie nieznana rzeczywistość. Takich dzieci wojny jest wiele na świecie, zdaje się przekonać nas autor.


Książka jest trudna, szokująca na każdym kroku, tak samo jak wojna, gdziekolwiek się zdarza jest szokiem dla ludności, a dla polityków jest formą rozgrywki politycznej, w której życie ludzi ma drugorzędne znaczenie, bo ważne są cele. Teoretycznie wygrała wojnę północ, tylko czy są tam wygrani? Po tych wieloletnich zmaganiach musza doprowadzić kraj do porządku i żyć razem po tym co się stało. Da się wyczuć, że autor przedstawia arabski punkt widzenia na wiele spraw, czasem to nawet jest irytujące. Ale też na tym polega wyjątkowość tej książki, że warto poznać punkt widzenia autora i logikę argumentacji poruszanych problemów, i że niechęć do Ameryki jest raczej tutaj w sposób dyplomatyczny poruszona, ale jest bardzo widoczna, wręcz krzyczy! Czy czytelnik jest w stanie to zrozumieć, na pewno warto ten swoisty dialog czytelnika z autorem odbyć. Pod tym kątem czytanie jest fascynujące, także ta nasza Book – Totterowa peregrynacja czytelnicza. Książka jest niewątpliwie trudna, bo porusza trudne problemy, przedstawia punkt widzenia wyznawców Islamu na wiele problemów. Ale jednak jest też książką bardzo uniwersalną, zwłaszcza tam gdzie w polityce w drugim widzi się wroga, którego należy zniszczyć, a nie w ramach procesu demokratycznego prowadzić debaty, co dalej z krajem? Oczywiście spierać się trzeba, bo każda z opcji ma swoje koncepcje swoje wartości i o to chodzi, ale też trzeba pamiętać, że cokolwiek będzie, to my i kolejne pokolenia będą żyć dalej razem. Fremeni z „Uniwersum Diuna” wykazywali się wybitną dalekowzrocznością, gromadzili cenną jak złoto wodę, żeby w przyszłości za kilkaset lat zmienić pustynną planetę w zielony raj. I tego należy sobie życzyć, żeby politycy byli jak Fremeni z powieści Franka Herberta. Co w epoce zbliżających się transformacji globalnych wywołanych globalnym ociepleniem będzie miało niebagatelne znaczenie, i do tego też się odnosi ta książka. Warto przeczytać powieść Omara El Akkada zatytułowaną „Ameryka w ogniu”. Polecam.



                           

czwartek, 21 maja 2020

Kim Stanley Robinson, 2312

Kim Stanley Robinson, 




2312


Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2013 r.
ISBN:   9788375747676
liczba str.: 600
tytuł oryginału: 2312
tłumaczenie: Małgorzata Koczańska



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/182842/2312/opinia/21378912#opinia21378912     







Tym razem z mojej biblioteczki wyciągnąłem książkę zatytułowaną „2312” Kim Stanleya Robinsona, jak sugeruje tytuł, że jest wizja za dokładnie 300 lat, parę lat na półce książka poleżała i czekała na swoją kolej i dobrze, że ten czas nadszedł, bo jak się okazało ta książka jest tak rewelacyjna, że aż genialna!




Ta koncepcja, wizja przyszłości jest interesująca. Ziemia ma poważne problemy, spełniły się czarne scenariusze, podniesienie poziomu morza o 11 metrów. Np. Nowy York przypomina Wenecję. Na Manhattanie wystają z wody liczne wieżowce, jakoś udało się to technologicznie rozpracować, że nie doszło do zawalenia na skutek tej powodzi. No i kosmos, udało się nam opanować niemal cały układ Słoneczny, oczywiście za pomocą niesamowitych kosmicznych technologii, nie chodzi wcale o docieranie tam, ale też o tworzenie kolonii w kosmosie w niesamowicie trudnych warunkach. Najlepiej to wyszło na Marsie, na tyle świetnie, że tam udały się Ziemskie elity, bowiem na Ziemi żyć coraz trudniej ze względu na pogarszające się warunki klimatyczne, ale także społeczne. W teorii Marsa, zwanego te czerwonym draniem, opanowali Chińczycy, Rozwarstwienie ludzkości stało się naprawdę kosmiczne, na Ziemi wciąż najtańszą siłą roboczą są ludzie, w kosmosie już od dawna proste, choć nie tylko proste, czynności od dawna wykonują roboty. Budzi to napięcia, ludzie z kosmosu wciąż muszą się na Ziemi kilkakrotnie w życiu pojawiać, jest to bezwarunkowy czynnik natury fizjologicznej, a nie tylko sentymentalnej. I są coraz większe problemy z zapewnieniem bezpieczeństwa. Duże znaczenie ma często bardzo niska grawitacja wielu planetach,( na Ziemi 1 g, na Wenus 0,2 g, inne planety podobnie).



Główną bohaterką jest Swan, współpracowniczka niedawno zmarłej Alex. Choć Alex przeżyła prawie 200 lat, w tym czasie nie ma w tym nic niezwykłego, to jednak są podejrzenia, że ktoś jej pomógł, i ten motyw wojny z terroryzmem w kosmosie sugeruje, że ten motyw może mieć sens. Nie ma precyzyjnego wyjaśnienia czy rzeczywiście tak jest, chociaż jest śledztwo detektywa Jeana Ganette’a, starszy śledczy Policji Interplanetarnej. Przy okazji są wyjaśniane kwestie ataku na Yggdrasilla i Terminatora. Podejrzani są ludzie z Ziemi, ale o dziwo nie wyklucza się, że ma z tym coś wspólnego SI, czyli sztuczna inteligencja, która niespodziewanie sama się zmutowała i projektuje się sama wymykając się spod kontroli ludzi i robi się ciekawie. Nie trudno sobie wyobrazić filmy Terminator czy Matrix, a i w książkach bywało ciekawie, chociażby motyw dżihadu butleriańskiego w „Uniwersum Diuna” Herbertów. Sam ten motyw projektowania robotów nawiązuje do twórczości Lema. No tutaj są raczej pytania w jakim kierunku to podąży? W cyklu „Fundacja” Asimova, roboty pomagały ludziom przez tysiące lat, i zaprogramowały tak ludzkość, że się nie wykończyła, co ciekawe wliczony był w to upadek Imperium Trantor i powołanie dwóch Fundacji. Wynika z tego fantastyka zna też taką opcję. 


Te analogie są o tyle istotne, że kolejnym problemem jest los naszej Ziemi, po tym jak ludzkość dokonała kosmicznej wędrówki ludów. Z reguły w tych koncepcjach Stara Ziemia została albo zniszczona, albo kompletnie zapomniana. I tu właśnie Kim Stanley Robinson doskonale się wpisuje w tego typu literackie analizy dokonując próby przedstawienia co mogło się wydarzyć, żeby do tego typu scenariuszy doszło. A pomysł jest bardzo pesymistyczny, bo trudno zachwycać się, że śmierdząca Ziemia stała się oustsiderem kosmosu, w dodatku planeta biedy, wciąż nie uporano się z problemem głodu chociażby, mimo, że na Ziemi i w kosmosie żywności nie brakuje, w dodatku Ziemia stała się zagłębiem organizacji przestępczych i terrorystów, którzy paraliżują strachem cały kosmos. To jest bardzo intrygujące wyjaśnienie.


Ta książka jest tak niesamowita, że niemal na prawie każdej nowej stronie czytelnik odnajduje coś nowego, fascynującego, co powoduje, że kołaczą się po głowie czytelnika coraz ciekawsze, fascynujące myśli. Mamy tu szeroko omawiane motywy sztuki, co jest pozytywne, że kształcenie humanistyczne wciąż w przyszłości będzie na wysokim poziomie, mimo oczywistego zapotrzebowania na specjalistów z dziedzin ścisłych o bardzo wąskich specjalnościach, to jednak ludzie będą mieli wyższe kulturowe potrzeby typu muzyka klasyczna, operowa, i nie tylko literatura piękna, filozofia, historia, sztuka, itd. Mamy tutaj szeroko rozpowszechnione działania, żeby obrazy starych mistrzów malarskich przetrwały i mogły się nimi fascynować kolejne pokolenia w całym skolonizowanym kosmosie. Mowa jest też o tym, że stara jak świat gra w szachy będzie miała się dobrze, zapewne w wydaniu analogowym na drewnianych szachownicach, ale też internetowe mistrzostwa. Tutaj internet jest multikosmiczny, więc wszyscy mają dostęp do tego szerokiego źródła informacji i rozrywki.


Na pewno te doświadczenia, które mamy teraz, w dobie koronawirusa, dają nam w znikomym stopniu zielone pojęcie jak będzie wyglądało życie przyszłych pokoleń w kosmosie, którzy prawie całe długie życia będą spędzały w przestrzeniach zamkniętych, powietrze będzie tam sztucznie regulowane, oczywiście nie będą siedzieć w miejscu, będą pracować, leczyć się, konsumować różne dobra materialne, chodzić do biblioteki, na imprezy itd, czasem będą mogli odbyć podróż w inny rejon kosmosu, ale z wyjątkiem Ziemi, gdzie człowiek jest w stanie żyć na powietrzu, praktycznie wszędzie będzie tak samo. I będą to wyłącznie z konieczności przestrzenie zamknięte, mimo, że mogą to być nawet wielokilometrowe przestrzenie. Swan i Wahram po ataku na Terminatora podążali 2000 km na piechotę korytarzem na drugą stronę planety Wenus do drugiej kolonii, które ten korytarz łączył. W tym momencie przypomina to powieść drogi, dokładnie tak jak klasyk fantasy „Władca pierścienia” Tolkiena. Obydwoje idą, żeby przeżyć, kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Zajęło im to nieco ponad miesiąc. Mieli okazję na rozmowy o sztuce, literaturze, muzyce, historii i filozofii. Swan z pochodzenia jest Chinką, z zawodu artystką, choć ten artyzm jest troszkę inaczej rozumiany, zajmuje się procesem terrafronowania nowych przestrzeni. To ona doszła też do wniosku, że to samo da się zrobić na ojczystej Ziemi, są problemy z uzyskaniem zgody na szczeblu politycznym. Autor zdaje się być dobrej myśli, albo po prostu chce nam, swoim czytelnikom z XXI wieku powiedzieć, że my musimy uratować Ziemię, bo po prostu inna opcja nie istnieje. Czy powieść trafi tam gdzie trzeba? Ciekawe są rozważania o tych 300 latach, to będzie trudna przyszłość, ale my ludzie damy sobie jakoś radę, mimo wciąż nowych, trudnych wyzwań, ruszymy w kosmiczną dal zdobywać dziki kosmos. Mnóstwo jest spekulacji geopolitycznych, ja bym powiedział kosmopolitycznych, przypominać to będzie troszkę dzisiejsze realia, no bo wiadomo koncepcje science fiction trzeba na czymś budować i nie jest, nie może być kompletnie wytrzaśnięta z niczego. I na tym właśnie polega siła tego gatunku, wszelkich futurystycznych spekulacji, że autorzy książek zastanawiają się co będzie kiedyś tam w przyszłości i kreują genialne koncepcje.


Ta książka jest wybitna, to arcydzieło. Porównuje się ją do twórczości Dicka, i pewne elementy rzeczywiście tam są, ale mi zdecydowanie bardziej kojarzy się z twórczością Artura C. Clarka, jeden z drobiazgów to motyw wind orbitalnych, gdzie wsiada się na planecie wysiada na jakiejś stacji orbitalnej, najczęściej, żeby odbyć podróż tzw. kosmicznym transatlantykiem, luksus tego typu pojazdów kosmicznych jest porównywalny z współczesnymi statkami transoceanicznych. Na najdalsze rejony układu słonecznego można dotrzeć w kilka tygodni, więc ta podróż w luksusach jest dla pasażerów ważna, bo spędzają w nich spory kawał życia. Ta książka jest tak niezwykła, że mógłbym pisać, pisać i wciąż pisać i przypominałyby mi się kolejne niesamowite kwestie z tej książki i gwarantuję, byłyby one równie ciekawe niż w tym oczywiście subiektywnym wyborze, który dokonałem. Bo naprawdę każdego dnia czytelnik odkrywa coś nowego. W zapowiedzi nie ma ani odrobiny przesady, jest to wybitna uczta dla intelektu i wyobraźni. Jestem zachwycony tą książką. Zdecydowanie polecam.



sobota, 9 maja 2020

Philip Margonin, Morderstwo na kapitolu

Phillip Margolin, 




Morderstwo na Kapitolu



cykl: Dana Cutler, t. 3 



Wydawnictwo:  Albatros
Data wydania: 2015 r. 
ISBN:   9788378855798
liczba str.:  384
tytuł oryginału:   Capitol Murder
tłumaczenie: Julita Wroniak - Mirkowicz 
kategoria; thriller



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl;


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/219331/morderstwo-na-kapitolu/opinia/57899017#opinia57899017    







Wpadła mi w ręce, jeszcze przed wiadomo czym, w bibliotece, książka „Morderstwo na Kapitolu” motyw zapowiadał się ciekawie. Wiadomo książki typu political fiction ja lubię czytać. Jednak czytelnik ma wrażenie, że ewidentnie coś tu jest nie tak i coś kompletnie nie zagrało w raczej niezbyt skomplikowanej fabule książki. Banaliza jest na tyle oczywista, że można odnieść wrażenie, że książka została na siłę napisana. Niby wszystko jest, jakaś intryga polityczna, tytułowe morderstwo, nawet islamiści się pojawili, bo wiadomo ten temat jest modny w tego typu literaturze po wydarzeniach 11 września 2001 r. Czyli wiele wskazuje na to, że książka powinna być przynajmniej dobra, a jednak tak nie jest. Jest co najwyżej przeciętna. Dlaczego?




Kryminał tak tandetny, że każdy czytelnik z marszu wie, że zabójcą nie jest podejrzany seryjny zabójca kobiet, który akurat uciekł z więzienia i zrobił za przykrywkę do innych tego typu masakrycznych zabójstw. A przecież nie wygląda na to, żeby autor zamierzał o tym czytelnika poinformować, bo to psuje całą zabawę analityczną w kryminałach. Co za diabeł sobie porządził? Skoro z marszu jedna z opcji jest wykluczona i to od razu. Czy jest zabieg autora polegający na tym, żeby przedstawić, że polityków w demokracji amerykańskiej wybiera się słabo rozgarniętych? Możliwe, ale to jest mało przekonywujące. Podobieństwa do wyczynów słynnego zabójstwa są duże. Tyle, że Clarence Litlle by zabójców wyśmiał, że robią amatorkę, bowiem te rzekome ofiary umierały zbyt szybko. Zabójcom chodziło po prostu o eliminację niewygodnych osób, a nie jakieś dziwne, psychopatyczne fascynacje śmiercią jakie miał ten seryjny zabójca. Inspiracja działalnością seryjnego zabójcy była wygodą przykrywka. Autor szacuje, że Clarence Little był na tyle wybitnym specem w morderczej robocie, że próbuje się go porównywać do samego Kuby Rozpruwacza. Za tym, że to nie on przemawia fakt, że jak udało mu się zwiać, to go nie ma i nie pojawia się w książce. A nie tak jakby chcieli co niektórzy biega po całej Ameryce z toporkiem w garści i morduje. W takim razie czy uda się dojść kto zabija i jak ma się to do afer politycznych?







A afery są dwie, jedna seksualna, druga powiązanie senatora z terrorystami, który będąc członkiem jednej z komisji w Senacie ma dostęp do tajemnic państwowych, a więc również do tego co porabiają tajne służby. Terroryści z krajów arabskich chcieli wysondować jak radzą sobie amerykańskie służby z faktem, że ci są i chcą narozrabiać w Ameryce, tutaj chodzi o wysadzenie stadionu pełnego ludzi. Dowiedzieli się, że cisza w eterze, a jednak po tej próbie zamachu stadion stoi nadal. I rozgrywka toczy się dalej, bowiem zamachowcy są w areszcie. I teraz wszystko kręci się, żeby się nie wydało kto i dlaczego ma związek z tym wydarzeniem. Ginie burdelmama Jessica Koshani, powiązana ściśle z ugrupowaniem terrorystycznym, chętnie udzielająca się również czynnie w najstarszym zawodzie świata, co bywa przydatne w szantażowaniu ważnych ludzi. Dlatego musiała zginąć.







Jak tu ocenić tą intrygę polityczną, niby jest dobra, bo próbuje kryć niecne poczynania jednego senatora, gdyby wszystko poszło po jego myśli nikt by się o tym nie dowiedział, stadion pewnie by wyleciał w powietrze, i chyba tyle. Czyli krótko mówiąc słabe to, bo jakby terroryści dopięli swego władze wyszłyby z siebie, żeby dorwać mocodawców arabskich samobójców. I niteczki tak czy siak doszłyby do senatora Carsona. Czegoś tu brakuje, być może jakiegoś ideologicznego, teorio spiskowego motywu, co by senator osiągnął poprzez takie a nie inne działanie. Tutaj czytelnik ma wrażenie, że interesuje go tylko czy jego kariera się nie załamie. Gdyby miał aspiracje np. zostania prezydentem, albo wzbogacenia się, choć to było, skoro był na żołdzie u arabów. Bo motyw, że dokonuje prób ukrycia skłonności seksualnych jest słaby, skoro jest wystarczająco bogaty i pewnie każda agencja jest w stanie spełnić jego wymagania w sposób wystarczająco dyskretny, bo to solidna waluta. Bardziej sensowne jest działanie ugrupowania pochodzącego zdaje się z Pakistanu. Realizują działania mocodawców, radykalnych mułłów. Być może są jedną z komórek Bazy Osamy bin Ladena lub Państwa Islamskiego. Ich działania są bardzo ciekawe i rzeczywiście to mogłoby zagrozić potędze Ameryki, gdyby był w tym jakiś element prawdy, bo chętnych żeby wykorzystać tego typu wpływy i wtyki we władzach by nie zabrakło, nie tylko terroryści, ale wszystkie wywiady świata by się tym zainteresowały i za tego typu informacje wyłożyłyby wszystkie pieniądze świata. No ale tego to chyba sam autor nie docenia. I być może dlatego ta książka jest słaba.







W podsumowaniu wiele do dodania nie ma, bowiem oceny się pojawiły i mam nadzieję, że moja argumentacja jest wystarczająca, żeby uzasadnić powyższe stwierdzenia. Pomysł był, nawet ciekawy, ale wykonanie było słabe. Zawiodłem się. Warto się zastanowić czy tą książkę można czytać.





poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Dominik Sokołowski, Adamantowy miecz

Dominik Sokołowski, 




Adamantowy miecz




cykl: Kroniki Arkadyjskie, t. 2 



Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania:: 2013 r.
ISBN:   9788375109788 
liczba str.: 384
tytuł oryginału:--------
tłumaczenie:-------
kategoria; fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczuyac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/177524/adamantowy-miecz/opinia/57340633#opinia57340633     

                                                                                                                                                       





Kontynuuję czytanie cyklu „Kroniki Arkadyjskie”, którego autorem jest Dominik Sokołowski. Druga cześć ma tytuł „Adamantowy miecz” i tu nie ma jakiegoś zaskoczenia, bo w prawie wszystkich książkach fantasy jest jakiś tego typu artefakt i rzeczywiście bardzo często to jest jakiś miecz. Wiemy, że ten adamantowy, po prostu żelazny, jak nam czytelnikom tłumaczy sam autor. Wiemy, że tym mieczem można utłuc demony, pewnie o jego wyjątkowości w trzecim ostatnim, a więc decydującym tomie będziemy mieli okazje się przekonać. W tej części on po prostu krąży, został wykonany na zlecenie tajemniczych sił, które kierują Isaksiosem, żeby opanował tron, a przy tej okazji zrobił niezły bałagan w imperium, bowiem żaden kraj nie może mieć dwóch władców, czyli siłą rzeczy jednego trzeba się pozbyć, wysłać na tamtem świat, a po drodze zginie wielu rycerzy i osłabianie się imperium będzie kontynuowane. Isaksios zdołał zebrać dostateczne poparcie, żeby pokusić się, żeby zdobyć stolice Chrystopolis. Czy mu się to uda? Nawet jeżeli to urzędujący monarcha nie ma zamiar przespać tej zmiany na tronie. I dopóki żyje nie odpuści, a przecież na wojnie się zna. I na tym polega zasadnicza trudność stronnictwa Isaksiosa, żeby zdobyć władzę musi pokonać trudnego przeciwnika. Isaksios, jeden z głównych bohaterów, jest legalnym następcą tronu i właściwie to powinno wystarczyć, ale to oczywiście nie takie proste. Ferment jaki te aspiracje do tronu młodego Do tego wszystkiego dochodzą kompletnie mistyczne motywy, przepowiednie końca świata.



Tak jak w poprzedniej części pojawiają się znane postaci, w tym wspominany już Isaksios, Łamignat, Michelle i parę innych osób. Pojawił się wątek miłosny Michelle i Besaraba. Tyle, że jej duchowni mocodawcy zachwyceni nie byli i narobili jej sporo problemów. Mamy kolejne intrygi polityczne. Mocno naciągany jest motyw, że Isaksios zabija Łamignata, przynajmniej tak myśli, że mu się to udało, bo mu głosy to podpowiedziały, a po jakimś czasie po tym jak ten przeżył. jak gdyby nigdy nic Łamignat wraca wiernie służyć swojemu panu. Pewnie autor miał jakąś koncepcję, którą zmienił w czasie procesu tworzenia książki, cyklu.




Podsumowując książka jest ciekaw, bo niewątpliwie koncepcja stylizowana na konkretne historyczne realia, Konstanynopol i dość spory kawał Europy, a także ,Afryki i Azji. Czyli wykreownie świata globalnego jaki ludzie wtedy znali. Pojawiają się ludzie różnych nacji mający różny stosunek do imperium. Chociażby po to warto książkę przeczytać i orientować się, e cos takiego zostało napisane. Wiadomo można spekulować o tym, że niewątpliwie widać niedociągnięcia, ale po pierwsze to jest debiut pisarski, i to może być trudność równoległe rozłożenie akcji książki i utrzymania jej poziomu na trzy tomy, mam wrażenie, że trzeba tu więcej doświadczenia typowo pisarskiego. Wynika z tego, że przypuszczalnie książka mogłaby się lepiej obronić gdyby była w jednym tomie. Z drugim, środkowym tomem zawsze jest trudność, bo trzeba poprowadzić akcje tak, żeby rozwiązania nie pojawiły się zbyt szybko, a z drugiej, żeby to było ciekawe dla czytelnika. Ja książkę oceniam dobrze i mam nadzieje, że ostatni trzeci tom będzie ciekawy, że autor ma fajne pomysły na koniec. Książka jest ciekawa. Polecam.




sobota, 25 kwietnia 2020

Arthur C. Clarke, Koniec dzieciństwa

Arthur C. Clarke,  




Koniec dzieciństwa



seria; Wehikuł czasu ( Rebis) 


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2019 r. 
ISBN: 9788380623729
liczba str.: 272
tytuł oryginału: Childhood's End
tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki, Andrzej Sawicki 
kategoria:science fiction 






recenzja opublikowana na: 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4879025/koniec-dziecinstwa/opinia/56185454#opinia56185454



https://www.facebook.com/groups/829004030782178/?multi_permalinks=1113977465618165%2C1112884662394112&notif_id=1587711905520316&notif_t=group_activity


                                                                                                                            

                                 

Clarke jest pisarzem znanym z serii „Odyseja kosmiczna”. Pierwsza część "Odyseja kosmiczna 2001” została genialnie sfilmowana, więc ten motyw przez większość z was moi drodzy czytelnicy jest zapewne kojarzony. Książka zatytułowana „Koniec dzieciństwa” jest również bardzo znaną i genialną książką tego autora. Istotna jest data napisania – 1953 r. . Autor usiłuje snuć rozważania jak będzie wyglądał wiek XXI, cześć koncepcji jak do tej pory są koncepcje, którą są zrealizowane, np. niebywały postęp, inne się nie zrealizowały, bo wiadomo gospodarka jest globalna i nie wiadomo czy istnieje jakiekolwiek państwo, które jest samowystarczalne w 100%.




Motyw tzw. końca historii, bo do czegoś podobnego, choć książki amerykańskiego politologa wtedy nie było, które wylansował Fukuyama też okazał się niewiele warty. Ciekawy jest koncept państwa globalnego, ziemskiego, który narzucili kosmici, choć wydaje się niedorzeczny, projekty federacyjne typu Unia Europejska, Afrykańska, Azjatycka, Północno -Amerykański Układ Wolnego Handlu, napotykają szereg problemów, a to Brytyjczykom zachciało się Brexitu, Szkoci z kolei chcą wrócić do Unii, kto wie co z Katalonią? Kto wie czy Brexit nie będzie zaraźliwy i Unia się nie rozpadnie? Amerykanie budują sobie mur na granicy z Meksykiem. Problem uchodźców mają wszystkie bogatsze kraje. Z drugiej strony wszyscy zastanawiają się jakie będą konsekwencje długofalowe pandemii Koronawirusa, i przypuszczalnie obalenia mitu, że w przyszłości wszyscy ludzie będą zdrowi i będą żyli długo. długo, no i problemów z ociepleniem klimatu. No i czy przypadkiem efektem pandemii nie będzie wymuszenia większej samowystarczalności przez państwa, bo inaczej całą gospodarkę światową przejmą Chiny i doskonale sobie z tą dominacją poradzą. Jedną z hipotez jest, że czeka nas niebawem kolejna rewolucja technologiczna, na początek zaniknięcie papierowych pieniędzy. Dalej pojawienie się chipów, bo okaże się, że kontrola ludzkości w tym „Nowym Wspaniałym Świecie”, tak jak u Huxley, będzie konieczna, niezależnie od tego na ile dużym zagrożeniem jest terroryzm. Czyli rozumując tym tokiem myślenia będzie, jeszcze więcej kamer na każdym kroku, jakiś Wielki Brat będzie wiedział gdzie jesteś, bo zyska dostęp do Twojego smartfona, nawet jeśli będziesz dzikusem i będziesz kontestował zmiany i schowasz się w lesie lub na pustyni. To nic nowego bo to w wielu różnych koncepcjach futurologicznych było, np. u Zajdla. Dowodzi to tego, że tzw. soft science fiction, czyli koncepcje socjologizujące dotyczące przyszłości stają się rzeczywistością. Ale też mamy mnóstwo apokaliptycznych koncepcji, że politykom puszczą nerwy i w ruch ruszą atomówki i zagłada cywilizacji będzie efektem wojen atomowych. King w „Bastionie” pisał, że cywilizacje wykończy jakaś tajemnicza epidemia. W podobnym tonie wypowiada się Celine Minard w książce „Ostatni świat”, tam w tej koncepcji ludzie znikną niemal dnia na dzień. Przeżyje jeden, ten który był w kosmosie i spóźnił się na zagładę ludzkości. Był miliarderem, był mistrzem świata, był jedyny. Lem w „Kongresie futurologicznym” pisał, że załatwi nas klimat, tyle, że radykalne ochłodzenie.

Pisał też, że wcześniej czy później wykończy nas konsumpcjonizm, bo gospodarka nie da rady, bo zabraknie zasobów naturalnych. Clark w książce "Koniec dzieciństwa” zastanawia się czy w przyszłości ludzkość zostanie zmuszona do utworzenia jednego państwa, bo walka z zagrożeniami będzie wymagała zbiorowego, globalnego wysiłku, a małe państwa sobie nie poradzą. Czy epidemia koronawirusa potwierdza to założenie? I czy ludzkość czekają kolejne tego typu atrakcje i okaże się, że Clark pomylił się w swojej kalkulacji o jakieś 100 lat np. czyli nie aż tak dużo znowu? Tak czy siak nawet jak poradzimy sobie ze starymi zagrożeniami to zaraz jakąś tylną furtką wepchają się nowe i zabawa zacznie się od początku!



Czy tego typu odniesienia do koncepcji literackiej science fiction, w której przybyli kosmici i zrobili porządek na Ziemi i tym samym dowiedli, że my jesteśmy cieniasy i nie potrafimy sobie poradzić sami ze sobą. Myślę, że to ma sens, bo książka powstała w jakiejś konkretnej rzeczywistości, ledwo skończyła się II wojna światowa, na horyzoncie kisi się zimna wojna, i zagrożenie atomowe nie jest problemem wydumanym, raptem za 9 lat będzie kryzys kubański. Tak więc te refleksje dotyczące czasów aktualnych miały wpływ na to co będzie. I ten pesymizm, że my ludzie sobie nie poradzimy z pokojem na świecie, z dobrobytem, chorobami, i wieloma problemami, które ludzkość ma przez całą historię wszystkich cywilizacji. Czyli muszą istnieć jacyś Zwierzchnicy, którzy z łatwością poradzą sobie z problemami, które nam by zajęły kolejne tysiąc lat, o ile się sami nie wykończymy wcześniej.



Pytanie jakie zdają sobie nieliczni rebelianci jaki interes w tym mają w tym Zwierzchnicy, że przybyli do nas i jak na okupantów rządzą zaskakująco dobrze.
Odpowiedź jest dziwna, pokręcona, zrozumieć można wtedy jak ktoś czytał cykl „Odyseja kosmiczna” oraz „Odyseja czasu”, wtedy to się wydaje troszkę bardziej logiczne. Pierworodni, Zwierzchnicy, kolesie od Monolitów traktują kosmos niczym ogród. Ten Bóg – Ogrodnik, bo dla nas kosmici są niczym bogowie, pozbywa się zielska, wycina gałęzie, czasem całe drzewa nie rokujące nadziei, pielęgnuje te rośliny, które wydadzą ładne owoce i ogrodnik na nich zarobi. Z jednej strony jest to koncepcja filozoficzna, a tego typu atrakcji intelektualnych jest pełno w książkach Clarka. Ale też tego typu koncepcja jawnie odnosi się do przypowieści biblijnych. Więc można odnieść wrażenie, że sam autor nam wkręca, że po naszych ziemskich religiach nic nie zostanie, i będziemy budować nowe świątynie na cześć kosmitów. Inna bajka czy kosmitom to byłoby potrzebne. Mi przychodzi na myśl zarówno roboty z cyklu „Fundacja” Asimova z R Danaelem Olivavem, którzy byli genius loci ludzkości oraz ludzie z dawnej, bardzo zaawansowanej z cyklu „Assasins Creed” cywilizacji, awatar Junony i Minerwy, którzy opiekują się ludzkością, pomagają zapobiec zagładzie ludzkości, co przydarzyło się tej cywilizacji. Oni dali ludziom Jabłko Edenu i szereg innych artefaktów, które w niewłaściwy rękach są niebezpieczne, a we właściwych, czytaj asasynów, robią dużo dobrej roboty. Zwierzchnicy zostawili nam kilka olbrzymich statków kosmicznych, niewyobrażalnie wielkie ufo, z których sterują Ziemią, rzadko zapuszczając się na powierzchnię. Czyli rola Zwierzchników jest zbliżona jak R. Danaela Olivava oraz Minerwy i Junony, bo uważają, że ludzkość trzeba nakierunkować, żeby był z nas jakiś pożytek. Sam tytuł książki jest intrygujący, ale tego typu refleksję zachowam dla siebie, żebyście też mogli troszkę pogłówkować, o co w tym chodzi?


Na pewno o to, żeby czytelnikowi dać zdrowo do myślenia. I o to często chodzi w tych najlepszych, genialnych książkach, które na długo pozostają w pamięci czytelnika. Ta książka niewątpliwie do takich należy. Autor świetnie wykreował postaci, o ile nas ziemian jakoś poszło, bo autor zastosował pewne archetypowe analogie, a z kosmitami to już dużo trudniej było. Ale jakoś poszło. Zdecydowanie warto przeczytać. Polecam.



                         





piątek, 24 kwietnia 2020

Rober Harris, Vaterland

Robert Harris, 




Vaterland 



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 2018 r.
ISBN: 9788381252546
liczba str.: 432
tytuł oryginału: Fatherland
tłumaczenie: Andrzej Szulc
kategoria: historia alternatywna



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4821269/vaterland/opinia/57542215#opinia57542215           









Mnie historie alternatywne bardzo interesują, bo żeby rozpracować dobrze jakąś koncepcje historii alternatywnej trzeba się dobrze przyłożyć, żeby tego typu historyczne spekulacje, również w typowo literackim wydaniu, były konkretne spójne i logiczne. Bardzo ciekawie zajmuje się tą tematyką chociażby Marcin Wolski, myślę, że nie ma większej potrzeby odnoszenie się tutaj do różnych koncepcji poszczególnych autorów, lepiej zająć się tym co zaoferował nam Robert Harris w książce zatytułowanej „Vaterland” . Traktuje ona o tym, że „Hitler ( nie) skończył na grobie idei chorej swojej”* . Mamy rok 1964 r. nazistowskie Niemcy są potęgą, przynajmniej regionalną, jeżeli nie światową.



Oczywiście zagraża Niemcom Ameryka, walczyć próbują radzieccy komuniści, trwają wciąż walki na dalekiej Syberii, pewnie Chiny też mają coś do powiedzenia. Japończycy wypadli z gry, bo Amerykanie na dalekim wschodzie zrobili porządek, atomówki i te sprawy. Niemcy wypuścili skutecznie, rakietę V- 3 na Nowy York i zapał amerykanów, żeby walczyć z nazizmem wyraźnie osłabł.

Wcześniej pokojową opcję wybrali Brytyjczycy. Po wojnie, która zakończyła się w 1946 r mamy Europejską Wspólnotę Gospodarczą, w 100 % zależną gospodarczo od Niemców. Hitler i spółka byli łaskawymi panami, opuścili Zachód, zadowalając się zwasalizowaniem kilku/kilkunastu krajów. Zgodnie z logiką Hitlerowskiej doktryny cała siła Rzeszy poszła na wschód. Granice Niemców z Rosją ustalono na Uralu. A że Syberia to złoża gazu i ropy potrzebnego gospodarce nowego imperium, to walki na wschodzie trwają dalej. Rosjan wspiera Ameryka, i tu jest pies pogrzebany. Dotychczas relacje obu krajów na gruncie dyplomatycznym były raczej burzliwe, zwano to zimną wojną.

No ale w końcu zabiegi dyplomatów zdają się przynosić powodzenie. Prezydent Joseph Kennedy jest skłonny przystać na ocieplenie stosunków dyplomatycznych z Rzeszą. I tu zaczyna się na dobre ta opowieść.




Oficer policji kryminalnej, należący do formacji SS, z Berlina Xavier March otrzymał rutynowe zlecenie zbadanie przyczyn śmierci, jedno z przypuszczeń to utonięcie, nieznanego osobnika, tożsamość nieustalona w początkowej fazie śledztwa. I szybko się okazuje, że sprawą zainteresowało się Gestapo na zlecenie polityków z państwowej i partyjnej czołówki. Ta afera rozkręca się coraz bardziej. Czytelnik głowi się o co w tym chodzi, domyśla się, że ma to związek z urodzinami, 75, Hitlera i przybyciem do Berlina gościa z Ameryki. Myślę, że jednak każdy trafi bez pudła, wiedząc, że amerykańskim dyskursie politycznym wcześniej czy później wątek praw człowieka się pojawia, inna bajka, że często nasilenie problemu jest wprost proporcjonalne do politycznych i biznesowych interesów Ameryki. I tu w przypadku Rzeszy też tak jest, co raczej nie dziwi, Niemcy są bogatym krajem, naukowcy z Niemiec nie mieli kiedy pojawić się w Stanach, wcale nie wydaje się bzdurnym konceptem że jakiś oficer SS wyprzedził Jurija Gagarina w kosmosie, a także amerykanów, tym bardziej, że Rosjanie w tej koncepcji historii alternatywnej mają mnóstwo problemów. Tak więc mimo napiętej relacji USA- Niemcy politycy zza oceanu muszą liczyć się z Niemcami.

O Żydach, wiadomo, że wyparowali i nie wiadomo gdzie są, koncepcje o rozwiązaniach kwestii Żydowskiej są tajemnicą państwową, pilnie strzeżoną, żeby nie wyciekły za granice. A jednak, istnieją jakieś dokumenty, dotyczące holokaustu, uprzemysłowionego ludobójstwa Żydów i kilku innych nacji. I o to toczy się ta gra w tej książce. Xavier March poznaje amerykankę Charlotte Maguire, dziennikarkę, niemieckiego pochodzenia, mówiącą mową Goethego na tyle dobrze, że może za Niemkę uchodzić. Oczywiście mentalność osoby żyjącej w demokratycznym kraju jest inna niż osoby żyjącej w brutalnym reżimie nazistowskim. I to akurat widać gołym okiem. Z trudem ale główny bohater dogaduje się z koleżanką z USA i w konsekwencji razem prowadzą śledztwo.  Obydwoje myśleli, że rozwiązują sprawę kradzieży dzieł sztuki, co też nie byłoby zaskakujące, no ale wcześniej czy później musiało do nich dotrzeć, że to sprawa grubszego kalibru, może nawet jej konsekwencje doprowadzą do III wojny światowej i do upadku tzw. 1000 letniej Rzeszy.





Książka jest niesamowita, napisana z rozmachem, jest upiornie wiarygodna, pierwsza myśl jaka się pojawiła, że mamy tu wersję „ Roku 1984” Orwella, tyle, że w nazistowskim wydaniu. Różni to, że aryjczycy, prawidłowo według nazistowskich teorii zindoktrynowani żyli w dobrobycie, cała reszta z grubsza się zgadza. Jeżeli coś przeraża to fakt, że ten twór polityczny funkcjonował przez kilkanaście lat, i opcja, że zdołają wygrać wojnę istniała. I jaki byłby ten świat? I to pytanie stanowi swoisty klucz do tej książki, co by było, „gdyby nie słupek gdyby nie poprzeczka”**?






Książka jest rewelacyjna, postaci zostały świetnie wykreowane, autor starał się wgłębić w mentalność poszczególnych bohaterów, co tutaj jest bardzo istotne. Cieszyć się możemy, że z taką sytuacją geopolityczną, w której miejsca, chociażby dla nas Polaków nie ma i nie może być, nie ma i jest tylko i wyłącznie literacką fikcją. Książka jest tez bardzo poważną przestrogą, że miejsce tego typu upiorów jest w niebycie, i nie wolno ich nigdy z tego niebytu wywoływać.







Ad. *Kazik, płyta „Melasa”, piosenka „Kochajcie dzieci swoje”: https://www.youtube.com/watch?v=Ra39p9c6N6k

** Kazik , "Plamy na słońcu":



środa, 8 kwietnia 2020

Andrzej Ziemiański, Virion - Adept

Andrzej Ziemiański, 


Virion -Adept



cykl: Virion - Imperium Achai, t. 3 



Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2019 r.
ISBN: 9788379644155
liczba str.: 580
tytuł oryginału: -------
tłumaczenie: -------
kategoria: fantasy 




recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4873571/virion-adept/opinia/57272491#opinia57272491


                                                                           



Z rozpędu przeczytałem kolejny tom cyklu „Imperium Achai”, zatytułowaną "Viron – Adept”, czyli kolejną książkę traktującą o niesamowitych przygodach Viriona. Przypuszczam, że nietrudno się domyśleć, że schemat Andrzej Ziemiański zachowa podobny, czyli nowa ekipa Viriona, podąża przez pograniczny teren, a wszystko zakończy się krwawym zamieszaniem. Tym razem prawie całą książkę spędzi w jednym z większych przygranicznych miast imperium Troy, które wciąż jest w stanie wojny z ojczyzną Viriona Luan. To już czytelnik wie, że chodzi o złoto, które ponoć znaleziono na pograniczu, a to mogłoby dać przewagę któremuś z mocarstw. Nie stanowi to niespodzianki, że obydwa imperia niebawem upadną i trzeci gracz pozamiata, czyli na tą chwilę niewielkie państwo Arkach, i powstanie wielkie imperium cesarzowej Achai. Czyli wszystko na to wskazuje będzie tutaj powtórka z rozrywki, nawiązanie do klasycznego cyklu „Achaja”. Czytelnik nie ma czego żałować, bo książki z tego cyklu są ciekawe, nawiązujące do rewelacyjnej koncepcji umiejscowionego w tym samym Achajowym uniwersum. Poznanie motywy jak Virion został szermierzem natchnionym, czyli wysoko wykwalifikowaną maszynką do zabijania. Tytuł wskazuje, że został adeptem mistrza Horecha i robi w tej krwawej, masakrycznej robocie niebywałe postępy. Słyszy od swojego mistrza jedno słowo: „Zrozumiałeś.” I wszystko jasne.



Przeciwników drużyna Viriona ma niebagatelnych, Zakon. Który poszukuje upiorów, czyli ni mniej ni więcej żonę Viriona Niki, oprócz pięknej Nikt, którą Virion poznał w okolicach ruin, i to ona udzieliła Virionowi i Niki ślubu według rytuału ślubu według ludu upiorów, noc poślubna była obowiązkowa, dzięki czemu Niki rozpoczęła proces wybudzania się, stała się bardziej komunikatywna, poznajemy, jako czytelnicy, kolejną koleżankę upiornej żonki głównego bohatera, Zmorę. Powili wyjaśnia się czego chce Zakon, choć do końca to nie jest jasne. Powoli czytelnik na nowo odkrywa wszystkie atrakcje Achajowego uniwersum. A to świetnie rokuje na kolejne części tego cyklu. Wszystko zmierza do tego, że szykuje się interesująca zmiana sojuszy. Pani prokurator Taida, ścigała Viriona i jego upiorzycę Niki. Ale z racji, ze w grze jest mocny przeciwnik i obydwie strony mają w tym swoje interesy. Taida awansowała i pracuje w Tajnych Służbach więc ma dużo większe pole manewru, a i sam Virion, jak wspomniałem twórczo rozwija swój talent jakim jest zabijanie ludzi. Na razie obydwie grupy uświadamiają sobie, że nie mogą bez siebie żyć. Najgorzej ma czarownica Luna, bowiem jako niewolnica jej każdy dzień to walka o przeżycie. I tak sukcesem jest, że przeżyła masakrę jaką zgotowała jej Niki pod koniec poprzedniej części.






Podsumowując, dzieje się jest ciekawie i zapowiada się, że kolejne części będą jeszcze bardziej fascynujące. Książkę czyta się z ciekawością, szybko, z zainteresowaniem. Szczególnie fani książek dotyczących Achajowego uniwersum nie zawiodą się. A pozostali mają okazję przekonać się w czym rzecz, że warto te książki czytać. Polecam.