piątek, 5 maja 2017

 Frederic Forsyth,




Negocjator 



Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 1990 r.
ISBN:  8385079041
liczba str.: 408
tytuł oryginału: The negotiator
tłumaczenie: Robert Kruszyński
kategoria: thriller



 ( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:
 




Dorwałem kolejną już książkę Frederica Forsytha, bo niewątpliwie autor ten pisze ciekawe thrillery, które oprócz wydarzeń natury sensacyjnej fikcyjnej, czasem fikcyjno – rzeczywistej, a czasem autor wprost do rzeczywistości się odnosi, mamy w nich coś w rodzaju geopolitycznego opisu świata. Niewątpliwie sporo w swoich książkach autor pisze o polityce. Jeśli ktoś z was moi drodzy czytelnicy czytał chociażby „Diabelską alternatywę” to „Negocjator” przypadnie wam do gustu, mamy układ typowo zimnowojenny. Widać w opisach tej rzeczywistości autor świetnie się odnajduje. Spekulacje analityczne, że w latach 90 dojdzie do próby ocieplenia stosunków dyplomatycznych są ciekawe. No niewątpliwie z perspektywy 1988 r. takiego drobiazgu, że w 1991 szlag trafi ZSRR i cały blok wschodzi widać nie dało się przewidzieć. 


Za to dało się przewidzieć, że zarówno w Stanach i w ZSRR będą kłopoty gospodarcze, no i problemy związane z ropą naftową. Z perspektywy lat 80/90 trudno było wyobrazić sobie funkcjonowanie gospodarki bez tego surowca, a i w dzisiejszych realiach mimo prób z alternatywnymi napędami pojazdów mechanicznych ropa wciąż ma duże znaczenie w globalnej polityce i gospodarce.
Ma też znaczenie dla obronności poszczególnych krajów, i dlatego z punktu widzenia obydwu mocarstw patrzono ma sprawy dostępu do tego surowca, a więc również na kraje bliskiego wschodu, które ropy mają pod dostatkiem. Dlatego w książce obydwaj przywódcy Michaił Gorbaczow, i fikcyjny prezydent USA John Cornack doszli do wniosku, że potrzebne są negocjacje pokojowo – rozbrojeniowe, trwały prace nad układem w Nantacked, jednak radykałowie w obydwu krajach, w USA lobby związane z przemysłem ciężkim i zbrojeniowym, a w ZSRR, radykalne frakcje w Biurze Politycznym KC KPZR, wyrażały sprzeciw. Doszło do zaskakującego sojuszu jednych i drugich i uknuto iście szatańską intrygę. 


Doszło do porwania syna prezydenta, studenta Oxfordu, Simona Cornacka, rusza procedura, w którą zaangażowały się brytyjskie służby przy współpracy z Amerykanami. W FBI doszli do wniosku, że negocjacjami z porywaczami nie może się zająć byle kto, postawiono na Quinna, który odnosił sukcesy na tym polu i ponoć jest najlepszy. Brytyjczycy się wspaniałomyślnie zgodzili, żeby tak było. Porywaczy reprezentował niejaki Zack. Mimo, że chodzi o tak ważną personę, syna urzędującego prezydenta USA, sprawa wydawała się prosta, kolesie dostaną kasę, oddadzą Simona i cześć pracy. Negocjacje trwają kilka tygodni, wszystko wskazuje na to, że sprawa zakończy się sukcesem i nagle. W momencie kiedy porywacze oddali Simona ten ginie od bomby, którą miał pod ubraniem. Było bum, zbierać czego właściwie nie było. Sprawy się komplikują, a akcja nabiera rozpędu, są wątpliwości co do roli Quinna w tym interesie, bo ten wyrwał się policji i służbom specjalnym załatwił sprawę na własną rękę. Obrotem sprawy zachwycony nie był i postanowił dorwać Zacka i jego ekipę gdyż myślał, że ci skubańcy go wykiwali. Ścigał towarzystwo po całej Europie. Swoimi metodami wyjaśniając sprawę dochodzi powoli po nitce do kłębuszka, a w tym kłębuszku mamy aferę międzynarodową. Znalazł interesujących pomocników, byli to spece z KGB. Quinn i Rosjanie obawiali się, że służby amerykańskie mogą być skorumpowane, a to utrudniało robotę, ze swoimi osobnikami, którzy mieli ze sprawą coś wspólnego za wczasu zdążyli sobie poradzić, mimo, że sprawa sięgała wysokich szczebli władzy. Quinn przenosi się do Kanady i USA, żeby wyjaśnić sprawę. Czy uda mu się ją wyjaśnić i dorwać sprawców? W dodatku czasu jest mało, bo w niektórych kręgach władzy dochodzą do wniosku, że konieczna jest procedura Impeachmentu, z powodu złego stanu zdrowia psychicznego prezydenta. W efekcie układ w Nantacked zostałby obalony. Jak sprawy się potoczyły? 


To jest niewątpliwie interesujący thriller, w grę wchodzi tu władza, duże pieniądze, wpływy, którzy co niektórzy biznesmeni i politycy chętnie wykorzystują.
Książkę warto przeczytać. Polecam.

wtorek, 2 maja 2017

Neal Stephenson,



Ustrój świata, cz. 3




cykl: Cykl Barokowy, t. 8




Wydawnctwo: Wydawnictwo Mag
Data wydania: 2008 r.
ISBN:: 9788374800723
liczba str.: 288
tytuł oryginału: System of the World
tłumaczenie; Wojciech Szypuła
kategoria: powieść historyczna 





 ( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:






Skończyłem czytać ten wspaniały cykl powieści historycznych Neala Stephensona o tytule „Cykl Barokowy”, paradoks nazwy tego cyklu polega na tym, że właściwie główni bohaterowie; intelektualiści, naukowcy, alchemicy kładli fundamenty pod nową epokę Oświecenie. Może to być zaskakujące, ale po prawdzie w procesie historycznym nic nie dzieje się na wczoraj. W 1714 r., kiedy rozgrywa się akcja kolejnego już tomu, na wyspach brytyjskich ukazuje się czasopismo Spectator, a ten fakt wyjścia pierwszych numerów Spectatora uznaje się za początek Oświecenia na wyspach brytyjskich. Królowa Anna o której tutaj mowa była ostatnim monarchą, która brała czynny udział w rytuałach cudowtwórczych, uzdrawiania chorych, jej następca Jerzy I uznał to za zbyteczne, bo nie było takiego zapotrzebowania, wiara w skuteczność tego rytuału była i tak mocno nadwątlona, a prąd intelektualny nazywany Oświeceniem rozniósł ją na strzępy. Intelektualiści Barokowi bardzo często są jeszcze ludźmi wierzącymi w Boga, ale też ich dyskurs intelektualny pomógł następcom wiarę tę otwarcie podważać i robić pierwsze próby tworzenia dyskursów naukowych, a potem również tworzenia systemów politycznych bez udziału Boga. Ci ludzie wierzyli, że tworzy się nowy, lepszy ich zdaniem ustrój świata. Jakkolwiek oceniać same potrzeby robienia tego typu próby niewątpliwie myśl tych ludzi wpłynęła na kolejne stulecia i być może dalej będzie wpływać na to kim jesteśmy, jak myślimy i oceniamy naszą rzeczywistość. Być może każdy z nas ma te marzenia, że wytworzy się nowy, lepszy ustrój świata. Teraz wszyscy zastanawiamy się jak dalej będą się kształtować systemy demokratyczne i czy demokracja się obroni w przyszłości? W tym także pojawiają się problemy związane z religią i miejsce Boga w życiu człowieka, bo tym zawsze my ludzie jesteśmy bardzo zainteresowani. Sir Isaac Newton był naukowcem, był też szefem mennicy, był też alchemikiem. Z tej ostatniej pasji naśmiewał się troszkę jego największy adwersarz baron Leibniz. Obydwaj byli wybitnymi umysłami tej epoki, mieli marzenia o nowej lepszej rzeczywistości, w której odkrycia naukowe będą ulepszały życie ludzkie. Marzyli chociażby o maszynie logicznej. Na razie nie było na nią zapotrzebowania, bo jak Leibniz skwitował ono pojawi się wcześniej czy później kiedy będzie potrzebne na wojnie. Współczesne wojny właśnie wykorzystują tego typu technologie, najpierw to było szpiegostwo, a teraz mamy hakerkę wojenną. Dowodzi to tego, że Ci ludzie byli wielkimi wizjonerami o bardzo szerokich horyzontach myślowych. Były podejmowane próby pogodzenia obydwu panów, ale obydwaj doszli do wniosku, że się nie da, bo na to potrzeba setek, może tysięcy lat. Wynika pewnie z tego, że w zaświatach obserwując zmiany na świecie długo się spierają co i jak. Dyskurs naukowy w tej książce jest fascynujący naprawdę daje do myślenia.

 
Mamy też dyskurs ekonomiczny we wszystkich ośmiu tomach, Stephenson uznał, że to jest konieczne i niewątpliwie ma rację. Tutaj mamy zamieszanie wokół próby Pyxis, zarządził ją nowy król Jerzy I. Dla każdego monarchy sprawa dotycząca dobrej wartości waluty była priorytetowa, bo od tego zależało funkcjonowanie gospodarki brytyjskiej. Oczywiście tutaj swoje trzy grosze musiał wsadził nie kto inny jak Jack Sheftoe, który na zlecenie króla Francji dokonał niezłego zamieszania, dokonał podmiany, w przewidywanej próbie Pyxis miały wziąć udział fałszywki, a Isaac Newton miał być skompromitowany. Były próby dogadania się i to jest najbardziej zagadkowe czy do niej doszło w końcu czy nie? Jeżeli doszło to obydwaj panowie Newton i Jack Sheftoe zrobili naprawdę niezły przekręt. A jeżeli nie doszło, Jack trafił do więzienia, a wkrótce czekał go stryczek, a to jego monety trafiły na próbę Pyxis, to też jest bardzo ciekawe. Jak zakończyła się próba Pyxis? I dalej potoczyły się losy Jacka Sheftoe, z być naprawdę wybitnego mincerza? Oczywiście nie mogło się obyć zamieszania o tzw. ciężkie złoto. No i jak potoczyły się losy Elizy. Czy ta dwójka bohaterów Jack i Eliza spotkali się? Najciekawsze jest to, że obydwoje uświadomili sobie, że łączy ich wielka miłość. A jeżeli mają rację, to praktycznie wynika z tego mamy tutaj chyba najbardziej zagmatwaną historię miłosną na kartach literatury. 


Przeczytajcie moi drodzy czytelnicy ten cały „Cykl Barokowy” zapewniam , że warto, że czeka was wyśmienita literacka podróż do II połowy XVII wieku do początków XVIII. Te osiem wybitnych książek daje do myślenia.

sobota, 29 kwietnia 2017

Marcin Sergiusz Przybyłek, 




Orzeł Biały 




Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2016 r. 
ISBN:  9788380620100
liczba str.; 705
tytuł oryginału: -----------
tłumaczenie: ------------
kategoria: science fiction




( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:








Z ciekawości przeczytałem książkę Przybyłka, pod pewnymi względami jest podobna do książki Roberta Szmidta, tam we Wrocławiu w czasie epidemii w 1963 r. milicjanci tłukli zombiaki, a tutaj wojsko polskie zajmuje się orkami. Ludzie na całym globie zmienili się w orki po zużyciu tajemniczego N – genu, który ponoć miał przedłużać życie, ale naukowcy coś spaprali i efekcie popaprali ludziom życie. Polska się ponoć uchowała przed tą tajemniczą epidemią właściwie cudem. Autor chciałby nam zasugerować, że to dlatego, że sto lat za murzynami jesteśmy, tylko o tyle coś tu nie pasuje, bo trendy z Zachodu trafiają bardzo szybko do nas i są przechwytywane. Podobieństwo do „Szczurów Wrocławia” polega na tym, że również Przybyłek umieścił w książce postaci autentyczne, kreując je literacko na swój sposób. 


Przybyłek pisze fantastykę z lewicowego punktu widzenia. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że spora większość twórców polskiej fantastyki to prawicowcy i to w książkach jest to bardziej lub mniej widoczne. Raczej lewicowy punkt widzenia na sprawy publiczne pojawił się u Jacka Piekary w książce „Przenajświętsza Rzeczpospolita” wynika z niej, że wybranie pewnej partii grozi wystąpieniem Polski z UE i wynikną z tego pewne kłopoty. Jak się okazuje fantaści miewają czasem niezłe wyczucie co się może wydarzyć w przyszłości. Tutaj Przybyłek wyraźnie daje do zrozumienia, że tej partii nie darzy sympatią. Król Alojzy Kaczucha okazał się niekompetentny i go szybko wywalili, natomiast Antoni Macier przepoczwarzył się w orka, rozwalił czołg i spalił się żywcem. W sumie to jednak liczyłem na to, że elementów typowo publicystycznych będzie troszkę więcej. Widziałbym też nawiązanie do książki Grzegorza Wójcika „Asgaria. Falcon” to ciekawe publicystyczne fantasy pisane z prawicowego punktu widzenia, tam też mamy polowanie na wynaturzone osobniki i bardzo ciekawe z punktu widzenia publicystyczne uzasadnienie kwestii. Oczywiście literackich można doszukać się dużo więcej np. do książki „Łzy diabła” Magdaleny Kozak, bo niewątpliwie kwestie batalistyczne są tutaj w książce Przybyłka wysunięte na pierwszy plan. 


Mamy tutaj Twierdzę Polska, bo jak wiadomo nasz kraj jest jedyny, który otacza miliardy orków. Swoją droga przypomina to globus Kaczyńskiego z kabaretowego serialu „Ucho prezesa” Globus przedstawia tylko i wyłącznie mapę Polski. Ale wracając do tematu zostało zmienione godło, w taki sposób, żeby pokazać siłę odnowionego kraju, „już my wam pieprzone zielone bydlaki dowalimy!” Jest u autora motyw, że kraj musi sobie radzić, bo wszystko to co nazywamy współczesnym kapitalizmem walnęło, a więc gospodarczy system naczyń połączonych się posypał i nagle Polska musiała zmienić strategie, bardzo szybko musiała stać się krajem w stu procentach samowystarczalnym, no i jeszcze wiodącą rolę z konieczności musi odgrywać armia. Orki są paskudne nie dlatego, że takie są, bo to jest prawda, ale dostają szału na punkcie różowego mięcha, czyli paskudniki jedne uwielbiają ludzinę. O mięsie koloru innych ras ludzkich jakoś cicho sza. 


Od kilkunastu lat trwa regularna wojna pojawiają się coraz to nowe kolejne bandy orków, niektórym z nich udaje się zapuścić w głąb kraju. Co niektóre osobniki zdołały nawet dostać się do Warszawy, efekt, zginęła królowa Magdalena Kozak, a król Justyn Łyżwa był raniony. Wydaje się, że kraj jest skazany na krwiożerczą wojnę o przetrwanie, jednak może się okazać, że niekoniecznie, bo było nie było orki jednak są ludźmi i same zdają sobie o tym przypominać. Z jednej strony tworzy to poważne zagrożenie, którego rzeczywiście strach się bać, bo inteligentne orki z miażdżącą siłą będą w stanie wykończyć Twierdzę Polska, a z drugiej strony orki zaczynają myśleć jak ludzie, w głębi kraju powstają pierwsze cywilizacje tworzone przez orki. Na razie są one gdzieś mentalnie w średniowieczu. No i mamy tutaj pytanie czy pokojowe współistnienie gatunku homo sapiens i zielonego orka kiedykolwiek będzie możliwe. Pierwsze próby przekonania władz Twierdzy Polska do zmiany nastawienia są robione. Czy to ma sens? 


W głąb krajów zachodnich Niemcy i Francję rusza ekspedycja, żeby zlustrować jak wyglądają elektrownie atomowe, gdyby dorwały się do tego inteligentne orki zagrożenie dla Twierdzy Polska byłoby realne, A te skubańce są odporne na promieniowanie radioaktywne więc oni mogliby wejść na nasze tereny nawet gdyby wybuchłyby atomówki, tak wiec sprawa okazuje się priorytetowa. 


Jak przebiega batalia na froncie Twierdza Polska – orki?
 
Książka jest dobra, warto przeczytać.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Marcin Wolski, 





Prezydent  von  Dyzma  




Wydawnictwo: Zysk i S -ka
Data wydania: 2013 r. .
ISBN:  9788377852200
liczba str.: 352
tytuł oryginału: ------------
tłumaczenie: ----------
kategoria: thriller



( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:
 
Tym razem Marcin Wolski nie napisał książki z gatunku historia alternatywna tylko świetny thriller szpiegowski, zatytułowany „Prezydent von Dyzma” choć o koncepcję alternatywną autor troszkę tutaj się ociera i rozważania z zakresu gdybologii stosowanej, naszej narodowej specjalności. Koncepcja ta polega na tym, że Hitler wpadł na pomysł, że warto znaleźć Nikodema Dyzmę, tego samego, bohatera książki Tadeusza Dołęgi Mostowicza i zrobić z niego męża opatrznościowego narodu, który stanie na czele Polski i to wystarczy, żeby żołnierze z kraju nad Wisłą zechcieli walczyć z Rosją Radziecką po stronie Niemców. Co na ten temat myśleliby nasi ma wizję Hans Frank, pojawiały się w niej okrzyki „Prezydent won Dyzma”. Wiadomo w prawie to v, ale to prawie robi różnicę. Jednak naziści próbują szczęścia licząc na to, że Polaków da się przekonać. W poszukiwania zaangażowana została czołówka NSDAP, czyli Heinrich Himler, Joseph Geobels i Hans Frank. W teorii wszyscy działają razem, w końcu tworzą jeden team, ale w praktyce miejsce nr. 1 po ustąpieniu Hitlera może być tylko jedno, a to wystarczająca motywacja, żeby panowie działali na własną rękę i w dodatku nawzajem siebie szpiegowali z czego wynika, że nawzajem krzyżują sobie szyki.


Nikodem Dyzma, który miał zostać premierem, czemu po kilkunastu latach nie mógłby zostać prezydentem i to lojalnym komu trzeba? Widać polityczni gracze z międzynarodowej pierwszej ligi i to obydwu stron frontu II wojny światowej uznali, że się nadaje. I tym sposobem Nikodem Dyzma ma swoje kilka minut nawet w światowej geopolityce, bo widząc zainteresowanie Niemców tą ważną personą, swoje plany wobec Dyzmy zaczęli mieć zarówno Rosjanie, Brytyjczycy i Amerykanie. Najzabawniejsze jest, że sam o tym nie wie, bo zapewne wszystkim by wykręcił jakiś numer w stylu Dyzmy. Przez całą książkę ucieka przed Niemcami, bo podejrzewał, że czymś się jednak zdołał się czymś narazić. Mamy tutaj wojenną epopeję Dyzmy, trzymał się z dala od polityki wszelakiej, robił mniejsze większe biznesy w branży rozrywkowej. Miał udziały w knajpach, burdelach, zdarzało mu się brać udział w złodziejskim procederze, itp. Czyli robił dokładnie to czego po tej postaci można było się spodziewać. Tą opinię znanego hochsztaplera i niezłego kombinatora psuje Dyźmie fakt, że uratował życie swojego syna i znanej Żydowskiej artystki, o istnieniu którego nie wiedział, z getta od niechybnej śmierci. Czym zasłużył sobie na miejsce sprawiedliwi wśród narodów świata w Instytucie Yad Vashem w Izraelu.


Rozpoczęła się ta szalona gra wywiadów w której stawką większą niż życie jest dorwanie Dyzmy. Udział w niej wzięli: Hans Kross, Max Sterlitz, Otto Skorzenny, a także swoje trzy grosze wsadził w to zamieszanie niejaki James Blond, który zadebiutował w ten sposób w tej szpiegowskiej rozgrywce. Niemiecki szpieg dr. Neddle został namierzony i musiał ratować się ucieczką z wysp Brytyjskich. Blond także w tej książce zdobywa serca pięknych kobiet i niemal natychmiast ochoczo je łamie, bo przecież wiele piękności tylko czeka na swoją kolej. No wiadomo wybitny szpieg nie mógł odbiegać zbytnio od postaci przez Iana Fleminga wykreowanego. Książka jest co najmniej równie brawurowa i krwawa, co literackie i filmowe wyczyny agenta 007, no bo przecież do roboty wzięli się tutaj najlepsi fachowcy, szpiedzy z licencją na zabijanie, którzy reprezentują kilku graczy w światowej geopolityce. Czasu jest niewiele, praktycznie na wczoraj, akcja trwa dokładnie tydzień. Mamy ostatnie miesiące 1944 r., a więc niemal przeddzień katastrofy idei tysiącletniej Rzeszy i wygranej wojny przez aliantów. Co niektórzy dowódcy Niemieccy zdawali sobie sprawę, że klęska jest nieuchronna i od tego może uchronić III Rzeszę jakieś genialne i zaskakujące posunięcie, I Dyzma miał być tym remedium. Pytanie czy udałoby się przekonać Polaków do tej koncepcji? Czy jakikolwiek Quisling, o ile by się rzeczywiście znalazł, pchałby się na stołek w chwili gdy Niemcy zbierają tęgie baty na froncie? Czy Dyzma na to by poszedł? Chyba jednak dał odpowiedź na to pytanie próbując uciekać Niemcom. Jak to wszystko się zakończy?


Książkę warto polecić, bo jest świetna. Czyta się ją niesamowicie szybko, ponieważ wciąga nieziemsko, ciężko się oderwać od tej lektury. Zdecydowanie warto po tą książkę sięgnąć.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Marek Krajewski,  




Koniec świata w Breslau  






Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 2004 r.
ISBN: 8374141484
liczba str.: 318
tytuł oryginału: -------------
tłumaczenie: --------------
kategoria: kryminał, thriller 







 ( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/30252/koniec-swiata-w-breslau/opinia/39407399#opinia39407399  )   
















O twórczości Krajewskiego słyszałem co nieco od kilku osób, wynikało z tych wypowiedzi, że warto spróbować. Już same tytuły książek sugerują, że autor umieszcza akcję we Wrocławiu, wiadomo, że oprócz tego jest to Lwów. W książce zatytułowanej „Koniec świata w Breslau” oprócz Wrocławia jest to Berlin i Wiesbaden. Mamy tu do czynienia z kryminałem retro. A wiec motyw kryminalny z próbą przedstawienia wyniku stricte historycznych dociekań jak to było we Wrocławiu późna jesienią i wczesną zimą w 1927 r., a więc są to dwa ostatnie miesiące tegoż roku. Znawcom twórczości Krajewskiego postaci radcy kryminalnego Eberharda Mocka przedstawiać zapewne nie trzeba. Główny bohater wykreowany przez Krajewskiego jest specem od trudnych śledztw, przydaje się nie tylko interesujące analizy psychologiczne potencjalnych przestępców, które robi tutaj śledczy, ale też zachodzi potrzeba czasem do sięgania do archiwów, gdzie przydaje się autorowi rozeznanie jakie nabył w czasie nieskończonych studiów na kierunku filologia klasyczna, czyli znajomość łaciny i greki. 


W ogóle kreacja samego Eberharda Mocka i wszystkich innych bohaterów jest interesująca, ponieważ autora nie interesują tylko i wyłącznie kryminaliści, ale także zwykli ludzie, którzy czasem po ludzku upadając na tej granicy czasem się znajdują, a jednak jej nie przekraczają, pozostają w tym schemacie każdego kryminału po stronie dobra. O Eberhardzie Mocku czytelnik dowie się wszystkiego, zarówno pod kątem życia prywatnego i zawodowego. W jednym i drugim czasem Eberhard Mock zawodził, mimo to szefowie doceniają walory radcy kryminalnego, ponieważ ma nietuzinkowy umysł i jak się za coś bierze to konkretnie, a że czasem zawita do knajpy, skonsumować trunki, albo zawiera interesujące znajomości z córami Koryntu? Jak sam powie to specyfika tej pracy. Bohaterką, jeśli nie wiodącą, to na tyle ważną, że warto o niej wspomnieć, jest żona Eberharda Mocka Sophie. Ona jest jakieś 20 lat młodsza od niego, i między innymi stąd wynikają problemy z niezrozumieniem się obydwojga ludzi co prowadzi do poważnego kryzysu. Tu w zasadzie mamy małżeństwo w ostatnich fazach rozkładu, co zaowocowało rozejściem się obydwojga.


O tyle jest istotne, że Sophie została wplątana w wątek kryminalno –teoriospiskowy. Niejaki Władimir Orłow, rosyjski arystokrata, wieści koniec świata. Te proroctwo ma poprzedzić seria krwawych mordów, które będą powtórką tego co się wydarzyło w przeszłości mniej lub bardziej odległej. Powtarzają się daty dzienne, stąd też te morderstwa są nazywane kalendarzowymi, bo morderca oznacza kiedy to się dokonało. Sprawa jest na tyle skomplikowana, że policja potrzebuje pomocy branżowych historyków, bibliotekarzy, filologów, archiwistów, którzy pomagają Mockowi grzebać w archiwach w wyjaśnianiu sprawy. Są podejrzenia, że w tej grupie znalazł się morderca. 


Akcja stopniowo się rozkręca, z wątku typowo kryminalnego, mamy też wątek thrillerowy, a więc przepowiednie końca świata, a także koncepcja, że Zbawiciel narodzi się w wigilię, a matką będzie nierządnica babilońską. Czy będzie koniec świata? Czy sprawa zostanie rozwiązana, a morderca i jego mocodawcy zostaną schwytani?



Książka jest interesująca, w bardzo ciekawy sposób autor odtwarza realia Wrocławia lat 20 XX wieku. Poznajemy mentalność bohaterów. Także przekonujemy się, że koncepcja końca świata działa na wyobraźnię ludzi, i co niektórzy liderzy sekt skrzętnie coś takiego wykorzystują, wzbogacając się kosztem swoich wyznawców. Podsumowując książkę zatytułowaną „Koniec świata w Breslau” warto przeczytać. Polecam.

wtorek, 18 kwietnia 2017

John Varley,

 


Złoty wiek




Wydawnictwo: Prószyński i S-kaa
Data wydania: 1997 r.
ISBN: 8371801890 .
liczba str.: 296
tytuł oryginału: Millenium
tłumaczenie; Lech Jęczmyk
kategoria: science fiction



 ( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

  



Powieść Johna Varleya jest fascynująca i niezwykła, jest ona i słusznie z gatunku science fiction tyle, że na początku nic na to nie wskazuje, bo co mogą mieć wspólnego katastrofy lotnicze z dość skomplikowanymi rozważaniami science fiction dotyczącymi podróży w czasie, a także tego gdzie ludzkość znajdzie się za 50 tysięcy lat? Nawiązań literackich jest tutaj bardzo wiele i autor mówi o nich wprost, tytuły rozdziałów mają tytuły innych książek. Jednak to najważniejsze dotyczy „Wehikułu czasu” Wellsa. Czytelnik poradzi sobie z tym doskonale, mamy dość odległą przyszłość i koncepcję, że ludzkość zmierza do upadku. Ludzie żyjący w tym czasie nazywają swoje czasy Dniem Ostatnim, a przynajmniej nie mają wątpliwości, że są bardzo blisko czasów ostatecznych. Za to nasze czasy, w tym wypadku lata 80 XX wieku są bardzo bliskie Złotego Wieku i to właśnie ponoć my wszystko spieprzyliśmy, całą przyszłość ludzkości, budując bomby atomowe na potęgę. System społeczny jest ciekawy mamy robotników i tumanów. Rządzą ci pierwsi,  a ci drudzy ponoć nic nie robią. Autor interpretuje, że jest to nawiązanie do Wellsa gdzie mamy elojów i morloków, jedni zjadają drugich i to gwarantuje przetrwanie ludzkości. Ten system jest bliższy temu co opisał Dukaj w „Perfekcyjnej niedoskonałości” , tam stahsowie i poebowie, to nieliczna elita, która pracuje i rządzi, a reszta to wasale, A więc mamy tu nawiązanie do średniowiecznego systemu feudalnego. Tyle, że zdają sobie z tego sprawę ci rządzący, ci drudzy niekoniecznie tutaj w tej książce zapewne też tak jest. Interesujący jest motyw, który pojawił się u Radosława Lewandowskiego w cyklu „Yggdrasil” a mianowicie ludzie z przyszłości oglądają sobie wydarzenia z przeszłości niczym film i analizują w jaki sposób interwencje w przeszłość zmienia przyszłość tzn. ich teraźniejszość. Ryzyko jest bardzo duże, bo mieszanie się w historię oznaczać może nawet zagładę ludzkości, bo Brama służąca do transferów w czasie to nie zabawka. Po za tym materia podróży w czasie jest bardzo skomplikowana i tak też Varley to opisuje. Co ciekawe istnieje w dalekiej przyszłości zawód historyka, tylko jest on troszkę inaczej rozumiany, bo tutaj historycy pracują przy programie Brama, dokonują skomplikowanych analiz historycznych. Jak wejść do przeszłości, żeby ryzyko zmian, a więc doprowadzenie do wydarzeń alternatywnych w dziejach było znikome. I to raczej specom od historii się udaje. Pozostaje pytanie dlaczego oni to robią, muszą to robić? Ale o tym za chwilę.

 
Czas najwyższy żeby pojawili się w mojej recenzji dwaj główni bohaterowie, kobieta i mężczyzna. Bill Smith żyjący w latach 80 XX wieku pracuje na kierowniczym stanowisku w Komisji Badań Wypadków Lotniczych. Nie trudno się domyślać, że w tej komisji pracuje szereg specjalistów, którzy badają wypadki lotnicze. Akcja zaczyna się w momencie gdy cała ekipa badaczy wyrusza w środku nocy z Waszyngtonu na drugi koniec USA, spędzają kilka godzin w samolocie i przygotowują się do tego co nastąpi po tym jak dotrą na miejsce, czyli kilkadziesiąt godzin wytężonej pracy na miejscu. Roboty jest dużo, bo wpadły na siebie i eksplodowały dwa samoloty DC – 10 i Boening 474. Nikt nie przeżył. Z punktu widzenia Billa Smitha wygląda to na rutynową robotę. Podejrzenie awarii komputera na lotnisku w skutek czego obydwa samoloty zostały błędnie naprowadzone na siebie. Bill Smith jest inteligentnym facetem o ścisłym analitycznym umyśle. I nic dziwnego, że przy tej katastrofie po prostu musiał trafić na tą ingerencję ludzi z przyszłości. I nawet taki drobiazg, że ktoś kompetentny mógł się czegoś domyśleć mogło spowodować poważne zawirowania w przyszłości. Dlatego ludzie z drugiej strony bramy, czyli 50 000 lat później drobiazgowo analizują postać Billa Smitha. No i dochodzą do wniosku, że problem jest duży, zniknął paralizator, potężna pod względem siły rażenia broń, a pod kątem wielkości stosunkowo niewielka, na pierwszy rzut oka przypomina pistolet zabawkę. No ale gdyby ludzie z XX wieku coś takiego by przechwycili zmian w historii nie trudno się domyśleć. I tu pojawia się nasza bohaterka Louis Baltimore z przyszłości, która wielokrotnie przechodzi przez Bramę, pojawia się w otoczeniu Billa Smitha na tyle często, że on ją zapamiętuje. Najczęściej widzi ja w uniformie stewardessy. Ale jednak dochodzi też do interakcji między nimi, jedzą kolację, jedną, drugą, spacerują po mieście, rozmawiają, jeżdżą samochodem, ona kradnie luksusową brykę, nie zdając sobie sprawy z wartości tego cacka. Autko było niewielkie spodobało jej się i tyle. W końcu lądują ze sobą w łóżku. I sprawa rozkręca się coraz ciekawiej. 


Książka jest naprawdę niesamowita, przepełniona niesamowitymi emocjami, indywidualnymi, zbiorowymi. Poznajemy psychikę obydwojga głównych bohaterów, no innych z teraźniejszości i przyszłości, z którymi się stykają. Są to najczęściej kumple z roboty. W przypadku Louis mamy też dwa komputery, jej osobisty, w nieco innym tego słowa znaczeniu, czyli dosłownym, komputer Sherman. Ona wie, że z technicznego punktu widzenia, to są kabelki, układy scalone, a także na zewnątrz skórę przypominającą ludzką. Dla niej Sherman jest kimś w rodzaju przyjaciela, którym można pogadać, przytulić się itp. No i Wielki K. czyli komputer de facto rządzący przyszłością, ma do pomocy siedmioosobową radę, ale to raczej fasada. No i akcja rozkręca się tych interakcji w przeszłość, czyli życie prywatne i zawodowe Billa Smitha jest coraz więcej. Bo okazuje się, że sytuacja się komplikuje. Co dalej z tego wyniknie? 


Ten pomysł, że Luis i Bill zachodzą w relacje typowo międzyludzka jest ciekawy, autor opisuje jak oni nawzajem widzą siebie. Próbuje oddać tok myślenia Louis, jak ona ocenia nas ludzi współcześnie żyjących. Pojawiają się wstawki, że jesteśmy, zdrowi, żyjemy w rzeczywistości bliskiej raju na Ziemi, a jesteśmy tak popaprani, że nie potrafimy tego docenić, tylko wciąż uparcie do samozagłady dążymy budując te pieprzone atomówki i inne ciekawe zabawki znajdujące się w arsenałach państwowych. Poznajemy też dociekliwość Billa jak on widzi Louis, widzi ją jako piękną kobietę ubrana w skórokombinezon jakiejś gwiazdy, która zmarła w roku 2034. 


Książka jest ciekawa, tak jak wspomniałem nominalnie to jest science fiction z elementami typowego thrillera, ale także co ciekawe postapokalipsy, bo trudno rzeczywistość z przyszłości inaczej nazwać. Ta cywilizacja jest na wykończeniu, żeby przetrwać potrzebuje tych transferów w czasie i zabierania baranów, jak w slangowym języku określani ludzie, którzy są przerzucani przez bramę, żeby dało się z nich zrobić skórokombinezony. Bo ci ludzie z przyszłości umierają bardzo szybko. Louis ma 27 lat życia i wie, że za rok umrze. W swoich czasach i tak uchodzi za osobę dość wiekową. Gdyby przeżyła jeszcze parę lat miałaby szansę trafić do rady doradzającej Wielkiemu K.


 
Książka jest tak fascynująca, że wciąga niesamowicie od samego początku, aż do końca, wprost nie można się od niej oderwać. Koncepcje literackie Varleya są naprawdę fascynujące.


Książkę zdecydowanie polecam.

wtorek, 11 kwietnia 2017

 Dean Koontz,




Recenzja




Wydawnictwo: Albatros - Andrzej Kuryłowicz
Data wydania: 2012 r.
ISBN:  9788326800375
liczba str.: 416
tytuł oryginału; Relentess
tłumaczenie: Robert Sudół
kategoria: thriller



 
 ( recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

 




„Recenzja” ten tytuł książki mnie zaintrygował i postanowiłem ściągnąć ją z bibliotecznej półki i wypożyczyć, przy okazji zapoznałem się z twórczością Deana Koontza. W sumie wygląda to na książkę banalną, zwykła recenzja uruchomiła szereg zdarzeń, tak można wnioskować z pierwszych stron z książki. Potem jednak okazuje się, że tych recenzji było więcej, nie tylko literackich, ale też były recenzje opisujące dzieła sztuki np. obrazy. Co łączy te wszystkie recenzje? Otóż łączy je fakt, że po opublikowaniu recenzji artyści zaczęli mieć kłopoty i to całkiem innej natury niż można się domyślać. Okazało się, że autorzy recenzowanych dzieł i ich rodziny zaczęli być hurtem wysyłani na tamten świat, często były to tortury najpierw emocjonalne, a potem fizyczne. Ginęli członkowie rodziny, czasem przyjaciele, a na samym końcu ofiarami byli zdesperowani i złamani psychicznie pisarze, którzy przed śmiercią byli torturowani.


O co chodzi w tym całym zamieszaniu? Jak zwykle bywa w thrillerach o władzę, pieniądze wpływy. Tu sposób na jej zdobycie jest interesujący. Wpływ na szeroko rozumianą kulturę, i eliminowanie ludzi, których twórczość w jakiś sposób nie pasuje do koncepcji. O tym wszystkim czytelnik dowiaduje się niemal na końcu książki dlatego też tu muszę postawić przysłowiową kropkę i zaprosić czytelnika, żeby się z tą intrygującą koncepcją literacką zapoznał. A wspomnieć koniecznie trzeba było o tym, bo warto o tym poinformować was, że nie jest to książka tak banalna na jaką z pozoru wygląda. 


Mamy tu rodzinę pisarza Cullena Greenwicha, który wydał swoją szóstą książkę, okazała się ona po raz kolejny bestsellerem. Żoną Cullena jest Penny Boom, synem sześcioletni geniusz Milo, który bawiąc się w fizyka konstruuje ciekawe urządzenia. Wychodzi to raz lepiej raz gorzej. Rzecz jasna wiadomo z kosmitami jeszcze nikt gadał, bo nie wiemy czy istnieją, ale krótkie, kilkuminutowe transfery w czasie o niewielkim zasięgu przestrzennym małemu geniuszowi jakoś wyszły i jak się okazuje jest to kluczowe dla akcji książki. Po opublikowaniu książki Greenwicha, zainteresował się nią znany krytyk Sherman Waxx, i była to krytyka totalna, autor recenzji pojechał po bandzie i zmieszał z błotem, było nie było znanego i cenionego już pisarza. Kłopoty dla rodziny Grenwichów dopiero się zaczęły. Wylatuje w powietrze dom, wcześniej było parę wizyt złośliwego krytyka. Pisarz dowiedział się o losie jego kolegów po fachu i postanowił, że nie da się bez walki. Sprawa wygląda na kompletnie beznadziejną, bo gdziekolwiek się pojawili natychmiast byli namierzani, i trzeba było się bronić z bronią w ręku przed oprawcami. Bo jak się szybko okazało prześladowcą nie był tylko jeden nawiedzony krytyk, ale cała grupa ludzi mająca wpływy w FBI i innych agencjach rządowych. 


Książkę czyta się szybko, wciąga niesamowicie, akcja rozkręca się i pędzi jak szalona. Czy rodzinie Grenwichów uda się wyjść cało z tej opresji? No i czy po drodze będą w stanie dokopać prześladowcom? Książkę warto przeczytać.