czwartek, 31 października 2019

Per Olov Enquist, Wizyta królewskiego konsyliarza

Per Olov Enquist, 


Wizyta królewskiego konsyliarza 



Wydawnictwo: Jacek Santorski & Co
Data wydania: 2005
ISBN: 8389763273
liczba str.: 332
tytuł oryginału:  Livläkarens besök
tłumaczenie: Mariusz Kalinowski
kategoria: powieść historyczna


recenzja opublikowana na:  

https://www.facebook.com/groups/829004030782178/?multi_permalinks=961935387489041%2C958266647855915&notif_id=1572164052858509&notif_t=group_activity


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/35956/wizyta-krolewskiego-konsyliarza/opinia/53999240#opinia53999240     




W ramach akcji Book- Trotter, październik 2019 r. , przyszedł czas na literaturę szwedzką. Wybrałem powieść historyczna zatytułowaną „Wizyta królewskiego konsyliarza” Per Olov Enquista. Mamy Danię II połowy XVIII wieku, w szczególności tzw. czasy Struensego ( 1768-1772), panowanie młodego, niezbyt rozgarniętego, podejrzanego o chorobę psychiczną króla, Chrystiana VII. Pewne jest, że sam król nie nadawał się do rządzenia, arystokraci i dwór robili to za niego, albo manipulując nim lub wręcz mówiąc mu, żeby poszedł się bawić, bo dorośli mają ważne sprawy. W czasach o których mowa silną pozycję w kraju zdobył doktor Johan Friedrich Struense, który zręcznie przekonując króla wprowadzał reformy oświeceniowe w Danii. Niewątpliwie pomogło mu, że zainteresował się małżonką króla, czyli królową Karoliną Matyldą. Ona była piękna i potocznie mówiąc leciał na nią każdy, lecz nikt się nie odważył, wiedząc, że skończy się to toporkiem kata na szyi delikwenta. Doktor odważył się i przez krótki czas obydwoje, on i królowa byli szczęśliwi. Z tego związku Karolina Matylda urodziła córkę Luizę Joanne, po latach ponoć kobietę urodziwą, w dodatku tak samo jak ojciec była oświeceniową libertynką. Wcześniej Karolina Matylda urodziła księcia Fryderyka, imiona władców, to stary jak świat duński zwyczaj, i nie było mowy tu o inwencji twórczej w nazywaniu dzieci. Królowa i król niechętnie przykładali się do obowiązków łóżku, ona znalazła sobie doktora Struensego, on chętnie odwiedzał przybytki cór koryntu. Najsłynniejszą duńską ladacznicą była Kasia Kamaszniczka, z którą król chętnie spędzał noce. Dwór obawiając się o nadmierny wpływ Katarzyny na króla pozbył się jej, opłacili ją sowicie i wysłano ją w podróż po Europie. Król wpadł w szał i wybrał się w podróż po kilku krajach kontynentu. On i Struense zebrali pochwały od samego Woltera, którego mieli okazję spotkać w Paryżu, wtedy prosto z Altony doktor Struense dołączył do dworu. No i po jakimś czasie wdał się w romans z królową. Później ten romans przysłużył się politycznym oponentom, jako pretekst do obalenia Struensego, oskarżonego o zdradę kraju. Królową wysłano do Anglii. Władzę przejęła klika Guldberga, która wprowadziła kontrreformy i cofnięcie się kraju, w czasach gdy w Europie był ferment oświeceniowy, niebawem wybuchła rewolucja francuska z 1789 r. Zapał rewolucyjny zaprowadził cesarza francuzów Napoleona Bonapartego aż do Moskwy.



Królowa Karolina Matylda, pochodząca z Anglii, trafiła do Danii, jako małżonka króla Chrystiana VII, doktor Struense trafił na dwór królewski. Uznano, że zwykły lekarz będzie przydatny królowi, znano co prawda, działalność publicystyczną doktora, ale uznano, że to jest niegroźne, a sam splendor dworski przyczyni się do zmiany poglądów co doprowadzi do pacyfikacji lekarza. Widać ten okazał się twardą sztuką, zdobył wpływ na króla i zaczął reformować kraj. Rzecz jasna spore fragmenty książki dotyczą tego romansu. Była to nie tylko fascynacja typowo fizyczna, ale też intelektualna, doktor był na czasie, czytał pisma Woltera, Russeau, Locke’a i pozostałych myślicieli oświecenia. Obydwoje prowadzili intelektualne dysputy. Struense był ambitnym politykiem, z zapałem twórczym produkował dekrety prawne. Można uznać też go za geniusza, który wyprzedził swoje czasy, wierzył bowiem, że oświeceniową rewolucję da się wprowadzić bezkrawo, co było oczywistym złudzeniem. Jak wiemy trzeba było kolejnych dwustu lat, żeby tego typu projekty polityczne miały szanse powodzenia. W realiach XVIII wieku, żeby zmienić kraj, Europę potrzebne były całe kontenery wypełnione krwią, bo rewolucja, wojna jest jak pieprzony wampir potrzebuje danin krwi w obfitych ilościach. I tu też wyszła idealistyczna naiwność doktora i jego grupy reformatorów. Byli przekonani, że arystokracja, duchowieństwo bez oporu przyjmie nowe prawa. Wiemy, że coś takiego nie miało szans powodzenia. I dlatego lekarz, filozof, polityk poniósł porażkę. Choć nie do końca to była porażka, bo choć to była skromna jaskółka zmian to jednak uczyniła ona zmianę, po obaleniu Guldberga, przywrócono nowe koncepcje oświeceniowe w Danii.


Książka jest interesująca, warto przeczytać. Polecam.





sobota, 26 października 2019

Frederick Forsyth, Fox

Frederick Forsyth,


Fox


Wydawnictwo:Albatros
Data wydania: 2019 r. 
ISBN:   9788381256131
licba str.352
tytuł oryginału: The Fox
tłumaczenie: Robert Waliś
kategoria: thriller



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 





Pewnie dla nikogo nie jest niespodzianką, że thrillery Fredericka Forsytha to dobre książki, które świetnie się czyta. Powodów jest kilka, autor w fascynujący sposób kreuje fikcje literackie, ale też istotnym powodem jest mocne otarcie się o rzeczywistość gospodarczą, polityczną, wojskową, szpiegowską, sensacyjna itd., a to wszystko ma na celu wyjaśnianie współczesnego świata w sposób bardzo przystępny na tyle na ile tylko się to zrobić w formie opisu literackiego. Nikt zapewne nie ma wątpliwości, że Frederick Forsyth od wielu lat jest niekwestionowanym mistrzem w te klocki, którą są nie tylko thrillerami, ale często też są literatura faktu. Nie inaczej jest z najnowszym thrillerem szpiegowskim zatytułowanym „Fox”, czyli po angielsku lis.


Bohaterów jest tutaj cała masa, począwszy od polityków znanych nam z pierwszych stron gazet, stron internetowych, wiadomości telewizyjnych kilku państw świata, po tajne służby, które prowadzą nieustannie szpiegowską grę. Bo to, że jedni przywódcy państw, chcą się dowiedzieć tego co słychać u drugich, zwłaszcza tego chcą się dowiedzieć, co tamci usiłują ukryć przed opinia publiczną, czyli po prostu tajemnice państwowe. Żeby je jakoś wykorzystać dobrze lub źle.


Pojawił się jednak nietypowy bohater Luke Jennigs, geniusz informatyczny, chory na Autyzm, konkretnie na Asbergera. Luke swoimi działaniami, przy pomocy zwykłego komputera dostępnego na rynku, wywołał panikę w amerykańskiej cyberprzestrzeni. Oczywiście dotarcie co za diabeł krąży po sieci i wchodzi nieproszony w najtajniejsze sfery ważne dla bezpieczeństwa narodowego USA zajęło krótki okres czasu. Mamy też innego bohatera, starej daty szpiega z czasów zimnej wojny sir Adriana Westona. To brytyjski szpieg dostrzegł potencjał jaki tkwi w chorym, aspołecznym 18 latku i przekonał władzę Ameryki, że nie warto Luke’a likwidować, a wręcz przeciwnie warto mieć go po swojej stronie i wykorzystać jego fenomenalne zdolności, żeby złamać, shakować, zyskać dostęp do baz danych wrogów Ameryki. Przyjaciele Brytyjczyków zza oceanu przystali na ten deal i młody Luke, i starszy gość sir Adrian weszli do gry. Ten znakomity duet szpiegowski zdołał zdrowo wkurzyć rosjan, w tym samego pana prezydenta. Najlepsi spece, zawodowi cyngle, ze Specnazu dostali jeden rozkaz: zlikwidować! 


Gra się rozpoczęła! 


Pierwsza rosyjska kulka trafiła w jego ojca, który wyemigrował do Nowego Yorku po rozstaniu z żoną. Luke robi swoje, osoby sprawujące nad nim pieczę, w tym matka, lekarze, agenci, także sir Adrian.


Rosjanie za wszelką cenę podejmują się zadania jakie zlecił im sam szef państwa. Akcja się rozkręca, nabiera tempa, robi się coraz ciekawiej i goręcej. Czytelnik przy tej okazji poznaje meandry światowej polityki, w tym także gier szpiegowskich. Ciekawostką jest, że stare metody sprzed kilkudziesięciu lat wracają do łask, typu chowanie wiadomości po skrytkach, tajne konspiracyjne spotkania, itp., ponieważ wszyscy boją się hakerów i wiadomości, które ci są w stanie odszyfrować przy pomocy najnowszych technologii.


Książka jest bardzo interesująca. Koniecznie warto przeczytać. Polecam.

piątek, 25 października 2019

Ildefonso Falcone, Katedra w Barcelonie

Ildefonso Falcone, 



Katedra w Barcelonie


cykl: Katedra w Barcelonie, t. 1 



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 2007
ISBN: 9788373595385
liczb str.:704
tytuł oryginału: La catedral del mar
tłumaczenie: Magdalena Płachta
kategoria: powieść historyczna




recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/23735/katedra-w-barcelonie/opinia/640655#opinia640655


                                                                     

                                                               



                                                                   





„Katedra w Barcelonie” to epicka powieść historyczna napisana przez Ildefonso Falcone, czas trwania akcji to I połowa XIV wieku. Główni bohaterowie to rodzina Estanyolów, Bernat i Arnau, jego syn. Dowiadujemy się z książki, że rodzina Estanyolów była tzw. wolnymi chłopami, zwolnionymi części powinności feudalnych, w ramach okazanej dobroci za zasługi na polu walki w obronie wolnej Katalonii. Współcześni feudałowie nie za bardzo respektują prawa nabyte wobec czego Estanyolowie zmuszeni byli, to już mamy w tej opowieści, opuścić zamieszkałą wieś i udać się do Barcelony, miasta już wówczas bardzo starego, mającego swoje tradycje. Po rocznym pobycie chłopscy uciekinierzy uzyskiwali coś w rodzaju azylu, panowie feudalni nie mieli prawa ich ścigać. Ten przywilej dla miasta wziął się stąd, ze Barcelona stale potrzebowała rąk do pracy, żeby rozwijać się gospodarczo.




Tak więc wynika z tego jasno, że jest to nie tylko typowa powieść historyczna, a więc wydarzenia intrygi, wojny, epidemie, wszak jest oczywiste, że w tym czasie wlokła się po Europie i Azji odmiana dżumy, zwana czarną śmiercią, która zabiła wiele istnień ludzkich i przetrzebiła wiele miast i wsi, których zabraknąć nie może, ale książka przepełniona jest motywami ekonomicznymi. Zarówno w kontekście bardziej globalnym, czyli potrzeb finansowych króla Piotra III, ale także bogacenie się kupców barcelońskich, w tym mamy niesamowitą karierę naszego głównego bohatera Arnau Estanyola. Jak wiemy na pierwszych kartach powieści był usytuowany gdzieś na dnie drabiny społecznej miasta, pomagał przy budowie katedry Santa Maria del Mar. Z czasem jego pozycja rośnie. Aż w końcu trafia na jej szczyty, a że trudno się na szczycie utrzymać, ma okazję się przekonać, problemy z inkwizycją mało kto przeżywa.


Ewidentną analogią do tej książki jest oczywiście książka Kena Folletta „Filary ziemi”, wspomnieć warto nie tylko dlatego, że zarówno w Kingsbridge, ale także w Barcelonie budowano wspaniałą katedrę, ale warto o tym wspomnieć, że ludzie średniowiecza byli wizjonerami i chcieli coś po sobie oczywiście ku chwale Bożej, w przypadku budowli sakralnych, ale były też zamki, miasta, które przez setki lat, aż do dnia dzisiejszego niesamowicie nas zachwycają, i będą długo jeszcze. Literaccy spece od serii „Metro 2033 Uniwersum” twierdzą, że budowle średniowieczne mają szansę przetrwać także nuklearną apokalipsę, oby nie było nigdy okazji do potwierdzenia lub zaprzeczania tej teorii w praktyce. Tak czy siak świadczy to o niesamowitym geniuszu budowniczych katedr i zamków.


Książka jest interesująca, czytelnicy powieści historycznych będą niewątpliwie zainteresowani tą książką, a dla innych będzie okazja przekonać się, że tego typu literackie podróże, jak ta do XIV wiecznej Barcelony, są fascynujące.




niedziela, 29 września 2019

Asne Seierstad, Księgarz z Kabulu

Asne Seierstad,


Księgarz z Kabulu 
    


Wydawnictwo: W. A. B.
Data wydania: 2013 r.
ISBN:  9788377479193
liczba str.: 312 
tytuł oryginału: Bokhandleren i Kabul - et familjedrama
tłumaczenie: Anna Marcinkówna
kategoria: książki podróżnicze



recenzja opublikowana na: 




    

                                                                                     

Mamy wrzesień, w Book –Trotterze głosy uczestników tej recenzenckiej, podróżniczej padły na Norwegię. Ja zdecydowałem się na przeczytanie i zrecenzowanie książki Asne Seierstad „Księgarz z Kabulu” i odbyć literacką podróż do dalekiego Afganistanu.


Skoro to jest wszystko jasne, dorabiając sobie wrześniową ideologię, a więc motyw szkolny, zacznijmy tą recenzje od motywu typowo edukacyjnego. No to zacznijmy od lekcji języka afgańskiego (pasztu?):


„J jak jihad, dżihad, to nasz cel na świecie, I jak Izrael nasz wróg, K jak kałasznikow z trzema magazynkami, zwycięstwo będzie nasze, M jak mudżahedini nasi bohaterowie” .
Po czym uczniowie wybierają się na krótką przerwę i po kolejnym dzwonku wybierają się na lekcję matematyki. No to „posłuchajmy”:

„Mały Omar ma jednego Kałasznikowa i trzema magazynkami. W każdym magazynku mieści się 20 kul. Omar wystrzelił 2/3 swoich kul i zranił 60 niewiernych. Ilu niewiernych zabił jedną kulą?"


O tym, że tego typu edukacja przynosi wyśmienite efekty świat ma okazję się przekonywać nie raz.

Głównym bohaterem książki jest tytułowy księgarz z Kabulu, Sułtan Chan, właściciel księgarni, a także cała jego rodzina, w tym dwie jego żony, starsza i dobrze wykształcona Szafira, Sonja, piękna młoda analfabetka. Mamy też jego synów i córki. Asne gości u tej rodziny, właściwie jako gość, kobieta z zachodu, pełni funkcję „bezpłciową”, z tej racji, że mogła odwiedzać zarówno męskie jak i kobiece przestrzenie. Mogła też odzywać się w czasie posiłków, co raczej było reglamentowane i otoczone normami społecznymi, podobnie jak wiele innych, codziennych ról społecznych. Ciekawe, że dość szczegółowo autorka rozpisuje się o zwyczajach weselnych, czyli całe tzw. zrękowiny, kwestie ekonomiczne, to mężowie byli zobowiązani, żeby zapłacić za żonę rodzinie w gotówce, złocie lub w dobrach ruchomych i nieruchomych. Trzeba nie zapominać, że rodzina Sułtana Chana według afgańskiej rachuby ekonomicznej uchodzi za człowieka bardzo bogatego, a przecież dobrze wiemy, że tym kraju zniszczonym dziesięcioleciami regularnych wojen dominuje wszechogarniająca bieda, wręcz głód. Stąd musiał się w książce pojawić wątek rodziny biednego stolarza, który dostał zlecenie od Sułtana Chana, żeby wykonać nowe regały na książki. Księgarz sprzedawał również pocztówki, bo zapewne forma tzw. obrazkowa bardziej docierała do społeczności w której ¾ to analfabeci. Wspomniane pocztówki, znaczną ich ilość, podkradał stolarz, żeby dorobić sobie do honorarium, które otrzymał i miał otrzymać stolarz. Oczywiście jest szeroki wątek migracyjny, sam główny bohater w celach biznesowych pojawia się w sąsiednich krajach: Pakistanie, Indiach, Iranie i Rosji. Mamy chociażby inżyniera, pracującego w afgańskich liniach lotniczych, który sezonowo w Niemczech pracuje jako dostawca pizzy, zarabia tam więcej niż pracując w swojej branży.


Widać ewidentnie, że autorka napisała nie tylko historię rodziny głównego bohatera, ale mamy w książce dosyć szeroką panoramę Afganistanu, próbuje zrozumieć historię tego kraju, jego kulturę, w czym pomocna jest historia samego Sułtana Chana i jego utarczka z politycznymi dyktaturami mniej lub bardziej oparte. Jest to niezwykle trudna historia, zwłaszcza historia ostatnich kilkudziesięciu lat. Niewątpliwie fakt, że sama autorka tam była, nadaje barw całej tej opowieści, która jest niesamowicie emocjonalna, autorka zdaje się przeżywać i przekazywać swoje wrażenia swoim czytelnikom. Oczywiste jest, że ma ona nasz zachodni punkt widzenia na wiele spraw, ale też próbuje zrozumieć realia danego kraju. Na przykład sama chodzi po ulicach w burkach i głowi się jak to możliwe, że można w tego typu ubraniu chodzić przez całe życie. Ona tam była 5 miesięcy w 2001 roku i miała świadomość, że wróci do rodzimej Norwegii. Z tego co zrozumiałem nadal ma kontakt z rodziną Sułtana Chana, co potwierdza moją teorię o emocjonalnym zaangażowaniu autorki, w sensie, że to są ważni ludzie i przejmuje się ich losem, wierzy w to, że po tych wojnach udręczony kraj zazna wreszcie dobrodziejstwo pokoju i dobrobytu za tym idącego, rzecz jasna po wielu latach, przy zapewne dużym wysiłku społeczności międzynarodowej.


Wiele satysfakcji czytelnikom sprawiają intelektualne dysputy samej autorki z Sułtanem Chanem, rozmawiają oni wiele o historii, filozofii, kulturze itd. Widzi w księgarzu równorzędnego partnera do tego typu intelektualnych rozmów. I to niewątpliwie jest fascynujące, bo to jest dowód, że z tymi ludźmi, którzy wyznają wiarę proroka Mahometa da się rozmawiać, co jest wręcz rewolucyjne, bo w potocznym mniemaniu każdy wyznawca Islamu to potencjalny terrorysta i rzeczywiście jest w tym sama zasługa przywódców cywilnych i religijnych i wiele wody upłynie w we wszystkich rzekach na świecie, że to się zmieni. Jasne, że każdy może powiedzieć, że łatwiej rozmawiać z pojedynczym wyznawcą islamu, który może zostać kumplem, bo możemy się przekonać, że ktoś jest inny niż reszta, A wydawać się mogą polityczne i mentalne zmiany w tym zakresie. Nie ma wątpliwości, ze to jest bardzo skomplikowane, bo dokładnie taka jest interakcja dwóch religii islamu i chrześcijaństwa. Na studiach czytałem „Zderzenie cywilizacji” Samuela P. Huntingtona, która sprowadzała się do tego, że świat islamu to inna bajka i my ludzie Zachodu jesteśmy skazani na wojnę z tymi ludźmi z bliskiego wschodu. Wydarzenia z 11 września 2001 r. zdają się tego typu teorie potwierdzać. To wydarzenie przez wielu publicystów uznawane jest za symboliczne rozpoczęcie nowego XXI wieku, gdzie zmienia się natura wojny, bo nowoczesna wojna nie musi toczyć się gdzieś daleko na jakimś końcu świata ale może trwać dosłownie wszędzie na każdym podwórku, bo nie wiadomo z jakiego zaułka wyskoczy wróg i zabije ludzi. Już nie mowiąc o tym, że wojny da się toczyć zdalnie, pry użyciu dronów. Ciekawe czy kiedyś emocje opadną? Czy skończy się to na kolejnych setkach lat brutalnych wojen?


Nie ma opcji ten znak zapytania trzeba pozostawić i na tym zakończyć. Dodać tylko można, że książka jest wybitna, i oprócz poznania typowo podróżniczego kolorytu Afganistanu, ta książka ma również głębszy sens, zwłaszcza jeśli się ją połączy z innymi książkami, w tym wspomnianego Huntingtona. W powieściowych thrillerach świetnie współczesne motywy islamskie pojawiają się chociażby u Frederica Forsytha, chociażby „Afgańczyk” czy „Czarna lista”. Na pewno warto w tym kontekście te książki przeczytać. Czytelnik może się tylko z tego cieszyć, że norweżka Asne Seierstad porządnie przyłożyła się do tej książki i wyszło z tego niesamowite cudo. Zdecydowanie polecam.





piątek, 20 września 2019

Magdalena Kubasiewicz, Spalić wiedźmę

Magdalena Kubasiewicz,


Spalić wiedźmę


cykl:  Królewska wiedźma, t. 1 



Wydawnictwo: Genius Creations
Data wydania: 2015 r.
ISBN:  9788379950300
liczba str.: 300
tytuł  oryginału: ------------
tłumaczenie: --------
kategoria: fantastyka

recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:



http://lubimyczytac.pl/ksiazka/259415/spalic-wiedzme/opinia/53610061#opinia53610061






                                             



Trafiłem na dość interesującą książkę fantasy, historii alternatywnych, zatytułowana „Spalić wiedźmę”, której autorką jest Magdalena Kubasiewicz, młoda pisarka i publicystka w zakresie tematyki fantasy i science fiction. Koncepcja literacka, w której główna bohaterka jest wiedźmą, czarownica teoretycznie nie jest nowa, a w Krakowie, stolicy alternatywnej XXI wiecznej Polanii, spokojnie da się dopatrzeć alternatywnej Atlanty, którą pojawia się w powieściach amerykańsko – rosyjskiego duetu, piszącego pod pseudonimem Ilona Andrews. Tam też mamy czarownicę Kate Daniels i całą masę potworów biegających po mieście. Tu mamy jak najbardziej współczesny nam Kraków, Polania jest królestwem, krajem rządzi król Julian, raczej młody człowiek, a Sara Weronika Sokolska jest Pierwszą Czarownicą. Znana jest z tego, że ma potężną moc magiczną, w końcu proces rekrutacyjny na tak intratne stanowisko, w dodatku od którego zależy życie mieszkańców Krakowa i zapewne nie tylko, jest surowy i niezwykle precyzyjny. Trafiło na Sarę, która ma raczej niepokorny charakter, chodzi swoimi drogami, niezrozumiałymi często dla przełożonego którym jest sam król Julian. Sara ma nowoczesny, popularny, styl ubierania, dokładnie taki jak widać na okładce, czyli na pewno mija się to z dworską etykietą, co wybitnie irytuje władcę i jego dwór i rząd. Sara nie przypomina żadnej celebrytki, osoby wpływowej mającej wpływ na cały kraj, kontaktująca się nie tylko z krajową ale także europejską i światową lożą czarodziejów. Może wie co robi, może taka kreacja ma zmylić wrogów, czy ta taktyka jest skuteczna trzeba by zapytać?




A okazja, żeby wrogowie kraju i pierwszej czarodziejki doszli do głosu się przydarzyła. Książka zaczęła się zdaje się nawet dość rutynowo, wiedźma Sara została wezwana przed tron monarchy żeby wzięła się za wyjaśnienie śmierci Katarzyny Niepołomic. Potem akcja rozkręca się coraz bardziej. Potwory zrobiły rozróbę, która przypominać może scenariusz do filmu „Ghostmasters”. Ciekawa była próba zlikwidowania gniazda około setki strzyg. Z lektury cyklu „Saga o wiedźminie” wiemy, że z jedną jest duży kłopot, chociażby gdy w Wyżinie Geralt próbował uporać się ze strzygą w którą zamieniono córkę króla Foltesta. Przy tym wyczynie wiedźmina ta setka strzyg rozpracowana przez Sarę to naprawdę rewelacyjny wyczyn. Sara radzi sobie nieźle, co nie zmienia w niczym postaci rzeczy, że wiedźminka Ciri mogłaby tu wpaść czasem w czasie podróży po światach i zabrać Geralta ze sobą, żeby wspomóc Sarę w jej trudnych obowiązkach.


Książka jest ciekawa, niezbyt gruba, ale też treściwa, główna bohaterka została przez autorkę świetnie wykreowana. Na pewno Sara ma niezwykle barwną osobowość, jej utarczki z królem Julianem zostały wyśmienicie opisane. Niewątpliwie jak ktoś lubi tego typu motywy magiczne w literaturze zainteresuje się tą książką. Ja mogę dodać, że książkę warto przeczytać. Polecam.




niedziela, 1 września 2019

Steven Erikson, Bramy domu umarłych

Steven Erikson, 




Bramy domu umarłych 




cykl: Malazańska Księga Poległych, t. 2 



Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 2012 r. 
ISBN:  9788374802598 
liczba str.: 794
tytuł oryginału: Deadhouse Gates
tłumaczenie: Michał Jakuszewski 
kategoria: fantasy 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/143674/bramy-domu-umarlych/opinia/51531592#opinia51531592


                                 

                                                                                               



Czytam dalej „Malazańską Księgę Poległych”, cykl napisany przez kanadyjskiego pisarza Stevena Eriksona. Druga część zatytułowana jest „Bramy domu umarłych”. Najpierw warto wyjaśnić czym konkretnie jest owa tytułowana malazańska księga? Jest księga dokonań wojennych imperium malazańskiego, która zawiera listę osób, którzy poświęcili życie za olbrzymi kraj w licznych wojnach. Ta księga jest pisana właściwie przez cały okres istnienia państwa malazańskiego i siłą rzeczy ma ona niewyobrażalnie gigantyczne rozmiary. Teraz tą misję otrzymał Duiker. Interesującym motywem jest, że Duiker otrzymał misję pisania kroniki, chociaż był żołnierzem marynarzem, piechota morska, i w momencie kiedy cesarz mu zlecił tą historyczną robotę był analfabetą. No ale, że wymigać się nie mógł musiał nadrabiać, nauczyć się pisać i wyedukować się na historyka. Jak dowiadujemy się Duiker wywiązał się z tej roli znakomicie. Podąża po licznych polach bitew uzupełniając Malazańską Księgę Poległych, a że Malazańczycy działają na wielu frontach Duiker nie nadąża z pisaniem. Czyli wynika z tego, że historycy jak najbardziej przydają się na polach bitew pisząc kroniki dla potomnych. Swoje wspomnienia w formie kronik pisał chociażby sam Juliusz Cezar. Były o to książki „O wojnie domowej” i „O wojnie Galijskiej”. 




Duiker podąża przez pogranicza Malazańskiego imperium z elitarnym oddziałem wojska, zwanymi podpalaczami mostów. Swoją drogą to jest interesujące, że w wojskowej tytulaturze hierarchicznej mamy szpony i pięści. Czyli wojsko stanowi istotny element całego cyklu, bo ci ludzie wysyłani są na wojnę, często na koniec świata jakim dla tych ludzi były odległe rubieża wielkiego imperium żeby zdobywać nowe terytoria lub odzyskiwać te stracone na polach bitew. 





Uniwersum Malazańskie wykreowane przez Eriksona jest dość skomplikowane i stąd też trudności w czytaniu tego cyklu. Należy spokojnie podejść do kwestii i założyć, że wraz z czytaniem kolejnych tomów wszystkie motywy będą się układać niczym układanka z puzzli. Zapewne na tym polega ta fascynująca opowieść. Należy wspomnieć , że to jest bardzo piękne uniwersum, kompletne, spójne i logiczne mającą swoją wielotysiącletnią historię kulturową, cywilizacyjną, zdarzeniową, polityczną, ekonomiczną itp., ale także tzw. historię naturalną, czyli Braudel, by to zdefiniował jako długie, wręcz bardzo długie trwanie, dotyczy historii przyrody, cykli klimatycznych i wynikających z tego migracji zwierząt wymierania gatunków, ewolucji biologicznej. Jak w każdej opowieści typowo fantasy pojawiają się magowie, którzy żyją po kilkanaście tysiącleci. Jestem ciekaw jakie role będą odgrywali w tej całej fabule tych opowieści. Czeka mnie niełatwa czytelnicza przeprawa w kolejnych tomach, ale z radością wejdę w te kolejne fabularne motywy w tym cyklu. Interesują mnie kolejne przygody Duikera, Apsalar i reszty bohaterów. 


Książka jest niezwykła, ciekawa, genialna. Ja będę czytał co Erikson napisał, Duiker siedzi i pisze kolejne rozdziały Malazańskiej Księgi Poległych. Czyli czytelnik domyśla się, że kolejne litry krwi na wojnach będą obficie przelewane. 
Polecam.


środa, 28 sierpnia 2019

Heinrich Boll, Opiekuńcze oblężenie


Heinrich Boll, 




Opiekuńcze oblężenie


Wydawnictwo: Muza  S. A
Data wydania: 1993 r.
ISBN: 8307013143
liczba str.: 415 
tytuł oryginału: Fürsorgliche Belagerung 
tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz
kategoria: literatura piękna




recenzja opublikowana na lubimyczytac:


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/65732/opiekuncze-oblezenie/opinia/53075932#opinia53075932

recenzja opublikowana na facebook:


https://www.facebook.com/groups/829004030782178/






Boll, a konkretnie książka „Opiekuńcze oblężenie” to dość interesujący klasyk literacki, ściślej mamy do czynienia z książką obyczajową. Jest to o tyle niezwykłe, że tego typu motywy, systemów gdzie rządzi cała kupa Wielkich Braci można raczej znaleźć w dystopijnych literaturach typowo cyberpunkowych. Interesujące jest to, że Wielki Brat ma się dobrze w systemie typowo demokratycznym. Zaskakujące jest to, że książka dotyczy lat siedemdziesiątych XX w., czyli wynika z tego, że autor bez pudła wie co się dzieje w jego rzeczywistości i jakie będą kolejne dziesięciolecia, chociażby to co opisuje inny, współczesny i zapewne znany wam moi drodzy czytelnicy, niemiecki pisarz Marc Elsberg. Jak się okazuje Niemcy z Zachodu już w tamtych latach byli w strachu przed terroryzmem, pewnie to już było po olimpiadzie w Monachium 1972 r.. Jednak i tak to jest troszkę dziwne, bo wszak w latach 70 i 80 wybuchające bomby na ulicach Londynu były praktycznie codziennością i działalność IRA dawała się anglikom we znaki. Pewnie to sprawa mediów, które nagłaśniały, tak jak to jest teraz wszelkie wydarzenia z całego świata, w tym działalność ugrupowań islamskich. Do tego też doszły wspomnienia z niedawnych lat III Rzeszy, gdzie jak pamiętamy, dosłownie prawie wszyscy Niemcy dali się przekonać Hitlerowi i jego partii nazistowskiej do realizacji przez cały kraj opętańczej ideologii, która sprowokował drugą wojnę światową i nikomu nie trzeba tłumaczyć co z tego wynikło. Interesujący jest motyw, że ludzie stracili zainteresowanie wiarą. Główni bohaterowie opowiadają, że jeszcze niedawno były w kościołach kolejki do spowiedzi, a teraz kościoły stoją praktycznie puste. 






Autor interesuje się konkretniej życiem finansowych elit kraju, co jest widoczne w narracji, bohaterowie mówią nam czytelnikom wiele o swoich karierach, ten został prezesem banku, inni również dobrze sobie radzą w meandrach świata finansowego. Boll przekonuje czytelników, że ten strach jaki powstał w ludziach stworzył specyficzny obraz społeczeństwa, ludzie uciekają w seks, luksus, używki i poczucie zobojętnienia. Mamy tu opisaną historię pewnej rodziny, główną bohaterką jest Katarzyna von Bora i wszystko w książce dzieje się wokół jej rodziny. 



Książka jest ciekawa. Warto przeczytać. Polecam.