piątek, 27 września 2024

Andrzej Pilipiuk, Zło ze wschodu

Andrzej Pilipiuk, 



Zło ze wschodu 



cykl: Światy Pilipiuka, t. 13




Wydawnictwo: Fabryka Słów

Data wydania: 2023 r. 

ISBN:   9788379649686

liczba str. 368

tytuł oryginału: ---------

tłumaczenie: ---------

kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5065494/zlo-ze-wschodu/opinia/84694566#opinia84694566


                                             

Zło ze wschodu, [ w: ] Andrzej Pilipiuk, Zło ze wschodu



Koniecznie przyznać trzeba, że tytułowe opowiadanie tomu „Zło ze wschodu” jest świetne, wręcz genialne, nie tylko jak na Pilipiukowskie standardy, ale ogólnym, szerszym tego słowa znaczeniu. Pilipiuk tak jak wielu autorów fantastyki, z samym Tolkienem na czele, nie unika tematyki traum jakie niosła za sobą druga wojna światowa. Wręcz trzeba powiedzieć, że ta seria wydarzeń historycznych stała się tak immanentną cechą wszystkich gatunków fantastyki wszelakiej, że dobrej fantastyki bez tego nikt nie napisze. Niewątpliwie Pilipiuk jest świadom tego stanu rzeczy i co i rusz motywy się pojawiają. No ale to opowiadanie absolutnie przebija wszystko z czym dotychczas mieliśmy do czynienia. Paradoksem jest, że mowa tu o tym co przyniosła dla świata ideologia nazizmu, a tytule mamy przecież mowa o tym, że mamy jakieś zło ze wschodu. No bo mimo tego wszystkiego jakiś element fantastyczny pojawić się musiał, bo inaczej nie byłoby to fantastyką. Mówiąc kolokwialnie, Pilipiuk tak porobił system, że czytelnik zastanawia się czy te zło ze wschodu, niewiele tu się mówi o zbrodniach komunizmu, przypadkiem  nie jest gorsze od wybryków nazistów? A to wydaje się niemożliwe przecież. 


Co to jest zło ze wschodu?


Pozwólcie, że wstrzymam się troszkę jeszcze z odpowiedzią. Po prostu opowiem wszystko od początku co my tu mamy w tym długim opowiadaniu. Mamy trzech młodych chłopaków, dwaj Polacy Sławek i Piotr, oraz Mykoła Ukrainiec, był jeszcze krewny Mykoły, starszy gość Ihor. I to ten ostatni narobił nielichych kłopotów całej niemieckiej wsi, gdy wszyscy trafili tam do niewoli, nadrabiać deficyt siły roboczej w rolnictwie, bo młodzi aryjscy chłopcy w tym czasie hurtowo giną gdzieś na stepach dalekiej Rosji i Ukrainy, wtedy to było ZSRR oczywiście. I to z ich perspektywy czytelnik widzi to co się dzieje we wsi oraz usiłuje dojrzeć perspektywę wojenną to co się dzieje w ich rodzinnych stronach, Polsce i krajach ościennych. Z jednej strony nie jest to jakaś wielka rewelacja, bo pewne ograniczenia zarówno epoki, jak braku czasu, bo gospodarze eksploatują ich, tak jak widzą taką potrzebę, a z drugiej strony nie najgorsza, bo wiedzą o tym, o czym kawał świata wiedzieć nie chciało, bo wolało udawać, że nie wie. Oni wiedzieli o obozach, o zapachu palonych ciał, czy ulatniającym się dymie z kominów krematoryjnych. A to dużo. Narratorem jest Sławek i to jest jego historia. Trafia w ręce Niemców, jak działa konspiracyjnie, udaje, że zbiera chrust. Konspiry  machina ucisku nie dała rady udowodnić, ale i tak uznano, że na tzw. roboty się nada. I tak trafia do Niemiec, po drodze przez cały kraj zobaczył to i owo, koledzy, też coś tam wiedzą, i dyskurs, po cichu prowadzony jest ciekawy. Wszystko toczy się raczej normalnie, typowy sezon rolniczy. Pewnego dnia przybywa syn gospodarzy, funkcjonariusz SS, i robotnicy przymusowi wiedzą, że coś się święci.


Nie mylą się, czują ten sam zapach palonych ciał, który już znają i nie mają wątpliwości co to oznacza. Nie jest lekko! Ihorowi wyraźnie puściły nerwy, ukradł Sławkowi jedną, albo kilka probówek. wcielonego zła ze wschodu. Bowiem okazało się, że coś takiego to właśnie nasz główny bohater przywiózł ze sobą, ale po pierwsze nie kusiło go, a po drugie nie wiedział, że miał do przekazania aptekarzowi coś w rodzaju potężnej, acz fantastycznej, broni biologicznej. Zresztą na tyle mocarnej, że chłopaki zdecydowali bronić się wioski wroga, wśród których rekrutuje się sporo żołnierzy różnych formacji zbrojnych, nie brakuje też regularnych zbrodniarzy wojennych.


Czas wrócić do pytania, co to jest do licha, te zło ze wschodu?


Już częściowo zacząłem mówić/pisać, że to nie żarty, że to broń biologiczna. To po prostu zło wcielone w pigułce. Jak już pigułka zostanie otwarta/odbezpieczona wychodzą z niej karzełki, zwane Złydniami, które po prostu demolują wszystko jak leci. Niby toczy się wszystko normalnie, ale coś tam nawali, coś tam zardzewieje, komuś zdrówko nawali, zwierzątko domowe zdechnie, itd. Niby nic niezwykłego, tyle, że tempo tych negatywnych zdarzeń jest oszałamiająco szybkie i prowadzi to do rychłej demolki całej wsi/całego miasta. Złydnie przyczajają się na krew wroga, tak są magicznie zaprogramowane, ale jak już zabraknie tak zdefiniowanych dawców, to szukają jak leci, ludzi i zwierzęta, aż zagryzą całą okolicę. Chłopaki kombinowali, co robić, bo skubane skrzaty/diabełki są tak silne, że praktycznie niezniszczalne. No ale Mykoła słyszał ukraińskie legendy w temacie, że cerkiewne dzwony to jedna z opcji uporania się z z tym upiornym kłopotem. Stworki dostają szału i ulegają anihilacji, samozniszczeniu. Szczęśliwie jakaś stara, niedziałająca od kilkudziesięciu lat cerkiew była w okolicy. Pobiegli tam i rzeczywiście uruchomili dzwon, tym samym uratowali wioskę i siebie.


Wynika z tego, że choć przykra okoliczność przytrafiła się złym ludziom, bo ktoś ukradł jeden drobiazg za dużo, to jednak oni sami też musieli się przecież ratować, a głodne krwi, niczym wampiry, karzełki o ideologię pytać się ani myślały.


Niewątpliwie jest to ciekawe i niezwykle barwne opowiadanie, połączenie motywy typowo historycznego z koncepcją fantastyczną jest porażające wręcz. Na pewno to daje to do myślenia. Jeżeli chodzi o inspirację literackie to coś takiego było w cyklu książkowym „ Saga o wiedźminie” Andrzeja Sapkowskiego. Lud wiedział, że skrzaty troszkę rozrabiają sikają do mleka i kwaśnieje, i parę takich drobnych harców urządzają. O takie hece jak mamy tu u Pilipiuka nikt ich nie podejrzewa i nikt tępić ich nie chce, bo i zagrożenie jest niewielkie, sobie popsocą niecnoty i tyle. Po prostu traktuje się coś jako zło konieczne, element ekosystemu świata fantastycznego. Na pewno nie opłaca się nasyłać wiedźminów na te chochliki, więc sobie w okolicach chłopskich chat spokojnie egzystują i nikt sobie głowy nie zawraca męczeniem stworków.


Podsumowując dobrze się czyta to dosyć mroczne opowiadanie. Na pewno ciekawe były te rozważania, że kondycja gospodarcza i mentalna Niemców w ostatnich kilkudziesięciu miesiącach nie wyglądała dużo lepiej niż ta zdemolowana przez złydnie wiocha. A to ktoś zginął w każdej rodzinie, a to odczuwał problemy wynikające z tego, że gospodarka się chwieje. Tylko w mediach propaganda mówiła jak jest ładnie i niezwyciężona armia robi nazistowski porządek, ale i tego ludzie się nauczyli jak odszyfrowywać tego typu komunikaty i łapać tzw. między wiersza. To jest ciekawe to wszystko i na pewno zgrabnie autor to zawarł. Polecam czytelnikowi to opowiadanie i cały tom. Jest świetny.

sobota, 31 sierpnia 2024

Algis Budrys, Cytadela

 Algis Budrys, 



Cytadela


Wydawnictwo: Stalker Books

Data wydania: 2022 r. 

ISBN:     9788367223133

liczba str.: 208

tytuł oryginału: Citadel 

tłumaczenie: Tomasz Walenciak, Ireneusz Dybczyński 

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/cytadela/opinia/84152473



Kryształowa ściana, oko nocy [ w: ] Algis Budrys, Cytadela





Miałem okazję niedawno przeczytać książkę pt. „Ten cholerny księżyc”, zresztą ten utwór znalazł się również w tym tomie opowiadań pt. „ Cytadela”, więc trzeba było dokonać jakiegoś innego wyboru. Zaintrygowało mnie dość długie opowiadanie zatytułowane „Kryształowa ściana, oko nocy”. W tym opowiadaniu będzie mowa o tych cholernych Marsjanach. Ciekawostką jest to, że konwencja tego opowiadania jest wyjątkowa, bardzo realistyczna, bowiem czytelnik ma okazję się przekonać, że wszystko co jest związane z pieniędzmi, nie straci na aktualności również w przyszłości bliższej i dalszej. W sumie nie ważne, czy to będą dolary, kredyty, solarisy, czy jeden czort wie jeszcze, jak będą się nazywały ziemskie i kosmiczne waluty, nadal pieniądze papierowe czy wirtualne nadal będą wzbudzać silne emocje negatywne i pozytywne. Tak jak to ma miejsce praktycznie w każdej epoce, zwłaszcza w kręgach biznesowych/finansowych, dźwięk, szelest przepływu pieniędzy doprowadza ludzi do szału. Nie obce też będą rozważania o zapachu pieniędzy. I dokładnie tak jest tutaj w tym opowiadaniu mamy spotkanie biznesowe gdzieś na wyspie Manhattan, gdzie kiedyś było miasto Nowy Jork, wieżowe są jeszcze wyższe niż kiedyś, w sensie dosłownym sięgają gwiazd. Zapewne budowanie portów kosmicznych na wysokości kilkunastu kilometrów też problemem wielkim nie jest, jak to sugeruje parę książek z gatunku science fiction z samym Clarkiem, tym od „Odysei kosmicznej 2001”, na czele. No ale wiemy, że jeden z uczestników siedzi/pracuje w biurze gdzieś na kosmicznej wysokości a jakiś gość do niego się wybrał. Jak nie trudno się domyśleć przybył porozmawiać o interesach. Telefon zadzwonił. Tak zaczyna się gra i akcja opowiadania.


Jednym z szefów globalnej korporacji jest Rufus Sollenar. Gościem jest pan Ermine ze Specjalnego Biura Public Relations IAB. To coś w rodzaju instytucji kontrolnej firm z branży. Panowie wymieniają grzeczności, udowadniają sobie kto tu jest bossem, dzisiaj co niektórzy by powiedzieli sigmą, Pan Ermine mówi, że jego brat pracuje w jednej z federalnych agencji, a ma w tym jakiś cel zapewne. Czyżby to były typowe zagrywki w tych kręgach? No ale gospodarz nie wywalił gościa za drzwi więc chce poświęcić mu swój bezcenny czas i wysłuchać co ma do powiedzenia. Dalej dowiadujemy się, że mowa tutaj o branży technologicznej, ściśle telewizyjnej, mowa jest o jakimś patencie, EV, na nowy standard odbiornika TV. Czyżby Algis Budrys spekulował, że z TV będzie troszkę jak z radiem, wieszczy się upadek tego medium, ale jakoś trwa. Z TV wydaje się, że tak jest, bo w dużym stopniu rolę rozrywkową i informacyjną przejmuje internet. Autor jest zdania, że TV z jakiś powodów się utrzyma i nadal będzie spełniać swoje role nie tylko informacyjno – rozrywkowe. Nie zmieni się to, że ktoś będzie na tym zarabiał duże pieniądze, w tym firmy produkujące wyposażenie wszelakie, bo to już widzimy, że jakość odbioru ma znaczenie, i TV chcąc utrzymać się na powierzchni musi w tym wyścigu o dobrą jakość technologii utrzymywać dobre lokaty. Jak nie trudno się domyśleć chodzi też o rywalizację panów Sollenar’a i Burr’a. Korporacje obydwu szefów dzieli raptem kilka przecznic a mają wpływ na cały glob, a nawet kawał kosmosu. Można się domyśleć, że troską pana Ermine jest aby standard EV odniósł sukces rynkowy, Sollenar jest pewny swego i opowiada, że projekt to pewniak, nie jest zagrożony. No ale jest problem, tych cholernych Marsjan, bo ich inżynierowie znają się na swojej robocie i mogą wyprodukować coś jeszcze lepszego, a wtedy projekt EV i finanse wszystkich firm stowarzyszonych w IAB trafi szlag. W tym kontekście informacja, że Cortwighte Burr ściągnął coś od Marsjan jest ważna. Na tym skończyło się to spotkanie biznesowe, pan Ermine wyszedł.


W kolejnej części jest mowa o czymś co możemy nazwać szpiegostwem Sollenar szpieguje Burra, żeby odkryć co on kombinuje z tą marsjańską technologią, badając, czy rzeczywiście jest w stanie mu zagrozić i obalić standard EV. A potem padł strzał Burr został trafiony. Wynika z tego, że działalność biznesowa jest ryzykowna pod tym względem, że można stracić troszkę krwi, a nawet życie. Nie zabił, ale tym razem przyszedł przeciwnik, i niczym jakiś spiderman biegał po szklanych ścianach wieżowca, żeby ściągnąć rywala na dno. Ta próba również się nie powiodła, skończyło się na połamanych palcach.


Trzecia sekwencja to całkiem publiczne spotkanie na balu, gdzie Sollenar jest laureatem jednej z dorocznych, branżowych nagród, oznacza to tyle, że marsjański wynalazek okazał się niewypałem, i że standard EV stał się powszechny w użytkowaniu. Jednak inżynierowie z Marsa całkiem beznadziejni nie są, skoro Burr był zdolny do takich wyczynów i jest praktycznie nieśmiertelny, a to na pewno w biznesie jest uważane za interesujący bonus, warty każdej ceny zapewne. Mamy jeszcze kolejne spotkanie z panem Ermine, bowiem cała ta afera wywołała spore komplikacje w organizacji IAB. W końcu rzadko zdarza się, że dwaj biznesmeni bawią się w bossów mafii i jeden próbuje wykończyć drugiego w sensie dosłownym. Ciekawą, acz nie kluczową dla tej opowieści kwestią jest jak sprawa pod kątem biznesowym dalej wygląda. No ale dowiadujemy się kim są umownie napiszmy kontrolerzy pokroju pana Ermine, oprócz tego, że są lojalni i praktycznie nieprzekupni, jeżeli nie są Marsjanami, to zoperowano ich na Marsie, są w posiadaniu nadzwyczajnych umiejętności, zapewne są też nieśmiertelni. Pod tą procedurę kontrolną trafił Rufus Sollenar. Dowiedział się, że został objęty nakazem organu kontrolnego i szybko przekonał się co to oznacza!

Krótko mówiąc panowie, panie pewnie też, w ciekawy i niezwykle barwny sposób załatwiają sprawy biznesowe. Pewnie polisy na życie w tym uniwersum opiewają na ogromne kwoty, co tylko poddymia atmosferę zapewne. Algis Budrys dał radę, opowiadanie o sprawach ekonomicznych wyszło wyśmienicie. Polecam i stwierdzam, że wyzwanie litewskie Book Trottera było bardzo udane.



   

niedziela, 11 sierpnia 2024

Andrzej Pilipiuk, Wieszać każdy może

 Andrzej Pilipiuk, 



Wieszać każdy może,



cykl: Kroniki Jakuba Wędrowycza, t. 5


Wydawnictwo: Fabryka Słów, Edipresse

Data wydania: 2020 r. 

ISBN:  9788381642538

liczba str.:  250

tytuł oryginału: --------

tłumaczenie: ------

kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/wieszac-kazdy-moze/opinia/58817300



Pola trzcin [ w: ] Andrzej Pilipiuk, Wieszać każdy może



Opowiadanie zatytułowane „Pola trzcin” jest na tyle długie, że niewiele pod kątem długości brakuje mu do pełnowartościowej książki, pod kątem akcji też. Niewątpliwie łamie ono schemat Pilipiukowski, że Jakub Wędrowycz siedzi w Wojsławicach i tam w przerwach między różnymi zleceniami, jakie dostaje jako świecki egzorcysta, spędza czas w rodzinnych stronach pędząc bimber, a co upędzi to wypija, najczęściej w towarzystwie swojego kumpla Semena Korczaszki. Spędza też czas konsumując legalne trunki jakie oferuje wojsławicka karczma, tutaj towarzystwo jest bardziej liczne. Bywają chociażby nielubiani, wierni wrogowie Bardaki, co daje chłopom asumpt do urządzania licznych awantur.  Obydwie strony solidnie przykładają się do tego, żeby ta wendetta rodowa przetrwała wieki. Również w tym opowiadaniu wojna sąsiadów z Wojsławic ma znaczenie.


W tym opowiadaniu zarówno Jakub z Semenem i jego prawnuk 13 letni Piotruś, a także nestor rodu Bardaków Izydor, mają okazję przemierzyć pół Europy. Drużyna Jakuba podąża do Egiptu, ratując potomka Korczaszki, Jana, archeologa, egiptologa, któremu grozi uderzenie potężnej klątwy egipskiej, a żarty bynajmniej to nie są. A o co chodzi? O pieniądze, przydatne jak najbardziej w egipskich zaświatach. Praktycznie wszystkie piramidy zostały, splądrowane, i dusze faraonów są biedne i żyją na łasce jednego z nich, Amenhotepa I, którego grobowiec przetrwał tych wiele stuleci. Przypadkiem się złożyło, że ekipa polskich naukowców trafiła na dobry trop. I całe egipskie zaświaty drżą o to, że wszyscy władcy pójdą na żebry, a dokładnie to im grozi.


Akcja jest dosyć zawiła, do naszego świata zostali wysłani Lenin i Dzierżyński do XXI wieku przez egipskiego boga chaosu i zniszczenia Seta. Najpierw trafili do Warszawy, troszkę tam namieszali w różnych, dziwnych miejscach. Jednym z nich było ministerstwo nauki, gdzie Lenin wymusił, żeby cofnięto dotację na badania dla Jana Korczaszki. Potem szybko trafili do Wojsławic, najpierw był dość bolesny sparring z miejscową ludnością, bo jak się dowiedzieli „kto Jakubowi w drogę wchodzi, sam sobie szkodzi”. No ale, że byli uparci to doszli do wniosku, że klan Bardaków, jako odwieczni wrogowie Wędrowyczów będą zainteresowani współpracą. Nie mylili się. Drużyna Jakuba leciała przez Europę zeppelinem, a Bardaki na czarną godzinę przechowywali niewielki samolot. Po drodze były przygody z wampirami na Węgrzech i Rumunii, sam hrabia Drakula wszedł do akcji. Nie trudno się domyśleć jak było. Sprawy szybko załatwili i dotarli do celu.


Bardak, Lenin i Dzierżyński będąc przekonani, że ich wrogowie zginęli w wypadku, wrócili do Polski, załatwiać swoje sprawy w tym dobry byt w egipskich zaświatach. A ekipa Jakuba kontynuowała podróż, Byli we Włoszech, tam miejscowi gangsterzy mieli małe problemy z podróżnikami. Do Egiptu dotarli tym samym środkiem transportu, którym podążają do Europy imigranci, przewoźnicy byli troszkę zdziwieni, że ktoś chce odbyć podróż do Afryki. W końcu po licznych perypetiach podróżnicy dotarli do Egiptu, na konkretne wykopaliska.  Przekonali się, że klątwa działała solidnie, ale też bogowie zorientowali się, że Jakub jest dobrym fachowcem. Więc wyjścia nie było, trzeba było znaleźć konsensus. Jakub nie chcąc zadzierać z mocarzami też był podobnego zdania. Mimo, że wydawało się niemożliwe, wilk wyszedł kontent z tego zamieszania i owca też wyszła bez szwanku ku zadowoleniu, wszystkich, również archeolodzy, którym znaleziono zajęcie na parę ładnych lat. Pozostało już tylko wrócić do kraju, podziękować odpowiednio godnie Leninowi i wysłać w te same zaświaty, w których spotkają swojego dobrego znajomego, Stalina.


Ciekawy jest koncept tego opowiadania, i mimo że jest ono dość długie czytelnik wciąga się niesamowicie w akcję i jest zainteresowany poczynaniami młodego Piotrusia, który jako Wędrowycz musi wychodzić z niejednej ciekawej opresji, były romanse z wampirzycą, ratowanie księżniczki z haremu i parę innych ciekawych akcji. Jakub i Semen oczywiście jak zwykle przeżywali te historie będąc po wpływem trunków wszelakich. O dziwo mieli okazję konsumować wykwintne alkohole, nie przepuścili okazji, żeby pić z archeologami. Czytelnik dowiaduje się, że Semen zna język arabski, o co mało kto go podejrzewa. Podsumowując, jak zwykle Jakub i Semen przeżywają niesamowite przygody, o których zapewne się dobrze opowiada przy piwku lub szklaneczce bimbru, ale wtedy kiedy trzeba nie zawsze jest do śmiechu, bo oponenci żyć nie dają w sensie dosłownym i trzeba się martwić, żeby wyjść z ciężkich opresji. Rzecz jasna autor zagwarantuje również czytelnikowi, że okazji do śmiechu nie zabraknie, bo przecież Pilipiuk pisze lekko, troszkę z przymrużeniem oka, ale też bardzo ciekawie.


Jest też bonus, opowiadanie o wieśminie, którego autorem jest Michał Smyk, zwycięzca konkursu literackiego. Wieśmin dostał zlecenie, ubicie bestii, która jest pisarzem i nazywa się Andrzej Pilipiuk, mistrz wieśmiński wziął się za robotę, zrobił co trzeba. Ale jak widać Pilipiuk jest jedyną ofiarą wieśmina, która przeżyła akcję, z wieśmińskim mieczem w dłoni wieśmina, jak tego dokonała?


Książka jest ciekawa. Polecam

piątek, 26 lipca 2024

David Weber, Alternatywa Ekskalibura

 David Weber, 



Alternatywa Ekskalibura



Wydawnictwo: ISA

Data wydania: 2011 r.

ISBN:   9788374182218

liczba str.: 320 

tytuł oryginału:   The Excalibur Alternative

tłumaczenie:  Justyna Niderla

kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

 https://lubimyczytac.pl/ksiazka/90899/alternatywa-ekskalibura/opinia/83151036#opinia83151036


                                            

Przeczytałem ciekawą książkę pt. „Alternatywa Ekskalibura”. Jest to niezwykle oryginalna mieszanka typowej powieści z gatunku science fiction z niezwykle oryginalną mieszanką dotyczącą historii. Na tyle to jest zaskakujące, bo czytelnik całą książkę się głowi, po cholerę kosmitom są potrzebni legioniści rzymscy i średniowieczni, rycerze, chłopi, czyli słynni łucznicy, którzy zostali zgarnięci w momencie, kiedy Anglicy podążali, żeby porządnie zlać Francuzów w bitwie pod Azincourt​​? Historia zapewne się nie zmieniła, bo nie była na tyle znaczna liczba, żeby ludzie, którzy byli na jednym statku byli w stanie coś zmienić w bitwie. No ale niewątpliwie przydali się kosmitom, żeby uczestniczyć w sparringach z tzw. prymitywnymi plemionami, którzy zamieszkują planety będące pod protektoratem Federacji.


W teorii to jest prosta książka, porwanie naszych, w ramach przysługi bitwy z prymitywnymi rasami kosmitów i tak w kółko. No ale jednak istnieje tutaj jakiś plan w planie, jakby to powiedział Frank Herbert, bo idzie za tym jakaś bardziej skomplikowana idea. Po pierwsze udowodnienie, że ludzie średniowiecza, całkiem dobrze poradzili sobie z abstrakcyjną rzeczywistością, na tyle skomplikowaną, że my zrozumielibyśmy zrozumieli ją troszkę lepiej, ale jednak dla tej wybitnej cywilizacji i tak jesteśmy dzikusami. I w tym jest dla nich kłopot, bo jako barbarzyńcy rozwijamy się bardzo szybko bo z perspektywy końcówki średniowiecza licząc wystarczy raptem 1000 lat, że doganiamy cywilizacyjnie Federację. Wynika z tego, że biurokraci z Federacji problem dostrzegli, tyle, że za późno. Czy da się uratować Ziemię? No i co może zrobić z tym ekipa barona Jerzego?, czyli średniowieczni rycerze i łucznicy, którzy na skutek kosmicznej technologii przeżyli ładnych kilka stuleci.


Odpowiedź wydaje się logiczna znaleźć sojuszników i narobić kłopotów oponentom. Doszło do przejęcia kosmicznego statku demona błazna, kogoś w rodzaju kapitana statku, przedstawiciela Gildii Kosmicznej. Jest to byt zbliżony i mający duże wpływy w Federacji, tak jak to było w "Uniwersum Diuna" Herbertów, gdzie Gildia trzęsła całą galaktyką, Analogia jest konieczna, żebyśmy przynajmniej spróbowali zrozumieć o co może chodzić w tej książce. Ekipa wojowników ze średniowiecza pod wodzą barona Jerzego przy pomocy jaszczurzych, inteligentnych, sojuszników, opanowała statek kosmiczny Gildii, być może wcale nie mniejszy niż liniowce/galeony Gildii z Diuny. Doszło również do opanowania pokładowych  komputerów, w tym sztucznej inteligencji. A co z tego wynikło? Odpowiedź mamy gdzieś w XXIII wieku.? To bardzo ciekawe, ale również spojlerowe i trzeba tajemnicy dotrzymać. Trzeba koniecznie dorwać się do książki i przeczytać.


Ze swojej strony zapewnić mogę, że jest ciekawe, lepiej niż to z początku wygląda. Na pewno jest fascynujący proces mentalnościowy jak bohaterowie wzięci ze średniowiecza zaczynają rozpracowywać motywy kosmiczne, technologiczne, informatyczne, i wszystko. Przyznać trzeba, że wychodzi im to zaskakująco dobrze, ale może dlatego, że mają na to dużo czasu, a może przyczyna była inna, bo jednak ekipa ze Starożytnego Rzymu była tam kilkanaście stuleci dłużej i sobie nie radzili. Czyli coś innego zadziałało. Na pewno ta mentalność średniowieczna ze zderzeniem nowoczesnej technologii nawet dla nas trudnej do wyobrażenia, ma jakieś znaczenie, i to jest ciekawe. Na pewno ich to fascynowało, że w bitwach ginęło mało ludzi, że ich uzbrojenie było lżejsze i lepsze jakościowo i nauczyli sobie z tym radzić. Jakie znaczenie miała głęboka religijność średniowieczna, to jest też ciekawe jak sobie z tym poradzono?


Nie wątpię wcale, że ta książka jest bardziej genialna niż da się o tym napisać ciekawie w recenzji. No bo z pozornej banalności mamy tu wyciągnięcie czegoś głębszego co skłania do refleksji dotyczącej przyszłości, jak my możemy sobie radzić z kontaktami z przybyszami i czy dalibyśmy radę lepiej niż ludzie z innych epok? To jest rzadko spotykane. No i jak jesteśmy przygotowani do kosmicznych inwazji? Książka jest napisana ciekawie, ma kilka momentów kluczowych, kiedy akcja przyśpiesza na tyle, że nie sposób powstrzymać się od czytania, potem zwalnia, potem znów przyśpiesza aż do finału kompletnie zaskakującego. Warto przeczytać. Polecam


piątek, 19 lipca 2024

Andrzej Pilipiuk, Konan destylator

 Andrzej Pilipiuk, 




Konan destylator


cykl: Kroniki Jakuba Wędrowycza, t. 8


Wydawnictwo:  Edipress, Fabryka Słów

Data wydania: 2018 r. 

ISBN: 9788381173513

liczba str.:  320

tytuł oryginału: -------

tłumaczenie: ---------

kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/konan-destylator/opinia/71426664



Labirynt obciachu [w: ] Andrzej Pilipiuk, Konan Destylator




Przeczytałem kolejną tom przygód Jakuba Wędrowycza pt. „Konan destylator”. Jak zwykle przeczytałem kilkanaście opowiadań, niektóre były całkiem długie, jak to tytułowe, które przypominało opowieść o smoku w tomie „Trucizna”. Rzecz jasna w sensie, że mamy ten sam schemat w odległa, praktycznie mityczną przeszłość, a to daje pole do popisu wyobraźni literackiej pisarzowi i czytelnikowi. Na pewno jest tej opcji tutaj więcej niż w opowieści o naszej historii, którą przynajmniej troszkę znamy. Tu mamy krainę mityczną, Cymerię, która była gdzieś między wyspami Brytyjskimi a Francją. Dlatego też dałem sobie spokój z przedstawieniem tego typu opowieści.


Jednym z głównych praw tego uniwersum jest, że naciśnięcie na odcisk Jakubowi Wędrowyczowi nie ma prawa skończyć się dobrze, no ale akurat w tym tomie parę osób miało farta bo wyszło cało z tego typu opresji np. wampiry z Czarnobyla w opowiadaniu pt. „Stalkerzy”. Podobnie młody policjant, praktykant w opowiadaniu zatytułowanym „Trudny teren” który dał się wkręcić w intrygę Bardaków, ale Bardak i Rowicki, funkcjonariusze z Wojsławic, nie chcieli rozkręcać tej afery z narkotykami. W sensie, że Jakub i Semen, według szalonego konceptu w donosie Bardaków, mieli być dilerami, skończyło się happy endem, młodemu praktykantowi okazano łaskę. Inna historia była w opowiadaniu, które zaproponowałem, żeby jakoś fajnie zrecenzować ten tom opowiadań. Jest to opowiadanie „Labirynt obciachu”, tytuł chyba dobry, bo niewątpliwie na kartach literatury nie ma bardziej obciachowych dziadów niż Jakub i Semen.


Sprawa zaczęła się banalnie jakiś gość, obcy miastowy ośmielił się w Jakubowym gaju, czyli lokalu, gdzie podaje się głównie napoje alkoholowe, zamówić napój, który nie zawiera ani grama alkoholu. Klient najpierw prosił o kawę, potem herbatę, w końcu dostał wodę mineralną, czyli kranówę. Jakub poczuł się tym urażony i migiem wyprosił delikwenta. Ten wyleciał z karczmy, no ale zdążył jeszcze wypowiedzieć coś w rodzaju klątwy, że się zemści. Miał pecha, bo nie wiedząc z kim ma do czynienia wziął się za realizację tego zamiaru. Przybył pół roku później do Wojsławic z lustrami. Panowie Jakub i Semen raczej z nudów niż nadmiernej ciekawości weszli w tą pułapkę. To co nawyrabiali zanim zdołali wyjść zostało nagrane, żeby cała wieś miała z czego się pośmiać. Po tym wszystkim John Maruda podszedł do nich w knajpie pytając, czy rachunki są wyrównane. No ale Jakubowi i Semenowi do śmiechu nie było wcale. Co tam się działo trudne jest do opisania, dość powiedzieć, że z knajpy nic nie zostało. Nic nie wiadomo czy mściciel był zachwycony z takiego obrotu sprawy.


Opowiadania Pilipiuka o przygodach wiekowego dziadka i jego starszego o jakieś kilkanaście dekad kumpla Semena są interesujące. W opowiadaniu „Źródło” mamy ciekawą historię Semena, jak będąc w rosyjskim wojsku wypił wodę ze źródła, będąc nastolatkiem szybko się zestarzał, ale uchodząc za najgłupszego w pułku jego inteligencja wzrosła do wysokiego poziomu, skończenie studiów w Petersburgu to była pestka dla niego. W sumie to jest ciekawe jak Semen się zaprzyjaźnił z Jakubem, który formalnie wykształcenia nie mając żadnego, ledwo potrafił czytać, jednak intelektualnie daje radę nie tylko w dysputach ze swoim przyjacielem, ale też rozwiązywać ciekawe sprawy, które często wymagały sporego wysiłku intelektualnego, ale też fizycznego. Co prawda byli silniejsi od nich, wiedzieli o tym Bardaki wynajmując ochronę karczmy w tytułowym opowiadaniu, efekt sparringu z mięśniakami był prosty do przewidzenia. No ale Jakub i Semen się nie poddali, przyprowadzili krewnego Conana, barbarzyńca z odległej przeszłości, łatwo uporał się z zagrożeniem. Do Wojsławic trafiali jakimś cudem kosmici, ale Japończykom po drodze nie było. Trafił tam do Japonii jeden z Bardaków, żeby wynająć dwóch wojowników Ninja, oczywiście, żeby rozwiązali największy problem i koszmar Bardaków, czyli załatwili Jakuba i Semena. Na pewno dla przybyszów było to ciekawe wyzwanie, dla czytelników również, bo to było interesujące co w opowiadaniu „Niebieskooki Ninja” będzie można przeczytać. Niewątpliwie fakt, że pojawiły się wzmianki o kilku opowiadaniach niezbicie dowodzi, że wybór tego najlepszego był naprawdę trudny i opowiadania są ciekawe, no i są też fascynującą rozrywką, Bo o to też tu chodzi, żeby okazji do pośmiania się było bez liku. Niewątpliwie jest ciekawie w tym tomie. Polecam.



niedziela, 7 lipca 2024

Ken Grimwood, Powtórka

 Ken Grimwood,



 Powtórka


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2024 r. 

ISBN:  9788383381619

liczba str.: 368

tytuł oryginału: Replay

tłumaczenie: Zuzanna Naczyńska

kategoria: science fiction


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5107345/powtorka/opinia/84267012#opinia84267012





Książka pt. "Powtórka" Kena Grimwooda, to ciekawa, jak na gatunek science fiction to lekka, wręcz wakacyjna lektura, co nie znaczy, że nie jest ciekawa, bo koncepcja jest fascynująca, zapewne lepiej znana z kinematografii. Bo jak śmiało można przypuszczać filmy typu "Dzień Świstaka", czy trylogię filmową "Powrót do przeszłości" zna każdy. Jak wiemy są to lekkie, acz niebanalne koncepcje majstrowania w rzeczywistości, przyszłości, przeszłości lub rzeczywistości alternatywnej. Z tą książką jest podobnie, powtórki są przecież podróżami do przeszłości i dniem świstaka jednocześnie.


Tutaj głównym bohaterem jest Jeff Winston, który umiera nagle w 1988 r w wieku ok 40, po śmierci, pojawia się jakieś ponownie na świecie 25 lata wcześniej, dokładnie w roku 1963 r.,  kiedy był na studiach. Budzi się, tzn. uzyskuje świadomość, z grubsza tak to autor definiuje, jako 18 latek w akademiku.  Piorunem przypomina sobie jak było, co było. I co można zmienić? Chociażby zarobić szybkie pieniądze na zakładach bukmacherskich lub inwestycjach. Trzeba koniecznie dodać, że tych powtórek było przynajmniej kilka, jeżeli nie kilkanaście. Każda powtórka była troszkę późniejsza, aż nieuniknionym było, że będzie ona bardzo krótka raptem parę dni i game over. Coś takiego przeżyła Pamela Philips, koleżanka, również powtórkowiczka, którą Jeff namierzył dowiadując się, że jest film, którego nigdy nie było. Jego tytuł "Gwiezdne morze" Pamela była tam reżyserka, producentką i aktorką, film był hitem, ale nikt nie zrozumiał przesłania, bo mogli je zrozumieć tylko powtórkowicze, jeden czort wie ilu ich mogło być!


No i tutaj się zaczyna cała to opowieść. Jak już wspomniałem zielone dolarki problemu Jeffowi nie robiły, bo mając wiedzę z następnego ćwierćwiecza umiejętnie ją wykorzystywał. Udało mu się też być na tyle skryty, że ominęły go przyjemności pobytu w różnych instytucjach zajmujących się ludzką psychiką. Choć niewątpliwie czuł się bardzo samotny. Kombinował jak tu zmienić rzeczywistość, idealistycznie wierząc, że ocalenie prezydenta Kennedy'ego i paru zwykłych ludzi zmieni świat na lepsze. Prezydenta nie udało się ocalić. Podobne rozważania wokół tej postaci pojawiają się w książce pt. "Dallas 63" Stephena Kinga. Ten gość, główny bohater, do lat 50/60 XX wieku trafiał w 2011 r.  przez fast foodową budkę  swojego kolegi, który miał problemy zdrowotne i wtajemniczył go w pewien sekret. No i działo się! Sam autor daje do zrozumienia swojemu bohaterowi, że tego typu ingerencje w rzeczywistość to bezsens i czytelnik jest absolutnie pewien, że Ken Grimwood podziela to zdanie. Wracając do postaci Pameli, oboje zdrowo majstrują w rzeczywistości, będąc w kontakcie z przedstawicielem jednej z agencji federalnej, a więc człowiekiem wystarczająco wpływowym. I co się stało? Praktycznie doprowadzili do wybuchu III wojny światowej, krajem, czyli USA, rządziła faszystowska dyktatura, i o czymś takim jak demokracja szybko zapomniano.


O sprawach sercowych w sensie miłosnym, a nie klinicznym, za wiele nie warto pisać, choć uprzyjemnia to fajnie książkę i życie zarówno Pameli, jak i Jeffa. Warto wspomnieć, że w jednej z wersji powtórki, szukali podobnych do siebie powtórkowiczów. Trafili na kompletnego świra i seryjnego mordercę Stuarta McCowana. Mówił, że zabija ludzi, bo każą mu to robić kosmici, którzy się nudzą i potrzebują mrocznego kontentu, a on jako kontent kreator musi tego typu rozrywki dostarczać, bo inaczej zwiną interes i nie będzie niczego. Nazwał ich, tych kosmitów, Antarejczykami. Jeff i Pamela, zastanawiali się o tym i doszli do przekonania i kim są owi Antarejczycy? Ciekawe czy się tego domyślicie o co chodzi?


Z grubsza to tyle, pozostaje jeszcze pytanie co będzie, czy te powtórki kiedyś się skończą? I czy los, Bóg, czy jak inaczej zwać tego kto te powtórki zarządził, uznał, że w przypadku tego osobnika czas zakończyć tą grę. Opcje są dokładnie dwie, tak jak w Circus Maximus w starożytnym Rzymie, kciuk imperatora idzie w dół albo w górę, życie albo śmierć. Jak było? Książka jest lekka, przyjemna, pewnie nawet w jeden dzień da się ją przeczytać, a niewiele dłużej to na luzie. Akcja wciąga niesamowicie. Fajnie autor kreuje bohaterów, rzeczywistość, lat 60, 70, 80 XX wieku. Nietrudno się domyśleć, że to kawał życia samego autora i że ten okres zarówno w życiu, jak i historii go fascynuje. No ale na szczęście autor nie pozbawia swojego czytelnika ciekawych refleksji dających naprawdę zdrowo do myślenia. Jeśli tak podejść do tematu, że skomplikowane motywy da się napisać z zaskakującą lekkością pióra, co w science fiction typowe przecież nie jest, to jednak trzeba uznać, że to jest mistrzostwo i dać najwyższą ocenę w 10 stopniowej skali portalu lubimyczytac.pl. Cieszę się z tego, że przeczytałem tak fajną książkę i oczywiście polecam.


sobota, 29 czerwca 2024

Moses Isegawa, Gniazdo węży

 Moses Isegawa, 



Gniazdo węży



Wydawnictwo: Albatros

Data wydania: 2003

ISBN:   8373591354

liczba str.: 303

tytuł oryginału:   Slangenkuil

tłumaczenie: Alicja Dehue - Oczko

kategoria: literatura piękna, political fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/35325/gniazdo-wezy/opinia/83787397#opinia83787397




Przyszła pora na przedstawienie drugiej książki przeczytanej w ramach Book Trotterowego wyzwania dotyczącego literatury afrykańskiej. Tym razem autorem jest pisarz reprezentujący Ugandę Moses Isegawa, a opiniowana książka ma tytuł "Gniazdo węży". Pod kątem kategorii, czyli z czym my czytelnicy mamy tu do czynienia, jest to bardzo swoisty, bo afrykański political fiction. Co jest o tyle fenomenalne, że bardzo niewiele tego jest w literaturze. Nie wiem czy przypadkiem najbardziej znaną książką tego gatunku dotyczącą Afryki nie jest książka pt. "Cesarz" Ryszarda Kapuścińskiego, no ale może zbyt mało znam realia dotyczące tej literatury, więc trudno ściśle wyrokować jak się sprawy mają. Głównym bohaterem jest tutaj ugandyjski intelektualista, Bata, młody absolwent Cambridge, jak nie trudno się domyśleć jest kimś w rodzaju idealisty, bo wierzy, że coś da się w kraju zmienić.


Powraca do kraju w latach 60- tych XX Wieku. Cały świat w tym czasie podzielony jest na dwa obozy Zachód i komunistyczny Wschód, a to generuje również masę konfliktów w Afryce. Wiemy również, że jest to skomplikowany czas wyzwalania się kontynentu z kolonializmu i wtedy nikt nie próbuje nawet prorokować co będzie i jak będzie w przyszłości nawet niedalekiej. Bo to jest wrzący kocioł, nie tylko ze względu na gorący klimat.


Oczywiście klasa rządząca Ugandą, zwana tutaj metaforycznie gniazdem węży, uważa młodego za zagrożenie dla ich władzy, bytu, przetrwania zapewne również. Bo jedno jest pewne ci gracze grają bardzo ostro! Niczym wytrawni pokerzyści grają o pełną pulę i ryzykują przy tym. Pewnie ze szkodą dla kraju, może nawet i zdają sobie z tego sprawę, ale korzyści posiadane ze sprawowania władzy jakie oni mają są absolutnie priorytetowe i tego typu konkurencję jak młody Bata starają się wyeliminować. Szczególnie cięty na młodego gracza jest tutaj generał Bazooka. Podejrzenia, że Bata może coś namieszać całkiem bezpodstawne nie są, np., prezydent Kenii Jomo Kenyatta, był kimś takim jak Bata, absolwentem London School of Economics i postawił wszystko na jedną kartę, na Afrykę. W jego przypadku się udało i towarzystwo z gniazda węży dobrze o tym wiedziało.


Oczywiście w książce jest zawarta perspektywa geopolityczna, dowiadujemy się, że kraj, jak na realia kontynentu, nie uchodzi za biedny. Czyli są jakieś relacje handlowe zarówno z Zachodem, jak i z komunistycznym Związkiem Radzieckim. Można dywagować na ile Bata ma wspólnego z samym autorem. Isegawa wyjechał z Afryki do Europy i wydaje książki z Holandii. Na pewno ta perspektywa daje autorowi pewien dystans, ale również bezpieczeństwo, bo trudno przypuszczać, że węże w rodzinnym kraju daliby mu żyć. Różni autora od jego bohatera to, że on ukończył Uniwersytet Makarere w Kampali, stolicy Ugandy.


Książka niewątpliwie jest interesująca. Warto przeczytać. Polecam .