środa, 9 marca 2016

Stanisław Lem, 



Summa technologiae 



seria: Stanisław Lem (1921- 2006 ) Dzieła zebrane


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2000
ISBN:  8308030890
liczba str.: 501
tytuł oryginału: -------------
tłumaczenie: ------------
kategoria: eseje literackie, fantastyka, science fiction



 
(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:  

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/93546/summa-technologiae/opinia/31823357#opinia31823357  )  


Tym razem zmierzyłem się z książką zatytułowaną „Summa technologiae” Stanisława Lema. Są w niej zawarte eseje dyskursywne w których Lem opisuje interesujące futurologiczne koncepcje. Jednak trzeba to koniecznie przyznać te koncepcje mają znacznie głębszy sens niż wykreowanie pewnych koncepcji dotyczących wynalazczości w przyszłości, która wynika z fascynacji ludzkim rozumem. Tytuł niemal jawnie nawiązuje do „Summy teologicznej” św. Tomasza, tak jakby autor snując swoje tak naprawdę filozoficzne spekulacje zastanawiał się gdzie w tym wszystkim jest i będzie Bóg? Czy rzeczywiście powstaną kiedykolwiek maszyny mądrzejsze od nas i to one sobie i nam ludziom wymyślą nowego Boga? Coś takiego pojawiło się w powieści Simaka „Projekt Papież”. W ogóle analogii literackich do klasyków gatunku science fiction czytelnik znajdzie tu bez liku. Chociażby problem myślących maszyn mamy w serii „Uniwersum Diuna” Franka i Briana Herbertów, czy w „Fundacji” Isaaca Asimova. 


Niewątpliwie Lem fascynuje się rozumem ludzkim i problem rozumu, kolokwializując, wałkuje na wszelkie możliwe sposoby, czy to będzie typowo biologiczne, czy psychoanalityczne podejście do problemu, a także mamy próbę rozważenia tej kwestii z punktu widzenia nauk ścisłych. Lem zastanawia się jak do tego doszło, że z punktu widzenia procesu ewolucji powstał taki gatunek jak homo sapiens, który sam będzie zdolny do tego, żeby zabawić się w Boga i stworzyć nową robotycką ewolucję, której wszelkie zasady i prawa będą zbliżone do tej naturalnej ewolucji? Widać tutaj mamy ewidentną fascynację geniuszem umysłu ludzkiego autora. Co ciekawe Lem stosuje również informatyczne metafory. Twierdzi, że w dużym stopniu nauką będzie w przyszłości rządził przypadek ponieważ zabraknie podstawowego czynnika do kreowania wynalazczości, a mianowicie materiału ludzkiego, a więc ludzi mające odpowiednie kwalifikacje, żeby być na przykład fizykami i kontynuować dzieło poprzedników. Tym sposobem coraz więcej koncepcji naukowych będzie leżało odłogiem, a nie wiadomo przecież która z tych wielu teorii może być przydatna. Tak więc Lem zastosował metaforę znaną każdemu użytkownikowi Internetu, po prostu przesył danych z konieczności będzie malał, bo danych będzie tak dużo, a możliwości ich transferowania  będzie stosunkowo niewiele. Czy wynika z tego, że pomimo świadomości zagrożeń znanych nam chociażby z literatury czy filmów science fiction konieczne będzie powierzenie ludzkości przeróżnej sztucznej inteligencji? Czy powstanie na przykład jeden wielki Sztuczny  Rozum, który ogarnie sobą miliardy mózgów ludzkich i będzie generował badania nad teoriami naukowymi? Z punktu widzenia rozwoju cywilizacji to może być absolutna konieczność. Inaczej może się okazać, że nasza cywilizacja padnie. 


A jeżeli mowa o powstawaniu i upadkach cywilizacji oznacza to jedno. Lem wszedł na poletko rozważań typowo historiozoficznych. A więc typowa filozofia historii z połączeniu z science fiction daje piorunujące efekty! Z jednej strony mamy rozważania dotyczące naszej Ziemskiej cywilizacji i próby rozpracowania problemu teoretycznego jaka będzie nasza przyszłość? Jak dalece zaawansowane wynalazki powstaną i jakie będą tego efekt? Pisząc w rozdziale o fantomatyce, że ludzie będą mieli psychiczne problemy z rozróżnieniem świata realnego od wirtualnego. I tutaj Lem trafił w samo sedno, bo niektórzy użytkownicy komputerów mają problemy czy to z grami komputerowymi czy po prostu z Internetem. I w efekcie jakie będą próby zapobiegania tym zjawiskom? Na te pytania odpowiedź poznamy zapewne w przyszłości. Drugi kierunek rozważań historiozoficznych Lema to kosmos. A więc mamy tu pytania, czy Ziemia jest anomalią w kosmosie, czy wręcz przeciwnie normą. Czy normalne jest to, że powstające zaawansowane cywilizacje dążą do samozniszczenia? No i czy w kosmosie wynaleźli sposoby na to, żeby temu zapobiegać? 


Podsumowując, z grubsza nakreśliłem to, co w tak niesamowicie genialny sposób opisał Lem. Wszystko co jest zawarte w tej książce jest efektem skomplikowanych analiz intelektualnych i rozmiar tego co my tu mamy może tylko i wyłącznie zafascynować czytelnika. Pozostaje mi tylko zaprosić każdego z was do tej intelektualnej uczty jaką zaserwował Lem.
„Summa technologiae” to arcydzieło stworzone przez genialny umysł wybitnego pisarza. Koniecznie trzeba przeczytać. 

środa, 17 lutego 2016

Bernard Cornwell, 



Rok 1356 



Wydawnictwo; Bellona
Data wydania: 2015 r.
ISBN:   9788311135499
liczba str. 443
tytuł oryginału; 1356
tłumaczenie: Michał Kampanowski 
kategoria: powieść historyczna  



(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:  

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/249078/rok-1356/opinia/31552222#opinia31552222   )      


  

Cornwell wcześniej w powieści „Pieśń łuków Azincourt” już zajmował się wojną stuletnią, a więc konfliktem między Francja i Anglią. W bitwie pod Azincourt łucznicy odegrali znaczną rolę.  Teraz w książce „Rok 1356” zajął się inną bitwą, pod Poitiers. Podobieństwa pewne miedzy tymi wydarzeniami są, w obydwu bitwach Francuzi mieli przewagę liczebną, a mimo to te bitwy przegrali. Wprawdzie w bitwie pod Poitiers łucznicy nie odegrali znaczącej roli, zostali umiejętnie wyłączeni z bitwy w taki sposób, że ich strzały nie zniszczyły wroga. Jednak autor postanowił i w tej powieści uhonorować łuczników. Bo to znowu łucznicy i ich dowódca są tutaj głównymi bohaterami. 


W „Pieśni łuków Azincourt” fikcyjnym bohaterem był Nick Hook, a tutaj w książce „Rok 1356” mamy przygody Tomasza z Hookton, zwanego Bastardem. Tomasz był dowódcą najemników walczących po stronie Angielskiej w wojnie z Francją. Dużą część książki zajmują zatargi Tomasza z Francuskimi możnowładcami, chociażby przetrzymywanie pięknej Bertyllii, żony hrabiego Labrouillade, która przebywała z żoną Tomasza Genowefą, i chroniącego czci hrabiny Rolanda de Verrec, który ściga Tomasza z Hookton. Natomiast istotny jest motyw miecza św. Piotra, a więc legendarnego artefaktu mającego charakter relikwii. Sam miecz został wyklęty, ale wystarczy, że papież zdejmie klątwę i moc miecza zadziała. Anglicy mają nadzieję, że zdołają tę moc miecza wykorzystać w zbliżającej się bitwie pod Poitiers. Czy im się uda?


Czytelnik ma wrażenie, że jak na wysokie standardy Cornwella, wyznaczonych chociażby w „Trylogii Arturiańskiej”, wiadomo sama legenda Arturiańska jest świetna, wystarczyło dobrze literacko problem rozpracować, czy wspomnianej „Pieśń łuków Azincourt” , tutaj był motyw świętych Kryspina i Kryspianina, duchowych obrońców miasta Soisonns, rewelacyjnie wplątany w wydarzenia, ta książka jest po prostu słaba. W obydwu książkach autor świetnie potrafił motywy ideologiczne i religijne wykorzystywać i doskonale artystycznie wtłaczać je w fabułę, a tutaj potencjalnie świetny motyw miecza św. Piotra został zmarnowany. Czytelnik odnosi wrażenie, że autor na siłę ten miecz wytrzasnął i na dobrą sprawę, nie wiedział co ma z tym zrobić, bo nawet nie za bardzo to pasowało do koncepcji. Siłą utworów Cornwella zwykle jest batalistyka, genialne opisy bitew lub pojedynków, czytelnik patrzy ze zdziwieniem, że ten atut nie został należycie wykorzystany. 


Książkę oceniam jako przeciętną. Jak na klasę tego wybitnego autora powieści historycznych to jest porażka! Szkoda, że Cornwell do tej książki się nie przyłożył. Można przeczytać.

niedziela, 14 lutego 2016

 Marcin Podlewski, 



Głębia  -  Skokowiec 


cykl: Głębia, t . 1


Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2015 r. 
ISBN:  9788379640867
liczba str. 720
tytuł oryginału; -------------
tłumaczenie: -------------
kategoria: fantastyka, science fiction 



(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:  





Odpalamy statek kosmiczny „Wstążkę” ruszamy w kosmos, a konkretnie w podróż na Wypaloną Galaktykę, w dawnych czasach znaną jako Droga Mleczna i jazda. 


Głównym bohaterem jest tutaj Myrton Grunwald, kosmiczny renegat, po prostu robi swoje niezbyt legalne interesy, handluje kradzioną technologią i ryzykuje życie swoje i swojej załogi. Myrton Grunwald jest charyzmatycznym liderem, potrafi pociągnąć za sobą ludzi, którzy gotowi są wejść za nim do „Wstążki” i podążać przez najbardziej niebezpieczne otchłanie kosmosu. Pojawia się również w tej książce interesująca postać, a mianowicie jest to książę  Natrium Ybessen Gatlark, ciekawe jest to, że książę  jest osobą niepełnosprawną jeździ na wózku inwalidzkim. Podlewski chce nam udowodnić jedno, że medycyna nigdy nie będzie doskonała, że pewnych chorób nigdy nie wyleczy. Podobnie jest z ludźmi, pod względem moralnym, na "Wstążkę" władował się przeróżny element, ludzie dobrzy i źli. Widać to również się nigdy nie zmieni. „Wstążka” to stary grat wytargowany za grosze z przestarzałą technologią, która co chwile nawala i trzeba ja naprawiać. Niektórzy mówią, że ta maszyneria jest nawiedzona, bo ma swoja mroczną przeszłość, ponoć "Wstążka” była nawet kiedyś statkiem widmo. Za to ładunek jest warty fortunę pod względem materialnym i pod względem technologicznym.
Intrygującą kwestia jest fakt, że „Wstążka” i jej ładunek budzi duże zainteresowanie, jedni chcą odzyskać skradziony towar, inni chcą go zniszczyć, a jeszcze inni przejąć, no i opcja najlepsza dla załogi "Wstążki” po prostu kupić, bo o to w tym brudnym interesie chodzi, żeby zarobić parę jedów i wyjść cało z tego zamieszania. 


Głębia, ten termin jest bardzo ciekawą metaforą, kojarzy się przede wszystkim z głębią oceanu, a tu mamy przecież kosmos. George Friedman w futurystycznych analizach głosi, że kosmos będzie odpowiednikiem oceanu, które z mocarstw opanuje kosmos, oczywiście chodzi mu o najbliższe okolice Ziemi, ten będzie rządził światem. A więc niezgłębione przestrzenie kosmosu są oceanem. Myślę, że znaczeń metaforyki oceanicznej kosmosu jest więcej, a to sprawia, że pisarze chcą pisać książki z gatunku science fiction, a czytelnicy chcą je czytać. Ludzie chcą choćby na kartach literatury czytać o wyczynach odkrywców. I teraz w świecie gdy przy użyciu odpowiedniej aparatury nawet każdy milimetr globu można zobaczyć z przestrzeni kosmicznej motyw działalności odkrywców musi przenieść się w kosmos, dlatego takich książek jak „Głębia – skokowiec” będzie więcej. Wspomniałem już o brudnych interesach, a warto też wspomnieć o zwykłym brudzie. O tym, o brudzie w „Gwiezdnych wojnach” mówił w jednym z odcinków internetowych rekolekcji „Jeszcze 5 minutek” o. Adam Szustak. Chodzi o to, że taka była koncepcja twórców filmu, to miało być jakieś odwzorowanie zwyczajności, że ta zwyczajność nigdy się nie zmieni, a więc nie ma szans, żeby ulice miast, czy wnętrza budynków były kiedykolwiek hermetycznie czyste, bo to jest po prostu niemożliwe. Podobnie jest z koncepcją, że spora cześć zarówno „Gwiezdnych wojen”, jak i literackiej serii „Uniwersum Diuna” Franka i Briana Herbertów i Kevina J. Andersona, toczy się na obrzeżach kosmicznych galaktyk, a więc wynika z tego, że każdy byt kosmiczny w koncepcji science fiction musi mieć swoje prowincje, bo to jest coś naturalnego.
Tutaj w tej książce „Głębia – Skokowiec”, prawie cała książka toczy się w przestrzeni kosmicznej, ale są to obrzeża kosmosu,. Myrton Grunwald kieruje swoją „Wstążkę" na Głębię, żeby uciec przed tymi co są nadmiernie zainteresowani ładunkiem „Wstążki”. Motyw skoków, też jest wzięty z „Gwiezdnych wojen” . Oczywiście analogii literackich nie brakuje chociażby do „Odysei kosmicznej” Clarke’a, no i naszego rodzimego klasyka Stanisława Lema, chociażby „Dzienniki gwiazdowe”.


Koncepcje zawarte w tej książce niewątpliwie są ciekawe, kreacja bohaterów dobrze rozpracowana. Jak na science fiction książka jest dość przystępnie napisana, choć rzeczywiście terminologii naukowej, zwłaszcza informatycznej jest dość sporo, jednak autor umiejętnie manewruje słowem pisanym. Interesujący jest motyw wzięty chociażby z „Diuny”, że na skutek wojen, w tym wojen z maszynami, wiele planet, wręcz wiele układów planetarnych uległo zniszczeniu. Autor planuje zrobić z tej kosmicznej peregrynacji statku „Wstążka” cykl, w związku z tym czytelnik zastanawia się czy wystarczy autowi pomysłów jak to rozpracować, bo nie wiem czy będzie warto czytać chociażby kolejnych kilkaset stron o tym samym, o podróży w przestrzeni kosmicznej bez jasno sprecyzowanego celu. Oczywiście mamy tu motyw handlowy, ale to jednak troszkę za mało. Brakuje tutaj jakiejś sensownej idei, np. dobra walki ze złem, a to jest chyba najbardziej archetypowy motyw w literaturze, a przynajmniej uwikłania załogi „Wstążki” w tą walkę. Koncepcja polityki i historii kosmosu wymaga jednak dopracowania i uszczegółowienia. Czytelnik wie, że były jakieś wojny, ale o co w nich chodziło? Czy warto było z ideologicznego punktu widzenia rozpieprzać kawał kosmosu? W dobrej science fiction pojawiają się pewne koncepcje filozoficzne, już nie mówiąc o koncepcjach sensu stricte religijnych, jak choćby motyw kilku dżihadów w książkach z serii „Uniwersum Diuna”. Jestem ciekaw czy autor ma jakieś pomysły uatrakcyjnienia tego cyklu, tak, żeby czytelnik z chęcią chciał sięgnąć po kolejne tomy i nie mógł się doczekać ich publikacji? 


Mimo pewnych uwag krytycznych polecam tą książkę, bo na pewno jest interesująca, po prostu dobra. Warto przeczytać.

sobota, 6 lutego 2016

 Robert Ludlum,


Czwarta Rzesza 


Wydawnictwo: Albatros - Andrzej Kuryłowicz
Data wydania: 2010 r. 
ISBN:  9788376597737
liczba str.: 576
tytuł oryginału:  The Holcroft Covenant
tłumaczenie: Jacek Manicki 
kategoria: thriller/sensacja/kryminał 



 (  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:  




Pierwszy raz spróbowałem szczęścia z literacką twórczością Roberta Ludluma, autora thrillerów i jest to próba udana. Wątek interesujący, akcja szybka, stawka wielka, o władzę, pieniądze i …. przeżycie. Istotny jest czas akcji, lata 70 poprzedniego stulecia, bo wtedy naziści lub dzieci nazistów trzymają się mocno i robią wszystko, żeby odzyskać nie tylko wpływy, ale i władzę nad światem. Uznali oni, że projekt Trzeciej Rzeszy był amatorką, bo był oparty o jedno państwo, wcale nie takie potężne znowu, i wyspekulowali, że trzeba zrobić lepszą, Czwartą Rzeszę, po prostu zdobyć władzę, w najpotężniejszych krajach świata w tym w USA. Grupa ta nazywa się Wilczy Szaniec. Istnieją dwie grupy o tej samej nazwie, zwalczające się nawzajem. Sojusz zawarły w jednym momencie, gdy w bunkrach Wilczego Szańca w okolicach Kętrzyna w Prusach Wschodnich, dokonano próby zamachu na Hitlera. Obydwie grupy miały przeciwstawne motywy, a cel ten sam, odsunięcie Hitlera. Jedni uważali, że Hitler jest szaleńcem i krajem powinien pokierować ktoś rozsądniejszy. A drudzy uważali wręcz przeciwnie, że Hitler okazał się zbyt delikatny, popełnił zbyt wiele błędów i zawiódł prawdziwych Aryjczyków. A na czele projektu Trzecia Rzesza  nikt nie potrzebuje amatorów. Zresztą jak wiadomo Trzecia Rzesza upadła i w ich mniemaniu zawczasu zaszła konieczność, żeby temu zaradzić. Wyprowadzono olbrzymie pieniądze z bankrutującego kraju i przygotowano operację Czwarta Rzesza. Podjęli się tego Clausen, Kessler i von Tiebelt. Trzecia Rzesza upadała, a Ci panowie snuli projekty jak tu się odegrać w przyszłości. Na szczęście to tylko fikcja literacka, bo ten wytwór literacki Ludluma jest zaskakująco realny i w pewnych okolicznościach coś takiego byłoby całkiem możliwe do przeprowadzenia. 


Minęło 30 lat, dzieci tych trzech panów i innych nazistów sami siebie nazywający Dziećmi słońca przystąpili do realizacji planu. Został to wciągnięty Noel Holcroft, wychowany w Ameryce syn Clausena, ponieważ jego matka uciekła od męża, bo się zorientowała o co chodzi nazistom. Chciała, żeby jej syn wychował się w normalnym kraju. Dla jednej z Grup Wilczego Szańca była to idealna przykrywka Noel Holcroft, jako Amerykanin idealnie nadawał się na marionetkę. Nie wiedział co robi, i robił wszystko co trzeba. Rywale, wszak naziści i dzieci nazistów mają wielu wrogów, w tym również w swoich szeregach, nie zasypiają gruszek w popiele i próbują storpedować Genewę, jak określa się próbę przejęcia 780 milionów dolarów z jednego z banków szwajcarskich. Akcja się rozpędza coraz szybciej i pędzi jak szalona! Czy uda się powstrzymać Johanna von Tiebelta, przywódcę tej grupy, zwanego też Kusaczem? Czy Noel Holcroft zorientuje się w końcu w co się tu gra?


Podsumowując książka  zatytułowana "Czwarta Rzesza" jest świetnie napisana, niesamowicie wciąga. A więc spełnia wszystkie wymogi thrillera teoriospiskowego. Warto przeczytać.

czwartek, 28 stycznia 2016

Praca zbiorowa - Polscy fani Metro uniwersum 2033 




Szepty zgładzonych 





Seria: Projekt Glukchowsky, Metro uniwersum 2033


Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 2015 r.
ISBN:    9788363944919
liczba str. : 225
tytuł oryginału: -------------
tłumaczenie: -------------
kategoria: fantastyka, postapokalipsa



 (  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/251352/szepty-zgladzonych/opinia/30871043#opinia30871043    )  

Ewa „Pani Cogito” Malinowska, Zwiad, [w:] praca zbiorowa - Polscy fani Metro uniwersum 2033, Szepty zgładzonych 





Z zaciekawieniem przeczytałem kolejny tom opowiadań napisanych przez Polskich fanów Metro uniwersum 2033. Teoretycznie to są to zwyczajne opowiadania dotyczące życia codziennego metra, czy innych podziemi, np. podziemi Klasztoru Jasnogórskiego. Bo to jest nowe i oryginalne, że część opowiadań dotyczy nie tylko metra w Moskwie ale również naszego kraju, oprócz Częstochowy jest Warszawa. Dziwnym trafem nasza stolica, i metro nie doczekały się oddzielnej książki. Jak wspominam nie ma w tych opowiadaniach nie wiadomo jakiej filozofii, ale jakaś jest. Dotyczy to chociażby tego, że w nowej postapokaliptycznej rzeczywistości każde wyjście na powierzchnię jest potencjalnie śmiertelne, a przejście nawet kilkuset metrów jest niebezpieczne, bo mamy ruiny, które grożą zawaleniem, no i mamy na powierzchni wiele dużych i małych mutantów, których wygląd uległ transformacji w sposób  dziwnie przebogaty w nuklearnym procesie ewolucyjnym. 


Opowiadanie, bo swoim recenzenckim zwyczajem, w takich sytuacjach skupiam się na jednym opowiadaniu, zatytułowane „Zwiad” dotyczy codziennego życia stalkerskiego. Stalkerzy to ludzie zawodowo zajmujący się wychodzeniem na powierzchnię. Nie sądzę, że chodzi tu tylko o walkę z mutantami, chociaż wszelkie epopeje stalkerskie tym się zajmują, ale też chodzi o przywłaszczenie mienia przydatnego do życia w podziemiach, to pojawia się również tutaj, mamy kino, które zostało doszczętnie rozgrabione. Mamy dwójkę głównych bohaterów Franka, ksywka Major, i Wiktoria, ksywka Owca, którzy dwukrotnie wychodzą na powierzchnię. Szefostwo jednej ze stacji Warszawskiego dowiedziało się, że w okolicy grasują zmutowane wilczury i zaszła konieczność zrobienia zwiadu celem uzyskania szczegółowych informacji, żeby w przyszłości z pomocą ludzi z sojuszniczych stacji zwalczyć zagrożenie. Akcja opowiadania zaczyna się w momencie gdy wrócili z akcji na powierzchni i niemal natychmiast mają wyjść ponownie. Wychodzą idą kilkaset metrów i przed burzą muszą zboczyć z drogi i schować się w kinie. A tam trafili na watahę wilczurów. Trwa trudna, brutalna walka o przeżycie. Pytanie jest jedno, to samo co u Głuchowskiego, czy ludzie żyjący 20 lat w metrze lub innych podziemiach, są jeszcze cywilizowanymi ludźmi? Bohaterowie Ewy „Pani Cogito” Malinowskiej Franek i Wiktoria udzielają tej odpowiedzi. Jakiej? Przekonajcie się sami moi drodzy czytelnicy.


 
Jestem przekonany, że warto sięgnąć po tą książkę i ja przeczytać. Zapewne fanów fantastyki postapokaliptycznej specjalnie zachęcać nie trzeba jak przypuszczam. Polecam.


 

wtorek, 26 stycznia 2016

Ignacy Karpowicz, 


Sońka  


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2014 r. 
ISBN:   9788308053539
liczba str. ; 208
tytuł oryginału: ------------
tłumaczenie: --------------
kategoria: literatura współczesna



(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/218140/sonka/opinia/31029845#opinia31029845   ) 



Przyznaję, że to moja pierwsza książka tego autora, a to zawsze czytelnikowi utrudnia życie, bo nie wie na co autora stać, czy potrafi pisać lepiej czy gorzej, czy to może z tej książki autor słynie. Dowiedziałem się o książce zatytułowanej „Sońka” z radiowej trójki i moja intuicja czytelnicza podpowiedziała mi, że warto tą książkę przeczytać, bo na pewno jest interesująca. Główną bohaterką i w zasadzie narratorką, bo to ona opowiada swoją historię jest tutaj Sonia. 


Wszystko zaczyna się od tego, że gdzieś na końcu świata, na Podlasiu, zabłądził celebryta, ściślej, reżyser teatralny, Igor. Jego mercedes wpadł w dziurę. Pomocy znikąd, zasięg w telefonie komórkowym szlag trafił. Na tym pustkowiu Igor spotyka Sońkę, która prowadzi krowę. Obydwoje uznali, że to przeznaczenie sprawiło, że musieli się spotkać. Choć obydwoje mentalnie są z innej bajki, wiadomo Igor, mieszkaniec stolicy, człowiek bardzo bogaty, jak mówi, nikt z jego znajomych nie chodzi boso, bo wszyscy są na to za bogaci, no i oczywiście, używając współczesnej nowomowy, nie jest to trendy, ani cool. Sonia jest starszą kobietą, mieszkanką prowincji, której dni są praktycznie policzone. Z jakiegoś powodu padło na Igora.


I tu się zaczyna narracja Sońki.
Przede wszystkim ta retrospekcja dotyczy okresu II wojny światowej i zakazanej miłości. Motyw niby banalny, stary jak świat, wszak nawet Szekspirowski klasyk „Romeo i Julia” tego problemu dotyczy, gdyż obydwoje kochanków są członkami zwaśnionych rodów, i z tego powodu ta miłość była niemożliwa, ale sposób przedstawienia przez Karpowicza jest niebanalny. Autor przedstawił problem światowej katastrofy, jakim była II wojna światowa w aspekcie jednostkowym i mikrospołecznym. Sonia, młoda dziewczyna ze wsi zakochuje się w Niemcu, naziście, z formacji SS. Problem jest poważny, bowiem dla mieszkańców wsi była zdrajczynią, której nic nie usprawiedliwia, nawet własna niewiedza, wszak sama widziała Joachima w akcji jak wydawał rozkazy, i sam własnoręcznie mordował okolicznych Żydów. To przesądziło o całym jej życiu, które właściwie się skończyło. Pozostaje problem moralny czy coś Sońkę usprawiedliwia? O tym mogliby coś powiedzieć Szekspirowscy Romeo i Julia, przecież obydwoje byli dla swoich rodzin zdrajcami, a jednak ta sztuka uchodzi za romansidło wszechczasów. Dlaczego niby Sońka ma mieć gorzej od Julki i być wiecznie potępianą? Ona chciała po prostu kochać i być kochaną. Z jej punktu widzenia Joachim był człowiekiem z wielkiego świata, który pewnie był przystojny i fascynujący. Nie chodzi tu o osądzanie właściwie, bo czy tak naprawdę poznaliśmy Sońkę i jej motywy? Niewątpliwie ona swoje wycierpiała i zapłaciła wysoką cenę za tą miłość. Bo przecież Sońka jako osoba wykluczona społecznie mogła zrobić tylko jedno, żeby przeżyć, została szeptuchą. I czekać kilkadziesiąt lat, aż ktoś wysłucha jej historii. Dla niej pojawienie się Igora było tak naprawdę wybawieniem. Po tej spowiedzi mogła umrzeć spokojnie.


Jest też tutaj narracja Igora.
Reżyser wysłuchuje Sońki, to pozytywna cecha charakteru umieć słuchać i pomóc zmęczonej życiem starszej kobiecie. Po tym pobycie u Sońki dowiaduje się o niej od mieszkańców okolicznych wsi, i postanowił opowiedzieć tą fascynującą historię, po swojemu. Trafiła ona na teatralną scenę. 


Oczywiście trzeba wspomnieć, o niezwykłym stylu pisarskim autora. Już ta koncepcja spotkania ludzi z dwóch światów, z Polski A i Polski B jest genialna. A dalej wraz z opowieścią Sońki mamy prawdziwą literacką jazdę po bandzie.
Sonia jest osobą przeraźliwie samotną, otaczają ją zwierzęta, psy, koty, krowy, kury, itd. Niezwykła jest wręcz bajkowa aura tej opowieści, ma się wrażenie, że to było „dawno, dawno temu”, gdy tymczasem, te dawno jakim była ta wojna wpłynęła i długo będzie wpływać na losy świata, na pamięć ludzką. Ta wojna, zniszczyła, niejedno ludzkie życie, zniszczyła też Sońkę. 


Cieszę się, że przeczytałem tą książkę i przekonałem się, że Karpowicz jest dobrym pisarzem. Książkę zatytułowana „Sońka” zdecydowanie polecam.

sobota, 16 stycznia 2016

Dmitrij Głuchowski, 



Metro 2035 




cykl: Metro 2033, t. 3 



 Seria: Projekt Dmitry Glukhowski: Uniwersum Metro 2033
   



Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 2015 r. 
ISBN:  9788365315052
liczba str. : 540
tytuł oryginału: Metro 2035
tłumaczenie: Paweł Podmiotko 
kategoria:  fantastyka, postapokalipsa



(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/179793/metro-2035/opinia/30310984#opinia30310984   )    



Przeczytałem „Metro 2035” i nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że zainteresowałem się tą książką i zawartą w niej kontynuacją przedstawienia świata 20 lat po nuklearnej apokalipsie. Wydawać się może, że autor ewidentnie przekroczył standardy gatunku fantastyki postapokaliptycznej, a motyw metra nie stał się motywem wiodącym, tylko robi tutaj za metaforę. A to z tej racji, że mieszkańcy metra, to w istocie nowy homo sowieticus, który wcale nie chce żadnej wolności i ani myśli wyjść z tego metaforycznego metra, mimo, że to jest możliwe, a w który wcisnęli ich politycy. Przyznaję, że sam miałem takie wrażenie, że autor w swoich rozważaniach zajął się bieżącą polityką, a nie pisaniem dobrej postapokalipsy. Jednak takie myślenie, to niedocenienie mistrzostwa Głuchowskiego. Głuchowski jest geniuszem i po raz kolejny wykazał się wybitną formą pisarską. Jasna sprawa, że dobra postapokalipsa ma za zadanie wstrząsnąć czytelnikiem i przedstawić problem w kategoriach uniwersalnych. I Głuchowski po raz kolejny tego dokonał. Nie ma przypadku w tym, że cała seria Metro Uniwersum 2033 na tym właśnie zyskuje, że wielu autorów, różnych narodowości, pisze swoje książki według standardów wyznaczonych przez samego Głuchowskiego.


Zacznijmy jednak od początku. O co chodzi z tą polityką? Tutaj mamy rozważania geopolityczne, no i gdzie w tym wszystkim są pozostałości państwa Rosyjskiego? Bo jednak struktury państwa przetrwały i mają się dobrze. Pojawia się motyw, który również do swojej książki zatytułowanej „Otchłań” wrzucił Robert J. Szmidt, że wszelkiej maści kombinatorzy, cwaniacy, politycy dobrze się urządzili w nowych postapokaliptycznych realiach. Czyżby Głuchowski postanowił nawiązać do klasyka literatury „Folwarku zwierzęcego” Orwella? Tam rządzące folwarkiem świnki i pilnujące porządku na folwarku pieski dobrze żyją i paktują z diabłem, czyli ludźmi, sprzedając za różne dobra konsumpcyjne, w tym takie burżujskie zbytki jak papierosy i alkohol, idee folwarcznej rewolucji, a reszta zwierząt ciężko pracuje za głodową miskę strawy. Analogia jest oczywista tutaj mamy metro, ludzie żyją w skrajnej nędzy, na granicy przetrwania, a politycy, celebryci, biznesmeni itd. dobrze sobie żyją w tajnych schronach, w cywilizowanych warunkach. 


Autor wraca do motywu Artema, który w „Metrze 2034”, był postacią niemal drugoplanową. Można uznać, że Artem jest obłąkany, bo nasłuchał się legend i bajek opowiadanych przez mieszkańców poszczególnych stacji metra w czasie imprez, które odbywają się na peronach. Dotyczyły one tego, że istnieje życie na powierzchni, a także, że jacyś obserwatorzy rządzą metrem. Wszystko się potwierdziło. Mieszkańcy metra robią dokładnie to czego oczekują od nich politycy, żyją sobie grzecznie w podziemiu i ani myślą na powierzchnie wychodzić, mimo, że tam da się żyć, może nie w samej stolicy, bo wiadomo tam atomowych wynalazków spadło najwięcej, ale są miejsca, nawet nie tak wcale daleko od Moskwy gdzie da się żyć na powierzchni. Czyżby Głuchowski oglądał „Seksmisję”, że ta koncepcja przyszła mu do głowy? Swoją drogą ciekawe gdzie podziały się mutanty? Widać państwo dysponuje dużymi możliwościami militarnymi, że dało się mutanty wytępić. Ciekawe, że pojawiły się na nowo udomowione pieski. Jak się okazuje powierzchnia naszej planety nie jest jeszcze stracona dla ludzkości, bo ludzie mimo wszystko jednak nie stracili władzy nad powierzchnią. Tu w książce „Metro 2035” wyraźnie ją odzyskują. Tu z kolei nasuwa się kolejna analogia, klasyka science fiction „Wehikuł czasu” Wellsa. Tam ludzie z podziemi Morlokowie, zjadają ludzi z powierzchni, czyli Elojów Czyżby Głuchowski postanowił udowodnić, że to co wyspekulował Wells rzeczywiście jest możliwe i to szybciej niż to się samemu Wellsowi wydawało? Na razie wynika z tego, że to Elojowie rządzą, i to z ich woli Morlokowie siedzą pod ziemią. Ale może pojawi się jakiś nowy Artem, który przekona ludzi  z metra, że trzeba upomnieć się o swoje i przejąć władzę. Jednak może się okazać, że ewolucja zrobiła swoje, w efekcie, której powstały dwa gatunku homo sapiens. Okaże się, że konieczna będzie pasożytnicza egzystencja obydwu gatunków człowieka, tak jak to opisał Wells w swojej książce.


Wynika z tego, że padają tutaj filozoficzne pytania o przyszłość ludzkości, Są to pytania o to, czy przetrwa w nas cywilizacja?, o czym w tak fascynujący sposób pisał wcześniej w dwóch poprzednich częściach Głuchowski. Dalej, czy jesteśmy skazani na to, że wystarczy kilka dziesięcioleci siedzenia w metrze i kanałach, żeby cywilizacja się skończyła?, żebyśmy zapomnieli czym jest cywilizacja?. U Głuchowskiego trzeba przyznać ludzkość dzielnie o tą cywilizację walczy. W metrze funkcjonują teatry, filharmonie, kina, muzea, biblioteki, pisane są książki. Pytanie tylko jak długo? Artem ma 26 lat, a wygląda na drugie tyle, a więc ludzkość jeśli chodzi o przeciętną długość życia szybko cofa się do średniowiecznych standardów. Pojawiają się kolejne pokolenia urodzone w metrze. I czy nadal będzie im się będzie chciało utrzymywać takie przeżytki jak teatr, kino, muzeum, biblioteka, filharmonia? Czy książki przypadkiem nie lepiej przeznaczyć na ożywcze ciepło ognia niż traktować je jako strawę czysto duchową lub intelektualną? Głuchowski pyta, co z nami ludźmi? 


Koniecznie trzeba przeczytać. Nie ma wątpliwości Głuchowski jest naprawdę wybitnym pisarzem. Polecam.