poniedziałek, 10 grudnia 2018

Andrzej Pilipiuk, Litr ciekłego ołowiu

Andrzej Pilipiuk,


Litr ciekłego ołowiu 



cykl: Światy Pilipiuka, t. 8


Recenzja opublikowana na portalu lubimyczytc.pl: 




Harcerka [w: ] A. Pilipiuk, Litr ciekłego ołowiu 



Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2016 r.
ISBN: 9788379641581
liczba str.: 383
tytuł oryginału: ----------
tłumaczenie: --------
kategoria: fantasy




Harcerka [  w:  ] A. Pilipiuk, Litr ciekłego ołowiu


Do opowiadań Andrzeja Pilipiuka warto zerkać i wracać do twórczości Wielkiego Grafomana, jak to z dużym dystansem do siebie mówi sam Pilipiuk. Ja mam okazję jak wydedukowałem wrócić do twórczości pisarza po dwuletniej przerwie, wystarczy w zupełności. Opowiadań jak zwykle jest kilka, dotyczą tego co zwykle, czyli mamy akcję we współczesności, ale wchodzą tam w akcje motywy fantastyczne w oparciu o motywy historyczne, czyli wydarzeń z przeszłości, nawet tak niezwykle trudnej jak motyw getta warszawskiego i Oświęcimia w czasie drugiej wojny światowej, do którego mieli trafić Szlomo i Nataniel, ale udało im się szczęśliwie uciec z transportu. W jednym z opowiadań. Do wydarzeń z tejże wojny nawiązuje motyw gazety „Kurier Warszawski” w tytułowym opowiadaniu. W jednym z opowiadań osobiście pojawił się Józef Piłsudski wykazując się zaskakującą przenikliwością co do odwiedzin z dalekiej przyszłości, pojawiają się intrygujące spekulacje, jakim czortem nastoletnia chinka w dodatku z domieszką krwi mulata może być polką katoliczką? i co z tego będzie wynikało? A więc prowokacyjne pytanie czym jest polskość? Każde opowiadanie ma swoją specyfikę. W większości z nich pojawia się magister archeologii Robert Storm zajmujący się czym w rodzaju roboty detektywistycznej, która dotyczy zainteresowań głównego bohatera, czyli historii, archeologii itp., no i prowadzeni antykwariat, chomikując, sprzedając, wymieniając różne dobra przeszłości, które Robert nabył, czytaj znalazł lub został obdarowany w czasie swoich poszukiwań. To jest praca na zlecenie niemało płatna, więc otrzymuje również za swoją pracę gratyfikację finansową. To tak ogólnie warto było wspomnieć co tam ciekawego autor w tym tomie opowiadań zawarł. Ja jak zwykle swoim zwyczajem zajmę się nieco bliżej jednym z opowiadań. Pozornie te wszystkie opowiadania są stosunkowo proste w swojej formie, acz potrafią zaskakiwać głębią, do której zapewne czytelnik sam jest w stanie dotrzeć i nie ma potrzeby wczuwać się w tego typu analizy. 


Proponuję przyjrzeć się jednej z tych krótkich form literackich zatytułowanej „Harcerka”. Motyw mamy taki, że mogłaby to być kontynuacja „Berserka” Pawła Majki, ewentualnie „Bastionu” Kinga, mi kojarzy się również z książką „Droga do wieczności” Jacka McDevitt’a. Można by wymieniać bez liku całą tego typu podobną literaturę za gatunku fantastyki postapokaliptycznej. W książce zatytułowanej „Berserk” mamy tajemniczą chorobę polegającą na tym, że ludzie ześwirowali i niespodziewanie zaczęli się zabijać nawzajem. Trwało to na całym globie kilka tygodni w efekcie cywilizacja się zwaliła, bo przetrwało raptem kilka procent ludzkości, z czego znaczną cześć wkrótce wyniszczyły epidemie tzw. zwyczajnych chorób. U Kinga ten proces też jest szczegółowo opisany i w efekcie tworzenie nowego świata. Natomiast Mc Devitt pisze o tym co było kilkanaście stuleci lat później. Nie ma co tu się drobiazgowo rozwodzić na ten temat, bowiem wspomniane książki zrecenzowałem, chodzi tu tylko o zasygnalizowanie problemu. W opowiadaniu „Harcerka” mamy rzeczywistość gdzieś około stu lat po globalnej katastrofie. Ta rzeczywistość powoli się kształtuje, po latach anarchii i rządów organizacji typowo mafijnych tworzą się, historycznie podobne procesualnie do kształtowania się feudalnego średniowiecza, tworzy państwowe, na początku są to wręcz mikroskopijne państewka o zasięgu jednego miasta, czy nawet jednej dzielnicy czy osiedla, potem co ambitniejsi watażkowie podporządkowują sobie słabszych sąsiadów i tworzą się powoli państwowe byty o zasięgu regionalnym. W opowiadaniu mamy nawiązanie stosunków dyplomatycznych dwóch potęg, czyli Warszawy, którą rządzi książę Oskar, i reprezentująca Lublin księżniczkę Malwinę. Więcej dowiadujemy się o miejscu akcji, czyli o Warszawie, o której wiemy, że w porównaniu z Lublinem jest, potocznie mówiąc, sto lat za murzynami, ale władca Warszawy jest księciem ambitnym o wyrafinowanych cywilizacyjnie aspiracjach i wie wszystko co dzieje się w Lublinie np. że odbywają się tam koncerty muzyki klasycznej i nie tylko, wydawane są gazety, które tajnymi kanałami docierają do Warszawy. Książę przykłada dużą uwagę do książek, za spalenie książki grozi najsurowsza kara, spalenie na stosie, które poszukiwacze, szabrownicy i inni którzy zapuszczają się w ruiny byłej wielkiej metropolii, stolicy kraju, i zbierają co się da. Można mieć nadzieję, że przechowywane książki są w przyzwoitych warunkach, żeby mogły przetrwać dla potomności. W sumie sam książę mówi w rozmowie z księżniczka z Lublina, że te książki są trudne do zrozumienia, bo nie ma już urządzeń. Dajmy na to co byłby w stanie zrozumieć z książki zatytułowanej „Zero”, gdzie wałkuje się motywy informatyczne, internetowe, aplikacji na smartfony, smartwatche i okulary? Internet co prawda przetrwał, ale służy tylko i wyłącznie do celów strategiczno – wojskowych i ci którzy mają do neta dostęp się do tego nie przyznają. Dla zwykłych ludzi to science fiction. Pisana jest kronika z której wraz księżniczką Malwiną czytelnik dowiaduje się co się działo w Warszawie. Nagłą globalną epidemie przetrwało 1 % światowej populacji, podobnie było na ziemiach polskich. To co nazywamy cywilizacją zawaliło się w ekspresowym tempie. I liczne niedobitki musiały sobie radzić. Tytułową bohaterką jest nastoletnia harcerka o imieniu Hydropatia, która towarzyszy wszędzie księżniczce Malwinie, trafia nawet na dwór księcia Oskara w Ujazdowie. Autorowi chodzi o to samo co Głuchowskiemu, że pewne idee mają usilną moc przetrwania, która jeszcze nie raz człowieka w przyszłości zaskoczy. Jak widać koncepcja skautingu przetrwała nawet apokalipsę. O harcerzach jest mowa również w zaskakującym opowiadaniu „Plama”, Robert Storm głowi się czy to rzeczywiście za komuny odkryto głęboko w ziemi szczątki statku kosmicznego? Jak było? Wracając do wiodącego w mojej recenzji opowiadania Pilipiuka księżniczka Malwina poznaje barbarzyńskie, oczywiście z jej punktu widzenia, obyczaje polityczne elit warszawskich. A czytelnik głowi się czy stosunki dyplomatyczne z Lublinem zostaną nawiązane? Odpowiedzi możemy się domyślać, jej tam nie ma, że są mocne przesłanki, że jednak do tego dojdzie. Książe Oskar snuje ambitne plany spacyfikowania sterowcami najbliższych sąsiadów, watażków i wzbogacenia się ich kosztem pod katem terytorialnym. Czy któryś z potomków księcia Oskara odbuduje Polskę? I tu nietrudno o spekulatywną odpowiedź, bo już jest mowa o islamistach z Zachodu, którzy zapuszczają się na nasze tereny i pas radioaktywnej ziemi niczyjej w okolicach Wrocławia. powoli przestanie być sensowną granicą i trzeba będzie pobudować nowy limes. 

Jak ktoś czytał książki Pilipiuka będzie wiedział czego się po tej książce spodziewać. Natomiast czytelnicy, którzy z twórczością autora nie mieli okazji się jeszcze zapoznać może ich ta moja recenzja zachęcić. Książka jest lekka, przyjemna, czyta się w miarę szybko, do takich tego typu książek warto czasem zajrzeć w przekonaniu, że niekoniecznie musi to być czas stracony. Polecam.

piątek, 7 grudnia 2018

Timothee de Fombelle, Vango. Uciekaj albo giń

Timothee de Fombelle, 


Vango. Uciekaj albo giń


Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 2015 r.
ISBN: 9788324033126
liczb str.: 326
tytuł oryginału; Vango
tłumaczenie: Janina Błońska, Krzysztof Błoński
kategoria: powieść przygodowa


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 


 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/237937/vango-uciekaj-albo-gin/opinia/47773615    





Przeczytałem książkę "Vango. Uciekaj albo giń", której autorem jest Timothee de Fombelle. Z pozoru jest to prosta historia, młody chłopak,19 latek, niedoszły ksiądz, podobno do wyświęcenia, do którego ponoć nie doszło, zabrakło mu paru chwil, ku radości pięknej szkockiej szlachcianki Ethel. Vango ucieka przed policją, ściga go komisarz Boulard, bo jest podejrzany o zabójstwo swojego mentora o. Jana. Jest to niezwykle barwna historia której akcja toczy się nie tylko w Paryżu, ale i w paru innych miejscach na świecie, a główny bohater podróżuje zeppelinem. Tyle, że z tej banalnej pozoru historii robi się niesamowite zamieszanie w skali międzynarodowej, bo nie wiedzieć czemu osobą Vanga zainteresowani są przywódcy Adolf, Hitler, Józef Stalin i Benito Mussolini. I tu niespodziewanie autor wkroczył w meandry światowej polityki. Autor piszę o tym, że była wojna, i kroi się następna, a z tej okazji handlarze bronią pokroju Wiktora Wołoja zacierają rączki robiąc biznes i skutecznie uciekając przed wymiarem sprawiedliwości. Wołoja niestrudzenie ściga ten sam komisarz Boulard, tyle, że żaden rząd nie jest zainteresowany tym, żeby trafił do paki. Polityka. 




Książka przypomina po trosze "Złodziejkę Książek" Markusa Zusaka. Mamy tam historię dziewczynki żyjącej w prowincjonalnym mieście w Niemczech, a wokół niej dzieją się ciekawe rzeczy w latach 30 i 40 XX wieku. Co ciekawe tu też mamy dziewczynkę, 10 latke Sietane, córkę Józefa Stalina. W jej obecności zaufani Stalina mówią o ptaszku, którego trzeba koniecznie złapać, chodzi o Vanga. Mała duma, ki czort z tym ptaszkiem? No bo przecież nie wolno masakrować biednych ptaszków. Ona jest inteligentną dziewczynką i domyśla się, choć pewnie tego nie chce, że nie chodzi o żadne ptaszki. Niebawem przekona się, że na spotkaniach rodzinnych czuje się strach, a już niebawem okaże się, że znikają niektórzy członkowie rodziny nie tylko ze spotkań, ale też z fotografii. Widać radzieccy eksperci nie potrzebowali photoshopa, ani innych współczesnych wynalazków, żeby radzić sobie z takimi wyzwaniami. 


Ciekawe, że Vango to niezły farciaż i jak uciekał na wieże katedry Notre Dame jaskółka uratowała życie Vanga dając się wykończyć aż od dwóch strzałów. Vanga podejrzewano o paranoje, bo od kilku lat wyobrażał sobie, że jest śledzony, że ktoś chce go zabić. Tysiące ludzi miało okazję przekonać się, w tym policja, bo bynajmniej nie stróże prawa strzelali, że to nie są urojenia i dalej musi uciekać, ganiać po całym świecie, żeby przeżyć. Vango ucieka? Przeżyje? Pomaga mu w tym parę osób, postaci niezwykle ciekawych, o których mógłbym się rozpisać, i recenzja zrobiłaby się kilka razy dłuższa, bo to są kolejne niezwykłe historie barwnie przez autora opisane. Ale myślę, że lepiej zrobię polecając wam tą książkę, żeby poznać jej bohaterów i te wszystkie niezwykłe historie. 

Książka jest niesamowita i wyjątkowa, genialna w swojej prostocie formy i zawartej w niej skomplikowanej głębi. Dyszka, czyli maksymalna liczba gwiazdek na lc w pełni zasłużona. Autor wykazał się pisząc tą książkę niesamowitą maestrią literacką w kreowaniu fikcji wprost niezwykłej. Polecam.

Terry Brooks, Pieśń Shannary

Terry Brooks,


Pieśń Shannary 


cykl: Kroniki Shannary, t. 3 



Wydawnictwo: Replika
Data wydania: 2016 r.
ISBN: 9788376745022
liczba str.: 464
tytuł oryginału: The Wishsong of Shannara
tłumaczenie: Bartosz Czartoryski 
kategoria; fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/300882/piesn-shannary/opinia/47234008     








Przeczytałem kolejną część cyklu "Kroniki Shannary", tym razem trzecia część jest zatytułowana "Pieśń Shannary" Ten literacki numer z magicznymi pieśniami pozornie tylko wygląda na jakiś przekręt. W fantastyce wszak Martin swój cykl zatytułował "Pieśń lodu i ognia", którego pierwszą częścią jest "Gra o tron". A w życiu realnym pieśni doskonale się nadają do tego, żeby gonić wojsko i sportowców do boju. Od tego są chociażby hymny narodowe. Pod Grunwaldem nasi rycerze wykazali się śpiewając 'Bogurodzicę". Ta pieśń powstała ok XII stulecia i ewoluowała. W czasach króla Władysława Jagiełły nadano jej rangę nieformalnego hymnu zapewne na potrzeby tej bitwy. Pieśń ta miała zadać kłam hipotezie, że król Władysław Jagiełło pogan prowadzi do walki. a Krzyżacy również wykazali się muzycznym repertuarem, ponoć to była ballada "Unter der Linde", czyli "Pod lipą". Ale mniejsza o szczegóły historyczne na ile Sienkiewicz i filmowcy wykazali się znajomością prawdy historycznej. Tego typu recenzja to nie miejsce, żeby tego typu historyczne kwestie ex cathedra rozstrzygać. Chodzi o pewną mentalną zasadę, że hymny doskonale się nadają do tego, żeby zachęcić wojsko do walki, w dzisiejszych czasach również sportowców hymny narodowe, a także pieśni z repertuaru o tematyce futbolowej i przyśpiewki typowo kibolskie mają naszą np piłkarską jedenastkę zaprawić do boju, żeby chciało im się gnać za piłką i wygrywać z najlepszymi. 




Wracając do książki i pomysły, że pieśń może mieć w sobie ogromny ładunek magiczny zdolny zarówno do naprawiania świata, jak i jego niszczenia. I tu znowu odzywa się u Terry'ego Brooksa mistrz Tolkien. Tym razem w warstwie typowo psychologiczno - emocjonalnej. Mamy u głównych bohaterów, rodzeństwa Brin i Jaira Ohmfordów. Swoją drogę kolejne pokolenia Ohmsfordów mają przerąbane, bowiem przedstawiciele tego rodu jako dziedzice rodu Shannary, którzy jako jedyni mogą miecz Shannary dzierżyć i zwyciężać nim wszelkie złe hultajstwo. Wracajmy jednak do tematu, pozornie ta książka, sam miałem takie wrażenie, jest słabsza od poprzedniej. Jednak rzeczywiście Brooks wykazuje się maestrią literacką i choć w każdym tomie wałkuje Tolkiena na swój sposób to robi to w każdym tomie w inny sposób. W każdym z tomów wyciąga od mistrza fantasy co najlepsze i przekazując czytelnikom własną interpretację tego co tak niezwykłe jest w trylogii zatytułowanej "Władca pierścienia". Czytając Brooksa czytelnik zrozumie jeszcze lepiej twórczość Tolkiena i być może o to tu w tym literackim zamieszaniu chodzi. Batalistyki nie ma tutaj za wiele, jest za to motyw powieści drogi. Brin wędruje z druidem - czarodziejem Allanonem i księciem Leah Ronem. Natomiast jej brat Jair podąża z piątka wędrowców, w tym Garet Jax, awanturnik poszukiwacz przygód i kogoś przynajmneij równego sobie pod kątem umiejętności wojskowych, kto go pokona na polu walki, co jest wybitnie trudne, bo Garet Jax jest arcymistrzem w swoim fachu; mamy gnoma Krzywulca, no i krasnoluda oraz elfa. Ta dobrana ekipa podąża przez wszystkie cztery krainy tam gdzie Brin i Allanon, żeby pokonać szwędaczy Mord. Celem tej dzielnej dziwewczyny Brin ma być zniszczenie księgi Ildath, tyle, że ten magiczny artefakt to cwany badziew. Podobnie jak Tolkienowski pierścień władzy ta magiczna książka żyje i ma w sobie moc dysponowania swoimi ludzkimi i nieludzkimi powiernikami i tylko najlepsi twardziele są w stanie przed tym się bronić, a cała reszta świata przeżywa jakieś fixum dyrdum. Brin podobnie jak Frodo najpierw uległa urokowi księgi zobaczyła jakie zło jest fajne i niemal uległa jemu urokowi, które serwowała ta upiorna książka i dała sobie wmówić, że zło jest dobrem, a dobro złem. Brin Chciała zabić Jaira swojego brata, bo księga jej wmówiła, że jest demonem. Czy Brin sobie poradziła i wykazała się się odpornością na tą opętańczą indoktrynacje, której uległoby zapewne 99% ludzi na globie? Czy okazała tyle hartu ducha co Frodo i wygrała walkę z samym sobą? Czy Brin zrobiła swoje? Celem od początku było zniszczenie księgi. Domyśleć się można jak było, bo od schematu Brooks nie chciał się wymigać, bo pewnie nie jest ani Yeskovem ani Pierumowem. Ale przeczytać o tym jak wyglądały te mentalne zmagania z samym sobą naszych głównych bohaterów można i niewątpliwie warto to zrobić. W sumie w życiu codziennym to nie jest nic niezwykłego i często to nas spotyka. Ja ostatnimi czasy gram w szachy i rozgrywając kolejne partie, głównie na portalu chess.com, idzie mi raz na wozie raz pod wozem, widzę jak niesamowite to są zmagania i jak trudna acz niewątpliwie genialnie piękna jest to gra królewska. Warto się zmagać, żeby grać coraz lepiej i wygrywać z coraz to lepszymi przeciwnikami. Tak tak wiem, długa droga przede mną i wiele partii beznadziejnie przegranych, ale też będą wygrane i to jest fascynujące. 



Książka jest dobra, warto ją przeczytać, choć zalecałbym stosowanie kilkumiesięcznych przerw, a nie tak jak ja to zrobiłem, że przeczytałem tom po tomie. w tym trybie czytania mogą być pewne kłopoty wynikające ze znużenia się czytaniem tych książek, ale dobrze, że w sobie to zwalczyłem, bo ten autor pisze wartościowe książki. Polecam


Terry Brooks, Kamienie elfów Shannary,

Terry Brooks,


Kamienie elfów Shannary,


cykl: Kroniki Shannary, t. 2



Wydawnictwo; Replika
Data wydania; 2016 r.
ISBN: 9788376745237
liczba str. ; 480
tytuł oryginału: The Elfstones of Shannara
tłumaczenie: Piotr Hermanowski
kategoria; fantasy


recenzja opublikowana na portalu lubimycytac.pl;

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/310331/kamienie-elfow-shannary/opinia/46847767    






Przyznam, że miałem wątpliwości czy kontynuować czytanie cyklu „Kroniki Shannary” Terry’ego Brooksa. Jednak się zdecydowałem i to jest dobra decyzja.  Wygląda na to, że Brooks jest utalentowanym pisarzem i ma ciekawe pomysły, choć rzecz jasna wpływy Tolkiena są tu nadal silne, ale też można przekonać się, że inspiracje Goodkindem i Silverbergiem są co najmniej równie silne, a na pewno silniejsze niż w pierwszym tomie. Wspomnieć na pewno warto, że ta druga część cyklu zatytułowana „Kamienie elfów Shannary” nie jest bezpośrednią kontynuacją, a więc spokojnie można czytać tą część bez konieczności czytania pierwszej części. Chronologicznie druga część ma miejsce 50 lat po drugiej i głównym bohaterem jest wnuk Shei, Will Ohmsford. Podobnie jak dziadek bierze udział w ważnej misji zabierając ze sobą na drogę magiczne kamienie elfów, których został. używając tutaj Tolkienowskiej terminologii, powiernikiem. Oczywiście namówił go do tego Allanon. A spraw jest istotna trzeba ratować elfickie drzewo życia Ellcrys, bo ta umiera, oznacza to obalenie Ściany Zakazu, zamkniętej przestrzeni w której dawno temu zamknięte zostały demony. Teraz kiedy Ellcrys słabnie demony skrzętnie korzystają z okazji i wygramoliły się stamtąd mając ochotę opanować cały świat. A w szczególności nienawidzą elfów no i druidów, czyli czarodziejów. Will oraz wybranka Amberle ruszają w drogę, żeby umieścić ziarenko Ellcrys w ogniu w tajemniczym Shafehold co spowoduje odrodzenie się Ellcrys. Ta dwójka rusza w drogę, a demony podążyły w stronę Westlandii, gdzie osiadły elfy, żeby opanować ich państwo w celu eksterminacji znienawidzonych elfów. 






No i znowu pozornie można powiedzieć ale nudy, schemat Tolkienowski mamy tu powielony, jednak nie do końca tak jest, bo na przykład Brooks wykazał się znakomitym kunsztem literackim opisując zarówno przygody dwójki bohaterów, ale także batalistykę. Te opisy bitew są tak doskonałe, że zapierają dech w piersiach! Demony mają ogromną przewagę, a elfy, ale także trolle, krasnoludy, ludzie, chociażby skrzydlaci jeźdźcy wspierający elfy walczą z niesamowitą determinacją godną bohaterskich spartan. Finał tych zmagań jest niezwykle błyskotliwy druid Allanon wyzwał na morderczy pojedynek demona Dagda Mor. Trzeba wspomnieć, że na początku książki ten demon Allanona porządnie poturbował, na skutek czego ten ledwo uszedł z życiem. Dowodzi to tego, że na starcie wyniku tego pojedynku nie sposób było przewidzieć, choć domyśleć, jak to w przypadku literackiej konfrontacji dobra ze złem, bywa. Na pewno wiele interesującego do fabuły wnieśli wędrowcy, przypominającą silverbergowską wędrowną trupę żonglerów skandara Zalzana Kawola, do której trafił lord Valentine, tu u Brooksa szef wędrowców Cephelo to równie interesująca i barwna postać. Carabella też musiała się pojawić, ma ona tutaj imię Eretria. Za to Ambarle do złudzenia przypomina goodkindowską spowiedniczkę Khalan, te zielone oczy i długie kasztanowe włosy. Pół żartem, pół serio, to Will miał cholernie trudny wybór, którą z pięknych towarzyszek podróży się zainteresować. Na którą padło? A no właśnie… Tego typu atrakcji literackich nie mogę zdradzać, bo to informacja ściśle tajna. Chociażby dlatego, że zawiera w sobie inne odpowiedzi, czy ta misja specjalna Willa i Amberle powiedzie się, czy demony na polu bitwy zostaną pokonane? Czy dobro zwycięży? Tą niezwykłą literacką imprezę nieźle rozkręciły dwie czarownice, siostry bliźniaczki. Morag i Mallenroh, obie się nienawidziły i permanentnie się zwalczały. Przez wiele stuleci była równowaga sił, więc był pat w tej wojnie miedzy nimi. No ale kamienie elfów, które miał Will i na chwilę je utracił na rzecz Mallenroh, mogły to zmienić, i obie obłędnie tego magicznego artefaktu pożądały, żeby wreszcie wykończyć rywalkę. Dodam tylko, było ciekawie. 



W sumie to jest dobre, że mimo trzymania się schematu Tolkienowskiego, autor poszukuje inspiracji literackich u innych twórców fantasy, ale także ma swoje pomysły niezwykle interesujące. Z tego co wiem Brooks napisał kilkadziesiąt książek o Shannarze, jeżeli każda kolejna będzie trzymała literacki poziom to na pewno warto te książki czytać. Książka zatytułowana „Kamienie elfów Shannary” jest po prostu świetna.


poniedziałek, 26 listopada 2018

Agata Christie, Noc w bibliotece

Agata Christie,


Noc w bibliotece


cykl: Panna Marple, t. 2 



Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2006 r. 
ISBN:   837469372X
liczba str. : 144
tytuł oryginału: The Body in the Library
tłumaczenie: Edyta Gałuszko Sicińska
kategoria: kryminał


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl





Przeczytałem „Noc w bibliotece” Agaty Christie. Tutaj mamy kobietę detektyw pannę Marple. Trudno mi jednoznacznie ocenić tą powieść w przekroju całej twórczości autorki, bo to chyba było by konieczne, żeby podejść do sprawy zrecenzowania konkretnie. Typowe kryminały czytuję stosunkowo rzadko, ponieważ odbiegają one on moich typowych gustów literackich i to mi jednak nie ułatwia życia jako recenzentowi, zdaję sobie sprawę, że niektórzy czytelnicy tej autorki mogą odebrać moje postrzeganie tej książki jako zwyczajną herezje, ale jednak piszę to co myślę o książkach i jaki jest efekt tych spekulacji intelektualnych. Dobra przejdźmy do konkretu, ciekawi mnie czy ta książka jest typowym dla autorki żartem literackim? Mam wrażenie, że jednak tak, w końcu Agatha Christi jest uznanym klasykiem tego gatunku i nie sądzę, że mamy tu do czynienia z niedoróbkami literackimi, tylko raczej chęć podejścia z dystansem do samej siebie, swojej twórczości, pokazaniem przy tym wręcz nieziemskiego poczucia humoru. Weźmy główną bohaterkę pannę Marple, kompletne przeciwieństwo Poirota, nie dlatego, że jest kobietą, bo nie przypuszczam, żeby do tego to się sprowadzało. U Poirota mamy psychologiczne kalkulacje naprawdę na wysokich obrotach, drobiazgowe rozwałkowanie każdego detalu i po nitce do kłębka dochodzenie do całej sprawy, czyli rozwikłanie zagadki kryminalnej. Panna Marle jest inna, jest niewątpliwie osobą, inteligentną, bystrą, przenikliwą, jednak sama przyznaje, że ona opiera się tylko i wyłącznie na tzw. mądrościach życiowych. Wcale nie ukrywa tego, że ma mentalność wiejskiej plotkary, koniecznie o wszystkich musi wiedzieć wszystko. A to chyba jednak za mało, żeby skomplikowane sprawy kryminalne były rozwiązywane. Tutaj w tej książce czytelnik może odnieść wrażenie, że właściwie to panna Marple ma więcej szczęścia niż rozumu. Niektóre jej pomysły są na pograniczu szaleńczej genialności, bo jednak niewątpliwie przenikliwa drobiazgowość cechuje ją podobnie jak Poirota. Nie ma tu zaprzeczenia, panna Marple z zadziwiającą prostolinijnością informuje bohaterów i czytelników, że po prostu zna się na ludziach i stosuje często stereotypowe analogie. U Poirota mamy spekulacje intelektualne godne np. wybitnego szachisty lub naukowca. No ale jeżeli takie działania są skuteczne w pomocy wymiarowi sprawiedliwości to widać tego typu spojrzenie, jakie ma panna Marple na problemy natury ludzkiej może okazać się przydatne. Tę pozycję cechuje, podobnie jak wszystkie książki Agathy Christie jedność czasu i miejsca, co jest pomocne zarówno w literackim usytuowania motywu kryminalnego w konkretnej, niewielkiej grupie społecznej, jak i drobiazgowe podejście przez autorkę do problemu np. dobrze poznajemy postaci występujące w tej powieści. Ofiarę dramatu poznajemy z opowieści innych zarówno osób, które mają dobre, jak i złe intencje. 



Mamy tragedię jak na kryminał przystało, zamordowana została nastoletnia blond piękność Ruby Kane. Jej ciało znaleziono w bibliotece pułkownika Bantry’ego. Policja i oczywiście lokalna detektyw panna Markle wzięli się do roboty. Przez całą książkę można odnieść wrażenie, że mamy tu pogaduszki przy angielskiej herbatce. W końcu było nie to stara jak świat angielska tradycja. No ale sprawa nabiera rozpędu i dąży do wyjaśnienia. Spojlerować za wiele to tu nie ma co, ale, że jakoś trzeba obronić moją tezę o żarcie literackim, to coś trzeba wspomnieć. Mamy refleksję dotyczącą obcinanych paznokci, dalej stereotypową analizę dotyczącą relacji w związku partnerskim i małżeńskim, że małżeństwa kłócą się bardziej namiętnie, że jest to swoisty rytuał i ona panna Marple wie to najlepiej jako ekspert. Panna Marple uważa się za mistrzynię w demaskowaniu drobnych kłamczuszków, ci podobno oddychają z ulgą odrobinę za wcześnie i to wystarczy, żeby byli skompromitowani. Jakież to nowatorskie podejście do problemu. Panna Marple czuje się w jakiś sposób osobą objawioną, być może przybiera to charakter religijny, do pełnienia tej specyficznej misji, bo przecież jest tyle zła i trzeba diabelstwo pogonić precz! Motyw zbrodni co prawda poznajemy na końcu, choć czytelnik się domyśla, że chodzi o całkiem ładną sumkę angielskich funtów, tu zapewne nie ma nic zaskakującego. Interesujący jest transfer ciała Ruby, to się często zdarza w powieściach i filmach kryminalnych. Jednak tutaj te przenosiny ciała kobiety są robione, jak się okazuje, dla kawału, co żartownisiowi ocaliło skórę, bowiem wybitnie pokrzyżowało plany mordercy. Nie brzmi to przypadkiem jak dobry żart? Dalsze pytania są standardowe: kto zabił? I czy morderca zostanie schwytany? 


Literatura potrafi zaskakiwać i mnie ta książka w tej materii zaskoczyła. Niewątpliwie twórczość tej pisarki jest fascynująca i warto czasem do tych książek zaglądać. Polecam.


Jarosław Grzędowicz, Hel 3

Jarosław Grzędowicz, 


Hel 3



Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2017 r.
ISBN: 978837964204
liczba str.: 492
tytuł oryginału: ------------
tłumaczenie: --------
kategoria. science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3787712/hel-3/opinia/46582959     








Przeczytałem książkę Grzędowicza nominalnie science fiction i rzeczywiście jest, szkoda tylko, że tak późno autor przeszedł do sedna sprawy, bo motyw, stosując Pilipiukowskie stwierdzenie, ufoków z księżyca, jest całkiem niezły i wart do zapoznania się z tą koncepcją. Większość książki jednak jest pisana coś w tylu zajdlowskiej socjologizującej fantastyki. Mamy opisane czasy II połowy naszego stulecia, pada data 2058 r, a więc przyszłość w miarę bliska. I to rzeczywiście widać koncepty dotyczące wynalazczości, to jednak niewiele tu jest, albo autor uważa, że świat przez tych kilka dekad nie pójdzie za bardzo do przodu, albo z pomysłami było tak sobie. Autor opisuje rzeczywistość polityczna która jest zmieniona powstaje państwo Nowosowieckie, Unia Europejska jest biedna i straciła znaczenie gospodarcze i polityczne, pieniądze liczy się w kilogramach euro, przy czym kilka kilogramów to klepaki które starczą na cukierki np. Widać, że autor krytycznie podsumowuje działalność instytucji europejskich. Wypowiada się źle o politykach i szeroko opisuje przy okazji jednego z filmowanych eventów przez głównego bohatera. Jak widać na powyższym przykładzie fantastyka może spełniać funkcje typowo publicystyczne. 







Głównym bohaterem jest Norbert, niezależny dziennikarz Mega Netu, czyli udoskonalonej wersji internetu, jeździ po świecie nagrywa materiał i wrzuca poszczególne eventy do neta i zarabia na tym pieniądze. W sumie już dzisiaj to jest rzeczywistość i pewnie zostanie to rozwinięte na tyle, że będzie skutecznie konkurować np. z telewizją. Nie da się tego wykluczyć. Czytelnik odbywa najpierw podróż do Dubaju, tam rejestruje kamerą zamieszki i cudem wychodzi z tych atrakcji z życiem. Dalej otrzymuje propozycję nie do odrzucenia, ma możliwość sfilmowania zamkniętej imprezy w której bierze udział polityczna czołówka rządzącej partii, jest wesoło, a przede wszystkim skandalicznie i o to w tym interesie chodzi, żeby nabić licznik oglądalności do rekordowych poziomów. 

Jednak wszystko przebija propozycja od tajemniczego Szamana szefa jednej z korporacji, Norbert długo nie wie o co chodzi. Jednak dowiaduje się prawdy, że chodzi o tytułowy hel na księżycu. Wszystko ładnie pięknie Szaman i spółka robią biznes, ale oczywiście politycy swoje trzy grosze wtrącić musieli, bo chodzi o gigantyczne pieniądze i kontrolę nad energią, której starczyłoby dla wszystkich, ale wiadomo sposoby na to się znajdą, żeby to dla wszystkich było odpowiednio racjonowane i odpowiednio drogie, bo tego wymaga interes strategiczny. Pewnie Grzędowicz czytał książkę Friedmanna „Następne sto lat” , z tych analiz gospodarczych wynika, że ten kto opanuje kosmos będzie rządził światem. I dokładnie o to tu chodzi w tej rozgrywce. A że kosmici dali znać, że żyją? Pewnie zgodzą się przystąpić do spółki. Ciekawe jak by to miało wyglądać.


Książka z założenia jest ciekawa, bo parę pomysłów tutaj jest fajnych Mam jednak przekonanie, że Grzędowicza stać zdecydowanie na więcej. Stąd moje noty są takie jakie są. Niektóre motywy są długie, bywa, że nudne czasem, a to co jest ciekawe to zanim się zacznie i już się kończy. Jednak w przypadku science fiction to tej typowo kosmicznej kombinatoryki literackiej mogłoby być troszkę więcej. Ale z jakiegoś powodu ta książka wygląda tak jak wygląda. Książka jest przeciętna. Można przeczytać.



Terry Brooks, Miecz Shannary

Terry Brooks,


Miecz Shannary


cykl: Kroniki Shannary, t. 1 


Wydawnictwo: Replika
Data wydania: 2016  r.
ISBN: 9788376745220
liczba str.:448
tytuł oryginału: The Sword of Shannara
tłumaczenie:  Jacek Gałązka, Magdalena i Piotr Hermanowscy
kategoria; fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/300880/miecz-shannary/opinia/46387008                     






Przeczytałem pierwszy tom cyklu zatytułowanego ”Kroniki Shannary”, której tytuł brzmi „Miecz Shannary” , autorem cyklu jest Terry Brooks. Jak na książkę fantasy przystało motywów typowo tolkienowskich zabraknąć nie mogło, bo to nic niezwykłego. Jednak prawdą jest, że Brooks sztywno się schematu tolkienowskiego trzyma i tu strony medalu są dwie. Na pewno ci z czytelników którzy uwielbiają literackie powroty do Śródziemia będą zadowoleni, bo co prawda ten świat opisany tutaj Śródziemiem nie jest, tylko mamy Shannarę podzieloną na cztery krainy Sunlandię, Nordlandie, Estlandię i Westlandię ale jest tutaj wszystko to co u Tolkiena, krasnoludy, elfy, czarodzieje, ludzie, którzy robią tu również za hobbitów, czarodzieje, magiczne artefakty, typu miecz Shannary, kamienie elfów, które są w stanie przesądzić o wyniku wojen, w konfrontacji dobra ze złem rzecz jasna. Po złej stronie mamy lorda Warlocka i jego armia trolli, gnomów, i innych bardzo ciekawych osobników. No i całej reszty czytelnik już może się domyśleć. 





Opowieść jest niezwykle barwna, fascynująca, wciągająca. Przygody braci Shei i Flicka zaczynają się podobnie jak przygody hobbitów, jak wspomniałem analogii do dzieła mistrza jest tu chyba z milion. Bracia pomagają ojcu prowadzić oberżę i okoliczności zmusiły ich do nagłego opuszczenia wsi. Od Allanona dowidują się wiele o sprawach targających światem, o tym ,że legenda o mieczu Shannary to zmitologizowane fakty autentyczne, które zostały przez ludzi żyjących na odludziu zapomniane. W jednym Brooks jest antagonistą Tolkien, u tego autora era ludzi już przeminęła ludzie, ponieważ ludzie nie wykazali się wypowiedzieli wyniszczające świat wojny tym samym niszcząc samych siebie. Dało to autorowi sposobność do wypowiedzenia się w kwestiach politycznych i społecznych. Podobny jest w tym do Terry’ego Goodkinda, który nie omieszkał wkradać w swoją twórczość refleksji dotyczących spraw światopoglądowych. Mamy motyw ekologiczny znany z wielu książek fantastyki wszelakiej.



Ta książka nie jest odkryciem literackim na miarę Tolkiena, jednak w niczym nie przeszkadza to przeczytać tej książki, bo koncepty autor ma niewątpliwie interesujące. Polecam