środa, 17 lutego 2016

Bernard Cornwell, 



Rok 1356 



Wydawnictwo; Bellona
Data wydania: 2015 r.
ISBN:   9788311135499
liczba str. 443
tytuł oryginału; 1356
tłumaczenie: Michał Kampanowski 
kategoria: powieść historyczna  



(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:  

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/249078/rok-1356/opinia/31552222#opinia31552222   )      


  

Cornwell wcześniej w powieści „Pieśń łuków Azincourt” już zajmował się wojną stuletnią, a więc konfliktem między Francja i Anglią. W bitwie pod Azincourt łucznicy odegrali znaczną rolę.  Teraz w książce „Rok 1356” zajął się inną bitwą, pod Poitiers. Podobieństwa pewne miedzy tymi wydarzeniami są, w obydwu bitwach Francuzi mieli przewagę liczebną, a mimo to te bitwy przegrali. Wprawdzie w bitwie pod Poitiers łucznicy nie odegrali znaczącej roli, zostali umiejętnie wyłączeni z bitwy w taki sposób, że ich strzały nie zniszczyły wroga. Jednak autor postanowił i w tej powieści uhonorować łuczników. Bo to znowu łucznicy i ich dowódca są tutaj głównymi bohaterami. 


W „Pieśni łuków Azincourt” fikcyjnym bohaterem był Nick Hook, a tutaj w książce „Rok 1356” mamy przygody Tomasza z Hookton, zwanego Bastardem. Tomasz był dowódcą najemników walczących po stronie Angielskiej w wojnie z Francją. Dużą część książki zajmują zatargi Tomasza z Francuskimi możnowładcami, chociażby przetrzymywanie pięknej Bertyllii, żony hrabiego Labrouillade, która przebywała z żoną Tomasza Genowefą, i chroniącego czci hrabiny Rolanda de Verrec, który ściga Tomasza z Hookton. Natomiast istotny jest motyw miecza św. Piotra, a więc legendarnego artefaktu mającego charakter relikwii. Sam miecz został wyklęty, ale wystarczy, że papież zdejmie klątwę i moc miecza zadziała. Anglicy mają nadzieję, że zdołają tę moc miecza wykorzystać w zbliżającej się bitwie pod Poitiers. Czy im się uda?


Czytelnik ma wrażenie, że jak na wysokie standardy Cornwella, wyznaczonych chociażby w „Trylogii Arturiańskiej”, wiadomo sama legenda Arturiańska jest świetna, wystarczyło dobrze literacko problem rozpracować, czy wspomnianej „Pieśń łuków Azincourt” , tutaj był motyw świętych Kryspina i Kryspianina, duchowych obrońców miasta Soisonns, rewelacyjnie wplątany w wydarzenia, ta książka jest po prostu słaba. W obydwu książkach autor świetnie potrafił motywy ideologiczne i religijne wykorzystywać i doskonale artystycznie wtłaczać je w fabułę, a tutaj potencjalnie świetny motyw miecza św. Piotra został zmarnowany. Czytelnik odnosi wrażenie, że autor na siłę ten miecz wytrzasnął i na dobrą sprawę, nie wiedział co ma z tym zrobić, bo nawet nie za bardzo to pasowało do koncepcji. Siłą utworów Cornwella zwykle jest batalistyka, genialne opisy bitew lub pojedynków, czytelnik patrzy ze zdziwieniem, że ten atut nie został należycie wykorzystany. 


Książkę oceniam jako przeciętną. Jak na klasę tego wybitnego autora powieści historycznych to jest porażka! Szkoda, że Cornwell do tej książki się nie przyłożył. Można przeczytać.

niedziela, 14 lutego 2016

 Marcin Podlewski, 



Głębia  -  Skokowiec 


cykl: Głębia, t . 1


Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2015 r. 
ISBN:  9788379640867
liczba str. 720
tytuł oryginału; -------------
tłumaczenie: -------------
kategoria: fantastyka, science fiction 



(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:  





Odpalamy statek kosmiczny „Wstążkę” ruszamy w kosmos, a konkretnie w podróż na Wypaloną Galaktykę, w dawnych czasach znaną jako Droga Mleczna i jazda. 


Głównym bohaterem jest tutaj Myrton Grunwald, kosmiczny renegat, po prostu robi swoje niezbyt legalne interesy, handluje kradzioną technologią i ryzykuje życie swoje i swojej załogi. Myrton Grunwald jest charyzmatycznym liderem, potrafi pociągnąć za sobą ludzi, którzy gotowi są wejść za nim do „Wstążki” i podążać przez najbardziej niebezpieczne otchłanie kosmosu. Pojawia się również w tej książce interesująca postać, a mianowicie jest to książę  Natrium Ybessen Gatlark, ciekawe jest to, że książę  jest osobą niepełnosprawną jeździ na wózku inwalidzkim. Podlewski chce nam udowodnić jedno, że medycyna nigdy nie będzie doskonała, że pewnych chorób nigdy nie wyleczy. Podobnie jest z ludźmi, pod względem moralnym, na "Wstążkę" władował się przeróżny element, ludzie dobrzy i źli. Widać to również się nigdy nie zmieni. „Wstążka” to stary grat wytargowany za grosze z przestarzałą technologią, która co chwile nawala i trzeba ja naprawiać. Niektórzy mówią, że ta maszyneria jest nawiedzona, bo ma swoja mroczną przeszłość, ponoć "Wstążka” była nawet kiedyś statkiem widmo. Za to ładunek jest warty fortunę pod względem materialnym i pod względem technologicznym.
Intrygującą kwestia jest fakt, że „Wstążka” i jej ładunek budzi duże zainteresowanie, jedni chcą odzyskać skradziony towar, inni chcą go zniszczyć, a jeszcze inni przejąć, no i opcja najlepsza dla załogi "Wstążki” po prostu kupić, bo o to w tym brudnym interesie chodzi, żeby zarobić parę jedów i wyjść cało z tego zamieszania. 


Głębia, ten termin jest bardzo ciekawą metaforą, kojarzy się przede wszystkim z głębią oceanu, a tu mamy przecież kosmos. George Friedman w futurystycznych analizach głosi, że kosmos będzie odpowiednikiem oceanu, które z mocarstw opanuje kosmos, oczywiście chodzi mu o najbliższe okolice Ziemi, ten będzie rządził światem. A więc niezgłębione przestrzenie kosmosu są oceanem. Myślę, że znaczeń metaforyki oceanicznej kosmosu jest więcej, a to sprawia, że pisarze chcą pisać książki z gatunku science fiction, a czytelnicy chcą je czytać. Ludzie chcą choćby na kartach literatury czytać o wyczynach odkrywców. I teraz w świecie gdy przy użyciu odpowiedniej aparatury nawet każdy milimetr globu można zobaczyć z przestrzeni kosmicznej motyw działalności odkrywców musi przenieść się w kosmos, dlatego takich książek jak „Głębia – skokowiec” będzie więcej. Wspomniałem już o brudnych interesach, a warto też wspomnieć o zwykłym brudzie. O tym, o brudzie w „Gwiezdnych wojnach” mówił w jednym z odcinków internetowych rekolekcji „Jeszcze 5 minutek” o. Adam Szustak. Chodzi o to, że taka była koncepcja twórców filmu, to miało być jakieś odwzorowanie zwyczajności, że ta zwyczajność nigdy się nie zmieni, a więc nie ma szans, żeby ulice miast, czy wnętrza budynków były kiedykolwiek hermetycznie czyste, bo to jest po prostu niemożliwe. Podobnie jest z koncepcją, że spora cześć zarówno „Gwiezdnych wojen”, jak i literackiej serii „Uniwersum Diuna” Franka i Briana Herbertów i Kevina J. Andersona, toczy się na obrzeżach kosmicznych galaktyk, a więc wynika z tego, że każdy byt kosmiczny w koncepcji science fiction musi mieć swoje prowincje, bo to jest coś naturalnego.
Tutaj w tej książce „Głębia – Skokowiec”, prawie cała książka toczy się w przestrzeni kosmicznej, ale są to obrzeża kosmosu,. Myrton Grunwald kieruje swoją „Wstążkę" na Głębię, żeby uciec przed tymi co są nadmiernie zainteresowani ładunkiem „Wstążki”. Motyw skoków, też jest wzięty z „Gwiezdnych wojen” . Oczywiście analogii literackich nie brakuje chociażby do „Odysei kosmicznej” Clarke’a, no i naszego rodzimego klasyka Stanisława Lema, chociażby „Dzienniki gwiazdowe”.


Koncepcje zawarte w tej książce niewątpliwie są ciekawe, kreacja bohaterów dobrze rozpracowana. Jak na science fiction książka jest dość przystępnie napisana, choć rzeczywiście terminologii naukowej, zwłaszcza informatycznej jest dość sporo, jednak autor umiejętnie manewruje słowem pisanym. Interesujący jest motyw wzięty chociażby z „Diuny”, że na skutek wojen, w tym wojen z maszynami, wiele planet, wręcz wiele układów planetarnych uległo zniszczeniu. Autor planuje zrobić z tej kosmicznej peregrynacji statku „Wstążka” cykl, w związku z tym czytelnik zastanawia się czy wystarczy autowi pomysłów jak to rozpracować, bo nie wiem czy będzie warto czytać chociażby kolejnych kilkaset stron o tym samym, o podróży w przestrzeni kosmicznej bez jasno sprecyzowanego celu. Oczywiście mamy tu motyw handlowy, ale to jednak troszkę za mało. Brakuje tutaj jakiejś sensownej idei, np. dobra walki ze złem, a to jest chyba najbardziej archetypowy motyw w literaturze, a przynajmniej uwikłania załogi „Wstążki” w tą walkę. Koncepcja polityki i historii kosmosu wymaga jednak dopracowania i uszczegółowienia. Czytelnik wie, że były jakieś wojny, ale o co w nich chodziło? Czy warto było z ideologicznego punktu widzenia rozpieprzać kawał kosmosu? W dobrej science fiction pojawiają się pewne koncepcje filozoficzne, już nie mówiąc o koncepcjach sensu stricte religijnych, jak choćby motyw kilku dżihadów w książkach z serii „Uniwersum Diuna”. Jestem ciekaw czy autor ma jakieś pomysły uatrakcyjnienia tego cyklu, tak, żeby czytelnik z chęcią chciał sięgnąć po kolejne tomy i nie mógł się doczekać ich publikacji? 


Mimo pewnych uwag krytycznych polecam tą książkę, bo na pewno jest interesująca, po prostu dobra. Warto przeczytać.

sobota, 6 lutego 2016

 Robert Ludlum,


Czwarta Rzesza 


Wydawnictwo: Albatros - Andrzej Kuryłowicz
Data wydania: 2010 r. 
ISBN:  9788376597737
liczba str.: 576
tytuł oryginału:  The Holcroft Covenant
tłumaczenie: Jacek Manicki 
kategoria: thriller/sensacja/kryminał 



 (  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:  




Pierwszy raz spróbowałem szczęścia z literacką twórczością Roberta Ludluma, autora thrillerów i jest to próba udana. Wątek interesujący, akcja szybka, stawka wielka, o władzę, pieniądze i …. przeżycie. Istotny jest czas akcji, lata 70 poprzedniego stulecia, bo wtedy naziści lub dzieci nazistów trzymają się mocno i robią wszystko, żeby odzyskać nie tylko wpływy, ale i władzę nad światem. Uznali oni, że projekt Trzeciej Rzeszy był amatorką, bo był oparty o jedno państwo, wcale nie takie potężne znowu, i wyspekulowali, że trzeba zrobić lepszą, Czwartą Rzeszę, po prostu zdobyć władzę, w najpotężniejszych krajach świata w tym w USA. Grupa ta nazywa się Wilczy Szaniec. Istnieją dwie grupy o tej samej nazwie, zwalczające się nawzajem. Sojusz zawarły w jednym momencie, gdy w bunkrach Wilczego Szańca w okolicach Kętrzyna w Prusach Wschodnich, dokonano próby zamachu na Hitlera. Obydwie grupy miały przeciwstawne motywy, a cel ten sam, odsunięcie Hitlera. Jedni uważali, że Hitler jest szaleńcem i krajem powinien pokierować ktoś rozsądniejszy. A drudzy uważali wręcz przeciwnie, że Hitler okazał się zbyt delikatny, popełnił zbyt wiele błędów i zawiódł prawdziwych Aryjczyków. A na czele projektu Trzecia Rzesza  nikt nie potrzebuje amatorów. Zresztą jak wiadomo Trzecia Rzesza upadła i w ich mniemaniu zawczasu zaszła konieczność, żeby temu zaradzić. Wyprowadzono olbrzymie pieniądze z bankrutującego kraju i przygotowano operację Czwarta Rzesza. Podjęli się tego Clausen, Kessler i von Tiebelt. Trzecia Rzesza upadała, a Ci panowie snuli projekty jak tu się odegrać w przyszłości. Na szczęście to tylko fikcja literacka, bo ten wytwór literacki Ludluma jest zaskakująco realny i w pewnych okolicznościach coś takiego byłoby całkiem możliwe do przeprowadzenia. 


Minęło 30 lat, dzieci tych trzech panów i innych nazistów sami siebie nazywający Dziećmi słońca przystąpili do realizacji planu. Został to wciągnięty Noel Holcroft, wychowany w Ameryce syn Clausena, ponieważ jego matka uciekła od męża, bo się zorientowała o co chodzi nazistom. Chciała, żeby jej syn wychował się w normalnym kraju. Dla jednej z Grup Wilczego Szańca była to idealna przykrywka Noel Holcroft, jako Amerykanin idealnie nadawał się na marionetkę. Nie wiedział co robi, i robił wszystko co trzeba. Rywale, wszak naziści i dzieci nazistów mają wielu wrogów, w tym również w swoich szeregach, nie zasypiają gruszek w popiele i próbują storpedować Genewę, jak określa się próbę przejęcia 780 milionów dolarów z jednego z banków szwajcarskich. Akcja się rozpędza coraz szybciej i pędzi jak szalona! Czy uda się powstrzymać Johanna von Tiebelta, przywódcę tej grupy, zwanego też Kusaczem? Czy Noel Holcroft zorientuje się w końcu w co się tu gra?


Podsumowując książka  zatytułowana "Czwarta Rzesza" jest świetnie napisana, niesamowicie wciąga. A więc spełnia wszystkie wymogi thrillera teoriospiskowego. Warto przeczytać.

czwartek, 28 stycznia 2016

Praca zbiorowa - Polscy fani Metro uniwersum 2033 




Szepty zgładzonych 





Seria: Projekt Glukchowsky, Metro uniwersum 2033


Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 2015 r.
ISBN:    9788363944919
liczba str. : 225
tytuł oryginału: -------------
tłumaczenie: -------------
kategoria: fantastyka, postapokalipsa



 (  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/251352/szepty-zgladzonych/opinia/30871043#opinia30871043    )  

Ewa „Pani Cogito” Malinowska, Zwiad, [w:] praca zbiorowa - Polscy fani Metro uniwersum 2033, Szepty zgładzonych 





Z zaciekawieniem przeczytałem kolejny tom opowiadań napisanych przez Polskich fanów Metro uniwersum 2033. Teoretycznie to są to zwyczajne opowiadania dotyczące życia codziennego metra, czy innych podziemi, np. podziemi Klasztoru Jasnogórskiego. Bo to jest nowe i oryginalne, że część opowiadań dotyczy nie tylko metra w Moskwie ale również naszego kraju, oprócz Częstochowy jest Warszawa. Dziwnym trafem nasza stolica, i metro nie doczekały się oddzielnej książki. Jak wspominam nie ma w tych opowiadaniach nie wiadomo jakiej filozofii, ale jakaś jest. Dotyczy to chociażby tego, że w nowej postapokaliptycznej rzeczywistości każde wyjście na powierzchnię jest potencjalnie śmiertelne, a przejście nawet kilkuset metrów jest niebezpieczne, bo mamy ruiny, które grożą zawaleniem, no i mamy na powierzchni wiele dużych i małych mutantów, których wygląd uległ transformacji w sposób  dziwnie przebogaty w nuklearnym procesie ewolucyjnym. 


Opowiadanie, bo swoim recenzenckim zwyczajem, w takich sytuacjach skupiam się na jednym opowiadaniu, zatytułowane „Zwiad” dotyczy codziennego życia stalkerskiego. Stalkerzy to ludzie zawodowo zajmujący się wychodzeniem na powierzchnię. Nie sądzę, że chodzi tu tylko o walkę z mutantami, chociaż wszelkie epopeje stalkerskie tym się zajmują, ale też chodzi o przywłaszczenie mienia przydatnego do życia w podziemiach, to pojawia się również tutaj, mamy kino, które zostało doszczętnie rozgrabione. Mamy dwójkę głównych bohaterów Franka, ksywka Major, i Wiktoria, ksywka Owca, którzy dwukrotnie wychodzą na powierzchnię. Szefostwo jednej ze stacji Warszawskiego dowiedziało się, że w okolicy grasują zmutowane wilczury i zaszła konieczność zrobienia zwiadu celem uzyskania szczegółowych informacji, żeby w przyszłości z pomocą ludzi z sojuszniczych stacji zwalczyć zagrożenie. Akcja opowiadania zaczyna się w momencie gdy wrócili z akcji na powierzchni i niemal natychmiast mają wyjść ponownie. Wychodzą idą kilkaset metrów i przed burzą muszą zboczyć z drogi i schować się w kinie. A tam trafili na watahę wilczurów. Trwa trudna, brutalna walka o przeżycie. Pytanie jest jedno, to samo co u Głuchowskiego, czy ludzie żyjący 20 lat w metrze lub innych podziemiach, są jeszcze cywilizowanymi ludźmi? Bohaterowie Ewy „Pani Cogito” Malinowskiej Franek i Wiktoria udzielają tej odpowiedzi. Jakiej? Przekonajcie się sami moi drodzy czytelnicy.


 
Jestem przekonany, że warto sięgnąć po tą książkę i ja przeczytać. Zapewne fanów fantastyki postapokaliptycznej specjalnie zachęcać nie trzeba jak przypuszczam. Polecam.


 

wtorek, 26 stycznia 2016

Ignacy Karpowicz, 


Sońka  


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2014 r. 
ISBN:   9788308053539
liczba str. ; 208
tytuł oryginału: ------------
tłumaczenie: --------------
kategoria: literatura współczesna



(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/218140/sonka/opinia/31029845#opinia31029845   ) 



Przyznaję, że to moja pierwsza książka tego autora, a to zawsze czytelnikowi utrudnia życie, bo nie wie na co autora stać, czy potrafi pisać lepiej czy gorzej, czy to może z tej książki autor słynie. Dowiedziałem się o książce zatytułowanej „Sońka” z radiowej trójki i moja intuicja czytelnicza podpowiedziała mi, że warto tą książkę przeczytać, bo na pewno jest interesująca. Główną bohaterką i w zasadzie narratorką, bo to ona opowiada swoją historię jest tutaj Sonia. 


Wszystko zaczyna się od tego, że gdzieś na końcu świata, na Podlasiu, zabłądził celebryta, ściślej, reżyser teatralny, Igor. Jego mercedes wpadł w dziurę. Pomocy znikąd, zasięg w telefonie komórkowym szlag trafił. Na tym pustkowiu Igor spotyka Sońkę, która prowadzi krowę. Obydwoje uznali, że to przeznaczenie sprawiło, że musieli się spotkać. Choć obydwoje mentalnie są z innej bajki, wiadomo Igor, mieszkaniec stolicy, człowiek bardzo bogaty, jak mówi, nikt z jego znajomych nie chodzi boso, bo wszyscy są na to za bogaci, no i oczywiście, używając współczesnej nowomowy, nie jest to trendy, ani cool. Sonia jest starszą kobietą, mieszkanką prowincji, której dni są praktycznie policzone. Z jakiegoś powodu padło na Igora.


I tu się zaczyna narracja Sońki.
Przede wszystkim ta retrospekcja dotyczy okresu II wojny światowej i zakazanej miłości. Motyw niby banalny, stary jak świat, wszak nawet Szekspirowski klasyk „Romeo i Julia” tego problemu dotyczy, gdyż obydwoje kochanków są członkami zwaśnionych rodów, i z tego powodu ta miłość była niemożliwa, ale sposób przedstawienia przez Karpowicza jest niebanalny. Autor przedstawił problem światowej katastrofy, jakim była II wojna światowa w aspekcie jednostkowym i mikrospołecznym. Sonia, młoda dziewczyna ze wsi zakochuje się w Niemcu, naziście, z formacji SS. Problem jest poważny, bowiem dla mieszkańców wsi była zdrajczynią, której nic nie usprawiedliwia, nawet własna niewiedza, wszak sama widziała Joachima w akcji jak wydawał rozkazy, i sam własnoręcznie mordował okolicznych Żydów. To przesądziło o całym jej życiu, które właściwie się skończyło. Pozostaje problem moralny czy coś Sońkę usprawiedliwia? O tym mogliby coś powiedzieć Szekspirowscy Romeo i Julia, przecież obydwoje byli dla swoich rodzin zdrajcami, a jednak ta sztuka uchodzi za romansidło wszechczasów. Dlaczego niby Sońka ma mieć gorzej od Julki i być wiecznie potępianą? Ona chciała po prostu kochać i być kochaną. Z jej punktu widzenia Joachim był człowiekiem z wielkiego świata, który pewnie był przystojny i fascynujący. Nie chodzi tu o osądzanie właściwie, bo czy tak naprawdę poznaliśmy Sońkę i jej motywy? Niewątpliwie ona swoje wycierpiała i zapłaciła wysoką cenę za tą miłość. Bo przecież Sońka jako osoba wykluczona społecznie mogła zrobić tylko jedno, żeby przeżyć, została szeptuchą. I czekać kilkadziesiąt lat, aż ktoś wysłucha jej historii. Dla niej pojawienie się Igora było tak naprawdę wybawieniem. Po tej spowiedzi mogła umrzeć spokojnie.


Jest też tutaj narracja Igora.
Reżyser wysłuchuje Sońki, to pozytywna cecha charakteru umieć słuchać i pomóc zmęczonej życiem starszej kobiecie. Po tym pobycie u Sońki dowiaduje się o niej od mieszkańców okolicznych wsi, i postanowił opowiedzieć tą fascynującą historię, po swojemu. Trafiła ona na teatralną scenę. 


Oczywiście trzeba wspomnieć, o niezwykłym stylu pisarskim autora. Już ta koncepcja spotkania ludzi z dwóch światów, z Polski A i Polski B jest genialna. A dalej wraz z opowieścią Sońki mamy prawdziwą literacką jazdę po bandzie.
Sonia jest osobą przeraźliwie samotną, otaczają ją zwierzęta, psy, koty, krowy, kury, itd. Niezwykła jest wręcz bajkowa aura tej opowieści, ma się wrażenie, że to było „dawno, dawno temu”, gdy tymczasem, te dawno jakim była ta wojna wpłynęła i długo będzie wpływać na losy świata, na pamięć ludzką. Ta wojna, zniszczyła, niejedno ludzkie życie, zniszczyła też Sońkę. 


Cieszę się, że przeczytałem tą książkę i przekonałem się, że Karpowicz jest dobrym pisarzem. Książkę zatytułowana „Sońka” zdecydowanie polecam.

sobota, 16 stycznia 2016

Dmitrij Głuchowski, 



Metro 2035 




cykl: Metro 2033, t. 3 



 Seria: Projekt Dmitry Glukhowski: Uniwersum Metro 2033
   



Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 2015 r. 
ISBN:  9788365315052
liczba str. : 540
tytuł oryginału: Metro 2035
tłumaczenie: Paweł Podmiotko 
kategoria:  fantastyka, postapokalipsa



(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/179793/metro-2035/opinia/30310984#opinia30310984   )    



Przeczytałem „Metro 2035” i nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że zainteresowałem się tą książką i zawartą w niej kontynuacją przedstawienia świata 20 lat po nuklearnej apokalipsie. Wydawać się może, że autor ewidentnie przekroczył standardy gatunku fantastyki postapokaliptycznej, a motyw metra nie stał się motywem wiodącym, tylko robi tutaj za metaforę. A to z tej racji, że mieszkańcy metra, to w istocie nowy homo sowieticus, który wcale nie chce żadnej wolności i ani myśli wyjść z tego metaforycznego metra, mimo, że to jest możliwe, a w który wcisnęli ich politycy. Przyznaję, że sam miałem takie wrażenie, że autor w swoich rozważaniach zajął się bieżącą polityką, a nie pisaniem dobrej postapokalipsy. Jednak takie myślenie, to niedocenienie mistrzostwa Głuchowskiego. Głuchowski jest geniuszem i po raz kolejny wykazał się wybitną formą pisarską. Jasna sprawa, że dobra postapokalipsa ma za zadanie wstrząsnąć czytelnikiem i przedstawić problem w kategoriach uniwersalnych. I Głuchowski po raz kolejny tego dokonał. Nie ma przypadku w tym, że cała seria Metro Uniwersum 2033 na tym właśnie zyskuje, że wielu autorów, różnych narodowości, pisze swoje książki według standardów wyznaczonych przez samego Głuchowskiego.


Zacznijmy jednak od początku. O co chodzi z tą polityką? Tutaj mamy rozważania geopolityczne, no i gdzie w tym wszystkim są pozostałości państwa Rosyjskiego? Bo jednak struktury państwa przetrwały i mają się dobrze. Pojawia się motyw, który również do swojej książki zatytułowanej „Otchłań” wrzucił Robert J. Szmidt, że wszelkiej maści kombinatorzy, cwaniacy, politycy dobrze się urządzili w nowych postapokaliptycznych realiach. Czyżby Głuchowski postanowił nawiązać do klasyka literatury „Folwarku zwierzęcego” Orwella? Tam rządzące folwarkiem świnki i pilnujące porządku na folwarku pieski dobrze żyją i paktują z diabłem, czyli ludźmi, sprzedając za różne dobra konsumpcyjne, w tym takie burżujskie zbytki jak papierosy i alkohol, idee folwarcznej rewolucji, a reszta zwierząt ciężko pracuje za głodową miskę strawy. Analogia jest oczywista tutaj mamy metro, ludzie żyją w skrajnej nędzy, na granicy przetrwania, a politycy, celebryci, biznesmeni itd. dobrze sobie żyją w tajnych schronach, w cywilizowanych warunkach. 


Autor wraca do motywu Artema, który w „Metrze 2034”, był postacią niemal drugoplanową. Można uznać, że Artem jest obłąkany, bo nasłuchał się legend i bajek opowiadanych przez mieszkańców poszczególnych stacji metra w czasie imprez, które odbywają się na peronach. Dotyczyły one tego, że istnieje życie na powierzchni, a także, że jacyś obserwatorzy rządzą metrem. Wszystko się potwierdziło. Mieszkańcy metra robią dokładnie to czego oczekują od nich politycy, żyją sobie grzecznie w podziemiu i ani myślą na powierzchnie wychodzić, mimo, że tam da się żyć, może nie w samej stolicy, bo wiadomo tam atomowych wynalazków spadło najwięcej, ale są miejsca, nawet nie tak wcale daleko od Moskwy gdzie da się żyć na powierzchni. Czyżby Głuchowski oglądał „Seksmisję”, że ta koncepcja przyszła mu do głowy? Swoją drogą ciekawe gdzie podziały się mutanty? Widać państwo dysponuje dużymi możliwościami militarnymi, że dało się mutanty wytępić. Ciekawe, że pojawiły się na nowo udomowione pieski. Jak się okazuje powierzchnia naszej planety nie jest jeszcze stracona dla ludzkości, bo ludzie mimo wszystko jednak nie stracili władzy nad powierzchnią. Tu w książce „Metro 2035” wyraźnie ją odzyskują. Tu z kolei nasuwa się kolejna analogia, klasyka science fiction „Wehikuł czasu” Wellsa. Tam ludzie z podziemi Morlokowie, zjadają ludzi z powierzchni, czyli Elojów Czyżby Głuchowski postanowił udowodnić, że to co wyspekulował Wells rzeczywiście jest możliwe i to szybciej niż to się samemu Wellsowi wydawało? Na razie wynika z tego, że to Elojowie rządzą, i to z ich woli Morlokowie siedzą pod ziemią. Ale może pojawi się jakiś nowy Artem, który przekona ludzi  z metra, że trzeba upomnieć się o swoje i przejąć władzę. Jednak może się okazać, że ewolucja zrobiła swoje, w efekcie, której powstały dwa gatunku homo sapiens. Okaże się, że konieczna będzie pasożytnicza egzystencja obydwu gatunków człowieka, tak jak to opisał Wells w swojej książce.


Wynika z tego, że padają tutaj filozoficzne pytania o przyszłość ludzkości, Są to pytania o to, czy przetrwa w nas cywilizacja?, o czym w tak fascynujący sposób pisał wcześniej w dwóch poprzednich częściach Głuchowski. Dalej, czy jesteśmy skazani na to, że wystarczy kilka dziesięcioleci siedzenia w metrze i kanałach, żeby cywilizacja się skończyła?, żebyśmy zapomnieli czym jest cywilizacja?. U Głuchowskiego trzeba przyznać ludzkość dzielnie o tą cywilizację walczy. W metrze funkcjonują teatry, filharmonie, kina, muzea, biblioteki, pisane są książki. Pytanie tylko jak długo? Artem ma 26 lat, a wygląda na drugie tyle, a więc ludzkość jeśli chodzi o przeciętną długość życia szybko cofa się do średniowiecznych standardów. Pojawiają się kolejne pokolenia urodzone w metrze. I czy nadal będzie im się będzie chciało utrzymywać takie przeżytki jak teatr, kino, muzeum, biblioteka, filharmonia? Czy książki przypadkiem nie lepiej przeznaczyć na ożywcze ciepło ognia niż traktować je jako strawę czysto duchową lub intelektualną? Głuchowski pyta, co z nami ludźmi? 


Koniecznie trzeba przeczytać. Nie ma wątpliwości Głuchowski jest naprawdę wybitnym pisarzem. Polecam.

czwartek, 24 grudnia 2015

 Robert J. Szmidt, 



Otchłań



Seria: Projekt Dmitry Glukhowski: Uniwersum Metro 2033



Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 2015 r. 
ISBN:   9788363944971
liczba str. : 416
tytuł oryginału: -------------
tłumaczenie: -------------
kategoria: fantastyka, postapokaplipsa


 (  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

 



Byłem ciekaw jak Robert J. Szmidt literacko rozpracował literacki motyw postapokaliptyczny, który charakteryzuje serię „Metro 2033 Uniwersum” i cieszę się, że miałem okazję, bo autor napisał to w sposób wyśmienity. Oczywiście, że z jednej strony trzyma się konwencji charakteryzujący tą serią, jednak dodał parę swoich kreatywnych pomysłów dzięki czemu ta książka nabrała ciekawych barw i jest naprawdę interesująca. 
 

Oczywiście jest tam wszystko co dobrej książce według standardów przez Dmitrija Głuchowskiego wyznaczonych być powinno. Świat 20 lat po nuklearnej apokalipsie, ludzie chowający się jak szczury po kanałach i nie tylko, gdzie się da. A  na powierzchni rządzą mutanty, ewolucja nabrała kosmicznego przyśpieszenia. Ciekawe jest to, że ewoluują w niebezpieczny sposób również rośliny, niektóre z nich maja potencjał rozwalenia ludzkości od środka, bo zadomowiły się w kanałach. Gdyby wybuchły te grzybki zapewne szlag trafiłby niemal wszystkich mieszkańców podziemnego Wrocławia. Mamy głównego bohatera, tutaj jest nim Nauczyciel, który musiał opuścić enklawę Innego na skutek intrygi. Podpadł społeczności enklawy, ponieważ wbrew regułom nowych postapokaliptycznych czasów utrzymuje przy życiu Niemotę, swojego niepełnosprawnego syna zamiast, tak jak powinno być, pozostawić go własnemu losowi. Później, pod koniec czytelnik dowie się jaka jest historia Nauczyciela i Niemoty, ale nie ma potrzeby tu w recenzji jej zdradzać. Nauczyciel musiał opuścić enklawę Innego, bo drodze zabiwszy kilkanaście osób, które weszły mu w drogę. O przeszłości Nauczyciela dowiadujemy się, że nie zawsze zajmował się przekazywaniem z punktu widzenia nowych czasów wiedzy bezużytecznej, ale jak sam mówi doprowadzał cywilizację do ruiny, jako wysoko postawiony w hierarchii członek Czarnych Skorpionów, jednej z najbardziej krwiożerczych frakcji Wrocławskiego podziemia. Ci w końcu zostali załatwieni, bo wrogów mieli mnóstwo, ale nieliczni jak widać przetrwali, a legenda o Czarnych Skorpionach wciąż jest głośna. Pojawiają się ludożercy, którzy z konieczności, żeby przetrwać muszą zadowalać się ludzkim mięsem. Ponieważ jedną z ich ofiar był arcybiskup, papież Tomasz II, stojący na czele Nowego Watykanu ogłosił krucjatę. Tak jak u Głuchowskiego mamy bogatsze i biedniejsze enklawy. Mamy tutaj sporo refleksji natury filozoficznej dotyczących upadku cywilizacji. Jak to możliwe, że wystarczyło dwie dekady funkcjonowania ludzkości w świecie nuklearnej postapokalipsy, a cywilizacja zdegenerowała się do tego stopnia, że jej odrodzenie jest praktycznie niemożliwe. Ciekawe jest niemal bezpośrednie nawiązanie do „Metro 2033” Głuchowskiego, tam było, że Artem szukał u ideologów politycznych i przywódców religijnych odpowiedzi na pytania, czy w ich koncepcjach było miejsce na bezgłowe mutanty, bo on jakoś nie mógł ich znaleźć ani w Biblii, ani w dziełach Marksa i Lenina, a jednak wychodzi czasem na powierzchnie i te wredne paskudztwo widzi. Tutaj widać u Szmidta księża dowiedli, że apokalipsa jest karą Bożą za grzechy i pychę ludzką i cywilizacja musiała zostać zniszczona tak jak w Biblii wieża Babel. Oczywiście motyw końca czasów ma również proweniencje Biblijną. W efekcie przynajmniej w niektórych enklawach katolicyzm ma się dobrze. Zapewne jest nią nie tylko Nowy Watykan. Efekt, można by pomyśleć, że niemal wszystko zostało tu zrobione według standardów „Metra 2033 uniwersum” . A jednak…

 

Myślę, że Robert J. Szmidt nie byłby sobą, gdyby troszkę nie zamieszał w tej konwencji „Metro 2033” i postanowił wsadzić swoje trzy grosze. Moim zdaniem to dobrze, bo to byłoby paskudnie nudne gdyby wszystkie książki z tej serii były pisane na jedno kopyto. Jedną z enklaw jest Miasto, rządzi nią pan Jan, a więc autor postanowił nawiązać do swojej książki „Apokalipsa według pana Jana”. W tamtej książce pojawił się motyw bunkrów z niemieckiej twierdzy Festung Breslau, i tu widać te same bunkry, które zostały na przełomie wieków zmodernizowane za publiczne pieniądze. Zrobiono to po to, żeby garstka elity politycznej mogła ocaleć, gdyby przydarzyła się zagłada ludzkości. A więc mamy do czynienia z koncepcją szalenie intrygującą. Nierówności społecznych nawet apokalipsa nie jest w stanie rozwalić! Jednak Nauczyciel jest specyficznym buntownikiem. Najpierw wbrew wszystkiemu ratuje życie niepełnosprawnemu dziecku, a potem czytelnik widzi jego irytację, bo główny bohater przekonuje się, że część kombinatorów i cwaniaków zaskakująco dobrze potrafiła się urządzić w nowej rzeczywistości. Co z tego wszystkiego wyniknie? Sam jestem ciekaw co autor ma zamiar wykombinować w kontynuacji? 

 

Książka  zatytułowana "Otchłań" jest po prostu fascynująca. Koniecznie trzeba przeczytać.