sobota, 28 grudnia 2024

Andrzej Sapkowski, Rozdroże kruków

Andrzej Sapkowski, 



Rozdroże kruków


cykl: Saga o wiedźminie, t. 9


Wydawnictwo: superNOVA

Data wydania: 2024 r.

ISBN:  9788375782073

liczba str.: 292

tytuł oryginału: --------

tłumaczenie: ---------

kategoria: fantasy



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/rozdroze-krukow/opinia/87320079  



Niewątpliwie grudzień 2024 r. to dla fanów uniwersum wiedźmińskiego ciekawy okres, bo mamy tą nową książkę Andrzeja Sapkowskiego pt. „Rozdroże kruków”, no i zamieszanie z nową Ciri w zwiastunie nowej gry „Wiedźmin 4”. Z czego szło wywnioskować, że Wesemir, przed bohaterską śmiercią w Kaer Morhen narozrabiał, bo nie pociął w drzazgi urządzenia do próby traw zwane ponurym Albertem. Z grubsza jak działa ten wynalazek można było zobaczyć w grze "Wiedźmin 3", kiedy podjęto próbę odczarowania Umy, podejrzewano, że stwór może być samą Ciri, którą cierpliwie jest poszukiwana przez Geralta, Yennefer, ale też wywiad nilfgaardzki. Co do zwiastuna jest zamieszanie, nie tylko w naszym kraju przecież o tą nową zmutowaną na wiedźmiński sposób Ciri, no i to, że to ona jest protagonistką i w nowej grze będzie jej perspektywa. Z grubsza na tym polegają spekulacje. No ale mamy też książkę w którym pojawia się młody, mało doświadczony w działaniu po wiedźmińsku Geralt, który nabiera expa i wprawy w wiedźmińskim fachu. Co prawda potworom z królestwa Kedwen zdrowo się dostaje po głowach, jak Geralt używa wiedźmińskiej klingi, ale też, jak zwykle, nie omieszka się mieszać w liczne sprawy ludzkie.


Każdy zapewne wie, że mentorem Geralta jest wiedźmin Wesemir, ale nie był jedynym, który miał silny wpływ na szkolenie wiedźmińskie młodego czeladnika fachu wiedźmińskiego, bowiem na Geralta miał wpływ Preston Holt. Charakterystyczną cechą starego mistrza jest fakt, że podobnie jak Geralt przeszedł próbę traw z białą łepetyną, był z cechu żmii, i oprócz wieku miał solidne doświadczeniu w masakrowaniu potworów na potęgę. Pozwoliło to Geraltowi uzupełnić swoje doskonałe wyszkolenie z Kaer Morhen. Oprócz treningu fizycznego na wysokim poziomie było też typowo poznawcze podejście do kwestii, a mianowicie było to głównie przeczytane ogromne tomiska preferowane przez Wesemira dotyczące chociażby potworów z jakimi tylko wiedźmin może mieć do czynienia na szlaku.


Jak nietrudno się domyśleć Geralt wmieszał się w przeróżne intrygi, poznaje też pierwsze czarodziejki, w ramach wyszkolenia nauczył się być nieufny, ale jednak wdzięk tych niesamowitych kobiet przeważył, co poskutkowało późniejszymi przygodami. Tutaj poznaje czarodziejkę Vrai Natterawn, romansu nie było, ale coś w rodzaju dobrej znajomości już tak, z której obydwoje mieli duże korzyści. Na pewno dla młodziutkiego wiedźmina była to życiowa lekcja z której wynikało, że czarodziejki dobrze mieć po swojej stronie, bo w najgorszym wypadku niewiele z tego wyniknie, a z otwartej wrogości czarodziejek kłopoty mogą być nieliche. Gracze w gry wiedzą, że Geralt w dodatku do gry "Wiedźmin 3", został właścicielem winnicy Corvo Bianco, natomiast Holt został posiadaczem ziemskim i miał majątek Rocamora, gdzieś w Kedwen. Tam Geralt szkolił się w wywijaniu wiedźmińskim mieczem i używaniu innych broni, ale również nadrabiał w wolnym czasie braki w oczytaniu korzystając z dobrej biblioteki kolegi po fachu w długie jesienne i zimowe wieczory zapewne. Wiedźmin dociera do kapłanek Melitele, tych samych, które wtedy, pierwsze dekady XIII wieku, niecałe pół wieku przed akcją książek i gier, były w Kedwen, potem zmieniły lokum i trafiły do Temerii. Kapłankami zarządzała przełożona Assumpta, ale to z kapłanką Nenneke, późniejszą matką przełożoną kapłanek, Geralt nawiązał szczególne relacje co owocowało teraz i później. Kapłanki nie tylko leczyły Geralta z niewyleczalnych ran, ale też przygotowywały mu eliksiry.


Tą książkę można traktować jako ciekawostkę, żeby się dowiedzieć jak to drzewiej bywało w tym wiedźmińskim uniwersum. Dowiedzieliśmy się w tym tomie, że Geralt był ostatnim wiedźminem, który próbę traw przeszedł. Gra „Wiedźmin 1” zdradza sekret, że tego samego dnia też przeszedł ją również Eskel, potem długo, długo nikt nie brał udziału w tej trudnej próbie, często ryzykownej, z utratą życia włącznie i dopiero według tej koncepcji „Wiedźmina 4” ma ją podjąć Ciri.


Zawsze mnie ciekawi mnie metaforyka typowo Diunowa w twórczości Sapkowskiego oraz grach, i tutaj, w tej książce, choć raczej skromnie, też się pojawia. Na przykład dowiadujemy się, że Wesemir zbiera informacje skąd pochodzą wiedźmini i ciekawe co z tym robi? Czyżby jakiś szalony dr Moreau mógłby namieszać mając dostęp do tego typu danych? Kapłanki Melitele, podobnie jak czarodziejki robią tu na spokojnie za wiedźmy Bene Gesserit, odgrywając ważną rolę w fabule pewnie dążąc do swoich celów i z reguły osiągając je. No i co istotne pojawia się kluczowe, z pozoru tylko banalne pytanie, na cholerę ludziom wiedźmińscy nadludzie? Z jednej strony potrzebni bo robią porządki, żeby ludzie mogli bez umiaru eksploatować ten piękny fantastyczny świat, a z drugiej niepotrzebni jak już swoje zrobią, bo tylko białogłowy bałamucą i wypijają duże ilości gorzałki, dobrym mięsiwem też nie gardzą przecież. Na szczęście legną się inne potwory i póki co bezrobocia w wiedźmińskiej branży nie ma. Wszyscy wiedzą, że fach jest bardzo ryzykowny, bo wszak żaden wiedźmin we własnym łóżku nie umarł. No i do tego wiedźmini mają paskudny zwyczaj pchać się w rozgrywki polityczne utaczając przy tym całe beczki krwi. Z grubsza to tyle co czytelnik może pokombinować, bo więcej tego tu się nie znajdzie, ale też nie taki był cel książki, żeby wchodzić w skomplikowane metaforyki, ale, żeby czytelnik miał okazję odbyć typowo nostalgiczną podróż po tym uniwersum. I to niewątpliwie się udało i to jest plusik.


Książka jest bardzo ciekawa. Czytelnik ugruntowuje swoją wiedzę, uzupełnia ją o kilka niezwykle cennych drobiazgów, a o to przecież również chodzi. Mamy okazję się przekonać, że mistrz Andrzej Sapkowski jest w doskonałej formie pisarskiej i nie zawodzi jak wiedźmińskie ostrze. Po raz kolejny dobija się do naszych umysłów i serc fanów tego uniwersum i to się udaje. Jest super! Polecam.

niedziela, 15 grudnia 2024

Jarosław Grzędowicz, Azyl

 Jarosław Grzędowicz, 



Azyl


Wydawnictwo: Fabryka Słów 

Data wydania: 2017 r. 

ISBN:  9788379642656

liczba str.:  370

tytuł oryginału: -----

tłumaczenie: -----

kategoria: fantastyka, science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/azyl/opinia/85477382 




Śmierć szczurołapa [ w: ] Jarosław Grzędowicz,  Azyl



W zbiorze opowiadań pt. „Azyl” wybrałem najlepsze opowiadanie pt. „ Śmierć szczurołapa” , jak nietrudno się domyśleć dotyczy ona szczurów, no i szczurołapów. Jak ważne to było i zapewne jest nadal opowiada o tym nasza legenda o księciu Popielu, którego miały skonsumować gryzonie, mniejsza o to na ile dosłowna ma być ta legenda. Jak są szczury są i szczurołapy, bo ktoś szkodnikami musi się interesować, żeby nie robiły zbyt dużych szkód. Okazuje się, że nie tylko w realu są takie problemy, ale też przedostają się do koncepcji typowo fikcyjnych, fantasy, a nawet science fiction. Nie tylko ta stara opowieść, ale też i współczesne motywy można znaleźć. W serialu „Ród smoka” młody, nieokrzesany król Aegon, kazał powiesić wszystkich szczurołapów, potem jakiś czas ich ciala tak wisiały na murach Królewskiej Przystani, tylko dlatego, że dwoje z nich było zdrajcami. O zdanie mysich i szczurzych mieszkańców zamku nikt się nie pytał, ale zapewne mieli raj do pewnego czasu.


To opowiadanie, „Śmierć szczurołapa”, dowodzi, że te niezwykle inteligentne i cwane zwierzęta dadzą radę przetrwać jeszcze długo. Według koncepcji Grzędowicza trzeba je tępić bronią konwencjonalną, karabinami, granatami i tego typu niebezpiecznymi zabawkami, a i tak zdarza się, że co niektórzy nie wracają żywi z akcji. Akcja toczy się w przyszłości na ulicach, a raczej podziemiach Kopenhagi. Wynika z tego, że rotacja pracowników/żołnierzy jest tutaj duża. Trafia tam główny bohater Kirył z Armenii, który trafił do Europy prosto z walk frontowych, gdzie toczono walkę z Republiką Islamu. Uznano, że mężczyzna ma potencjał i sobie poradzi na tym trudnym odcinku walki ze szczurami. Kirył szybko poznaje kolegów z roboty, no i szczurzych oponentów. Dzieje się i jest ciekawie.


Opowiadanie jest bardzo ciekawe, tu walka ze szczurami jest wojną, wręcz o przetrwanie ludzkości. Szczury Kopenhaskie to zorganizowana struktura, mają swoich królów i generałów, są niezwykle dobrymi taktykami w walce z nami, ludźmi, są wielkie i diablo inteligentne. Oczywiście, jak w każdej armii świata, najwięcej jest pionków, mięsa armatniego, zwał jak zwał, czyli szczurów najniższego szczebla, którzy niczym mordercze berserki idą w bój i zabijają ludzi i inne zagrożenia z piwnic i zaułków. To naprawdę trudna wojna i ciekawie autor te wydarzenia opisał. Polecam to i inne opowiadania z tomu pt. „Azyl". Warto przeczytać.


wtorek, 26 listopada 2024

Douglas Niles, Wojna światów. Trzecie tysiąclecie

Douglas Niles, 


Wojna światów. Trzecie tysiąclecie 



Wydawnictwo: Zysk i S -ka

Data wydania: 2006 r.

 ISBN:   9788372988874

liczba str.: 482

tytuł oryginału:  War of the worlds. New millenium

tłumaczenie: Lech Z. Żołędziowski 

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/wojna-swiatow-nowe-tysiaclecie/opinia/86629350




"Hej, hej – Mars napada
Dookoła ludzi gromada
Hej, hej – Mars atakuje
Żadnej litości nie czuje" *



Autor książki Douglas Niles nie ukrywa, że pisząc książkę pt. 
"Wojna światów. Nowe tysiąclecie",  nawiązuje do starego klasyka gatunku sf Herberta George'a Wellsa. Niewątpliwie tamta "Wojna światów" była ważną książką w historii literatury. Na pewno udowodniła, że koncepcje science fiction potrafią znakomicie trzymać się kupy. Tak naprawdę mało istotna kwestią jest, że wiemy jak jest z Marsem i Marsjanami, bo planeta i jej potencjalni kosmiczni mieszkańcy robią raczej za symbol, że gdzieś coś w kosmosie może być i to w dodatku niezbyt przychylnie będą dla nas ludzi z planety Ziemia, dla nich obcych, tak samo jak oni dla nas. A jak to z tego typu alienacją bywa, bardzo obcych lubimy, niezależnie czy są z sąsiedniego podwórka, wsi, miasta, państwa czy planety, mamy potrzebę im dokopać, a że obcy są podobni do nas, bo są inteligentni tak jak my, to tym bardziej to podobieństwo skłania ich, żeby podbić planetę, zdominować, wyczerpać i wykończyć ludzi i cały glob. Niles nawiązał do klasyka, ale zrobił to w sposób zmodernizowany, napisał od zera swoją fabułę, i wysłał, tak jak poprzednik Wells, Marsjan na nas Ziemian, bo Marsjanie to cholernie nerwowe typy i nie lubią jak się ich drażni i wnerwia!


A tutaj w książce kosmici z Marsa, planeta w niektórych książkach sf nazywana jest czerwonym draniem, i tu bynajmniej to określenie jest jak najbardziej na miejscu, bo autor określił ich jako wrednych typów, z wyglądu też bynajmniej sympatyczni nie są. Po prostu ze statków kosmicznych wyskoczyły wielkie, acz diablo inteligentne, robale i zrobiły na Ziemi niezły bajzel! 


Wojna jest opisana bardzo szczegółowo i też to, że praktycznie prawie wygrali wojnę i skończyłoby się to naszą zagładą. No ale Ziemianie są prawie walczyli do końca o swoje domy, podwórka, miasta, klatki schodowe, ulice, państwa, o całą planetę, bardzo zajadle, i tylko ta silna chęć przetrwania człowieka jako gatunku spowodowała, że mimo wszystko byliśmy trudnym przeciwnikiem i remedium zostało znalezione.


Zrobili to główni bohaterowie, ojciec i córka, on emerytowany profesor, ona naukowiec i ekspert, dzięki swoim kwalifikacjom w czasie tej wojny znalazła się w Białym Domu, choć wątpię, żeby chodziło o ten budynek, ale o otoczenie prezydenta USA i samej głowy państwa. Widać Mark De‘Vane i Alexandria De’Vane niczym kwisath haderath z uniwersum Diuna zrobili różnicę. Ich koncepcje to prawdziwy game changer i ocalili planetę i wysłali „Marsjańskich skurwieli”, z reguły to sformułowanie pada w książce, prosto do ich Marsjańskiego piekła i ich diabłów!


Na pewno zaletę jest, że autor zna dokładnie pewne procedury i to w książce opisuje, wydłuża to fabułę, opisy wszystkiego, ale autor trzyma się swojego konceptu, uważając to za ważne, i to się broni w książce. Bo mimo że walczy dwoje nadludzi, tutaj wszyscy ziemianie są zespołem i walczą razem. Autor skupia się na tym co dobrze zna, na perspektywie Ameryki. Mniej istotna dla niego jest reszta świata, co nie znaczy, że tematu nie ma, ale na pewno to byłoby ciekawe. No ale jest jak jest. Pod kątem tego co mamy w książce i jak autor realizuje swoje koncepcje to wszystko tu się broni. Stara historia jest opowiedziana na nowo, ale autor zrobił z tego dzieło sztuki pisarskiej co sprawia, że książka jest bardzo ciekawa. Polecam





Ad.

* Kazik, Mars napada,


środa, 20 listopada 2024

Elżbieta Cherezińska, Sydonia. Słowo się rzekło

Elżbieta Cherezińska, 


Sydonia. Słowo się rzekło



Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 2023 r. 

ISBN;  9788382027594

liczba str.: 584

tytuł oryginału: ------

tłumaczenie: ------

kategoria: powieść historyczna


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5055454/sydonia-slowo-sie-rzeklo/opinia/83639403#opinia836394 





Przeczytałem książkę, której autorką jest Elżbieta Cherezińską, pt. „Sydonia. Słowo się rzekło”. Główną bohaterką jest szlachcianką z Pomorza, która żyła na przełomie XVI/XVII wieku. Pewnie dla nikogo nie jest tajemnicą, że ten rejon to były niewielkie księstwa, wszystkie oczywiście należały do Rzeszy Niemieckiej. Pytanie dosyć mocne: na ile klątwa rzekomej czarownicy przyczyniła się do tego, że wszystkie w ciągu kilkunastu lat po jej śmierci trafiły na niebyt historii i władzę tam przejęli Hohenzolernowie, jak to się skończyło?  Wiemy, że wzrostem znaczenia w regionie Prus, rozbiorem Polski, zjednoczeniem Niemiec, dążeniem do politycznych rozstrzygnięć za pomocą dwóch wojen totalnych w XX w.  Dlatego to pytanie jest niebagatelne, autorka zdania nie zajęła w tej sprawie, licząc na inteligencję czytelników, że dadzą sobie radę z dodaniem dwa do dwóch.



Po prostu autorka wzięła się za historyczno – powieściopisarską robotę opowiedziała nam czytelnikom o tej fascynującej, niepokornej kobiecie, która swoim intelektem uprzykrzyła życie niejednemu interlokutorowi. Pewnie to wystarczyło, albo niewiele więcej, żeby podejrzenia o czary ujrzały światło dzienne. Z formalnego punktu widzenia do podejrzeń o czary wystarczyło zeznanie innej biedaczki „czarownicy”, oczywiście wymęczone na torturach. Sprawa ruszyła mimo że Sydonia von Bork była ze znacznego, szlacheckiego rodu, ale przez długie, jak na standardy epoki, 70 letnie życie, dała radę narobić sobie sporo wrogów, nie brakowało ich w jej własnej rodzinie. Jost von Bork, był jedną z osób oskarżających Sydonię, o konszachty z diabłem i milion innych przestępstw, prowadzące prosto na stos.
Na stosie padły te okrutne słowa wypowiedziane przez Sydonię, w formie biblijnego cytatu, że wszystkich jej wrogów szlag trafi i to szybko. Wystarczyło raptem 17 lat po jej śmierci i wszystko było pozmiatane.


Książka właściwie ma dwie części, pierwsza to okres od 1566 – 1619, a druga to lata 1619 – 1620, kiedy to miały miejsce procesy Sydonii, no i cała procedura zakończona śmiercią, bardzo widowiskową, na stosie.
Lepiej było nie pytać udręczonej kobiety na chwilę przed śmiercią co ma do powiedzenia, no i słowo się rzekło.


Książka jest bardzo ciekawa, na pewno pod względem poznawczym to było ciekawe dowiedzieć się czegoś ciekawego o Sydonii, o tym jak łatwo na skutek sztucznie sprokurowanych faktów można było popaść w niełaskę wymiaru sprawiedliwości, no i z punktu widzenia doktryny nauczania kościołów chrześcijańskich mieć problemy ze zbawieniem na tyle, że konieczny jest zbawienny płonący ogień. Jak zwykle autorka pokazała swoim czytelnikom niesamowity kunszt pisarski, po prostu te osoby z dalekiej przeszłości przemówiły i opowiedziały swoją historię. Polecam.


czwartek, 31 października 2024

Andrzej Pilipiuk, Czasy, które nadejdą


 Andrzej Pilipiuk, 



Czasy, które nadejdą 


cykl:  Światy Pilipiuka, t. 14


Wydawnictwo: Fabryka Słów

Data wydania: 2024 r.

ISBN: 9788367949293

liczba str.: 376

tytuł oryginału: --------

tłumaczenie: ----------

kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na lubimnyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/czasy-ktore-nadejda/opinia/85515853    





Klementynka [ w: ] Andrzej Pilipiuk, Czasy, które nadejdą.



„Czasy, które nadejdą.” , to na tą chwilę ( 2024 r.) najnowszy tom opowiadań, i trzeba przyznać, że wszystkie są zarówno genialne, jak i równe pod kątem trudności wyboru co wybrać, żeby napisać słów parę moim czytelnikom o tej książce. Jak zwykle pojawia się doktor Skórzewski, jak i Robert Storm, to akurat nic nowego.



W przypadku lekarza nie brakuje ciekawych rozważań dotyczących natury medycznej, co daje asumpt do rozważań dotyczących postępu. Jest też motyw wojenny, pierwszej i drugiej wojny światowej. Co ciekawe w 1915 roku dr Skórzewski jako lekarz frontowy trafia w okolice Wojsławic spotyka młodego 15 letniego Kubę/Jakuba Wędrowycza i jeżeli czytelnik się czegoś dowiaduje to na pewno tego, że Jakub jest prawdopodobnie największym trollem na kartach literatury. W opowiadaniach Jakubowych jesteśmy, jako czytelnicy, przekonani, że on ledwo coś tam coś tam duka, jak czyta, a tu skubany nam zdradza że dobrze radzi sobie z czytaniem w trzech alfabetach: łacińskim, cyrylicy, no i hebrajskim, który jeszcze w ramach procedury samodoskonalenia dał radę opanować. Pewnie mu się to przydało w robocie będąc świeckim egzorcystą. Na pewno interesujące jest tytułowe opowiadanie, w którym Robert i Arek wydedukowali, że nasze czasy nie muszą być wcale najgorsze, bo diabeł jeden wie z czym będziemy mieli do czynienia w przyszłości. Tutaj trzeba było storpedować pewną aukcję dzieł sztuki, żeby zapobiec negatywnym zmianom w przyszłości.


Opowiadanie, które zaproponowałem jest najkrótsze, ale autor w nim wykreował genialny klimat. Mamy zimę 1981/82 czyli stan wojenny w Polsce. Opisy blokowiska, że zimno, że nic nie ma, itd. Mamy świat czarno-biały, jak ekrany telewizorów w tamtych latach, czyli jedni dobrzy drudzy źli, jedni drugich zwalczają. Główną bohaterką jest ok 10 letnia Klementyna. I tu zabawa się zaczyna, bo jest z dziwnej rodziny, której członkowie przemieniają się likantropicznie, zostają wilkołakami. W przypadku Klementyny podejrzenie zachodzi, że jest to odmiana osłabiona, ale za to jej babcia lubi po lasach jako wilkołak hasać i polować na komunistów, jak który w lesie zabłądzi. Opowiadanie niby banalne, ale połączenie, prawie współczesności z motywami znanymi chociażby z uniwersum wiedźmina robi wrażenie. Nie trudno się domyśleć, że tam mamy troszkę kombinowane średniowiecze Tak czy siak różnice mentalnościowe spore. A tego typu połączenie jest zacne literacko. Na pewno bezcenne były miny milicjantów, którzy mieli farta, że spotkawszy babcię, raczej głodną, uszli z życiem.


Podsumowując to jest ciekawe opowiadanie, tak jak już wspomniałem, inne również są rewelacyjne, tom opowiadań jako całość jest świetny. Warto przeczytać. Polecam.



sobota, 19 października 2024

Robert Harris, Monachium

 Robert Harris, 



Monachium 



Wydawnictwo: Albatros

Data wydania: 2018 r. 

ISBN:  9788381251778

liczba str.: 400

tytuł oryginału:  Munich 

tłumaczenie: Andrzej Szulc

kategoria: thriller, powieść historyczna


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/monachium/opinia/84222383





Temat nazizmu nie jest obcy w twórczości popularnego pisarza, specjalizującego się w thrillerach, pisanych nie tylko w oparciu o wydarzenia historyczne, ale niewątpliwie mają one duże znaczenie. Jeżeli chodzi o motyw Trzeciej Rzeszy bardzo znaną książką jest „Vaterland” i na potrzeby tej koncepcji historii alternatywnej autor zgłębił temat i zapytał: jak to się stało?


Pisarz uznał, że motyw traktatu Monachijskiego jest tutaj kluczowy, żeby kontynuować te trudne przecież rozważania. Przypomina nam, że doszło tam do politycznej transakcji handlowej. Wyprodukowano kilka świstków papieru. Ktoś wygrał, ktoś przegrał, ale ktoś, musiał zrobić z tego mata na politycznej szachownicy wygraną, bo taka jest polityka. Zazwyczaj z oficjalnych raportów dowiadujemy się, że wygrał kto trzeba, a jak jest naprawdę jest to najbardziej strzeżona tajemnica. Zapewnienia Hitlera o pokoju były oczywiście nic nie warte. Ale coś kupiły, odrobinkę czasu, wydłużyły ciszę przed burzą. Ale co gorsza dały swoistą legitymizację zbrodni hitlerowskich na arenie międzynarodowej, które z tego tytułu przez kolejnych kilka lat były ukrywane, bo lepiej udawać, że nie czuje się brzydkich zapachów. A przecież wystarczyło odpalić samochód i z perspektywy Monachium zrobić sobie wycieczkę do Dachau np. O tym nas usiłuje przekonać autor, że to było do zrobienia. Brak tego działania ocenia negatywnie jako lenistwo intelektualne. Nie wiem na ile jest wiarygodna wypowiedź premiera Wielkiej Brytanii Chamberlaina, która pojawia się w książce porównująca Hitlera do gangstera. Jeżeli ma sens to oni tego chcieli, po prostu przeforsować bardziej militarne budżety na kolejne lata. Nasuwają się kolejne pytania? Czy tą wiedzą się podzielili z sojusznikami. Czy może to już Monachium podzieliło świat na kraje lepsze i gorsze. Ma to znaczenie także w teraźniejszości, bowiem światu grozi wygrana kandydata na urząd prezydenta w mocarstwie, który nie zawaha się nawet z bandytą zrobić interes i podzielić świat na nowo. I dlatego wciąż musimy na kartach literatury wracać do cholernego paktu Monachium z 1938 roku!


Tak się dzieje, bo autor ośmiela mieć wątpliwości czy wnioski zostały wyciągnięte. Jak wiemy rzeczywistość na świecie po roku 2022 mocno się skomplikowała co sprawia, że każdy czytelnik musi przyznać autorowi rację.


Samo wydarzenie jest opisane ciekawie, ale wątpię, czy czytelnik będzie jakoś specjalnie zaskoczony. Mamy kilka planów, trzy miejsca akcji: Londyn, Berlin, Monachium. Pierwszy plan to wydarzenia oficjalne, drugi plan, kuluary, trzeci i kilka kolejnych, to co robią podwładni zainteresowanych stron. Kolejny plan rzecz jasna to oczywiście Gestapo, które węszy po całym mieście szukając dowodów na zdradę kraju, no i zdrajców. Kolejny plan to media, jeszcze kolejny, zwykli ludzie. Ciekawostką jest, ku rozpaczy wierchuszki NSDAP, że naród niemiecki jest słabo przygotowany ideologicznie do nadchodzących wydarzeń, bo z ulgą przywitał nadzieję na pokój. W domyśle, że służby propagandowe Gebbelsa miały pełne ręce roboty, bo jednak machina ruszyła i plany wojenne III Rzeszy były gotowe do realizacji.


Jestem przekonany, że nie ma takiej potrzeby szczegółowo rozpisywać się jakie konkretnie wydarzenia poboczne i fabularne miały miejsce wokół całego wydarzenia. Bo dlatego książkę warto przeczytać, żeby samemu wyciągnąć wnioski, po co nam powroty do wydarzeń z przeszłości, i co my z tego oprócz oczywistej wiedzy mamy. W teorii to stosunkowo prosta książka, ale ze względu na skomplikowaną materię zagadnień taka nie jest. Polecam.

sobota, 12 października 2024

Kien Nguyen, Gobelin

 Kien Nguyen, 


Gobelin 


Wydawnictwo: Albatros

Data wydania: 2004 r. 

ISBN:  837359115X

liczba str.: 351

tytuł oryginału:   The Tapestries

tłumaczenie:  Piotr Jankowski

kategoria: literatura piękna


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/gobelin/opinia/85518913 






Tytuł książki Nguyena, wietnamskiego pisarza, „Gobelin” zapewne jest swoistą metaforą życia, które potrafi być nieźle skomplikowane. Co prawda można się doszukiwać pewnych literackich nawiązań np. „ Fionawarski gobelin” Guy Gavriel’a Kay’a, w której mowa dużo o znaczeniach koncepcji gobelinu, czego praktycznie nie ma tutaj. Możliwe, że dla azjatyckiej kultury dalekiego wschodu jest ona tak oczywista, że autor głupotami czytelnikowi głowy zawracać nie chciał. Na pewno można się doszukiwiwać czegoś z „Hrabiego Monte Christo” Aleksandra Dumas, no i oczywiście są motywy typowo Szekspirowskie, z klasykiem dramatu „Romeo i Julia” na czele. A wszystko to w książce raczej cienkiej, co świadczyć może, że autor sobie dobrze radzi z technikami pisarskimi i jest to ciekawe to co my tu mamy.


Pewnie to troszkę inaczej wygląda z rodzimej, narodowej perspektywy jaką ma sam autor. A, dla człowieka Zachodu, jest w tym pewna trudność dokopania się przez wietnamskie realia początku XX wieku. Książka funkcjonuje jakby na trzech poziomach, ten najbardziej oczywisty, obyczajowy, potem jest kulturowy i oczywiście historyczny kontekst. Pierwszy obyczajowy, książka zaczyna się od wesela, panem młodym jest 7 letni Dan Nguyen, żeni się z pełnoletnią Ven. Z racji, że pan Nguyen, ojciec, ma pięć żon, pozycja Ven jest nawet niższa niż mają służące w domu Nguyenów. Troszkę spojlerowo podchodząc do zagadnienia, autor nas zapewnia, że to jest historia jego rodziny, a ty się z tym męcz czytelniku czy masz/możesz uwierzyć w te zapewnienia. No ale wracamy do tego co my tu mamy. Ślub był dziwny nikt nie widział potrzeby zobaczyć pannę młodą, po prostu był to handel, kupiono młodą kobietę raczej z biednej rodziny, która o swoją pozycję pierwszej żony młodego panicza miała walczyć całe życie. No i pewnie by tak było gdyby nie ciąg tragicznych zdarzeń. Senior Nguyen został pochwycony i oskarżony o zdradę. To, że nikt w to nie wierzył w to co lokalny pirat miał mieć wspólnego z wielką polityką znaczenia akurat żadnego nie miało. Za to miało znaczenie, że Nguyenowie mają potężnego wroga na własnym podwórku już owszem. Był nim asesor Toan, który w czasie egzekucji seniora rodu Nguyenów z rozbrajającą szczerością odpowiada na pytania skazańca, dlaczego? Odpowiada, że tak trzeba, bo pewnie on zrobił by to samo i wtedy to on byłby w biedzie. Jakoś nie było okoliczności tego sprawdzić. Młody Dan był na tej egzekucji, przywiodła go tam żona. Dokładnie tego dnia zaczęła się wendetta rodowa. Na razie Dan i Ven mają nieliche kłopoty, żyją w skrajnej biedzie i walczą o przetrwanie. Rezydencja Nguyenów została spalona. No ale to się zmienia, młody Dan, rośnie, dojrzewa, staje się dorosłym mężczyzną. Po drodze pojawia się ta przysłowiowa Julka, i była to o zgrozo!, córka asesora Toana Tay Mai. Zdarzyło się, miłość przetrwała. Historia wątku sporu obydwu rodów toczy się dalej.


Powoli wchodzimy w głębsze warstwy tego co my tu mamy w książce. Nawet nie będę próbował szczęścia zajmować się metaforyką, bo obawiam się, że jest na tyle skomplikowana, że jest niezrozumiała dla nas ze względu na różnice kulturowe. Pojawia się polityka, problemy z dominacją kulturową francuzów z jaką muszą uporać się władze Wietnamu z cesarzem na czele. Rzecz jasna siła kultury europejskiej przemawia do elit kraju, reszta jest bardziej zachowawcza i stara się bronić lokalnych, wietnamskich wartości. Raczej ciężko z lektury książki wywnioskować coś bardziej szczegółowego czy chodzi o styl ubierania się, konsumowanie wykwintnych francuskich potraw, czy może pisma filozofów znad Sekwany uznawane są za heretyczne. Pewnie wszystko po trochu. W sumie to jest specyficzne, że gdzieś w XIX wieku zaczął się proces globalizacji, westernizacji itd. Wynika z tego, że nie dało się od tego uciec. Jakąś formą ucieczki od tego typu procesów okazał się komunizm, no ale my wiemy, czego nie wiedzieli wtedy, że nic to raczej nie daje. Jedyny kraj który odniósł jakiś sukces w tej materii odcinania się od świata to Korea Północna. Akurat ten kraj buduje barykady, żeby ich obywatele nie uciekali z kraju i tym samym, na polu ideologicznym, zapobiega się temu, żeby mieli okazję zaznać dobroci zgniłego zachodu. No ale tego w Wietnamie sto lat temu raczej nie wiedzieli. Niewiele więcej czytelnik wywnioskuje z informacji jakie są w książce o polityce i historii. Kraj w teorii jest niezależny, ale jak można wywnioskować cudzoziemcy mają tam duże wpływy, kto wie czy nie większe jak rząd, czyli doradcy cesarza. Wiemy, że opozycja była silna, no bo oskarżenia Nguyena seniora o zdradę całkiem z powietrza się wziąć nie mogły. Czyli takie motywy były na porządku dziennym. To z grubsza tyle co warto wiedzieć o realiach jakie są w tej książce. Nie mam wątpliwości, że każdy czytelnik wyciągnie z lektury to co będzie dla niego interesujące.


W sumie to nie jest jakaś trudna książka, dominuje jednak ten motyw obyczajowy i przede wszystkim na tym autor się skupia. Pozostałe otoczki fabuły można potraktować jako ciekawy dodatek albo je zignorować jak komu pasuje. Książkę dosyć dobrze się czyta. Jest całkiem przyzwoita. Polecam