czwartek, 12 marca 2015

Inga Iwasiów 


Na krótko 




Wydawnictwo: Wielka Litera
Data wydania; 2012 r. 
ISBN:  9788363387099
liczba str. : 368
tytuł oryginału: ---------
tłumaczenie: ------------
kategoria: literatura współczesna 


 (  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:








Mam dla pani Iwasiów komplement, mi ta książka kojarzy się z „Kamienną tratwą” Jose Saramago. Tego autora sobie niezwykle cenię. W książce pisarza z Portugalii, półwysep Iberyjski odłączył się od Europy i dryfuje się sobie w najlepsze po Atlantyku, a autor zadaje pytania czy Hiszpanie i Portugalczycy mentalnie są w Europie? Dokładnie to samo zrobiła autorka książki „Na krótko”. Tutaj, w niedalekiej przyszłości, może połowa XXI wieku, pewne tajemnicze miasto ze Środkowej Europy postanowiło odłączyć się od Polski, a także wystąpić z Unii Europejskiej. Bo rządzącym tym miastem przeszkadzała biurokracja unijna z mierzeniem wielkości i długości bananów czy ogórków, a więc manią wręcz absurdalnej standaryzacji, a także z postępującą macdonaldyzają, i bigbratheryzacją oraz innymi atrakcjami. Tyle, że dla Polski Unia, niezależnie jak ją oceniać, przyniosła postęp cywilizacyjny, gospodarczy. A tu nagle ktoś uznał: My żadnego postępu nie chcemy. Chcemy być sobą, chcemy być wolni. Efekt na początku wydawać by się mogło nic się nie dzieje, świat się jakoś kręci. Tyle, że Unia robi swoje, rozwija się, a tajemnicze miasteczko cofa się w rozwoju wraz z upływem czasu jest to coraz bardziej widoczne. Symbolicznie można rozpracować to tak, na początku książki naukowa działalność literacka jak i ta typowo bibliotekarska jest nazywana muzealnictwem, a pod koniec już nie, biblioteki i literaturoznawstwo wróciło do łask. Ma to swoje dobre i złe strony, dobre, bo ludzie wrócili do czytania, tyle, że cywilizacyjnie ludzie zaczęli odstawiać. I stąd pytania, o Polskę, Unię, cały świat, a także o granice wolności. 


Wszystko rozgrywa się w tej książce w skali mikro i w skali makro. O tej drugiej już było, to wszystko co się dzieje w świecie, a skala mikro to przede wszystkim pewien salon fryzjerski. Poznają się dwie kobiety Rut, fryzjerka i Sylwia, doktor filologii polskiej. Obie rozmawiają niby to o zwyczajnych sprawach, a potem wraz z lepszym poznawaniem się te rozmowy stają się głębsze, rozmawiają chociażby o swoich kontaktach z mężczyznami, Rut opowiada o relacji z Kazikiem, fryzjerem, byłym mężem, który wyjechał do USA, a także Witkiem, bratem, z zawodu bibliotekarzem. Obie panie rozmawiają o swoich rodzinach, pracy, poznają wzajemne kobiece sekrety. A więc w teorii jest to książka o tych dwóch kobietach, uwikłanych jakoś w bieżące realia, które wpływają na to kim one są. Autorka bardzo dobrze rozpracowała mentalność swoich bohaterów. 


Podsumowując ta książka funkcjonuje w dwóch wymiarach mikro i makro, pierwszy to co się dzieje w procesie poznawczym między Sylwią i Rut, a druga cała ta sfera polityczna i nie tylko przecież, bo mamy tutaj poważne pytania dotyczące nas wszystkich, które dają do myślenia. A więc obydwie warstwy tej książki są tak samo istotne i obydwie warto potraktować poważnie i refleksyjnie. 


Polecam, bo warto przeczytać.
Jakub Wojtaszczyk 


Portret trumienny 


Wydawnictwo: Simple Publishing
Data wydania: 2014 r.  ( promocja książki )
ISBN:   9788379750016
liczba str. ; 138
tytuł oryginału: ------------
tłumaczenie: -----------
kategoria: literatura współczesna 


 (  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:




 Simple Publishing  - wydawca książki 



Książka przypomina „Gnój” Kuczoka. Tutaj w „Portrecie trumiennym” mamy opisany jeden dzień z życia głównego bohatera. Aleksander wsiada do pociągu i jedzie do rodzinnej miejscowości, niewielkiego miasteczka. Tam odbywa się zjazd rodzinny, urodziny matki. Opisane są punkt po punkcie wydarzenia, rozmowy, oglądane seriale, wiadomości, kłótnie na punkcie światopoglądowym. Po prostu zwyczajna codzienność, no może świąteczna codzienność.
 

Ten środek wyrazu artystycznego był autorowi potrzebny, żeby przedstawić w książce mocno przejaskrawiony obraz rodziny, a raczej zaniku relacji między członkami tej konkretnej rodziny. Co prawda jest tutaj wyraźnie zakreślona opozycja osoby z aspiracjami intelektualnymi i ludzie, którzy takowych nie mają i idące za tym różnice światopoglądowe, styl życia i wiele innych. Owszem ma ona jakieś znaczenie, często bardzo duże, ale nie jest ono tak znaczące jak to autor opisuje. Zanik relacji w rodzinach to jest po prostu specyfika naszych czasów, jak to się mawia, z rodziną najlepiej na zdjęciu. I chyba do tego autor nawiązuje tworząc makabryczne, kompletnie oderwane od rzeczywistości zakończenie. Główny bohater bierze spluwę i z zimną krwią zabija wszystkich. A potem robi zdjęcia zabitych, portrety trumienne, dokładnie tak jak to robili naziści. To jednak jest zaskakujące i kompletnie bezsensowne zakończenie powieści. Jak mam wrażenie sam autor daje tutaj interpretacyjną furtkę, że to mogłoby delirium senne. Inaczej to by się kompletnie kupy nie trzymało! Aleksander, nasz główny bohater, w myślach określa co niektórych, że mają nazistowska mentalność, a jeśli to naprawdę zrobił znaczyłoby to ni mniej więcej, że praktycznie niczym się od swojej rodziny nie różni. A nawet jest od nich gorszy. Nie wiem co autor chciał osiągnąć, bo na pewno czytelnika do swoich racji tym nie przekonał, nawet trudno to uznać za coś szczególnie bulwersującego, wszak nie takie numery na kartach literatury odchodzą, to jest po prostu głupie!

 

Głównym bohaterem jest Aleksander, z zawodu historyk sztuki, pracujący w galerii sztuki, w życiu prywatnym jest gejem, wie o tym cały świat tylko nie rodzina. Świadczy to o tym, że wstydzi się tego kim jest, bo wiedział z góry, że to nie będzie zaakceptowane. Pewnie by nie było, ale to, że w żaden sposób się nie stara przekonać do swoich racji, pokazać kim jest naprawdę. To trudne, ale próbować zawsze trzeba, zwłaszcza jeśli uważa się za kogoś mądrzejszego. Jasne, że mam świadomość, że to nigdy nie jest łatwe, że rodziny sobie nie wybieramy itd. Wręcz człowieka czasem zwyczajnie trafia szlag i to jest zrozumiałe, ale pójście na łatwiznę, w stylu, „nie, bo nie”, usprawiedliwieniem, ani rozwiązaniem nie jest. 

 

Ta książka miała szanse być przyzwoitą książką, ale niestety autor spieprzył robotę. Lepiej dać sobie spokój.



wtorek, 10 marca 2015

 Andrzej Ziemiański, 


Pomnik cesarzowej Achai 


cykl: Pomnik cesarzowej Achai, t. 4   


Wydawnictwo:  Fabryka słów
Data wydania:  2014 r. 
ISBN:  9788379640232
liczba str. ; 709 
tytuł oryginału: ----------
tłumaczenie: ---------
kategoria: fantastyka



(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/214735/pomnik-cesarzowej-achai---tom-iv/opinia/24680273#opinia24680273  )
                                                                                             
                                                                                






Z radością przyjąłem możliwość powrotu do Achajowego uniwersum. Jak wspominałem recenzując trzeci tom „Pomnika cesarzowej Achai” wróciłem z ciekawości, pomimo faktu, że częściowo ta poprzednia część mnie rozczarowała.
Ta czwarta część jest jednak nieco lepsza, mamy tu więcej zamieszania, no i pomysły ma autor całkiem ciekawe, rozpracowanie, drugiego kontynentu w świecie Achai wyszło świetnie. Trafiły tam, do państwa Nayer, Kai i Nuk, jako cesarsy szpiedzy, natomiast komandor Tomaszewski trafił, do sąsiedniego państwa Wolne miasta, które z Nayer jest w stanie wojny. Na ten drugi kontynent trafili jacyś ludzie zza gór, wygląda na to, że jednak nie są to Anglosasi, choć po angielsku gadają. Ciekawe czy dobrze trafiłem w swoich spekulacjach, że są to wyznawcy Allacha? A to się okaże w ostatniej piątej części. Nayer mając po swojej stronie tajemniczych ludzi zza gór, którzy są tu o wiele dłużej, jakieś 20 lat, niż Polacy, robią niezłe zamieszanie. Mam tylko nadzieję, że wojacy się nie zapędzą i nie przyjdzie im do głowy używanie Głupiego Jasia, czyli atomówki, ci drudzy ponoć jej nie mają, ale czort wie jaka jest prawda. 


Rozkręca się też powoli powstanie ludowe, na której czele stanęła Shen. Czy ten pomysł z próbą budowania demokracji na siłę jest dobry? Jak wiemy tego typu próby robione w krajach Arabskich przez USA do udanych nie należą. Owszem zbudować demokrację gdzieniegdzie może się udać ale co z tego skoro stanie się ona trampoliną do zdobycia władzy radykalnych fundamentalistów, którzy zrobią co zechcą, czyli niezły bajzel zapewne. Autor stara się przekonać, że RP jako mocarstwo jest od mądrzejsze od mocarstw kolonialnych Polacy jak dotychczas zachowują się w miarę przyzwoicie, wiadomo osiągają swoje cele, mają zamiar dobrać się chociażby do ropy naftowej i innych złóż strategicznych, ale robią to umiejętnie. Dlatego co im da obalanie cesarzowej? No niby idea jest słuszna, że postęp i te sprawy. Jednak jak pokazuje przykład Nayer za postępem technologicznym nie musi iść postęp mentalny czy ustrojowy. Nayer przypomina państwa komunistyczne, w dzisiejszych czasach Korę północną. Tutaj cesarz Nayer jest obdarzany niemal boskim kultem i w zasadzie nie różni się to niczym od czczenia Kim Ir Sena i jego następców w Korei Północnej. Cesarstwo Arkach może i trudno nazwać oazą dobrobytu, ale z toku myślowego Kai i Nuk wynika, że w porównaniu z Nayer, to mentalność mieszkańców jest zupełnie inna. W Arkach ludzie, bez przerwy coś robią, załatwiają swoje sprawy, imprezują, a w Nayer, gdzie za byle co np. za to, że ktoś zbyt słabo rozpaczał po śmierci wodza można trafić do pudła. Albo inny motyw, łysy szewc rozpracował migiem Kai i Nuk, że te przybyły, żeby szpiegować, i co robi? Nic, nie donosi, wręcz pomaga, dziewczynom. Czyżby mieszkańcy Nayer przypominali mieszkańców Kambodży dla których okupacja Wietnamu była o wiele znośniejsza niż niepodległość pod władzą Pol Pota? 


Rzecz jasna nie należy zapominać, że światy w tym Achajowym uniwersum są trzy, w tym świecie, dwie strony gór, do tej pory przez tysiące lat niedostępne, a jednak ta bariera musiała w końcu paść, no i jeszcze nasza Ziemie, np. inżynier Wyszyńska, czy przedstawiciele firmy farmaceutycznej Kocyan i wspólnicy, tak naprawdę to oni wszystkim trzęsą i mają co nieco do ugrania. Rozwiązanie zagadki znajduję się w "Wielkiej Księdze Wszystkich Bogów", zwaną też "Księgą Przejścia". O co chodzi nie wiemy, bo autor zrobił czytelnikom kawał. Kai czyta książkę, czyta, czyta i czyta, i widzimy napis koniec tomu czwartego. Ten piąty kończący cykl zapowiada się jeszcze ciekawiej.



Jak ktoś przeczytał poprzednie trzy części „Pomnika cesarzowej Achai” to po tą książkę i tak sięgnie. Jeśli ktoś się zastanawia, czy sięgnąć cykl to powiem, warto, to nie będzie czas stracony, choć klasykiem na miarę trylogii „Achai” tego samego autora „Pomnik cesarzowej Achai” na pewno nie jest. Po prostu warto to poczytać dla rozrywki, z czystej ciekawości co będzie dalej, poczytać o przygodach bohaterów no i o zderzeniach mentalności między cywilizacjami. Tyle? Czasem wystarczy.

poniedziałek, 9 marca 2015

Aleksandra Katarzyna Maludy,



Rok 1863.
Opowieść o miłości,  wojnie i gotowaniu 





 Wydawnictwo: Novae Res
 Data wydania: 2015 r. ( recenzja przedpremierowa ) 
 ISBN:  9788379426003
 liczba str.: 264
 tytuł oryginału:  ---------
 tłumaczenie: ------------
 kategoria: powieść historyczna




(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:




Wydawnictwo ; Novae Res ( wydawca książki ) 





Trafiła do mnie niewielka pod względem wielkości i ilości stron książka, której autorką jest Aleksandra Katarzyna Maludy, książka zatytułowana „Rok 1863. Opowieść miłości wojnie i gotowaniu.” Koncepcja dość ciekawa, jest to próba połączenia zwyczajności z niezwyczajnym. Zwyczajność, to losy kilku szlacheckich rodzin na Kujawach, głównie dworki szlacheckie w Drozdowie, Kondrajcu i parę innych. W te zwyczajne losy chociażby Anielki głównej bohaterki, czy kucharki Józefowej, został wprzątnięty motyw powstania styczniowego. Czytając zastanawiałem się czy autorka przypadkiem nie ma zamiaru wpakować się na minę. No jednak takie połączenie z martyrologicznym problemami naszego narodu z całkiem zwyczajnymi losami może nie być łatwe po kątem czysto technicznym. A jednak z tymi potencjalnymi trudnościami autorka poradziła sobie całkiem zgrabnie. Wszystko jest dobrze wypośrodkowane, zarówno prywatne losy bohaterów nie przesłaniają wydarzeń historycznych, jak i te drugie dobrze współgrają z przeżyciami bohaterów. 


Pozytywne w tej książce jest przedstawienie problematyki pod kątem mentalności. Tutaj bohaterowie są całkiem wiarygodni. W sumie autorka nie przesądza o słuszności czy nie decyzji o wybuchu powstania, przedstawia problem w formie dyskusji salonowych. I dobrze, że w ten sposób sprawę nie rozwikłaną autorka pozostawiła. My czytelnicy możemy próbować zrozumieć tu głównych bohaterów, ale oceniać raczej nie powinniśmy, bo wszystko wskazuje na to, że nie będziemy nigdy na ich miejscu i całe szczęście. Mamy wolny kraj, i problemy, zagadnienia z tym związane są zupełnie inne. Na pewno jednego autorka dowiodła, że nawet jeżeli człowiek nie interesuje się polityką, to ona wcześniej czy później do człowieka się dorwie i żyć nie da. Po prostu w taki czy inny sposób jesteśmy we własną współczesność uwikłani. 


W zasadzie to co my tu mamy jest naszkicowane, mamy kilka bohaterów, w tym Anielka, 17 latka, świeżo upieczona absolwentka szkoły dla panien w Płocku. Wróciła do domu w Drozdowie w czasie gdy miał miejsce ferment intelektualny związany z problematyką powstania, a później przygotowania pod kątem logistycznym do tego wydarzenia. No wiadomo trzeba dla wojaków żarcie przygotować, no i jakieś szpitale polowe we dworkach usytuować,  bo już pierwsze dni powstania dowiodły, że wojna to nie zabawa. Szpitale moment były przepełnione, a i śmierć zbierała obfite żniwo. W sumie scen batalistycznych w książce jest niewiele. Jedna jest ciekawa, gdzieś pod koniec powstania, nasi zostali oblężeni przez przeważające siły wroga, można było uciec tylko przez bagna. No i uciekają. Ale jeden z powstańców, niejaki Kolbe poświęca się, daje raptem te parę minut potrzebnych na zorganizowanie ucieczki i ocalenie życia pozostałym, sam jeden strzela do wrogów, a tymczasem pozostali wycofują się z tej kabały, Kolbe zdawał sobie sprawę, że idzie na pewną śmierć. 


Autorka uświadamia nam w bardzo piękny sposób, że powstań narodowych nie robili jakieś pieprzone cyborgi, ale normalni, całkiem zwyczajni ludzie, którzy mieli swoje życie, swoje sprawy, a jednak dla podjęcia próby spełnienia marzeń o wolnym kraju zaryzykowali praktycznie wszystko, życie, kariery, majątki. Poszli walczyć, ta odwaga nie była tania. Jasne, że teraz możemy historycznie dywagować, czy było warto czy nie, ale trzeba pamiętać o jednym my tymi ludźmi nigdy nie będziemy, i nie mamy pojęcia co nimi kierowało, a pewno nie mieli tej wiedzy historycznej, którą mamy my. 


Podsumowując to połączenie całkiem normalnej zwyczajności z niezwyczajną kwestia powstania, autorce się powiodło. Z jednej strony mamy politykę, i wszystko co jest z nią związane, a z drugiej ot banalne sprawy, możemy się dowiedzieć na przykład, jakie pączki piekła pani Józefowa, a także, że wszyscy zajadali ze smakiem jej smalec domowej roboty. To mówi wiele o tym co my tu mamy. 


Książka jest warta polecenia. Życzę miłej lektury.




wtorek, 3 marca 2015


Dmitrij Głuchowski,  


Czas zmierzchu



Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 2011 
ISBN: 9788361428473
liczba str.: 400
tytuł oryginału; Sumierki wremieni 
tłumaczenie: Paweł Podmiotko
kategoria; fantastyka

(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:   

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/116909/czas-zmierzchu/opinia/23023924#opinia23023924  )     

 



Z zaciekawieniem sięgnąłem po książkę autora najbardziej znanego z „Metra 2033” Dmitrija Głuchowskiego. Tym razem rosyjski pisarz wygramolił się na powierzchnię i wyspekulował, że przydałoby się Moskwę nieco uatrakcyjnić urbanistycznie, przydałaby się tu jakaś świątynia Majów. Wiadomo to nie lada wyczyn i trzeba tu zastosować kombinatorykę stosowaną. Wystarczy wcisnąć komuś do przetłumaczenia tajne zapiski z wyprawy na Jukatanie w celu odkrycia świątyni Majów, którą zlecił biskup Diego de Landa, i znajdujących się w nim artefaktów mających dla Majów znaczenie religijne dla nas archeologiczne raczej, i zacznie się dziać coś dziwnego, pojawi się świątynia i niezły bajzel w rosyjskiej stolicy. Tym kimś kto otrzymał te zapiski jest nasz główny bohater tłumacz, który zajął się to translatorską robótką, przetłumaczył te stare jak świat kartki z języka hiszpańskiego na rosyjski. Czytelnik odnosi wrażenie, że na autora zadziałała magia roku 2012, czyli rzekomego końca świata Majów i postanowił zafundować Moskwie i światu armagedon. Problem jest tylko jednej natury, że ludzie są tak zabiegani, czasu nie mają, że nawet nie raczyli tego zauważyć. Niezły przekręt przyznacie moi drodzy czytelnicy. 


Książka zareklamowana została w taki sposób, że została przedstawiona, że ma coś wspólnego z literackimi wyczynami Dana Browna. W moim przekonaniu nawet jeżeli tak jest, to jednak wpływ amerykańskiego pisarza jest stosunkowo niewielki. Głuchowski jest na tyle dobrym pisarzem, że nie musi się oglądać na swego kolegę po fachu z dalekiej Ameryki, żeby napisać dobrą książkę. Mi to bardziej przypomina książkę o książkach, sam parę takich recenzowałem, więc zapewne wiecie co mam na myśli moi drodzy czytelnicy. Autor zagłębia się w lekturę konkwistadorskich zapisków z XVI wieku, i jak się wydało, im bardziej się wczytuje coś się z nim dzieje. Sam ma wrażenie, że świruje, no i w ogóle z całym światem, który ma zamiar się skończyć, tyle, że na ludziach nie robi to wrażenia. Czyżby autor chciał zasugerować, że przydałby się nam jakiś tu Diego de Landa, który urządziłby jakiś inkwizytorki fajerwerk, żeby wbić ludziom do łepetyny, że wiara jest ważna? Swoją drogą postać biskupa de Landy jest ciekawa z jednej strony puścił z dymem niemal wszystkie artefakty Majów a z drugiej ocalił Majów dla nauki, opisując o wierzeniach i mentalności Majów, a także pisząc o ich cywilizacji. Jako gorliwego katolika irytowało go, że Majowie robią ofiary z ludzi, i w jego przekonaniu byli oni jakimiś diabelskimi pomiotami, które trzeba zniszczyć i oczyścić teren żywym ogniem i w ten sposób sprawić, że niemal wszystkie Majańskie artefakty pochłonęły płomienie tego wielkiego ogniska. Potem widać zrozumiał, że się mylił, zawsze lepiej późno niż wcale.


Wynika z tego, że to wcale nie jest książka o Majach, choć możemy się dosyć sporo z tej książki o nich dowiedzieć, ale o ludziach jak najbardziej współczesnych, stąd porównanie do Gogola jest jak najbardziej uprawnione. Jest to książka o ludziach którzy w Boga nie wierzą, bo albo nie chcą wierzyć, albo nie mają czasu, bo ich pochłaniają sprawy doczesne. A tu mamy sporo rozważań o Bogu, kim jest, czy rzeczywiście Bóg umarł, jak wyspekulował to Nietzsche? Niekoniecznie skoro Bóg jednak się pojawia w książce i sam opowiada, że jakoś kupy trzyma się Arystotelesowska koncepcja Boga, w której mamy, że Bóg puścił w ruch mechanizm zwany wszechświatem i dalej nawet jakby chciał nie może z tym nic zrobić. Czyżby to miało jakiś sens, ten Bóg przedstawiony przez Głuchowskiego jest zadziwiająco bezradny, czy tak jest, czy to może my ludzie czynimy Boga bezradnym? Te pytania filozoficzne i koncepcje religijne są tutaj naprawdę bardzo ciekawe. Oczywiście próbuje wszystko zestawić z wierzeniami Majów. Chyba chodzi o to, że religia Majów dla wyznawcy tej religii była bardziej czytelna, a dla wyznawców religii monoteistycznych jest trudna do zrozumienia. A może wcale nie, może nam się tylko wydaje, może potrzebujemy religii która nie jest łatwa do zrozumienia, żeby ją relatywizować kiedy tylko nam jest to wygodne. To jest rzeczywiście zastawiające. 


Tak wiec jest tu wszystko co lubię w tej książce, jakaś zakręcona akcja oparta niesamowitymi filozoficznymi rozważaniami. Jest to książka, którą można na wszelakie sposoby interpretować, a to uwielbiam. Przeczytajcie sami moi drodzy czytelnicy i przekonajcie się, że to jest przyzwoita książka. 


Zdecydowanie warto przeczytać.

poniedziałek, 2 marca 2015

 Dan Simmons 


Triumf Endymiona


cykl: Hyperion, t. 4 


Wydawnictwo:  Mag
Data wydania: 2009  
ISBN:   9788374801225
liczba str. ; 926
tytuł oryginału:  The Rise of Endymion
tłumaczenie;  Wojciech Szypuła
kategoria: fantastyka, science fiction



(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:  

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3918/triumf-endymiona/opinia/24160465#opinia24160465 )


                                                            

Przeczytałem z zainteresowaniem czwartą i ostatnią część cyklu „Hyperion”. Tytuł mów sam za siebie, że mamy tu „Triumf Endymiona”. W moim przekonaniu ten tytuł nie do końca jest precyzyjny, bo chociaż Raul Endymion jest tutaj w trzeciej i czwartej części cyklu głównym bohaterem, to jednak mamy tu triumf Enei, nowego mesjasza ery kosmicznej i to jest jej triumf. Raul pomaga Enei w tej trudnej misji, a potem jego przeznaczeniem ma być rozpropagowanie tej idei, którą objawiła Enea, która ma zatriumfować. Trzeba koniecznie wspomnieć, że są zapiski głównego bohatera dotyczących jego przeżyć, pisze je w momencie, gdy ponownie pod koniec książki trafia do celi śmierci, w której spędza 13 miesięcy. Jednak znowu farciarzowi udało się wymknąć z tego dance macabre z panią, która targa kosę ze sobą i ludzi na tamten świat wysyła. Te zapiski Raula Endymiona miały nigdy światła dziennego nie ujrzeć, ale widać ktoś uznał, że są zbyt ważne i nie można żeby pochłonęła je bezpowrotnie niszczarka do dokumentów. 


Już recenzując poprzednią część wspominałem, że książka jest przepojona mesjanizmem, Enea jest podobna do Neo z filmu „Matriks” czy Sonmi - 451 z „Atlasu chmur”, ale tak naprawdę te popkulturowe mesjanizmy mają proweniencję Biblijną. Tutaj w tej książce kościół katolicki istnieje i ma się zadziwiająco dobrze, jednak kłopot w tym, że zaprzedano dusze ludzkie diabelstwu, a w sensie dosłownym to są nie tylko dusze, ale też potencjał intelektualny każdego człowieka, którym żywi się maszyneria, która skupia się w Techno- Centrum. To maszyny stworzyły Chyżwara, i krzyżokształty, który jest niczym innym jak pasożytem, który wchłania się w organizm. Co prawda krzyżokształt oferuję możliwość wielokrotnego zmartwychwstania i w praktyce daje opcję życia niemal wiecznego tu na Ziemi, co samo w sobie jest wypaczeniem chrześcijaństwa jakie znamy. Bo zmartwychwstanie mogło tylko być jedno, dokonał tego Jezus Chrystus, żeby, jak to mamy w rozumieniu Biblijnym, wyzwolić ludzi z niewoli grzechu. A więc za tym wszystkimi rozważaniami idą pytania dotyczące chrześcijaństwa, jakie ono jest i będzie w przyszłości.


Oczywiście interesujące i intrygujące są motywy władzy maszyn nad ludźmi i celowego ogłupiania ludzi, które się w cyklu „Hyperion” pojawiają, żeby tą władzę utrzymać setki, tysiące lat. mamy również Herberta i Asimova. U tego drugiego maszyny opiekują się ludzkością i dbają o ludzką cywilizację niczym jakiś ogród, do tego też potrzebna było koncepcja ogłupiania, żeby przez przypadek rewolucje nie rozpieprzyły systemu, żeby nie było tego co mamy tutaj, że pojawia się jakaś Enea i robi niezłą rozróbę. Enea ponosi męczeńską śmierć na Pacem w czasie przesłuchania inkwizytorskiego. Jednak jakimś dziwnym zrządzeniem losu o tym wydarzeniu dowiaduje się cały wszechświat i to rozwala zastany porządek. Mamy rozłam w kościele, dotychczasowa administracja ucieka na inną planetę, a tu na Pacem Paul Dure, jako papież Teilhard II dokonuje odrodzenia się chrześcijaństwa, już bez żadnych krzyżokształtów. Maszyny poległy w tej batalii, ludzkość postanowiła radzić sobie sama. A więc motyw pytań, czym jest wolność? 


Prawdę powiedziawszy ta książka jest o wiele bardziej zawiła i skomplikowana, przynajmniej na tyle, że po prostu nie da się w zwykłej recenzji poruszyć wszystkich problemów, wyjaśnić szczegółowo pojęć, zdarzeń i paru innych detali z tego co my tu mamy. A Ty drogi czytelniku po zapoznaniu się z moją recenzja i zawartą w niej subiektywną interpretacją sam się przekonaj, że naprawdę warto tą książką się zainteresować. W sekrecie mogę tylko podpowiedzieć, że warto „Triumf Endymiona” jak i cały cykl „Heperion” przeczytać. 


Polecam.

sobota, 7 lutego 2015

 Dan Simmons, 

Endymion

cykl: Hyperion, t. 3



Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 2008 r. 
ISBN:   9788374801126
liczba str. : 722
tytuł oryginału: Endymion
tłumaczenie; Wojciech Szypuła
kategoria: fantastyka, science fiction 



(  recenzja opublikowana na portalu lubimyczytac.pl:  

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/47646/endymion/opinia/23560194#opinia23560194   )  




Kontynuuję z coraz większym zaciekawieniem cykl „Hyperion” . Trzecia część „Endymion” nie jest bezpośrednią kontynuacją, akcja toczy się prawie 300 lat po upadku Hyperiona. Większość postaci mamy nowych w tym główną bohaterkę nastoletnią Eneę, o którą mamy tutaj niezłe zamieszanie, a także dwudziestokilkulatka Raula Endymiona, w końcu nazwisko, takie same jak nazwa miasta Endymion, do czegoś zobowiązuje. którego przeznaczeniem jest zostać pieprzonym bohaterem, nie przeszkadza mu nawet to, że na początku książki oczekuje w tzw. celi śmierci na egzekucję. No ale ktoś miał wobec niego inne plany. Był to Martin Silenius, poeta, uczestnik wyprawy na Hyperiona, w dwóch poprzednich częściach. Inny uczestnik John Kaets, też poeta, pojawia się jako cyfrowy zapis zarządzający pojazdem kosmicznym konsula. Pojawia się, choć nie bezpośrednio ksiądz Lenar Hoyte, który jest papieżem Juliuszem, numeracja jest mniej istotna, zaczął pontyfikat jako Juliusz VI, a teraz jest kilkanaście numerów dalej, bo na skutek wizji papieża, kościół przejął krzyżokształt, i to w taki sposób, że osoby, które zmartwychwstały nie tracą nic ze swojej osobowości, w tym potencjału intelektualnego. Kościół katolicki z nieznanej dotychczas sekty stał się potęgą, niemal rządzi całym kosmosem, z wyjątkiem dominiów Intruzów. I tu pojawiają się pytania czy hierarchowie nie pobłądzili przypadkiem. A więc jest to jakieś nawiązanie do historii kościoła, dawnej i współczesnej. Wszak wiara jest jedna i ta sama, piękna i naprawdę niezwykła, ale ludzie są zawsze tylko ludźmi i pokusa, żeby tą wiarę naginać do własnych potrzeb jest widać bardzo duża. Do tego typu refleksji doszedł ojciec kapitan de Soya, ksiądz, wojskowy funkcjonariusz Pacem, który ściga dziewczynkę Eneę. Jednak nie ma zamiaru robić jej krzywdy, ale w między czasie wytyczne, które wyszły z Pacem, Nowego Watykanu, były inne, Enea ma zginąć. Stąd na archanioła „Rafael”, bojowy statek kosmiczny Pacem, trafiła kapral Rhadamanth Nemes, wojowniczka nowego typu. Formalnie ona jest podwładną de Soyi, w praktyce jednak ona również otrzymała dysk papieski, wynalazek dający jej wszelkie możliwe pełnomocnictwa do wykonywania działań operacyjnych, więc może robić co chce, i dokładnie to robi. Ojciec kapitan de Soya połapał się w tych działaniach i postanawia się przeciwstawić. Pojawia się również stary znajomy Chyżwar, potwór uważany za Boga przez wyznawców religii krzyżokształtu we własnej osobie, a po prawdzie powinien być uważany za diabła lub antychrysta. A wiec spełnia się jeden z warunków końca świata, gdy ludzie dają się zwieźć fałszywym prorokom. Czy świat można uratować? Właśnie Enea i Raul Endymion próbuje szczęścia jeśli dobrze rozumiem. Oczywiście wszystko się wyjaśni w ostatniej części cyklu zatytułowanej „Triumf Endymiona” .



Ta część jest bardziej czytelna dla czytelnika, schemat tego całego uniwersum literackiego wykreowanego przez Dana Simmonsa jest bardzo prosty. To co mamy teraz ma przypominać rzeczywistość początków średniowiecza. Jesteśmy na gruzach Imperium, tutaj Hegemonii, i tworzy się nowa cywilizacja, a obcy, zwani Intruzami, można ich spokojnie nazwać wikingami czy wandalami kosmosu, robią bajzel. Interesujący jest jednak motyw planet Qom-Rijadu, tam zadomowili się wyznawcy Islamu, i Hebronu, to z kolei planeta Żydów. Obie były puste. Ludzkość niemal dosłownie wyparowała. I teraz pozostaje problem orzeczenia o winie. Wyglądać ma na to, że to robota Intruzów, jednak Raul Endymion i Enea nie bardzo w to wierzą. Czyżby to jednak Pacem za tym stał, bo Ci nie chcą przyjąć krzyżokształnego chrześcijaństwa, nie mylić z chrześcijaństwem przez współcześnie nas rozumianego i definiowanego. Dalej a propos przejrzystości tekstu, akcja płynie powoli, a czasem nurt się rozpędza, staje się wręcz wiatrzysty i burzliwy niczym kosmiczna rzeka Tetyda. Chodzi o to, że płynie się rzeką i się zwiedza różne planety. Wcześniej nie bardzo to było czytelne, tu autor wyjaśnił precyzyjnie. Płynie się kilka kilometrów na jednej planecie i potem dalej przez portal trafia się na inną planetę, potem na kolejną, itd… Przed upadkiem portale były dość powszechne w użytku. Mało tego ludzie mieli domy na kilku, czy kilkunastu, kilkudziesięciu planetach. Można było pójść sobie do kibla i załatwiać potrzeby fizjologiczne podziwiając piękno innej planety. No cóż to jest science fiction, więc pofantazjować sobie można, autor skorzystał z tej konwencji i dał upust swojej wyobraźni. 



Mnie oczywiście zachwycają refleksje filozoficzne, które stają się coraz ciekawsze, mamy tu multum nawiązać do Biblii, a także do koncepcji różnych filozofów. Tak jak w „Diunie” Herberta pojawia się tutaj motyw końca czasów i bitwy na końcu czasów, aż mnie ciekawi zagłębiając się w lekturze Biblii jak tam to zostało rozpracowane. Niewątpliwie jednym z pierwszych Biblijnych końców świata było zburzenie przez Rzymian świątyni Jerozolimskiej w 70 r. Pewnie nie był to jedyny taki koniec świata, bo dla każdego jakaś indywidualna trauma jest takim końcem i początkiem jednocześnie. A kwestia tego jedynego końca świata też jest tutaj kluczowa. Na tym właśnie piękno Biblii polega, że wyjaśnień, interpretacji się pojawia bardzo wiele. A oczywiście jest tutaj pewne podobieństwo do Asimova, mamy tam upadek Imperium i Fundację, która ma stworzyć coś nowego, bardziej trwałego. Pojawiają się pytania natury historiozoficznej u Simmonsa, czy gdyby ludzie byli prawie nieśmiertelni to cywilizacje by przetrwały? Ja nie jestem w stanie na to odpowiedzieć. Teoretycznie powinny te cywilizacje być trwalsze, ale niekoniecznie, bowiem procesy historyczne rządzą się swoimi prawami i długość życia jednostek może mieć z tym niewiele wspólnego. Problem niewątpliwie jest ciekawy, i cholernie intrygujący. 



Podsumowując książka niewątpliwie jest świetna. Polecam.