środa, 29 czerwca 2022

Mo Yan, Obfite piersi, pełne biodra

 Mo Yan, 



Obfite piersi, pełne biodra


Wydawnictwo: W. A. B.

Data wydania: 2007 r.

ISBN: 9788374142816

liczba str.: 645

tytuł oryginału: Fengru feitun

tłumaczenie: Katarzyna Kulipa

kategoria: literatura piękna


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/obfite-piersi-pelne-biodra/opinia/70531513       


W wyzwaniu Book Trootter przyszedł czas na zaległe wyzwanie literatura chińska i zabrałem się do dzieła. W sumie książkę noblisty Mo Yana zatytułowaną "Obfite piersi, pełne biodra", czytam prawie trzy miesiące, bo zacząłem jeszcze w marcu, no i tak na ostatnie dni maja się wyrabiam z czytaniem. Czyli jest to książka, która najdłużej była czytana w ramach tego wyzwania. Ale niewątpliwie warto przeczytać, poznajemy szerokie spektrum historii współczesnych Chin, począwszy od wojny z Japonią ( 1937- 45 ), po rewolucję kulturalną ( 1966- 1976 ), czyli w sam raz, żeby opowiedzieć historię głównego bohatera i narratora tej powieści jednocześnie Shanguann’a Jintonga, zwanego też krócej Ju, brata ośmiu sióstr, które tutaj dla uproszczenia są po prostu numerowane. Retrospektywnie poznajemy jeszcze wcześniejszą, niż właściwy czas akcji, historię rodu Shanguann, którego przedstawicielki charakteryzują się tytułowymi obfitymi piersiami i pełnymi biodrami, które sam narrator interpretuje jako element witalny, po prostu dający życie. Jest w tym też w tym zapewne element nieco innej fascynacji kobiecymi kształtami samego Ju.


Książka jest monumentalna, przypomina troszkę twórczość Gabriela Garcii Marqueza, połączenie motywów magicznych z tymi jak najbardziej realnymi. Tam w książce „Sto lat samotności” mamy historię rodu Buendiów, tutaj niewiele mniej, bo de facto początek tej historii Shanguann datuje się na rok 1900, czyli upadek dynastii Qing a końcówkę szacować trzeba na lata 80 XX wieku, czyli mamy jedną z form komunizmu chińskiego zmierzającego do tego co mamy dzisiaj, czyli szybkiego rozwoju gospodarczego w państwie środka połączonego nadal z doktrynalnym i politycznym komunizmem, który przetrwał upadek komunizmu w wielu krajach na przełomie lat 80/90 XX wieku i to jest pewien fenomen kultury chińskiej. Mo Yan śmiało pisze w swoich książkach o problemach dręczących jego ojczyznę i w przepiękny sposób ubarwia te wszystkie motywy realno –magiczne.


Książkę czyta się z zaciekawieniem, tym bardziej, że kultura, mentalność i wszystko co związane z Chinami jest stosunkowo mało znane dla nas ludzi z Zachodu. Niby jest globalizacja, intelektualne spekulowanie o globalnych wsiach czy miastach, ale jednak okazuje się, że te regionalne kultury poszczególnych regionów świata wciąż mają znaczenie, mimo, że praktycznie wszyscy zajadamy się hamburgerami z MacDonalda i pijemy Coca Colę. Dowodzi to chociażby ta wojna Rosji z Ukrainą, że wychodzi na to, że świat wcale nie jest łatwy prosty i ładnie poukładany, jak my wszyscy byśmy chcieli. Dlatego też tego typu akcje literackie jak Book Trotter są przydatne, bo przynajmniej z perspektywy literackiej my uczestnicy wchodzimy w jakąś formę poznawczą dotyczącą wielu zagadnień i problemów przy okazji wczytywania się w literatury wielu krajów świata i to niewątpliwie jest nie do przecenienia. A co do Chin to wiemy przecież, że są znaczącym graczem geopolitycznym i rola tego kraju będzie rosła w przyszłości i warto coś tam wiedzieć, co za licho tam, w tym wielkim kraju na rzeką Yangcy siedzi. Dlatego dobrze, że trafiło na wyzwanie chińskie w tym wyzwaniu. A co do książki to warto dodać, że polecam czytanie książki zatytułowanej „Obfite piersi, pełne biodra”, jest niewątpliwie ciekawa, bardzo interesująca i zdecydowanie warto przeczytać.



















poniedziałek, 20 czerwca 2022

Jacek Łukawski, Pieśń i krzyk

 Jacek Łukawski 


Pieśń i krzyk 


cykl: Kroniki martwej ziemi, t. 3



Wydawnictwo: Sine Qua non 

Data wydania: 2018 r. 

ISBN: 9788381291217

liczba str.: 432

tytuł oryginału: ------

tłumaczenie: -------

kategoria: fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/piesn-i-krzyk/opinia/70809121      


Rzecz jasna kontynuuję czytanie trylogii „Kraina martwej ziemi”. Książka zatytułowana „Pieśń i krzyk” jest trzecią i ostatnią częścią tej opowieści fantasy. Oczywiście jak zwykle, wracamy na Martwicę, tyle, że rola terytoriów na których magia która stworzyła martwice upadła się zmienia. Potencjał na to, że będą nadal dzikimi pustkowiami się zmienia. Problem tylko w tym, że zainteresowanych na przejęcie nowych ziem nie brakuje, bo na przykład są ciekawe złoża, może jakieś zapomniane skarby, nowe tereny do zaludnienia zawsze się przydadzą. A to niechybnie oznacza tylko jedno wojna wisi w powietrzu. Czyli można powiedzieć, że mamy niezłe zamieszanie w regionalnej polityce.


Oczywiście pojawiają się ci sami bohaterowie, w tym Arthern, siłą rzeczy został uwikłany w intrygi polityczne, popadł w niełaskę królowej Azure, a na tereny Martwicy wraca tym razem jako niewolnik, co trudno uznać za przyjemną perspektywę. Można odnieść wrażenie, że to swego rodzaju nawiązanie do twórczości Andrzeja Ziemiańskiego, do cyklu ”Achaja”, kiedy to księżniczka Achaja stała się ofiarą intryg politycznych i musiała znieść twardy los służby zwykłego żołnierza, a potem przeżyć lata w niewoli, żeby w końcu się wyzwolić i trafić do królestwa Arkach, udowadniając, że jest twardą zawodniczką, nie bała się wejść w starcie z Virionem, dla prawie 100 % ludzi to pewna śmierć. No i została cesarzową nowego Imperium, które podbiło dwa pozostałe. Tutaj specyfika jest inna, Arthern, mimo, że dla fabuły tego uniwersum postacią jest ważną, nie miał szans odegrać tak ważnej roli jak Achaja. Monarchowie mu na to zwyczajnie nie pozwolili, ale i tak nie ma czego żałować, bo jego losy są barwne, ciekawe, niezwykle interesujące.


Książka pt. „Pieśń i krzyk” jest doskonała jako zwieńczenie cyklu. Czytelnik nie będzie zawiedziony, bowiem autor ma bardzo ciekawe koncepcje literackie w stylu klasycznego fantasy oczywiście. Na pewno stosuje ciekawe, barwne opisy,


Eric Flint, 1632

 Eric Flint, 


1632


cykl: Pierścień ognia, t. 1



Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 2019 r.

ISBN:   9788381166508

liczba str.: 680

tytuł oryginału: 1632

tłumaczenie: Michał Bochenek, Barbara Giecold

kategoria: fantastyka, historia alternatywna




recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/1632/opinia/70813987   



Eric Flint zaproponował w książce „1632” specyficzną podróż w czasie. XX wieczna, lata 80, miejscowość i okolice w Wirginii Zachodniej z USA zostały przetransferowane w czasie i przestrzeni do okresu wojny 30 w Europie, głównie na terenie licznych państw niemieckich. Za ten wybryk natury miał być odpowiedzialny ten sam tyngetytowy asteroid, który namieszał w książce „Lód” Jacka Dukaja. Tutaj po prostu wyparowało miasteczko i kawał hrabstwa i Ameryce i ulokowało się w Europie trzy stulecia z okładem wcześniej.



Szczęśliwie dobrze się złożyło, że wszyscy mieszkańcy hrabstwa byli na weselu. Dzięki temu przetransferowano samochody, oraz broń, ludzie ci byli jak na standardy Ameryki dobrze uzbrojeni, niektórzy mieli doświadczenie wojenne, chociażby byli weteranami z Afganistanu, więc znali wojenne rzemiosło.



Oczywiście byli potrzebni ludzie inteligentni, w tym najpierw nieformalny przywódca Mike, potem zyskał uznanie bo oczywiście padła idea, że nowy kraj ma się nazywać, demokratycznymi koniecznie, Stanami Zjednoczonymi. Żeby krzewić prawdziwe wartości wśród plemion, które uznają za barbarzyńskie, choć jest to pewne uproszczenie, bo nie brakowało osób inteligentnych, i to na tyle, że radzi sobie z interakcją z ludźmi z XX w. i robi to bez kompleksów.


Oczywiście interakcja mentalnościowa w znacznie szerszym zakresie, począwszy od pierwszych kontaktów, dla jednej i drugiej strony bardzo dziwnych, potem była interakcja na polach bitew. Potem było zafascynowanie tubylców z XVII wieku techniką ludzi z przyszłości na przykład pojazdami, do których trzeba wlewać jakiś płyn, żeby ruszyły do akcji. Nasi z XX nie mają wątpliwości, że te możliwości korzystania z dobrodziejstw naszej współczesności, i będzie to de facto powrót do tego co daje XIX wiek, ale dla tych ludzi to i tak będzie dwa stulecia do przodu. I to dopiero będzie przewrót ekspresowy, gospodarczy i ideologiczny zapewne. Trudno to sobie wyobrazić, no ale od tego są tego typu książki z zakresu historii alternatywnej. Żebyśmy jako czytelnicy czytali i kombinowali.


No i dokładnie do tego typu refleksji zaprasza nas autor. Możemy przekonać, że są jeszcze dwie książki, sporo tego czytania i wczuwania się w to uniwersum. Ja będę kontynuował tą literacką przygodę. Książkę zatytułowaną „1632” polecam. Warto przeczytać.

środa, 4 maja 2022

Jacek Łukawski, Grom i szkwał

Jacek Łukawski, 



Grom i szkwał 


cykl: Kraina martwej ziemi, t. 2 



Wydawnictwo: Sine Qua Non 

Data wydania: 2017 r. 

ISBN:  9788379247639

liczba str.: 400

tytuł oryginału: ---------

tłumaczenie: --------

kategoria: fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4321117/grom-i-szkwal/opinia/70115449#opinia70115449   




Przeczytałem kolejny tom cyklu „Kraina martwej ziemi”, drugi tom zatytułowany jest „Grom i szkwał”. Oczywiście dalej mamy martwe ziemie, i czarodziejska moc jaka jest związana. Niby ta złowroga magia słabnie jak dowiedzieliśmy się z pierwszej części, ale wciąż są miejsca, które osłabienia nie ruszyły i są tak samo mocne, jak dziesiątki, czy może nawet setki lat wcześniej. To pozwala Arthornowi snuć spekulacje jaki martwica miała i ma wpływ na budowle, tam gdzie niegdyś była cywilizacja, tam natura sieje spustoszenie. Nawet ruiny najwyższych budynków opanowały rośliny, co przypomina troszkę krajobraz postapokaliptyczny. No i jak na przyzwoitą fantastykę przystało pojawiły się smoki, w sumie jakoś nie zauważyłem, czy te bestie zmutowały, czy po prostu smoki pod kątem typowo ewolucyjnym poradziły sobie z martwicą, na pewno plusem było to, że nie było tam przez wiele lat jedynego drapieżnika, który może im zagrozić, człowieka. W twórczości Sapkowskiego, chodzi oczywiście o „Sagę o wiedźminie”, mamy opisanie polowanie na zielonego smoka, ale, że mieli pecha drogę im zastąpił smok złoty, który ma zdolność przemiany w człowieka, jak wiemy był to Borch Trzy Kawki.



Ale, że nie samą martwą ziemią funkcjonuje to uniwersum mamy opisane inne wydarzenia, konkretnie oblężenie zamku Wondertel, te opisy batalistyki wojennej nie różnią się zbytnio od tego co da się znaleźć również w powieściach historycznych. Jedni oblegali, drudzy się bronili, nikt nie używał tutaj magii, widać magowie mało interesowali się polityką, albo po prostu jednym i drugim zabrakło złota, żeby sowicie magów opłacić, żeby zrobili porządne fajerwerki, które rozniosły by niejedną armię lub skruszyły najgrubsze nawet mury. Jedyne czego dowiedzieliśmy się, że ci którzy oblegali byli zdrajcami. To zmusiło Arthorna do ucieczki z Wondertel, do bezpiecznie niebezpiecznej Krainy Martwej Ziemi i sprawia, że akcja się rozkręca i jest ciekawie. Dowiedzieć się można, że czyha jeszcze jakaś potężna, uśpiona siła, z której istnienia nikt nie zdaje sobie sprawy. A to niewątpliwie oznacza, że trzeci, ostatni tom trylogii warty jest przeczytania, a czytelnik dowie się co w ramach starego, sprawdzonego w niejednej książce fantasy schematu Tolkienowskiego autor nam czytelnikom zaproponuje.


Książka jest ciekawa, warta przeczytania, koncepcja martwicy i tego co można w niej znaleźć jest interesująca.  Polecam.




piątek, 29 kwietnia 2022

Marina Diaczenko, Sergiej Diaczenko, Magom wszystko wolno

Marina Diaczenko, Sergiej Diaczenko, 




Magom wszystko wolno  


Wydawnictwo: Solaris

Data wydania: 2005 r.

ISBN:  838995110X

liczba str.: 336

tytuł oryginału: Magam možno vsë 

tłumaczenie: Piotr Ogorzałek

kategoria: fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4752/magom-wszystko-wolno         




Wybór literatury ukraińskiej, pierwszy raz w historii Book Trottera, nie był przegłosowywany w głosowaniu uczestników, co ma być czytane w miesiącach marzec/kwiecień 2022 r. , ale my wszyscy użytkownicy byliśmy jednomyślni, że przez tą okrutną wojnę, która toczy się tuż za naszą wschodnią granicą warto do tej literatury sięgnąć wyrażając tym samym swoje bardzo skromne wsparcie dla kultury ukraińskiej. Bo nie zapominajmy, że nikt zapewne nie miał głowy do tego, żeby policzyć ile książek spłonęło na skutek ataków bombowych. A także pamiętajmy, że wiadomo, że książki spełniają w tych trudnych czasach na Ukrainie niebagatelna rolę, większą niż da się to wyobrazić. Rzecz jasna nie mam zamiaru rozwijać dalej tematu, bo zdecydowanie lepiej robią to serwisy informacyjne w tv, radiu, prasie i internecie i każdy z nas do tych informacji dociera. Zajmę się tym co robię w moich recenzjach, interesuję się tym co jest ciekawego w książkach, które czytam. Dla mnie wybór, jako pasjonata fantastyki, był oczywisty, przeczytałem książkę, znanego mi wcześniej duetu, małżeństwa pisarskiego Mariny i Sergieja Diaczenków. Zainteresowała mnie książka zatytułowana „Magom, wszystko wolno”.


W tej książce mamy wykreowany świat, stylizowany, jak to w większości książek fantasy, bywa na średniowiecze. Głównym bohaterem jest mag dziedziczny trzeciego stopnia Hort zi Tabor. Są też magowie mianowani, którzy swoje umiejętności magiczne zdobyli poprzez żmudne szkolenia w uczelniach magicznych. Tym autor się nie zajmuje, jak ten proces wygląda, w przypadku magów dziedzicznych przejmuje się magię od członków własnej rodziny i w tym przypadku zapewne oni są odpowiedzialni za wyszkolenie. Dowiadujemy się, że Hort zi Tabor mieszka gdzieś na głębokiej prowincji, domyślać się można, że ze względów bezpieczeństwa, bo podobnie jak chociażby w „Wiedźmińskim uniwersum” Andrzeja Sapkowskiego magowie chętnie angażują się w politykę i ich rola jest znaczna, zarówno otwarta, pełnione stanowiska państwowe np. doradców królewskich, jak i ukryta, np. udział w intrygach. Do czegoś takiego został przymuszony sam Hort zi Tabor do zabicia jednego z niepokornych przeciwników króla, księcia ze stepowej krainy. Miał tego dokonać w sposób magiczny, używając zaklęcia Kary, acz niewykrywalny dla zwykłych śmiertelników, inni magowie najprawdopodobniej zostali uprzedzeni lub po prostu przekupieni, żeby się nie wtrącali w nie swoje sprawy. Książę zginął lecz szczęśliwie dla samego Horta, to nie on dokonał tej egzekucji, ktoś był szybszy i lepszy w używaniu magii, ale, że efekt był zgodny z oczekiwaniami dworu nikt do maga z prowincji pretensji nie miał.


W cyklu „Saga o wiedźminie” możemy się dowiedzieć jak wyglądały pracownie chociażby Yennefer i innych czarodziejów. Tutaj też tego typu opisy się pojawiają, ale ciekawsze są zapisy, które stanowią coś w rodzaju Kodeksu magów, stanowiący zarówno zbiór praktycznych porad, jak osoby parające się magią mają do problemu podchodzić. Przypuszczać można, że to nie jest jedyna tego typu publikacja, czarodzieje, których sam Geralt odwiedzał mieli mnóstwo książek, co samo w sobie stanowiło bogactwo, choć nie jedyne, jakim dysponowali czarodzieje. Warto o tym wspomnieć, bo analogia pod tym kątem jest interesująca i ma zastosowanie także w tej powieści Diaczenków.


Książka jest ciekawa, interesująca, pokazujący świat, magów, czarodziejów, czyli postaci najbardziej intrygujące na kartach fantastyki wszelakiej. Niewątpliwie jest ciekawie opisana relacja Horta z kobietą magiem Orą Szantalią. Wszystko zaczęło się od pomocy udzielonej damie w potrzebie w starciu z kilkoma opryszkami, z jakiegoś powodu ta pani poradzić sobie sama nie mogła, a jest dość prozaiczny raczej. A w późniejszym okresie obydwaj magowie brali udział w różnych projektach,. Co pozwoliło autorom na opisanie ich relacji i kontaktów zawodowych na przestrzeni całej książki. Na pewno interesująco autor opisał głównego bohatera, całego uniwersum, z widoczną fascynacją sprawami magicznymi, którą przekazali swoim czytelnikom w tak genialny sposób. Książka jest dobra, i niewątpliwie warto zapoznać się z konceptami literackimi w tej książce. Myślę, że w sekrecie mogę zdradzić, że pozostałe książki Diaczenków są równie ciekawe i warto je przeczytać. Zdecydowanie polecam.










piątek, 18 marca 2022

Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe

 Stanisław Lem, 



Dzienniki gwiazdowe 



Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 1982 r. 

ISBN: 830800847X

liczba str.: 524 

tytuł oryginału: ---------

tłumaczenie: -------

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/110788/dzienniki-gwiazdowe/opinia/67318590#opinia67318590    




Książka, dwutomowa zatytułowana „Dzienniki Gwiazdowe” Stanisława Lema jest niezwykła, ciekawa i oryginalna i w tym zaskoczenia nie ma, bo cała twórczość polskiego pisarza piszącego głównie książki z gatunku science fiction jest po prostu genialna.



Jak wiecie moi drodzy czytelnicy fascynuje mnie, seria gier „Mass Effect”, bo to po prostu genialne uniwersum, a co najbardziej zaskakujące u Lema pod kątem konceptualnym prawie to wszystko było i to kilkadziesiąt lat wcześniej przecież. Tam w grze była przestrzeń Cytadeli, która zrzeszała większość inteligentnych ras w Galaktyce, no i nasza Ziemia jest nowa w tej wspólnocie. U Lema, w tej książce, mamy Organizacje Planet Zjednoczonych, do której aspiruje Ziemia. Na plenum tej organizacji są rozważania czy przyjmować istoty z dzikiej i barbarzyńskiej planety, jak nas "ładnie" kosmiczna społeczność z odległych rejonów galaktyki podsumowała. Wątpliwości brali stąd, iż uważali, że jednym z największych ziemskich wynalazków jest wojna, i w związku z tym wynajduje się u nas wszelkiego rodzaju bronie masowego rażenia itp. np. służące do niszczenia innych narodów.


Inny motyw to kształtowanie relacji z inteligentnymi maszynami, gra "Mass Effect” jest tym praktycznie przepełniona, są nie tylko Żniwiarze, który galaktykę traktują niczym ogród podobnie jak rasa Prawdawnych w książkach Clarke’a. Ale też cywilizacje są na tyle rozwinięte, że zdążyły już wynaleźć własne: quarianie wynaleźli gethy, które wygryzły ich z ojczystej planety Rannoch. Nasi wynaleźli z kolei mechy, które też przydają się na polu bitwy. U Lema ten motyw jest wałkowany na wiele sposobów, sporo tego jest w „Cyberiadzie”, ale i w tej książce jest genialne są motywy chociażby wyprawy ludzi na planetę na której rządzą maszyny, a że tych ekspedycji było więcej to ludzie są w specyficzny sposób indoktrynowani, żeby wstydzili się tego kim są i chcieli być maszynami. Jasne, że można motyw rozwinąć bardziej, bo mieliśmy inne książki w tym „Diunę” Franka Herberta, czy twórczość Philipa K. Dicka, rozważania o androidach i grę twórczością pisarza inspirowaną „Detroit Become Human” , był np. filmowy „Terminator” i tego typu przykłady można mnożyć, ale zapewne nie ma potrzeby się wczuwać.


Oczywiście tych opowiadań jest więcej, a samemu autorowi daje pretekst do całej gamy rozważań filozoficznych i socjologicznych. W tym pytania o Boga?, o to kim jesteśmy? i będziemy?, kiedy będziemy mogli wsiąść do jakiejś kosmicznego pojazdu i podążyć „Autostopem przez Galaktykę”, niczym bohaterowie książek Douglasa Adamsa.


Nie mam wątpliwości, że ta książka jest świetna. Warto wspomnieć, że nie zajmuje się tutaj opowiadaniem pt „Kongres futurologiczny”, bo też jest tutaj, a ja napisałem oddzielną recenzję opowiadania i nie ma potrzeby tego dublować. Tych świetnych motywów w tej książce jest multum i warto je poznać, przeczytać i samemu zinterpretować. Zdecydowanie polecam.




poniedziałek, 14 marca 2022

Jacek Łukawski, Krew i stal

 Jacek Łukawski, 



Krew i stal 



cykl: Kraina martwej ziemi, t. 1



Wydawnictwo: Sine qua non

Data wydania: 2016 r.

ISBN 9788379245840

liczba str.: 376

tytuł oryginału: --------

tłumaczenie: --------

kategoria: fantasy


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/294762/krew-i-stal/opinia/69387970#opinia69387970       




Skusiłem się na rozpoczęcie cyklu „Kraina martwej ziemi” , pierwsza część zatytułowana jest „Krew i stal” Jacka Łukawskiego. Chyba nie muszę przekonywać, że tego typu literackie przedsięwzięcie, czyli czytanie nowych autorów, których do tej pory się nie znało jest raczej przedsięwzięciem dosyć ryzykownym. No ale co byliby z nas za czytelnicy, gdybyśmy nie próbowali szczęścia, czytali nowych autorów, rozszerzając przy tym swoje, literackie horyzonty poznawcze. Tak jak mówię wziąłem w garść tą książkę, zacząłem czytać i szybko doszedłem do wniosku, jest dobrze. Od razu wiadomo co to jest, że mamy do czynienia z klasyczną fantasy, inspirowana twórczością Tolkiena, to właściwie banał, i Sapkowskiego, praktycznie też. No ale też w fantastyce o to chodzi, że jak już nawiązywać do klasyków gatunku, to trzeba robić to dobrze, żeby to było ciekawe, no i pozwalały też oderwać się od rzeczywistości, wiadomo jakimi barwami ostatnimi dniami malowanej.



W sumie o tym uniwersum nie dowiadujemy się za wiele, czytelnik wie, że akcja ma miejsce na obrzeżach cywilizowanego świata, których granic przez setki lat skutecznie strzegła Martwica, czyli olbrzymi teren skażony użyciem jakiejś potężnej magii, która zaczęła działać 150 lat temu i wiadomo, że ta Martwa Ziemia miejscami zanika, a w innych miejscach wciąż jest bardzo groźna. Coś podobnego pojawiało się w twórczości Trudi Canawan, tam były kamienie, które dawały radę magazynować olbrzymią moc, i jak to bywa, użyta w celach wojennych może wyrządzić szkody porównywalne nawet z użyciem atomówki w naszych realiach. Takie limes jest u Sapkowskiego, ale tam twórca „Sagi o wiedźminie” nie wyjaśnił skąd się ta granica wzięła i co tam jest. Raczej da się ją przekroczyć i jakoś dotrzeć do odległych krain. No ale niewiele więcej wiemy. Np. Ciri trafiła na pustynie tzw. Patelnię przez wykrzywiony portal i goście, którzy ją spotkali byli zdziwieni, że wyszła cało z tego typu przyjemności.


Jak wspomniałem mamy akcję na obrzeżach, do tej wsi przybywa Arthorn z rozkazami od króla, że ma udać się misja przez tereny Martwicy, celem odnalezienia ludzi, którzy przeszli przez te tereny i zaginęli w okolicach tajemniczego klasztoru. Misja pod dowództwem Dortora wyrusza, w której bierze również Arthorn. Czyli zachowany jest Tolkienowski schemat, że wyrusza drużyna, no a potem dzieje się dużo niesamowitych wydarzeń. Ta książka Łukawskiego wytrzymuje na przyzwoitym poziomie porównanie z klasykami fantasy. Cała ta misja jest bardzo tajemnicza, nikt nie ma pojęcia co się tam na tej Martwicy dzieje, jacy wrogowie czyhają, a przyznać trzeba sceny batalistyczne robią wrażenie, no i w ogóle jak będzie dalej wyglądać poszukiwanie zaginionych ludzi. Pełno jest motywów legendarnych, różnych przepowiedni i innych fantastycznych motywów.


Na pewno ciekawie są wykreowane postaci, zarówno ważnych ludzi jak i zwykłych żołnierzy, którzy tam pojechali, być może poszukać własnej śmierci, a być może kogoś zabić. Dobra jest  historia młodego człowieka, który pierwszy raz w życiu zabił jednego wroga zwabiając go w pułapkę, naopowiadał, że zabił nie wiadomo ilu gości, oczywiście potem powiedział prawdę jednemu z przełożonych, no ale ten życzliwie, budując jego morale, nie zdradził go przed kompanami. Ta i inna historia dowodzi, że bohaterowie są ciekawie i wiarygodni. Książkę warto przeczytać. Polecam.