środa, 28 sierpnia 2019

Heinrich Boll, Opiekuńcze oblężenie


Heinrich Boll, 




Opiekuńcze oblężenie


Wydawnictwo: Muza  S. A
Data wydania: 1993 r.
ISBN: 8307013143
liczba str.: 415 
tytuł oryginału: Fürsorgliche Belagerung 
tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz
kategoria: literatura piękna




recenzja opublikowana na lubimyczytac:


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/65732/opiekuncze-oblezenie/opinia/53075932#opinia53075932

recenzja opublikowana na facebook:


https://www.facebook.com/groups/829004030782178/






Boll, a konkretnie książka „Opiekuńcze oblężenie” to dość interesujący klasyk literacki, ściślej mamy do czynienia z książką obyczajową. Jest to o tyle niezwykłe, że tego typu motywy, systemów gdzie rządzi cała kupa Wielkich Braci można raczej znaleźć w dystopijnych literaturach typowo cyberpunkowych. Interesujące jest to, że Wielki Brat ma się dobrze w systemie typowo demokratycznym. Zaskakujące jest to, że książka dotyczy lat siedemdziesiątych XX w., czyli wynika z tego, że autor bez pudła wie co się dzieje w jego rzeczywistości i jakie będą kolejne dziesięciolecia, chociażby to co opisuje inny, współczesny i zapewne znany wam moi drodzy czytelnicy, niemiecki pisarz Marc Elsberg. Jak się okazuje Niemcy z Zachodu już w tamtych latach byli w strachu przed terroryzmem, pewnie to już było po olimpiadzie w Monachium 1972 r.. Jednak i tak to jest troszkę dziwne, bo wszak w latach 70 i 80 wybuchające bomby na ulicach Londynu były praktycznie codziennością i działalność IRA dawała się anglikom we znaki. Pewnie to sprawa mediów, które nagłaśniały, tak jak to jest teraz wszelkie wydarzenia z całego świata, w tym działalność ugrupowań islamskich. Do tego też doszły wspomnienia z niedawnych lat III Rzeszy, gdzie jak pamiętamy, dosłownie prawie wszyscy Niemcy dali się przekonać Hitlerowi i jego partii nazistowskiej do realizacji przez cały kraj opętańczej ideologii, która sprowokował drugą wojnę światową i nikomu nie trzeba tłumaczyć co z tego wynikło. Interesujący jest motyw, że ludzie stracili zainteresowanie wiarą. Główni bohaterowie opowiadają, że jeszcze niedawno były w kościołach kolejki do spowiedzi, a teraz kościoły stoją praktycznie puste. 






Autor interesuje się konkretniej życiem finansowych elit kraju, co jest widoczne w narracji, bohaterowie mówią nam czytelnikom wiele o swoich karierach, ten został prezesem banku, inni również dobrze sobie radzą w meandrach świata finansowego. Boll przekonuje czytelników, że ten strach jaki powstał w ludziach stworzył specyficzny obraz społeczeństwa, ludzie uciekają w seks, luksus, używki i poczucie zobojętnienia. Mamy tu opisaną historię pewnej rodziny, główną bohaterką jest Katarzyna von Bora i wszystko w książce dzieje się wokół jej rodziny. 



Książka jest ciekawa. Warto przeczytać. Polecam.














poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Praca zbiorowa, Inne światy

Praca zbiorowa,


Inne światy 


Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 2018 r.
ISBN: 9788365836199
liczba str.: 608
tytuł oryginału: -------
tłumaczenie: --------
kategoria:  fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:



http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4849076/inne-swiat 



                                                                                                       





R. Mróz, Korytarz pełnomorski, [w: ] Praca zbiorowa, Inne światy    





Jakiś czas temu recenzowałem opowiadanie „Buran wieje z tamtej strony” Grzędowicza, które znalazło  się w zbiorze opowiadań „Wypychacz zwierząt”. Dlaczego o tym wspominam, ponieważ istnieje pewne podobieństwo do tego napisanego przez Remigiusza Mroza. Tam mamy Rosję i dwa światy Rosję Radziecką i Republikę Rosyjską, w której komuniści do władzy nie doszli. Dwaj bohaterowie rozmawiali tym samym językiem rosyjskim ale ni cholery się nie dogadali, przykład zwykłej herbaty, jeden mówi, po cholerę tak doskonały produkt reklamować, skoro gdyby ktoś to rzucił na krajowy rynek herbata zeszłaby na pniu. I na tym polega motyw. 





Tutaj mamy dwój Polaków mówiących po polsku, tyle, że jeden był z 1920, inny z odległej przyszłości, który znał z historii wszystkie wydarzenia, i trafił do świata, który był efektem doświadczeń mających na celu majstrowanie w przeszłości Jak do tego doszło? Ludzie zobaczyli, że niemal idealnie rajski krajobraz zakłócił jakiś tajemniczy pojazd, ludziom to się skojarzyło ze zmodyfikowaną łodzią wikingów, pojazd nazywa się drakkar, jak się czytelnik dowiaduje i służy do podróży w czasie tzw. korytarzami pełnomorskimi.  Tak więc ten gościu z przyszłości zna historię, ten drugi pochodzący ze wsi gdzieś na Mazowszu z roku 1920 r. letnie miesiące, w naszym świecie w tym czasie trwały tam walki w ramach wojny polsko – bolszewickiej, a w tej alternatywnej rzeczywistości chłopi po prostu robią swoją robotę, akurat trwają żniwa. Ale jednak nie ma opcji, żeby nawet ktoś taki, który całe życie pracuje na roli i własnej wsi raczej nie opuszcza, czytaniem się raczej nie kłopocze, a Internet jak wiadomo, to dopiero za kilkadziesiąt lat będzie, nie wiedział podstawowych rzeczy z historii, geografii, geopolityki, itd. Czytelnik dowiaduje się, że Polska Republika jest republiką dobre ponad sto lat, rozbiorów żadnych nie było, granice w przybliżeniu to nadal granice I RP, nie było wojen, podobnie jak w książce „Lód” Dukaja, w najlepsze trwa belle epoque w latach 20 XX w., wojny nie było. Albin Rakus słyszał o wojnie rosyjsko – koreańskiej z 1890. Na przykład w tej alternatywnej koncepcji nie ma Stanów Zjednoczonych, jest za to jeszcze silniejsze Imperium Brytyjskie. I wiele, wiele, wiele motywów…. Hwitz z przyszłości nadal go wypytuje. Rozmawiają, rozmawiają, w pewnym momencie Hwitz zdejmuje kask i co się okazuje?





To tyle o wybranym przeze mnie opowiadaniu z całego tomu opowiadań. Warto wspomnieć o koncepcji, z jednej strony mamy literaturę, ale też mamy malarską artystyczną kreacje, czyli po prostu obrazy Jakuba Różalskiego. Wygląda to tak, obrazy zdają się nawiązywać do twórczości artystycznej wybitnych polskich malarzy, chyba najbardziej Chełmoński się kojarzy. Tyle tylko, że w tych najczęściej wiejskich krajobrazach, pojawia się obcy element, kojarzony z motywami science fiction. Można odnieść wrażenie, że te obrazy nadałyby się do zilustrowania „Wojny światów” Wellsa i pewnie o to chodzi. Wynika z tego, że tą książkę nie tylko się czyta, ale również ogląda, ponieważ tych obrazów jest ponad 40 i wszystkie są genialne, po prostu, niesamowite. Pomysł współpracy pisarzy i artysty malarza jest w zamyśle po prostu fajny i dało to naprawdę wyśmienity efekt.



Polecam czytać książkę, opowiadania znanych pisarzy fantasy, sf, a także podziwiać rewelacyjne obrazy artysty malarza Jakuba Różalskiego.



czwartek, 22 sierpnia 2019

Ilona Andrews, Magia wskrzesza

Ilona Andrews, 



Magia uderza



cykl: Kate Daniels, t. 3 




Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 2010 r. 
ISBN: 9788375742251
liczba str.: 432
tytuł oryginału: Magic Strikes
tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/57462/magia-uderza/opinia/53047930#opinia53047930






                                             






Przeczytałem kolejną część cyklu „Kate Daniels” zatytułowaną „Magia parzy”, którą napisał duet pisarski, pseudonim Ilona Andrews. Nie jest to jakaś skomplikowana historia, wszystko kręci się wokół głównej bohaterki, i ludzkich i nieludzkich bohaterów, których spotyka. Czasem są to sympatyczne rozmowy towarzyskie przy całkiem zwyczajnych okolicznościach, a czasem Kate musi wziąć swój miecz Zabójcę i zrobić z niego użytek i udowodnić, że potrafi z niego korzystać perfekcyjnie i nie jeden, który zebrał cięgi cytuje w myślach, o ile przeżył tą konfrontację, jednego z bohaterów filmu „Seksmisja”, „Kobieta mnie bije”. Oczywiście jak wiemy z poprzednich tomów ostrza zabójcy posmakowali nie byle jacy przeciwnicy. Tych bestialskich i ludzkich przeciwników jest wystarczająco dużo, że Kate mogła by być siostrą wiedźminki Ciri, z uniwersum przez Sapkowskiego wykreowanym. Ale, że mamy tu do czynienia z innym uniwersum, choć nawiązania, zdają się być oczywiste, np. osiołek Kate ma mino Marigold. 



Jednak niewątpliwie ten koncept Ilony Andrews ma swoją wartość literacką, na pewno na tyle znaczną, że z powodzeniem i zainteresowaniem przez czytelnika warto te książki czytać. Mimo wszystko interesująca jest konwencja fantasy wykreowana w świecie współczesnym. Jedno widać na pewno, autorzy coraz lepiej pracują nad kreacją tego uniwersum, przez co staje się ono ciekawsze i sprawia, że czytelnicy mają ochotę sięgać po kolejne tomy, które jak wiemy są nadal w tworzeniu, a popularność tego cyklu w wielu krajach rośnie. Miejsce akcji się nie zmienia jest to Atlanta, miasto w USA i najbliższe okolice. Pisałem przy okazji recenzowania poprzednich tomów, że były ataki magii w czasie których wszelka technika zawodziła, dotyczyło to również co ciekawe broni palnej, dlatego nasza główna bohaterka czarodziejka Kate wolała używać miecza, który był wielki, drogi, ale zadziwiająco lekki, ostry jak diabli, no i skuteczny w działaniu, czyli w masakrycznej krwawej robocie. Pisałem te, że w zasadzie wszystkie wieżowce w mieście rozpadły się niczym budowle WTC w 2001 r. Ale powoli ludzie przyzwyczajają się do tego typu wydarzeń magicznych, które stają się codziennością. Podobnie jak do trzesień ziemi w niektórych regionach Ameryki i innych bogatych krajach. Po prostu inżynieria architektoniczna próbuje temu podołać. Jest to cholernie droga inwestycja, ponieważ trzeba sowicie opłacać magów, żeby wzmacniali te budowle mocnymi zaklęciami. Podobnie zamieszanie te świat znany z literatury fantasy spowodował w branży urzędniczej, typowo prawnej, skarbowej, ekonomicznej, karnej, itp. Nie ma opcji spowodowało to rozrost biurokracji wszelakiej, od zwykłych urzędów, po agencje państwowe, tych mających w nazwie motywy magiczne jest zadziwiająco dużo. Nawet w zwykłych sklepach jak sądzę przybywa nie tylko zwykłych ochroniarzy, ale także tych mające tzw. podstawowe wyszkolenie magiczne, analogiczne do tego, które miał wiedźmin Geralt. To oczywiście moje dywagacje, ale w mieście, gdzie szlajają się po ulicy wampiry, wilkołacze bestie, czarodzieje i wiele różnych fantastycznych osobowości, gdzie odsetek przestępców w najlepszym wypadku jest zbliżony do normy, to i tak muszą być oni cholernie niebezpieczni i zwykli biznesmeni muszą się przed tym chronić, żeby nie zbankrutować. Okazuje się, że wszyscy mieszkańcy Atlanty muszą znać podstawowe prawa różnych społeczności nieludzkich, czy to wilkołaków, wampirów, nekromantów itd. Dlaczego? Chociażby po to, żeby wiedzieć, że jeżeli wilkołak, biega po mieście przemieniony w zwierzę jest traktowany w kategoriach prawnych tak samo jakby ktoś biegał po mieście z kałachem, w kieszeni niczym Kargul i Pawlak trzymali garść granatów, no i jeszcze jakieś sztylety mieli za pazuchą. Podobnie jest z wampirami i innym tego typu towarzystwem. 






Myślę, że wcale nikogo nie dziwi, że Kate jest zainteresowana Gromadą, nie tylko z racji obowiązków zawodowych, ale też prywatnie, coraz bardziej zbliża się do Currana, władcy bestii, w zwierzęcej postaci lwa, jak na prawdziwego króla przystało. Na razie wiemy, że ją kusi wejście w związek z Curranem, i w książce to jest coraz bardziej widoczne. Dowiadujemy się coraz więcej o strukturze Gromady, która podzielona jest na siedem plemion, każde zwierzę, w które transferuje się członek Gromady należy do któregoś z tych plemion. Ciekawostką jest fakt, że Gromada z Atlanty jest najliczniejszą w całych Stanach Zjednoczonych, pod tym względem to tylko wilkołaki z Alaski nieznacznie ustępują lub przeważają, te statystyki zapewne się troszkę zmieniają, ale to zapewne zrozumiałe, że mniej cywilizowany, prawie syberyjski stan, to lepsze miejsce do życia dla społeczności, która przemienia się w zwierzęta niż cywilizowane miasta. Atlanta to zapewne wyjątek potwierdzający regułę. Obowiązuje prawo, że każdy wilkołak będący dłużej niż trzy dni w Atlancie musi zgłosić się do Gromady i poddać się jurysdykcji władcy bestii. I o tym wiedzą wszyscy. Pojawia się w książce motyw nielegalnych walk, nazywa się to Północnymi rozgrywkami. Oczywiście fakt istnienia tego typu wydarzeń  jest powszechnie wiadomy, ale jakoś nikomu na tym nie zależy, żeby proceder ten zlikwidować. Uczestniczą w walkach wilkołaki sprowadzane nie wiadomo skąd, spędzają one w Atlancie gdzieś ok. doby tak organizatorzy nie przeciwstawiają się prawom Gromady, widać nawet mafia Curranowi w drogę wchodzić nie chce. W ten wątek wplątała się Kate, z racji, że uratować wilkołaka Dereka, którego poznajemy już w pierwszej części. 







Książka jest ciekawa, fani przygód Kate Daniels zawiedzeni nie będą, a pozostałym mogę polecić przygody tej bohaterki i z nią wybrać się w literacką podróż do Atlanty. Polecam.



poniedziałek, 29 lipca 2019

Andres Ibanez, Lśnij morze Edenu

Andres Ibanez,




Lśnij morze Edenu 




Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 2017 r.
ISBN: 9788380621626
liczba str.: 816
tytuł oryginału: Brilla, Mar del Edén
tłumaczenie: Barbara Jaroszuk 
kategoria: literatura piękna


recenzja opublikowana na: 


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4540951/lsnij-morze-edenu/opinia/52631241#opinia52631241

https://www.facebook.com/groups/829004030782178/



                                                                                 




Lipiec 2019 r. to w Book – Trotterowej akcji przyszła pora na gorącą w klimacie Hiszpanię, a i pod kątem literackim również bywa równie ciepło. Jak zachęcają reklamodawcy książki zatytułowanej „Lśnij morze Edenu” Andresa Ibaneza mamy tutaj "literacką eksplozję prosto z Hiszpanii”, czy ten slogan reklamowy w rzeczywistości odnosi się do książki czytelnik musi przekonać się sam. Na pewno ten tekst kusi skutecznie czytelnika i to mimo faktu że ma się w garści książkę mająca ponad 800 str. i wiedząc, że Hiszpanie, tzn. pisarze z tego kraju, raczej ani myślą ułatwiać życia swoim czytelnikom, więc można się po tej książce było spodziewać, że to jest kawał dobrej literatury i nie mam wątpliwości, że czytelnik się nie zawiedzie. 




Motyw niby banalny, najbanalniejszy z możliwych, a mianowicie motyw ludzi, który zostali rozbitkami na bezludnej wyspie. W dzisiejszej dobie GPS- ów, satelitów, wszelkich urządzeń mających dostęp do internetu i jeszcze innych skomplikowanych bajerów, które są na wyposażeniu współczesnych samolotów wygląda to na science fiction, żeby pasażerowie z rozbitego samolotu spędzili na jakiejś wyspie, nawet na końcu świata, więcej niż kilka, kilkanaście godzin, ale jednak to się wydarzyło. Pasażerowie lotu transkontynentalnego relacji Los Angeles – Singapur, wylądowali gdzieś na środku Pacyfiku, i oczekiwana szybka pomoc nie nadeszła. Na pokładzie Boeniga leciało ponad 400 osób, ocalało 120, liczba ta na skutek ciężkich chorób nieuleczalnych w ekstremalnych warunkach, mimo, że ekipa medyczna, jeden lekarz i kilka pielęgniarek dosłownie wychodziła z siebie, żeby ratować życie ludzkie. Szacuje się, że po przejściu procedur medycznych ocalało 90 osób. Dalsze zgony były związane z trudną sytuacją sanitarno – epidemiologiczną, a także wypadkami na wyspie, a nie bezpośrednio katastrofą. Jak wspomniałem ludzie oczekiwali szybkiej pomocy z zewnątrz, ale ta z jakiś przyczyn nie nadchodziła, ani w najbliższych godzinach, dniach, a nawet tygodniach, ani miesiącach, ta mikrospołeczność musiała sobie radzić niemal na każdym kroku funkcjonowania grupy. Gdyby rzeczywiście ktoś zrobił to celowo, a pojawiają się takie podejrzenia, że to nie tylko zwykłe fatum, ale czyjeś celowe działanie, byłby to bezprecedensowy socjologiczny eksperyment. Ludzie różnych nacji, kultur, religii, ras, wykształcenia, języków, światopoglądów, zawodów, płci, orientacji seksualnych, pasji, itd., bo wymieniać można bez końca zostali zmuszeni, żeby żyć razem. Łączy ich chyba jedno są ludźmi mniej lub bardziej majętnymi, od multimiliarderów, po ludzi wykonujący wolne zawody, artystów, a więc też nie biednych, mamy duchownych, w tym biskup katolickiego z USA i całą masę różnych ciekawych ludzi, chociażby sławne aktorki, modelki, kilka z nich trafiło na okładki słynnego magazynu dla mężczyzn Playboy. Majętność tym ludziom pomogła im o tyle, ponieważ wieźli w lukach bagażowych wiele ciekawych rzeczy, które pomogły przetrwać i przeżyć całej grupie na wyspie, strzelby, naboje, medykamenty, i wiele innych rzeczy ratujących życie rozbitkom z bezludnej wyspy. Interesującym motywem jest, że znaleziono sporo książek, było ich wystarczająco dużo, żeby utworzyć bibliotekę, a w konsekwencji mieszkańcom wyspy nie brakowało czasu na czytanie i dyskusje o książkach, sztuce, filozofii, religii, czyli rzeczach z pozoru zbędnych, żeby dało się przeżyć. Ale jednak ci ludzie od początku do końca robili wszystko, żeby pozostać ludźmi cywilizowanymi, bo nie tracili wiary, że przecież, do jasnej cholery!, do cywilizacji kiedyś wrócą. Nasuwają się tu typowe motywy z literatury post- apo. Chociażby w książkach serii „Uniwersum Metro 2033 i 2035”, ludzie robią wszystko, nie tylko żeby przeżyć, ale również ratować to co zostało z cywilizacji. Działania są konkretne: czytają książki, prowadzą działalność naukową, piszą kroniki, uczestniczą w koncertach i seansach filmowych, mimo, że przecież to jest tak piekielnie trudne dla nich, wręcz niewyobrażalnie. Podobnie dla uczestników tej katastrofy samolotu, oni chcą pozostać ludźmi i nie dać się zdegenerować do roli zwykłych dzikusów z wyspy gdzieś na końcu świata, gdzie diabeł mówi dobranoc. Ci ludzie wykonują codzienne czynności konieczne do przetrwania społeczności, ale też spotykają się i opowiadają o sobie. Nominalnie głównym bohaterem jest Hiszpan Juan Barbarin, czy to ma jakieś szczególne znaczenie? Niespecjalnie, najlepiej nadaje się na słuchacza i to on słucha tych wszystkich opowieści. Juan z zawodu jest kompozytorem, choć nigdy nie trafił do światowej czołówki, jego utwory wykorzystywane są w filmach. Jest jednak człowiekiem wykształconym potrafi słuchać, rozmawiać, możliwe, że ma ukryty talent, mógłby być kimś w rodzaju psychoanalityka. A takie tego typu umiejętności niewątpliwie są przydatne na jakiejś wyspie, gdzie ludzi jest niewiele, i muszą liczyć na siebie, czy im się to podoba czy nie. Bo jak zawali się jeden z elementów tej społecznej układanki może się okazać, że posypie się wszystko i podświadomie oni o tym wiedzą. Paradoksalnie przypominają astronautów z książek, gdzie kosmonauci lecą w przestrzeni setki lat tworząc społeczności, niby ziemskie, a jednak kosmiczne, jedni tracą na wadze, inni zmieniają kolory, ale bardziej istotniejsza jest kwestia transformacji mentalnych. Podobny proces zaszedłby na tej wyspie, gdyby ta społeczność żyła na wyspie minimum kilkadziesiąt lat. Stworzyliby siłą rzeczy wszystko od nowa. Czy to ich czeka? Zdaje się pytać autor. Bohaterowie też o tym dumają, choć za cholerę nie chcą się do tego przyznać, potrzebują rozmów o sobie, o świecie, o wszystkim, Juan Barbarin okazuje się spoko ziomkiem, jak byśmy to powiedzieli w slangu ulicznym. Juan Barbarin jest potrzebny tym ludziom do szczęścia, bo nie samym chlebem i wodą człowiek żyje, rozbitkowie potrzebują jeszcze czegoś, drugiej osoby, kumpla, przyjaciela, kobiety kochanka. I to dotyczy niemal każdego z nich, oni potrzebują rozmowy, zwierzenia się, komuś, kto ich tajemnice zabierze ze sobą do grobu. Widać nasz główny bohater godzien jest zaufania, którym obdarzają go mieszkańcy wyspy. 




Kilka pytań, które w każdej książce się pojawiają, czy wyspa jest wyspą?, czy da się przeżyć? I czy wyspa jest bezludna. Z pozoru wydaje się, że wyspa jest niezamieszkana, jednak tajemnicza wyspa, okazuje się bardziej tajemnicza niż komukolwiek się może wydawać. Ma innych lokatorów. Pojawiają się komuniści, wiernie wierzący w swoje idee, gotowi za nie umrzeć i zabijać innych, bowiem jest to dobrze uzbrojona grupa partyzancka. Dowiadujemy się, że na tej wyspie, byli swego czasu niemieccy naziści i wydobywali kauczuk, znaleźli się tam agenci służb specjalnych kilku krajów i naukowcy. Jedni zostawali, inni uciekali. Zagadkowy jest motyw, że uczestnicy katastrofy trafiali do swoich rodzinnych miast, wsi, krajów, a nawet w różne przestrzenie czasowe. I wygląda na to, że nie był to sen ani jawa. I trudno znaleźć wytłumaczenie, czyżby miały miejsce jakieś dziwne koniunkcje sfer? 


Może właśnie na tym polega geniusz tej książki, że nawet po przeczytaniu pozostaje tajemnicza, a te motywy typowo ezoteryczne mają za zadanie zmusić czytelnika do myślenia. Pytanie jedno, czy oni wrócą? Książka nie jest łatwa w odbiorze, tych wątków jest tak dużo i jak się wydaje nie są one połączone ze sobą. Wszystkich łączy jedno, znaleźli się na tej wyspie i spece od teorii spiskowych próbują doszukać się jakiegoś klucza, dlaczego akurat te konkretne osoby? Czy to tylko dziwne koncepcje? Czy rzeczywiście ktoś bawi się w Boga? 



Nie ma opcji, rzeczywiście autor to geniusz. 


Polecam.





piątek, 28 czerwca 2019

Jean d'Ormesson, Historia Żyda Wiecznego Tułacza

Jean d'Ormesson,


Historia Żyda Wiecznego Tułacza




Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 1994 r.
ISBN: 8370827306
liczba str.: 624
tytuł oryginału:  L'histoire du Juif Errant
tłumaczenie: Krystyna Szeżyńka -Maćkowiak
kategoria: literatura piękna


recenzja opublikowana na: 


https://www.facebook.com/groups/829004030782178/850535885295659/?comment_id=868662046816376&notif_id=1561659255891218&notif_t=group_comment_reply


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/50564/historia-zyda-wiecznego-tulacza/opinia/52118682#opinia52118682                                           




Z racji, że kolejna, czerwiec 2019 r., comiesięczna edycja Book -Trottera przypadła na literaturę francuską, to z tej racji przyszedł mi do głowy oryginalny pomysł odnośnie wyboru książki. „Historia Żyda Wiecznego Tułacza” Jean d’Ormessona, czekała ładnych parę lat aż się zdecyduję, akcja literacka sympatycznej koleżanki Kasi to dobry moment, żeby się zmobilizować i zmierzyć się z tą dosyć grubą książką. Krótko mówiąc ta książka to prawdziwy literacki historiozoficzny, bo jak się okazuje można kreować koncepcje z zakresu filozofii historii również na sposób typowo literacki. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że ta książka to prawdziwy opus magnum autora. Na każdej stronie książki widać ten niesamowity kunszt pisarski, i fakt, że książka jest napisana z niesamowitą maestrią, artyzmem doskonałym po prostu. Ta książka jest tak niezwykle cudowna, głęboka, pełna niezwykłych przemyśleń, że właściwie każdy z czytelników powinien udać się w tą fascynującą literacką podróż z tytułowym bohaterem przez ostatnich 2000 lat historii powszechnej, nie tylko europejskiej, ale globalnej i wgłębiając się w przeżycia głównego bohatera. No i zadajemy wraz z autorem i bohaterami mnóstwo pytań. Coraz to nowych pytań bez odpowiedzi z zakresu filozofii i religii, etyki, moralności, itp. Chociażby takie jak, jak można tak przekląć człowieka za pieprzony kubek wody, którego Zbawiciel na męce drogi krzyżowej nie otrzymał od Ashawerusa, którego podejście do kwestii Jezusa z Nazaretu, nie różniło się nic a nic od tego jakie mieli ci którzy krzyczeli „Uwolnij nam Barabasza”, „Ukrzyżuj go” itp. Wiemy przecież, że Jezus miał wybór, dał się zdradzić Judaszowi, pojmać rzymianom, wymęczyć haniebny wyrok od Poncjusza Piłata, dostać baty od oprawców, pójść drogą krzyżową, nie dostać wody od Ashawerusa, szewca i odźwiernego będącego na etacie Poncjusza Piłata, czyli naszego Żyd wiecznego tułacza i umrzeć za świat. A mimo to i Judasz jest przeklęty na wieki, Żyd wieczny tułacz również, Poncjusz Piłat po trosze też, bo zmarnował trochę bezcennej w tropikach wody na umycie rąk. Dlaczego?




To wieczne, tzn. prawie wieczne, życie Żyda wiecznego tułacza, jest zarówno przyjemne, ale też trudne, jak każde ludzkie życie, jest przepełnione radościami , ale też niesamowitym cierpieniem. Tyle, że on ma już tego dosyć chce umrzeć jak normalny człowiek, a nie jest mu to dane, mimo, że przechorował wszystkie możliwe choroby, przeżył tortury, wszelkich katów żyjących we wszystkich epokach, wiemy, że trafił w łapska słynnego inkwizytora Torquemady i był chyba jedynym winnym zbrodni herezji, który przeżył wszystkie atrakcje, nawet ożywcze płomienie, które miały zbawiać dusze. Wiemy też, że naziści nie zdołali naszego bohatera wykończyć, a przecież byli genialnymi fachowcami w przemysłowym mordowaniu ludzi, w tym rodaków naszego bohatera. Przeżył również wiele bitew, iście krwawych widowisk, wygranych i przegranych. Tytułowy Żyd miał wiele personaliów, narodowości, był, bogaty, biedny, niesamowicie wykształcony, miał wiedzę wystarczającą zapewne na zdobycie, przez pełną procedurę, kilku tytułów profesorskich. Możliwe, że gdyby chciało mu się pograć w szachy, z samym Magnusem Carlsenem nie byłby bez szans. Na swojej drodze poznał władców znanych nam tylko z kronik, monografii i powieści historycznych. Mało tego istnieje uzasadnione podejrzenie, że w napisaniu wielu książek miał udział Żyd wieczny tułacz, zachodzą podejrzenia, że niektóre z nich sam napisał, na warsztat krytyczny zostały wzięte „Baśnie tysiąca i jednej nocy” Dociec można, że ktoś spędził na wschodzie wiele lat i poznał wszystko od podszewki, a jednocześnie znał z autopsji kulturę zachodnią. To istny fenomen literacki. Podobnie sprawy się mają z wybitnymi dziełami sztuki przedstawiającymi ostatnie dni życia Jezusa Chrystusa, które znajdują się w kościołach i muzeach. On wiedział na ile te koncepcje artystyczne mają sens, często chwali artystów, czyżby oni również czerpali z tej wiedzy jaką miał ten niezwykły człowiek który przez tysiące lat szwęda się po świecie i będzie to robił długo jak zapowiedział mu Jezus. Żyd wieczny tułacz duma czy jego tułaczka skończy się jak Ziemie szlag trafi czy będzie musiał również peregrynować przez calutki, niezgłębiony, pieprzony kosmos, opowiadając ufokom i kolonistom z Ziemi o swoich sprawach? Nasz bohater zna każdą ścieżkę na globie, bo ją przemierzył i to nieraz. Mało tego wiemy z książki, że w materii podbojów miłosny sam Giacomo Casanowa to przy Żydzie wiecznym tułaczu cienki bolek, wszyscy arabscy szejkowie razem wzięci również, bo ten nie jest w stanie wszystkich kobiet jakie miał zliczyć, pewnie dałoby się nimi zasiedlić jakieś ładne współczesne miasteczko. To z grubsza tyle, bo tych historii, których jest niezlicznona ilość, nie da się, ani opowiedzieć, ani rozłożyć akcentów, bo dla kogoś jeden motyw będzie ważny, a dla kogoś innego inny. Co do wspomnianego motywu najsłynniejszego na świecie nazarejczyka urodzonego w Betlejem smaczku dodaje fakt, że ten namiętnie kochał się w Marii Magdalenie, od której nie dostał czego chciał, o ta uważał Ashawerusa za przyjaciela, mimo, że miało ją od zatrzęsienia mężczyzn różnych narodowości, a potem ona nawróciła się, została uczennicą Zbawiciela, co wkurzyło zazdrosnego potencjalnego kochanka słynnej ladacznicy i wtedy kiedy nadeszła ta chwila poszło „spieprzaj dziadu” czy coś w ten deseń. 





Szymon Fusganger, oczywiście to jedno z wielu personaliów naszego głównego bohatera, gdzieś w latach 80 XX stulecia zatrzymał się w Wenecji, poznał tam Marię Magdalenę, ta zbieżność imion z jego ukochaną sprzed dwóch milleniów, go niezwykle zaintrygowała. Szymon ma zawsze przy sobie banknot tysiąclirowy, Mamy też jednego z narratorów, jednym jest sam Żyd wieczny tułacz opowiadający historię swojego życia, ale także jest nim ukochany Marii Magdaleny, tej z Wenecji, żeby nie było pomyłki, Piotr. Ten zabieg literacki był konieczny, żeby czytelnik „usłyszał’ tą opowieść z perspektywy człowieka współczesnego. No i to jak miło sympatycznie spędzali czas spacerując po Wenecji i popijając wino w restauracjach gdzieś nad kanałami miasta na wyspach. 

Upływają dni para słyszy coraz bardziej nieprawdopodobne historie, o tym, że był przyjacielem św. Franciszka z Asyżu, albo o tym, że z Kolumbem na Santa Marii płynął do Ameryki, że w Ugandzie, wraz z Mosadem i komandosami z Izraela próbował uwolnić jeńców z porwanego przez terrorystów samalotu, i wiele, wiele, wiele, wiele, nieskończenie wiele historii z różnych czasów i miejsc, w Polsce był lekarzem, we Francji ogrodnikiem, gdzieś tam jeszcze szlachcicem, gdzieś indziej był tak bogaty. Po prostu znosi to co przynosi mu los, czasem są to prześladowania, bo ileś osób z każdego pokolenia go rozpoznaje nie wiedzieć jakim czortem, czasem choroby, czasem szczęście, czasem podróż na morzu, czasem wyprawa kupiecka na Jedwabnym szlaku, czasem służba w wojsku itd…



Nie ma opcji, tą książkę trzeba koniecznie przeczytać i po prostu zachwycić się nią. Rewelacja.









czwartek, 20 czerwca 2019

Ben Kane, Srebrny orzeł


Ben Kane, 


Srebrny orzeł



cykl: Kroniki zapomnianego legionu, t. 2




Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 
Data wydania: 2015 r. 
ISBN: 9788324034192
liczba str.: 624 
tytuł oryginału: The Silver Eagle
tłumaczenie; Arkadiusz Romanek 
kategoria; powieść historyczna



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:





W drugiej części „Kroniki zapomnianego Legionu” Bena Kane’a mamy motyw niezwykłej peregrynacji głównych bohaterów po trzech, a nie dwóch jak do tej pory czytelnik przypuszczał, kontynentach. Czyli Tarkwiniusz, Romulus i Brennus przemierzyli prawie cały znany starożytnym ludziom świat w dodatku podążali szlakami wojennymi jednego z najlepszych wodzów wszechczasów Aleksandra Wielkiego. Żyli w czasach kiedy inny człowiek Gajusz Juliusz Cezar aspirował do odegrania poważnej konkurencji wobec wybitnego macedończyka. 

Wszędzie gdzie się dało, legiony Cezara, wykazywały się na polu walki. W tej książce mamy bitwę po Alezją, gdzie rzymianie rozgromili liczniejsze wojska rebeliantów galijskich pod wodzą Wercyngentoryksa, bitwa była toczona ze zmiennym szczęściem i sam Cezar dodawał swoim wojskom otuchy i to przechyliło szalę na korzyść rzymian. Dalej była wojna domowa i destabilizacja republiki, wiadomo czym to się skończyło. Przywróceniem monarchii na kolejnych kilkaset lat, jeśli liczyć wschodni Rzym to nawet półtora tysiąclecia. 



No ale wracajmy na azjatyckie rubieże imperium partyjskiego, gdzie autor zostawił swoich bohaterów w pierwszym tomie. Tarkwiniusz wypłynął na tym, że ma wizję, co uchroniło partów od wielu porażek, jednak jak widać najlepszym wróżom i wizjonerom itp. zdarzają się okresy zmniejszonej aktywności co irytowało partyjskich wodzów, wybór Tarkwiniusz miał jeden, albo coś zrobi, że będzie miał wiarygodne wizje, albo on i jego dwoje kumpli zginą. Pomóc miał w tym bóg Mitra, znany nie tylko na wschodzie, ale także w samym Rzymie. Bo jak się dowiemy, nie tylko Romulus i jego kumple przyjmę wiarę w Mitrę, ale również Fabiola trafi do mitreum dozna objawień co do losów jej brata. W sumie to co zrobiła było dla kobiet zabronione, ale widać Mitra był łaskawy i otoczył ją szczególnymi względami. Wynika z tego wszystkiego, że mimo, że wraz Romulusem i jego kumplami czytelnik podążył na kartach książki na wschód to jednak nie opuściliśmy Rzymu. Fabiola wybranka Brutusa mieszka w Pompejach, spokojnie to ponad sto lat przed wybuchem Wezuwiusza, więc siły natury jej nie zagrażają. Za to naraziła się łowcom niewolników, bo uratowała zbiegów przed śmiercią. Potem już podąża wraz z Brutusem za Juliuszem Cezarem, przekonuje się, że podobieństwo Romulusa do Juliusza Cezara nie jest przypadkowe, co ciekawe tą samą intuicję ma etruski wróżbita Tarkwiniusz. Trafia do Grecji, potem do Egiptu. W Etiopii w tym czasie wylądowali, Tarkwiniusz i Romulus, Brennus zginął gdzieś na wschodzie. Czy brat i siostra spotkają się w tym wojennym zamieszaniu w Aleksandrii? Gdzie Cezar broni nie tylko interesów Rzymu, ale przy okazji swojej ukochanej królowej Egiptu Kleopatry. Ciekawie było o tym motywie w książce Christiana Jacq’a zatytułownej „Sen Kleopatry”, tutaj w drugim tomie Kleopatra o dziwo się nie pojawia, tego typu przyjemności autor zachował na ostatni tom. Jak widać ten romans dwóch wybitnych postaci historycznych musiał również u Bena Kane’a też się pojawić. 


Książka jest niezła, jak w każdej powieści historycznej, postaci fikcyjne trafiają w wir historii, uczestnicząc w wydarzeniach historycznych, po drodze mają jakąś styczność z postaciami historycznymi, różnie kreowanymi przez autorów powieści historycznych, często w taki sposób, żeby pasowało do koncepcji pisarzom, no i były dobrze dorabiane ideologie, typu jakieś wątki interakcji z bohaterami fikcyjnymi, a więc siłą rzeczy ich być nie mogło. Jednak przecież prawidła powieści historycznych są takie, że muszą w nich być wydarzenia historyczne, bo gdyby jakimś czortem w książce np. Cezar przeżył zamach w 44 r. p. n. e. ten numer by nie przeszedł, bo nie byłaby to już powieść historyczna. Wynika z tego, że pewne realia historyczne musiały się w książce pojawić, najbardziej zaskakuje motyw zapomnianego legionu, który walczył w różnych barwach gdzieś na pograniczach Indii i Chin. Nasi bohaterowie musieli uciekać, bo jak nietrudno się domyśleć, koledzy z armii odkryli że Brennus i Romulus byli gladiatorami, czyli niewolnikami i nie byli godni służyć, nawet w zapomnianym legionie na końcu świata. 


Przypuszczam, że jak ktoś przeczytał pierwszą część trylogii, dwie pozostałe przeczyta z rozpędu, bo ta przygody które przeżywają główni bohaterowie są ciekawe. Postaci autor świetnie kreuje, w sposób niezwykle barwny ujawniając wszelkie możliwe emocje, które popychają bohaterów do dobrych i złych czynów. Książka jest dobrze napisana, czytelnik wciąga się w czytanie.

niedziela, 16 czerwca 2019

Bill Clinton, James Patterson, Gdzie jest prezydent

Bill Clinton, James Patterson,




Gdzie jest prezydent




Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 
Data wydania: 2019 r.
ISBN: 9788324055456
liczba str.: 544
tytuł oryginału: The President is Missing
tłumaczenie: Karolina Rybicka
kategoria: thriller, political fiction




recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4870137/gdzie-jest-prezydent/opinia/52050376#opinia52050376  







Na książeczkę trafiłem całkiem niedawno i nie było opcji, trzeba było ją zgarnąć z biedronkowej półeczki z książkami, przytargać do domu i oczywiście zrecenzować. Zaintrygował mnie zarówno tytuł książki „Gdzie jest prezydent” , no i autorzy. Obydwu autorów zapewne nikomu z was moi drodzy czytelnicy przedstawiać nie trzeba. Pierwszym z nich jest były prezydent USA Bill Clinton, a drugim znany twórca piszący thrillery James Patterson. Intuicja czytelnicza mnie nie zawiodła, z tej współpracy musiało wyjść coś niesamowitego i tak dokładnie jest. Mamy ciekawy mix literacki, z grubsza to co kombinuje Marc Elsberg w książkach „Blackout” i „Zero”, z motywami znanymi z literatury political fiction. Mamy do czynienia z zagrożeniami o których możemy poczytać w obydwu książkach, z tą różnicą, że jeszcze na dosłownie ostatnią chwile, wręcz na wczoraj, da się ich uniknąć, trzeba tylko malutkiego drobiazgu - cudu. Głównym bohaterem jest prezydent Duncan. Czas akcji niezbyt odległa przyszłość, możemy wyczytać, że niedługo po zakończeniu urzędowania w Białym Domu przez Donalda Trumpa. Dokładnie kilka dni, w czwartek 10 maja wszystko się zaczyna, sobota 12 maja to planowana przez islamistów Sobota w Ameryce lub jak kto woli Wieki ciemne. 

Miejsce Biały Dom, w Waszyngtonie i tajny Niebieski Dom gdzieś w Wirginii, jest też kilka innych miejsc w Stanach i na całym globie, a także przestrzeń wirtualna, bo jak możemy się dowiedzieć chociażby z tej książki coraz częściej zdarza się, że Internet jest przestrzenią do prowadzenia jak najbardziej rzeczywistych wojen i to na tyle skutecznych, że są w stanie niszczyć całe państwa, supermocarstwa również. Tak więc nowe czasy, kiedy na froncie biega się nie tylko z kałachem w garści, ale także z komputerem, czy to sterując drony, zabijając ludzi na drugim końcu globu, ale także atakując lub broniąc państwa w przestrzeni wirtualnej, dzieje się tak ponieważ my ludzie coraz bardziej uzależniamy się od Internetu, a liczba urządzeń na świecie do neta podłączonych liczy się w miliardy i ta liczba rośnie coraz bardziej z zawrotnym tempie. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu jak ktoś chciał zaatakować wrogie państwo lub wywołać rebelię we własnym dbał o to, żeby opanować media, teraz funkcję opiniotwórcze spełniają media internetowe, nie tylko te informacyjne, ale także social media. O tych procesach w szczegółach pisał Elsberg i już dziś wiemy, że ta koncepcja nie jest wcale SF, to rzeczywistość. Wynika z tego, że z każdym rokiem hakerka wojenna wszystkich państw na globie i organizacji terrorystycznych będzie coraz bardziej rozbudowana. 




Nie trudno się domyśleć, że kłopoty sprawiają organizacje islamskie, jest to organizacja zwana Synowie Dżihadu, liderem tej grupy jest Suliman Cindoruk i ma on ambicję zniszczyć Stany Zjednoczone Ameryki, on i jego mocodawcy uważają, że świat bez dominującej Ameryki będzie piękniejszy, a synowie Allaha wreszcie będą mogli się zjednoczyć odbudowując silny kalifat, który być może w przyszłości będzie kontynuował dzieło sułtanów tureckich, a także muzułmanów z Al – Andaluze, czyli Hiszpanii, czyli podbiją kawał Europy. Po drodze zapewne wierni wyznawcy prorok Mahometa uporaliby się z Izraelem, które wspiera USA, no ale to są tylko spekulacje, i na szczęście nie udaje się ideologom i praktykom dżihadu spełniać swoich mrzonek.




W książce mamy aferę, prezydent Duncan, zadzwonił do islamisty, wspomnianego Sulimana Cindoruka, opozycyjna partia chce doprowadzić do impeachmentu, czyli wyrzucenia prezydenta z Białego Domu, na czele tej frakcji stoi przedstawiciel Izby Reprezentantów Lester Rodes, przewodniczący senackiej komisji specjalnej, bardzo wpływowy polityk. Prezydent uznał, że stojąc w sytuacji kryzysu na niespotykaną dotąd skalę musi działać nieszablonowo, a to przecież dopiero początek atrakcji. Akcja się rozkręca pędzi coraz prędzej, administracja prezydenta jest pod coraz większą presją. Czytelnik poznaje plan terrorystów, czyli zainfekowanie całej informatycznej Ameryki jakimś paskudnym wirusem nie do usunięcia, a przynajmniej tak się wydaje. Nad sprawą głowią się najlepsi informatycy, hakerzy i inni spece z branży komputerowej. Czy okażą się lepsi od celebrytów hakerskich, których zdołał ściągnąć do siebie lider Synów Dżihadu? Ostrzec amerykanów zamierzają Nina i Augi, hakerzy, którzy współpracowali z islamistami, jednak wyrazili swoje votum separatum, uważając, że Suliman Cindoruk i jego ekipa posunęli się za daleko. W czasie wyłączenia prądu na stadionie i strzelaninie dowiadujemy się, że Nina umiera, Augi przeżył, zabrała go ekipa prezydenta. Terroryści wysyłają też kobietę, pseudonim Bach, która jest płatną zabójczynią, na jej potencjalnych ofiar liście znalazł się sam prezydent Duncan. Czy zostanie zatrzymana? Smaczku całej tej intrydze dodaje fakt, że w Białym Domu jest zdrajca, i to na wysokim szczeblu, tak więc stąd decyzja o przeniesieniu prezydenta, doradców, grupy informatyków i hakerów do Niebieskiego Domu, żeby pokrzyżować zdrajcy szyki. 





Akcja pędzi, trwa odliczanie, mamy 30 minut do aktywacji wirusa, żeby temu zapobiec trzeba w tym czasie znaleźć właściwe hasło i je wpisać, żeby ocalić kraj przez informatycznym łubudu! Dadzą radę?





Książka jest świetna. Z jednej strony mamy terrorystów, szef grupy zaciera ręce czeka na zamieszanie, i swój chwalebny wkład w dżihad, żeby pokonać szatana z Zachodu, informatycy piją najlepsze alkohole zajadają kawior, dobierają się do luksusowych prostytutek. W ramach nagrody rzecz jasna. Amerykanie, całe NATO, także Rosjanie, bo sami się przestraszyli tego, że marzyli o pokonaniu wroga z Ameryki, współpracując z grupą Sulimana Cindoruka. Prezydent Duncan im dał jasno do zrozumienia, że wrogowie którzy przyłożyli rękę do tego bałaganu zbiorą tęgi łomot. Czy w ramach reakcji dojdzie do III wojny światowej? Czy terroryści zostaną złapani, no i kto jest tym zdrajcą? Wszystkie te pytania znajdziemy w książce, co z odpowiedziami. Warto się samemu przekonać. No i przede wszystkim atutem tej powieści jest świetnie wykreowany główny bohater, prezydent, człowiek chory na raka, dopiero co odłączony od kroplówek i działając pod wpływem silnych leków musi ratować kraj i nie oszukujmy się cały świat. Bo jakby to powiedział prezydent autor „gospodarka durniu”, dodać można globalna gospodarka, ktoś kichnie w Tokio, ktoś inny w Pretorii, a ktoś jeszcze w Buenos Aires i światowy kryzys gospodarczy gotowy. Gospodarka światowa bez Ameryki załamałaby się w ciągu kilku godzin zapewne. No ale, że ekonomistą nie jestem, nie mam zamiaru tego typu tez ex cathedra wygłaszać. Książkę koniecznie warto przeczytać. Polecam