czwartek, 23 lutego 2023

Praca zbiorowa, W hołdzie królowi

Praca zbiorowa,  red. M. H.  Greenberg,



W hołdzie królowi.

Opowieści poświęcone J. R. R. Tolkienowi  


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 1999

ISBN: 8371506120

liczba str.: 566

tytuł oryginału: After the King. Stories in Honour of J. R. R. Tolkien

tłumaczenie: praca zbiorowa

kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/76800/w-holdzie-krolowi/opinia/75577451#opinia75577451




T. Pratchett, Trollowy most, [w: ] Praca zbiorowa, pod red. M. H. Greenberg, 

W hołdzie królowi. Opowieści poświęcone J. R. R. Tolkienowi           
   


Ciekawa książką jest ten zbiór opowiadań poświęcony Tolkienowi, zatytułowana jest "W hołdzie królowi". Opowiadań jest 20, wypowiadają się różni znani autorzy fantastyki, nie tylko fantasy. Jednym z nich jest Terry Pratchett i z tego co kojarzę twórczość tego autora to opowiadanie jest raczej wyjątkowe. Bo klimatem rzeczywiście jakoś tam pasuje do klimatu Tolkiena, bo tam są między innymi trolle. Pasuje też, może nawet bardziej do klimatu twórczości Sapkowskiego, bo jak wiemy trolli i całej armii dziwnych stworów w twórczości polskiego mistrza fantasy nie brakuje. 


Pod względem samych trolli gry "Wiedźmin 2" i "Wiedźmin 3" są niesamowite. W dwójce w parze trollowej była drama, bo facet troll znalazł czarodziejkę Triss, jak wyleciała z portalu, a jego samica, była okropnie zazdrosna. A trójka to już w ogóle cała masa genialnych questów z tymi sympatycznymi i wielkimi stworami, bywa, że groźnymi. Na porządku dziennym były teksty typu "takie duże bum i nie ma torfuna" są świetne. Albo jak Talar uczy trzy trolle Oga, Poga i Roga przeklinać, a te go przetrzymują, bo "my być wielkie pany i chcemy mieć buty jak człowieki", wzięło się to stąd, że przykrywką szpiegowską Talara był wóz z warsztatem szewskim i trafił na trollowe towarzystwo. Był też troll patriota, który służył w redańskim wojsku, wysyłał Geralta po farby, żeby namalować białoczerwonego redańskiego orła, który przypomina naszego, ale tego gracz/widz bez problemu się domyśla. 


To tak tytułem specyficznego, półżartobliwego wprowadzenia, bo o to też chodzi, żeby czasem wesoło było, przy okazji tego wirtualnego dyskursu o książkach. No ale zacznijmy, co tu się dzieje w tym opowiadaniu, które wybrałem do recenzji. Głównym bohaterem jest Cohen Barbarzyńca, właściwie nie ma konkretów kim on jest. Wiemy tylko, że jest awanturnikiem, charakternikiem, i jak napatoczą się jakieś potwory, to podobnie jak robią to wiedźmini w innym uniwersum, zabija je. Zapewne często bierze wynagrodzenie w jakiejś wartościowej walucie, za tego typu przysługi. Aż pewnego dnia w trakcie peregrynacji przez liczne fantastyczne krainy trafił na tytułowy trollowy most. Troll pilnujący mostu, był zachwycony, że taka wybitna osobistość się pojawiła, żeby go zgładzić. Kazał ściągnąć całą trollową rodzinę, żeby obejrzała tą batalię, której wynik był oczywisty do przewidzenia. No ale wydarzył się cud, troll otrzymał coś w rodzaju prawa łaski. Przeżył. No tutaj ten spojler jest konieczny, żeby wyjaśnić, co pojawiło się w głowie bohatera. Wynikło to w rozmowie z koniem, i tu mamy coś podobnego w Wiedźminie 3, a konkretnie w dodatku "Krew i wino". W polskim dubbingu Płotką był Wojciech Mann, znany dziennikarz radiowy i to zrobiło wrażenie jak się to oglądało. Nie ma wyjaśnienia jak to było z koniem Cohena, ale tak czy siak ten koń gadał ile wlezie.


No ale wróćmy do tej pogaduszki z wiernym towarzyszem podróży Cohena, koniem. Obaj rozmawiali o tym, że świat się zmienia i duża w tym robota samego Cohena, że trolle, gobliny, z nim łatwego życia, nie miały, do tego stopnia że prawie wszystkie zostały uśmiercone. Cohen, mimo, że sam się do tego przyczynił, stwierdził, że ten świat się zmienił, stał się jakiś taki byle jaki. Pojawił się też motyw ekologiczny, bowiem było nie było potwory jako element ekosystemu świata fantastycznego broniły przyrodę przed nadmierną ekspansją ludzi, i co za tym idzie wyniszczenia przyrody. W prozie Sapkowskiego też było coś podobnego. Największy rwetes był o las Brokilon, bowiem driady nie dopuszczały okolicznych królów do tego, żeby zajmowali ich ziemie, a ludzie, którzy tam trafiali byli zabijani strzałami z łuku, bo driady były dobrze w tym wyszkolone. Upiekło się Geraltowi, został z poselstwem wpuszczony do lasu. Jak wiemy wiedźmin poznał tam Ciri i zaczęło się to całe zamieszenia z przeznaczeniem. Potwory, zarówno u Sapkowskiego, jak i Pratchetta były pożyteczne jak się okazuje, bo chroniły przyrodę przed niekorzystnymi zmianami klimatu.


Szkoda, że tutaj w sensie dosłownym nie było mowy o jakiejś Ithlinie, no ale opowiadanie raczej jest krótkie i koncept autor miał cholernie intrygujący. No i dałem dowód na to, że jest ono cholernie treściwe. Czyta się je bardzo fajnie, daje do myślenia. Zaraz pojawiają się analogie do Tolkiena i Sapkowskiego. Bo przecież u Tolkiena też mamy drzewa entowe, z którymi czarodziej Saruman ma na pieńku. Czytelnik rozumiejąc te analogie literackie z pewnością docenia kunszt Pratchetta i innych twórców, którzy wzięli udział w projekcie jakim jest książka zatytułowana". W hołdzie królowi". Opowiadania są świetne, warto je przeczytać. Książka jest świetna.

niedziela, 19 lutego 2023

Andrzej Pilipiuk, Zły las

 Andrzej Pilipiuk, 



Zły las


cykl: Światy Pilipiuka, t. 10


Wydawnictwo: Fabryka słów

Data wydania: 2019 r. 

ISBN:   9788379644001

liczba str.: 402

tytuł oryginału: -------

tłumaczenie:-------

kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4869505/zly-las/opinia/74868055#opinia74868055 



Tajemnica złotej teczki [w:  ] A. Pilipiuk, Zły las

Była okazja wytargać z bibliotecznej półki zbiór opowiadań Andrzeja Pilipiuka zatytułowany "Zły las", są tam cztery opowiadania, które równie dobrze mogłyby robić za coś w rodzaju konspektu do co najmniej czterech książek, ale, że jak wiemy Pilipiuk dobrze odnajduje się w krótkiej formie, chociaż często te opowiadania przybierają całkiem solidną formę, jeśli idzie o długość. A merytorykę pisarską niech każdy z czytelników się zajmie w czym pomóc mogą np. takie recenzje jak moja. Jak zwykle w takim przypadku wybieram ze zbioru jedno opowiadanie, żeby czytelnik mógł się zorientować z czym mamy do czynienia w książce, i które moim subiektywnym zdaniem jest najciekawsze.


Zainteresowałem się pierwszym opowiadaniem, jest ono zatytułowane "Tajemnica zielonej teczki", jest zdecydowanie najlepsze, i tak fascynujące, że nawet jak na konwencję fantastyczną jest fantastyczna, science fiction po prostu, którego elementy da się tu znaleźć.


Może ktoś kojarzy książkę zatytułowaną "Yggdrasil" Radosława Lewandowskiego, bo tylko z fabułą tego co my tu mamy, może mieć do czynienia. Co prawda nie ma typowej podróży w czasie, jest tylko malutki spacerek zeppelinem przez Atlantyk, ale koncept robi wrażenie, że neandertalczycy i inni sapiens mają się dobrze, tylko się wycwanili, dobrze się zakamuflowali i chcą nam homo sapiens dokopać. Przypuszczać można, ze jeśli Lenin i paru innych wpływowych ludzi pierwszej połowy dwudziestego wieku byliby, jak to tutaj Pilipiuk ich definiuje yetisonami, to znaczy, że chłopaki dają radę. Coś podobnego było w przygodach Jakuba Wędrowycza, w okolicy Wojsławic, w Dębince, mieszkali małpoludy. Byli oni na tyle cwani, że przetrwali prześladowania ze strony kościoła, a także jakoś uporali się z koncepcjami nazistowskimi.


Ci ludzie yeti przetrwali gdzieś na Grenlandii, z tego co możemy przypuszczać radzili sobie ze zdobyczami techniki, we współczesnych czasach byłoby to jeszcze bardziej intrygujące.
Przychodzi mi jeszcze jedna, a może nawet analogie literackie, które dowodzą, że nie potrzebujemy kosmitów, bo i na naszej ziemi ewolucja może sprawić jakiś psikus, że np. mrówki w "Trylogii mrówczej" Bernarda Werbera, czy małpy z "Planety małp", Pierr'a Boull'a będą kiedyś lepsze od nas i będą z tego jakieś kłopoty.


W samej fabule opowiadania, bohaterka Krystyna Malinowska, mieszkająca w stolicy II RP w Warszawie, dostała propozycję współpracy z tzw. Tajnym Instytutem, badającym sprawy co najmniej dziwne, m. in. Kryptozoologią. Przypadku w tym nie ma, bo jej rodzina, ojciec i stryj, sprawą się interesowali. Ojciec działał naukowo na rzecz Polski, za to stryj działał na rzecz ZSRR i stąd to zamieszanie wokół zielonej teczki. Wynikać z tego może, że Rosjanie ogarniali temat, rozumieli jakie są z tego zagrożenia, ale też korzyści.


Ekipa badawcza wyrusza na Grenlandię i rozpoczyna prace badawcze. Krótko, zwięźle i na temat jest ciekawie. Opowiadanie jest fascynujące, Pilipiuk powołuje się na jakieś naukowe koncepcje archeologiczne, ale nie mam wiedzy w tym zakresie, żeby to poddać jakiejś sensownej analizie. Więc to po prostu pominę. Książkę czyta się dobrze, szybko, jest ciekawie. Polecam.

piątek, 10 lutego 2023

Jacek Komuda, Wilcze gniazdo

 Jacek Komuda,



 Wilcze gniazdo 


Wydawnictwo: Fabryka Słów

Data wydania: 2014

ISBN: 9788375747935

liczba str.: 400

tytuł oryginału: -------

tłumaczenie: -------

kategoria: powieść historyczna


recenzja opublikowana na lubimyczytac,pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/wilcze-gniazdo/opinia/74780563   



Jak ktoś czytał o przygodach Jacka nad Jackami Dydyńskiego, czy jakimś innym diable łańcuckim, nie będzie miał trudności z tym, żeby domyśleć się z jakim klimatem będziemy mieli do czynienia w kolejnej książce Jacka Komudy. Sam tytuł "Wilcze gniazdo" mówi sam za siebie i sugeruje, że będzie ciekawie



W książce Jacek Komuda akcję umieścił w konkretnych realiach historycznych. Są to historyczno - przygodowe motywy z naszej historii XVI - XVII wieku, czyli tematycznie zbliżone do sienkiewiczowskiej trylogii. W tej książce akcja toczy się gdzieś na Ukrainie, której znaczna część należała wówczas do Rzeczpospolitej. Czytelnik, który zna i kojarzy książki tego autora wie z czym ma się spodziewać, a jeżeli jest ktoś kto tej okazji nie miał zawsze może to nadrobić i zacząć tą literacką przygodę od tej książki i spokojnie zdecydować, czu warto przeczytać kolejne.


Motyw w książce nie jest jakoś bardzo skomplikowany. Główny bohater, Gedeon Siemieński, odziedziczył włości, gdzieś na stepach i przybył objąć majątek po swoim ojcu Januszu. Wszystko byłoby ładnie pięknie, gdyby nie fakt, że z majątku została ruina w sensie dosłownym i nikt w okolicy nie jest zainteresowany tym, żeby dworek nazwanym tytułowym Wilczym gniazdem został odbudowany. Czyli Gedeon musi przekonać do siebie miejscową szlachtę. Często zachodzi konieczność używania konkretnych argumentów, jeżeli nie powiedzie się argumentacja polegająca na sile słowa, to trzeba użyć siłę miecza, z prostego powodu, że jest ona bardziej zrozumiała. Bo przecież musi wszystkich przekonać nie tylko do siebie, ale też do tego, że nie ma zamiaru ponurych rodzinnych tradycji kontynuować. Na pewno nie jest to łatwe zadanie, bo rany zadane są świeże i nie trudno je rozjątrzyć na nowo, co może skutkować licznymi lokalnymi konfliktami teraz i w przyszłości. Jak poszło Gedeonowi?


Jak można przypuszczać sporo się tutaj w książce dzieje, liczne, awantury, pojedynki, zajazdy i wiele innych atrakcji. Poznajemy Gedeona, problemy z jakimi przyszło się zmierzyć. Jak nie trudno się domyśleć, wszystko jest ciekawie, barwnie opisane, postaci są interesująco wykreowane, książkę czyta się szybko i dobrze. Książka jest zacna, warto przeczytać.









poniedziałek, 30 stycznia 2023

Alice Hoffman, Zasady magii

 Alice Hoffman, 



Zasady magii 



Wydawnictwo: Albatros

Data wydania: 2019 r

ISBN: 9788381257343

liczba str,: 378

tytuł oryginału: The Rules of Magic

tłumaczenie: Danuta Górska

kategoria fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac,pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4896486/zasady-magii/opinia/74306117#opinia74306117        





Tym razem trafiło w Book Trotterowym wyzwaniu książkowym na literaturę amerykańską. Literatura USA jest niewątpliwie specyficzna, że w tym przypadku akurat robienie tego typu wyzwania nie jest absolutną koniecznością, powodów jest przynajmniej kilka. Jednym z nich jest fakt, że jest bardzo dobrze znana. Dowodzi to tego, że z dużą dozą pewności przypuszczać można, że pewnie każdy z nas ma zbliżoną liczbę przeczytanych książek do naszej rodzimej literatury polskiej. Inna specyfika, że obywatelami USA są pisarze z niemal każdego kraju świata, w tym wyzwaniu mam już na koncie dwoje posiadaczy paszportu USA, jest to egipcjanin Omar el Akkad i japończyk Takashi Matsuoka, a jak znam życie na tym ta wyliczanka się nie skończy
Natomiast za tym, żeby jednak spróbować szczęścia przeczytać książki z tego dużego kraju jest argument, że po prostu warto i niewątpliwie jak  z lektury książki z każdego innego kraju wnioski będą ciekawe i dające do myślenia. 


W planach są dwie książki, pierwszą z nich jest książka Alice Hoffman zatytułowana "Zasady magii", niby nie jest to jakaś skomplikowana książka, i trudno od niej oczekiwać, że będzie jakaś przełomowa, ważna, coś w ten deseń, ale z drugiej strony książek fantastycznych, które dotyczą współczesności, naszych realiów nie ma aż tak dużo. Z literatury amerykańskiej jest Neil Gaiman, duet pisarski Ilona Andrews, jedna książka Terry'ego Goodkinda i chyba niewiele więcej. W naszej literaturze u Pilipiuka coś się znajdzie, jako tako kojarzę twórczość Ewy Białołęckiej, Martyny Raduchowskiej, Anety Jadowskiej, a dalej to już trzeba by się pogłowić czy coś jeszcze jest.


Ogólnie o magii traktują książki fantasy, i siłą rzeczy ci pisarze, w tym sama Alice Hoffman muszą czerpać garściami. Niemal z każdej dowiemy się coś o szkoleniu magicznym. No tu można się na potęgę rozpisywać, ale dam na luz, mówiąc kolokwialnie. Ale to jest niewątpliwie fascynujące, że w epoce lotów kosmicznych, coraz to bardziej zaawansowanych wynalazków, którymi jesteśmy otoczeni, bohaterowie książek potrzebują magii, by w tem sposób rozwiązywać swoje problemy, a my czytelnicy chcemy o tym czytać.


Autorka książki "Zasady magii" uznała najwyraźniej, że tego typu konieczność istnieje i warto o tym napisać, wcześniej poszukać natchnienia i jazda, brać się za pisanie.


Co my tu mamy? Najważniejszy w każdej książce o magii problem szkolenia magicznego. I tu jest to samo, tyle, że nie ma żadnej krainy fantasy, tylko naszą rzeczywistość, konkretnie lata 60 XX wieku, miasta mamy dwa Nowy York i Massachuset Z pierwszego wywodzi sie rodzina Owensów, stara rodzina, która praktykuje magię, od czasu przybycia do Ameryki w roku 1620, zapewne uciekając z Europy przed prześladowaniami. A w drugim mieszka ciotka, która wprowadzi Franny, Jeta i Vincenta w arkana sztuki czarodziejskiej. Nie trudno się domyślać, że mamy tu relację mistrz uczeń, wiele opisów da się znaleźć w setkach książkach fantasy np. relacja czarodziejki Yennefer i młodziutkiej Ciri w "Uniwersum Wiedźmińskim" wykreowanym przez Andrzeja Sapkowskiego. Na pewno ciekawie to wygląda w książce "Szamanka od umarlaków" Martyny Raduchowskiej, tutaj mamy nastoletnią studentkę Idę i jej ciotkę Teklę, która uczy młodą racjonalistkę jak działa kompletnie irracjonalna magia. Czyli nietrudno sobie wyobrazić z czym my tu mamy do czynienia.


Książka jest interesująca, koncepcja szkolenia magicznego jest zawsze ciekawa, i tu w czytając książke czytelnik się nie zawiedzie. Autorka ciekawie wykreowała postaci, które funkcjonują w Ameryce lat 60 -tych, które jak wiemy same w sobie mają swoją specyfikę. Polecam









czwartek, 19 stycznia 2023

Javier Sierra, Nieśmiertelna piramida

 Javier Sierra,




Nieśmiertelna piramida


Wydawnictwo: Sonia Draga

Data wydania: 2016 r,

ISBN:  9788379996483

liczba str.: 310

tytuł oryginału:  La pirámide immortal

tłumaczenie: Jerzy Wójcik Łaniewski 

kategoria: thriller



recepta opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/310700/niesmiertelna-piramida/opinia/74138066#opinia74138066     



Przeczytałem książkę zatytułowaną "Nieśmiertelna piramida", której autorem jest Javier Sierra. Książka dotyczy podbojów Napoleona Bonaparte na Bliskim wschodzie, głównie Egipt i Ziemia Święta. Dla nauki, historii i archeologii, ta ekspansja francuzów z 1799 roku ma niebagatelne znaczenie, bowiem spowodowała wzrost zainteresowania Egiptem. W jakiejś części niewątpliwie miało to charakter typowo łupieżczy, sporo eksponatów trafiło do muzeów w całej Europie i Ameryce. Ale też branżowi naukowcy wzięli się za rozwiązywanie zagadek historycznych, powstała wyodrębniona specjalistyczna nauka zwana Egiptologią. Autor, hiszpański pisarz Javier Sierra, twórca thrillerów, uznał ten motyw w historii i historii nauki za wystarczająco intrygujący, żeby o tym coś ciekawego napisać.    


Głównym bohaterem zrobił samego przywódcę tej wyprawy, przyszłego cesarza, Napoleona Bonaparte. Ten zabieg literacki, ma czytelnikowi uzmysłowić, jakie to robiło, widok piramid i wielkości starożytnego Egiptu wrażenie na samym cesarzu, ale też całej rzeszy francuskich żołnierzy. Jak na dobry thriller przystało jest ram wartka akcja, mieszanina polityki z odkryciami historycznymi dużej wagi. I to niewątpliwie jest bardzo ciekawe dla czytelnika.


Książka niewątpliwie jest ciekawa, autor bardzo ciekawie, interesująco. Można gdybać czy Napoleon miał szansę podążać tropem wielkich poprzedników Aleksandra Wielkiego i Juliusza Cezara. Niewątpliwie to był inny czas w historii, inna była geopolityka, potężna konkurencja innych mocarstw europejskich, a i sama Azja i Afryka nie były zupełnie nieznanymi lądami dla Europejczyka. Świat może nie był tak bliski jak teraz, gdzie informacje pędzą w ekspresowym tempie. Ale jednak nie jest to świat taki daleki od nas jaki my znamy. Napoleon podąża po szlakach bliskiego wschodu i poznaje coraz to nowe tajemnice, a czytelnik ma sporo frajdy z czytania o tej przygodzie. Choć w jakimś sensie motyw jest spoilerowy, bo wiadomo co było, to i tak jest ciekawie, Polecam







czwartek, 22 grudnia 2022

Nadżib Mahfuz, Chan al Chalili

 Nadżib Mahfuz, 



Chan al Chalili 



Wydawnictwo: Smak Słowa

Data wydania; 2015 r.

ISBN: 9788364846274

liczba str.: 274

tytuł oryginału: Chan al Chalili 

tłumaczenie: Jolanta Kozłowska

kategoria: literatura piekna



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/247788/chan-al-chalili/opinia/73439785#opinia73439785



Tym razem trafiło na Egipt, w ramach tej Book Trotterowej przygody literackiej była już książka autora z tego kraju ,w ramach tzw. jokerowego wyzwania, była to książka Omara El Akkada „Ameryka w ogniu”, co potwierdza, że współczesna literatura z tego islamskiego kraju ma się całkiem dobrze. Nadżib Mahfuz jest jedynym noblistą piszącym w języku arabskim, to pewnie też ma znaczenie. Wiemy też o tym pisarzu, że interesują go ulice Kairu, stolicy kraju, zdarzają się też książki o Aleksandrii z tego co kojarzę. Dumając co wybrać zdecydowałem się na książkę zatytułowaną „Chan al Chalili” . Tytułowe Chan al Chalili jest to po prostu dzielnica Kairu uważana za świętą, znajduje się tam meczet Husajna. Dzięki tej wyjątkowości, dzielnica stosunkowo dobrze przetrwała zawirowania II wojny światowej, która jak wiemy, nie ominęła kilka Afrykańskich krajów.


No to powoli wchodzimy do fabuły książki, nie jest ona jakaś skomplikowana, po prostu ludzie sobie jakoś tam żyją, jakąś część ludności w czasie wojny, tam się przeniosła, licząc na to, że uda się trudne lata przetrwać przeżyć. Z książki możemy się dowiedzieć, że patron meczetu znajdującego się w tej dzielnicy jakoś zadziałał, a już na pewno tubylcy muzułmanie w to wierzyli. Poznajemy intelektualistów, którzy toczą dysputy filozoficzne między innymi o religii, czyli jakoś ci panowie od kolegów z Europy się nie różnią za bardzo, po za tym, że założą czasem turban, pomodlą się 5 razy w stronę Mekki, rozkładając dywanik itp. Nie brakuje rozważań politycznych, a jak wiemy dzieje się na świecie, są nie mniej przejęci poczynaniami Niemców, niż my tym co dzieje się na Ukrainie. Nie brakuje też luźniejszych tematów, wiadomo oficjalnie muzułmanie trunków nie piją, bo prorok Mahomet zabrania, ale pewnie sobie tą stratę jakoś nadrabiają i znajdują jakieś przyjemności życia. Nie brakuje rozmów o tzw. dupie maryni. Jeden się przechwala, że ma cztery żony i jeszcze przynajmniej dwie kochanki, a i przygodnymi romansami nie gardzi, czy wizytami w przybytkach cór Koryntu pewnie również, choć do tego pewnie niechętnie się przyznaje. Trudno to oceniać, to prostu specyfika tej kultury, wynikającej z tego na co religia pozwala i na to jaka jest rola kobiet w islamskim społeczeństwie.


Mi kojarzy się związku z tym inna książka, którą zajmowałem się w ramach akcji literatury norweskiej, jest to oczywiście książka zatytułowana „Księgarz z Kabulu” napisana przez Asne Seierstad. Sułtana Chana, z tamtej książki, niewiele różni od Ahmada Nunu, z tej, mimo, że obu panów różni tysiące kilometrów i kilkadziesiąt lat. Ale kultura w jakiej funkcjonują jest podobna. I dlatego to jest bardzo ciekawe. Dodać tylko można, że książka jest fascynująca I ta literacka podróż do Kairu jest bardzo ciekawa, interesująca pod kątem poznawczym. Polecam.



                                         




Kate Wilhelm, Gdzie dawniej śpiewał ptak

 Kate Wilhelm, 



Gdzie dawniej śpiewał ptak 


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis 

Data wydania: 2020 r. 

ISBN:  9788381881135

liczba str.: 296

tytuł oryginału:  Where Late the Sweet Birds Sang

tłumaczenie; Jolanta Kozak 

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4906482/gdzie-dawniej-spiewal-ptak/opinia/73832154#opinia73832154   



Książka zatytułowana „Gdzie dawniej śpiewał ptak”, którą napisała Kate Wilhelm, równie dobrze mogłaby mieć tytuł „Ameryka w ruinie” i milion tego typu podobnych pomysłów, ale ten który wybrała autorka też jest dobry i wiele mówiący. Właściwie to nie ma tego typu konceptów w literaturze albo jest tego naprawdę niewiele. Przychodzi mi do głowy „Bastion” Stephena Kinga. Mamy tu cywilizację, które jeszcze funkcjonuje, ale ledwo dycha, i ludzie zdają sobie sprawę, że następne pokolenia będą walczyć o przetrwanie i walczyć o teren jak nasi pierwotni praprzodkowie. Czyli z grubsza to co oferuje nam literatura postapokaliptyczna. Różnica jest taka, że raczej nie mamy jakiegoś jednego bum i koniec, tylko jest to coś w rodzaju pełzającej, apokaliptycznej, katastrofy. Ludzie jeszcze są dobrze wykształceni, radzą sobie z klonowaniem na przykład, gorzej z informatyką, komputery działają, ale w końcu padną i nikt nie będzie wiedział co zrobić z tą rupieciarnią. Podobnie z książkami, oczywiście ktoś jeszcze czyta, ale jak są słabo zabezpieczone, z reguły po za bibliotekami, to ulegają zniszczeniu poprzez działanie czasu. Nie przypominam sobie jak odległa to jest przyszłość. A może celowo autorka to zrobiła, że nie wrzuciła czasu, żeby dać nam do zrozumienia, że nie jest dobrze.


Tak jak sugeruje tytuł książka jest bardzo mroczna, nasycona motywami ekologicznymi, większość zwierząt wyginęła. W tym ptaszki, które ładnie nam ptasim śpiewem życie uprzyjemniają. Wiemy, że są jakieś ryby, ale że stan wód jest coraz gorszy, więc trudno malować przyszłość gatunków żyjących w wodzie w kolorowych barwach. Na świecie nie jest ciekawie, bo jeżeli ta Ameryka spełnia standardy trzeciego świata, a przecież wciąż jest bogatym krajem, to strach sobie wyobrazić co dzieje się w Afryce czy Azji, albo nawet w niektórych dzielnicach Amerykańskich miast, które pewnie lepiej niż współczesne Detroit nie wyglądają.


W książce mowa o grupie ludzi, w miarę bogatych i wykształconych, prowadzą jakieś badania naukowe, mają dostęp do żywności, coś tam sami produkują. Jakaś grupa zostaje wysłana w misji do Waszyngtonu, starej stolicy Ameryki, zobaczyć co tam się dzieje. Była to długa wyprawa przez spory obszar kontynentu. Trudno powiedzieć, żeby to co zobaczyli ich zachwyciło, bo dowiedzieli się, że jest gorzej niż się spodziewali.


Podsumowując to jest trudna książka, nie przez sam jej odbiór, ale przez to, że to co czytelnik czyta robi naprawdę piorunujące i przerażające wrażenie. Autorka świetnie motywy ekologiczne i wszelkie inne opisała. Konstrukcja może jest i stosunkowo prosta, przystępność także, ale właśnie może właśnie dlatego jest ona na swój sposób wyjątkowa. Oczywiście to nic zaskakującego, że w fantastyce, science fiction jest cała masa motywów ekologicznych w literaturze, ale tutaj wokół tego autorka stworzyła całą fabułę. Nie wiem czy w krótkiej recenzji udało mi się oddać sedno tego co my tu mamy, ale dodać warto, że w dziesięciostopniowej skali na lubimyczytac.pl daje max i jest to ocena w pełni zasłużona. Książka jest po prostu genialna i nie da się zapomnieć koncepcji, idei literackich, które się w niej pojawiły. Zdecydowanie polecam.