niedziela, 30 stycznia 2022

Plutarch, Dialog o miłości

 Plutarch, 



Dialog o miłości


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 1997 r.

ISBN: 8308026842

liczba str. 140 

tytuł oryginału: Erotikos

tłumaczenie: Zofia Abramowiczówna

kategoria: filozofia 



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/310099/dialog-o-milosci/opinia/68843730#opinia68843730   



Z racji, że tym razem w wyzwaniu Book Trotter padło na literaturę grecką, postanowiłem zaproponować coś z filozofii, a najbardziej literackie są oczywiście dialogi filozoficzne, rozmawia sobie dwóch, albo więcej ludzi, snując rozważania filozoficzne podejmując mniej lub bardziej ważne problemy natury intelektualnej. Oczywiście najbardziej znane są dialogi Platońskie, w których bardzo często pojawia się jego mistrz Sokrates, i to dzięki twórczości Platona czytelnik ma okazje koncepcje sokratejskie poznać, do których w jakiś sposób się sam Platon ustosunkowuje. Jak wiadomo Akademia Platońska funkcjonowała przez ładne kolejnych kilka wieków, aż do końca starożytności. I z tą filozoficzną instytucją miał do czynienia Pluatarch, który napisał „Dialog o Miłości” w r 96 n. e. Uchodził za rzymskiego intelektualistę, choć oczywiście zawsze uważał się za greka, i kogoś w rodzaju patrioty greckiego, Grecja od ponad stu lat była prowincją rzymską, co nie przeszkadzało mu często prowadzić wykłady w Rzymie, w języku greckim oczywiście, który znali intelektualiści z Wiecznego Miasta, miał wielu przyjaciół, w Rzymie. Ale też fakt, że mieszkał z dala od Rzymu, pozwolił mu uniknąć reperkusji politycznych w zawirowaniach jakie miały miejsce w II połowie I wieku. Z grubsza to tyle, co można powiedzieć o filozofie. Dodać mogę od siebie, że filozof jest mi znany, czytałem dzieło zatytułowane „Moralia”. A tutaj zapewnić mogę, że nie ma tu tym dialogu jakiś srogich rozkmin intelektualnych, po prostu bohaterowie książki Flawian i Autolubolus rozmawiają na bardzo ważny temat, o miłości.


Flawian prosi Autobulusa o zreferowanie filozoficznych rozmów o miłości jakie odbyły się w Helikonie, w świątyni Apollina i Muz, no i jak czytelnik się domyśla Autobulos brał w nich udział. Wszak wtedy nie było internetu i innych współczesnych wynalazków, żeby ktoś mógł tego typu wiedzy dotrzeć, jeśli z jakiś powodów go tam nie ma. Flawianowi pozostało polegać na przyjacielu, no i to była podstawa do tej rozmowy. Ma ona zarówno charakter moralizatorski, wtedy kiedy obydwoje mówią, że tego typu przyjemności powinny mieć miejsce w małżeństwie. Ale też mają one charakter bardziej luźny, wtedy kiedy mówią, że jednemu czy drugiemu podoba się jakaś Ismodenora, czy jakaś inna równie piękna kobieta. Czyli jest to niewątpliwa okazja do podziwiania piękna kobiet. Potem wracają do spekulacji filozoficznych polegających na tym, że jeden filozof miał jakiś pogląd, a dziesięciu innych odmienny. Potem wracają do żartów, śmieją się, piją wino, jest wesoło i przyjemnie. Co ważne sporo też mówią o wytwarzaniu więzi, nazywanej przyjacielskiej jaka wytwarza się w miłości i na to kładą bardzo duży nacisk. Ciekawostką jest, że można wysnuć wnioski na temat miłości homoseksualnej, jak wiemy w czasach Platona była uznawana za normę, kilkaset lat później jest tolerowana, akceptowana, ale już mniej chętnie, jest uważana, za rozrywkę głównie bogatych ludzi, którzy używają sobie na orgiach, głównie w Rzymie. Przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie, niewykluczone, że mylnie. Wypowiedzi obydwu rozmówców są okraszone mnóstwem cytatów o miłości, co niewątpliwie nadaje tej książce atrakcyjności. Obydwu panom ten czas na intelektualnej dyspucie mija bardzo przyjemnie, pewnie też ucztowali, filozofowie nazywali coś takiego sympozjum, czyli spędzanie czasu na dbanie o intelekt i przyjemności.


Na pewno ta książka obala pogląd, że filozofia to takie nie wiadomo co, i nie jest dla zwyczajnych ludzi, bo jestem przekonany, że przynajmniej częścią książek może zainteresować się każdy, część jest na tyle przystępna, że bliżej im do literatury niż do jakiś abstrakcyjnych spekulacji intelektualnych, co też jest bardzo ciekawe oczywiście. Książka jest interesująca, warta przeczytania, i zainteresowania nią czytelników. Zdecydowanie
polecam.









czwartek, 20 stycznia 2022

Robert Heinlein, Władcy marionetek

Robert Heinlein,  





Władcy marionetek



Wydawnictwo: Phantom Press

Data wydania: 1991 r.

ISBN: 8385276866

liczba str.: 238

tytuł oryginału:  The Puppet Masters

tłumaczenie: Maria Dylis

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/65858/wladcy-marionetek/opinia/11308479#opinia11308479  


                                

Dopiero co w recenzji książki Pilipiuka zatytułowana „Upiór w ruderze” było na ostatnich stronach, że w niczym amerykańskim filmie „Dzień niepodległości”, zaistniała konieczność uporania się z inwazją kosmitów. Tak też dokładnie jest w tej książce, którą skończyłem czytać, zatytułowana jest „Władcy marionetek”, której autorem jest Robert Heinlein. Tyle, że nie ma tu typowych „Gwiezdnych Wojen", czy innych np. "Mass Effectowych” atrakcji jak wojna ze Żniwiarzami np. Po prostu kosmici, będę ich nazywał dla uproszczenia, tak jak autor książki, Władcami Marionetek, działają w bardziej wyrafinowany sposób.



W sumie to troszkę może przypominać działania Zbieraczy w drugiej części  growego „Mass Effecta”, wbijali Zbieracze np. na ludzką kolonię, wypuszczali roje tajemniczych owadów, potem zgarniali wszystko co się rusza i zmykali. Na planecie np. na Horyzoncie po prostu po wizycie Zbieraczy nie ma ludzi, nie ma też najmniejszych śladów oporu, tak jakby towarzystwo po prostu wyparowało. Tu w książce Władcy marionetek trafiają na naszą planetę Ziemia, nie wiedzieć kiedy opanowują nie tylko ludzi, ale i niektóre zwierzęta. Ciekawie jest opisany proces rozpracowywania pasożyta, potem nawet swego rodzaju dyskurs z pasożytem. Troszkę to przypomina motyw jak Geralt w „Wiedźminie 3” rozmawiał z wiedźmami z Velen, za pośrednictwem Anny Stenger, żony Krwawego Barona. I to jest po prostu w książce świetne. Mi brakuje czego takiego, co można znaleźć w książkach z gry „Mass Effect” Drew Karpyshyna, kiedy to żniwiarze opanowali Paula Greysona, zrobili z niego niemal supermana, i wpływali na jego wolę, a nawet go łamali, czyli robił coś czego w życiu by nie zrobił. Daje to wyobrażenie jak w grze „Mass Effect 1” żniwiarze mogli wpływać na Sarena, turiańskie widmo. Musieli to robić bardzo dyskretnie bowiem Saren był przekonany niemal do końca, że dysponuje wolną wolą i że Żniwiarze nie mają interesu w tym, żeby go indoktrynować.


Mam nadzieję, że ta analogia z gier, zarówno ‘Wiedźmina 3” jak i gier i książek „Mass Effectowych” jest przydatna w zrozumieniu o co mi chodzi, że najprawdopodobniej Władcy Marionetek nie potrzebowali czegoś takiego jak indoktrynowania ludzi, po prostu sobie żyli w ciele żywiciela, mieli z tego korzyści, całkiem możliwe, że były one obopólne, tego do końca też nie wiemy.



A jednak władze kraju uznały, że trzeba z tym poważnym, niespotykanym w dziejach ludzkości problemem coś zrobić. Piszę świadomie tylko o administracji amerykańskiej, bowiem niesamowicie dziwnym zbiegiem okoliczności Władcy Marionetek opanowali tylko teren USA. Reszta świata wiedziała co się dzieje, ale śpieszyli się powoli, żeby umierać za Nowy York czy Los Angeles. Dlatego właśnie, że amerykanie pozostawieni byli z tym kłopotem uważali, że trzeba zagadkę rozwikłać skąd się to kosmiczne diabelstwo wzięło? Z tego co się dowiedziano opanowali oni w podobny sposób sporą część galaktyki. No i oczywiście weszła kombinatoryka jak się dobrać Władcom marionetek do ich kosmicznej skóry i zrobić w kosmosie porządek w amerykańskim stylu oczywiście.



Książka jest po prostu genialna, i nieprzypadkowo uznawana jest za klasyk literatury science fiction. Warto książkę przeczytać i zapoznać się z tą niebywale ciekawą koncepcją. 











środa, 19 stycznia 2022

Andrzej Pilipiuk, Upiór w ruderze

Andrzej Pilipiuk


Upiór w ruderze



Wydawnictwo: Fabryka słów 

Data wydania: 2020 r. 

ISBN:   9788379645749

liczba str.: 376

tytuł oryginału: --------

tłumaczenie: --------

kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4926635/upior-w-ruderze/opinia/68654467#opinia68654467      







Jak wiecie moi drodzy czytelnicy, zerkam czasem na twórczość Andrzeja Piliiuka, I to pomimo świadomości, że trudno tą literaturę uznawać za jakąś wybitną. W ramach gatunku fantastyki szeroko pojętej są to raczej książki rozrywkowe, bo mamy tu zabawy wszelkimi możliwymi koncepcjami literackimi, szczególnie ciekawe są np. przeróżne podróże w czasie. Nie jest tajemnicą, że Pilipiuk szczególnie dobrze czuje się w opisywaniu realiów XIX wiecznych. Powszechnie znane są prawicowe przekonania autora, no i że niechętnie odnosi się do lewej sceny politycznej i czasów „słusznie minionych” ,i to widać także po tej recenzowanej książce zatytułowanej „Upiór w ruderze”. Ok, autor ma do tego prawo, i czytelnikowi nic do tego, może po prostu nie czytać książek autora jeśli mu koncepty polityczne nie odpowiadają. Ja nie mam zwyczaju negować książek tylko z tego powodu, że mi np. nie po drodze z poglądami autora i skupiam się na wartościach literackich, i nie widzę w tym przeciwskazań, żeby książki czytać, bo one zawsze mogą wzbogacić czytelnika o pewną wiedzę. 


No ale zajmijmy się książką, jak wszystkie książki autora, są lekkie, łatwe i przyjemne, czytelnik doskonale się bawi, jest okazja się pośmiać. Jak autor zapewnia książka zacznie się wybuchowo, ale dalej będzie równie ciekawie. Zaczęło się w roku 1812, trzy młode panny, dwie szlachcianki i służąca są same w dworku szlacheckim w Liszkowie. Jakaś ciekawość spowodowała, że wszystkie trzy; Lukrecja Kornelia i Marcelina, trafiły do szopy, gdzie znalazła się armata z dawnych czasów, skończyło się to fatalnie. Skończyły jako pokutujące duszyczki mające pilnować majątku Liszkowskich przez kolejne 500 lat. A że z historii wiemy, że w przynajmniej w dwóch stuleciach było ciekawie, to i duszyczki miały co robić.


Cała opowieść już bardziej na serio zaczyna się pod koniec drugiej wojny światowej, Niemcy jeszcze się trzymają, ale Armia Czerwona już blisko. Dla jednych i drugich bogaty szlachecki dworek jest okazja do zgarnięcia solidnych łupów. No ale, te wredne duchy żyć nie dawały, to była nielicha przeprawa z pannami z XIX w. Dalej mamy opisanych kilka epizodów w okresu PRL- u i było nie mniej ciekawie, bo przybywali ambitni aparatczycy, których celem było się wybić i zdobyć awans na jakąś lepszą, w domyśle bogatszą lokacje, a z pałacu Liszkowskich wynieść to czego nie dali rady okupanci. Był nawet jeden, który miał ambicję naukowe i chciał robić doktorat z dokonań lokalnego bohatera walk o wyzwolenie kraju, wylansowanego przez Rosjan, a potem naszych. Problemem był jeden drobiazg, że Edward Kukuła był pospolitym złodziejem, i tylko swoisty układ akowców z Niemcami sprawił, że wytrzasnęli z niczego radzieckich partyzantów, oczywiście martwych, byli to ludzie skazani przez Państwo Podziemne, wśród nich złodziej z którego zrobiono miejscowego bohatera komunizmu, bo taki się przydał.


Czytając dumałem czy będzie coś o przyszłości, i o dziwo nie zawiodłem się, bowiem w połowie XXI wieku był atak kosmitów na Ziemię. W końcu wysłannicy Obcych trafili do Liszkowa, i oczywiście upomnieli się o pałac, a jak można się domyśleć, duchy trzech kobiet już zacierały ręce, żeby, mówiąc kolokwialnie i po pilipiukowsku, dokopać ufokom!


O to cała prosta historia, no i niesamowicie śmieszna. Książka jest po prostu przyzwoita, nadaje się do czytania, a historia wciąga. Bohaterowie są ciekawie wykreowani, czasem, czuć czasem niemal kabaretowe przerysowanie, ale bardzo mocno to nie przeszkadza w lekturze. Dodać można, że czytanie tej książki stratą czasu nie jest. Polecam 

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Marcin Sergiusz Przybyłek, Gamedec - Granica rzeczywistości

 Marcin Sergiusz Przybyłek, 



Gamedec - Granica rzeczywistości



cykl: Gamedec, t. 1 



Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2016 r.

ISBN:  9788380620797

liczba str.: 466

tytuł oryginału: ---------

tłumaczenie: ----------

kategoria; science fiction 



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/3932442/gamedec-granica-rzeczywistosci/opinia/68169210#opinia68169210  




Książka zatytułowana „Gamedec – Granica rzeczywistości” a wraz z nią, cały cykl „Gamedec” pod kątem koncepcyjnym jest ciekawy i niezwykle oryginalny. W dzisiejszych czasach tego typu rozważania o świecie gier, wirtualium, ale też rzeczywistości, czyli realium, może nie robią takiego niesamotnego wrażenia, zwłaszcza jeśli ktoś czytał książkę zatytułowaną „Reamde” Neal’a Stephensona. Ale trzeba brać poprawkę, że ten zbiór opowiadań, który stał się pierwszą częścią cyklu powstał dwie dekady temu (2002/3 r.) , więc wtedy ta perspektywa wygląda zupełnie inaczej, i rzeczywiście jest dobrą koncepcją science fiction. Bo zasadnicze jest pytanie, jak będzie wyglądał świat końca XXII wieku, wtedy kiedy ludzie będą używać komputerów w celu rozrywkowym, czyli grania w gry wszelakie od paru pokoleń i będą to robić praktycznie wszyscy. Myślę, że dzisiaj jest zdecydowanie łatwiej o tego typu spekulacje, ale wtedy, na początku wieku, było to wróżenie z fusów jak przypuszczam.


Głównym bohaterem jest Torkil Aymore, który jest gamedec’iem, kimś w rodzaju detektywa, speca od zadań specjalnych, jak wygląda praca Gamedec’a, można zobaczyć w grze, która powstała na podstawie tego cyklu i można się przekonać, że to jest bardzo ciekawe. A problemy są różna, ktoś zostanie w grze i nie może wyjść, bez pomocy fachowca np., ktoś ma jeszcze inne problemy, i od tego są gamedec’y, żeby pomagać ludziom oczywiście za sowitą opłatą. Do tego Torkil Aimore dokumentuje swoją pracę na jednej z platform, gdzie umieszcza się filmy w internecie. W tej książce nie za wiele jest informacji o przeszłości Warsaw City, więcej można dowiedzieć się w grze, ale jak przypuszczam kolejne tomy będą bardziej fabularne i wciągające w te gamerskie motywy i to będzie bardzo ciekawie. Nie omieszkam sprawdzić jak będzie okazja.


Raczej krótko i na temat napisałem o tej książce, bo jestem przekonanym że po pierwsze tyle informacji wystarczy, żeby się dowiedzieć o co chodzi w fachu gamedeca, i co z tego wynika dla samej treści książki. Myślę, że to jest bardzo ciekawa propozycja literackiej podróży w przyszłość, żeby zgłębić zarówno wirtualium, jak i realium. Książka jest bardzo ciekawa, interesująco wykreowany jest literacki bohater gamedec Torkil Aymore. Jest to przyzwoita propozycja dla każdego czytelnika, zarówno tego co gra w gry, i w niektórych spędza tysiące godzin, jak i tego, który zadowala się tylko książkami i chce poznać inny świat, innych ludzi i poznać ich motywację, dlaczego grają, i czekają na kolejne gry lub nowe sezony jakiejś gry. Książka jako koncepcja science fiction jest interesująca, bo przecież nie mamy pojęcia i nikt z nas nie dożyje prawie dwustu lat i to wciąż należy do futurystycznych spekulacji jak to będzie wyglądało w przyszłości. Książka jest ciekawa, polecam, warto przeczytać







środa, 22 grudnia 2021

Walter Scott, Kwintyn Durward

 Walter Scott, 



Kwintyn Durward 


Wydawnictwo: Hachette Polska

Data wydania: 2008 r.

ISBN:  9788374487719

liczba str: 280 

tytuł oryginału:  Quentin Durward

tłumaczenie: Terlecki Tymon

kategoria: powieść historyczna



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/91732/kwintyn-durward/opinia/67942349#opinia67942349     



W książkowym wyzwaniu Book Trotter nadeszła pora na wyzwanie szkockie, zdecydowałem się na książkę Waltera Scotta zatytułowaną Kwintyn Durward. W sumie lubię powieści historyczne, więc można było spróbować szczęścia z tym autorem, kiedyś było czytane co nie co, więc z grubsza wiedziałem czego można się spodziewać. Kwintyn Durward, to główny bohater, oczywiście szkot, który pojawił się we Francji w czasach panowania króla Ludwika XI, króla ambitnego, który miał na pieńku z arystokracją. Działo się tak ponieważ próbował robić coś co kombinował później Ludwik XIV, wtedy to zostało nazwane złotą klatką Wersalu. Idea była taka, żeby mieć szlacheckie towarzystwo pod kontrolą, król Ludwik XI natomiast wykorzystywał do tego celu powinności feudalne, które usiłował drobiazgowo respektować. Skończyło się to buntem szlacheckim.


Wracając do bohatera książki Kwintyn Durward służy w regimencie szkockim. Można się pogłowić skąd się tam wziął, no ale, że regimenty szkockie były także na ziemiach Rzeczypospolitej w XVII wieku np., literacki bohater „Pana Wołodyjowskiego” Sienkiewicza Ketling. Wynika z tego, że najemników szkockich można było spotkać w całej Europie, a po drugie pierwszą żoną Ludwika XI była Małgorzata Szkocka, więc troszkę dworu, w tym także chłopców, którzy potrafią machać szabelką mogła zabrać ze sobą.


O bohaterze dowiadujemy się również, że widać był zaufanym człowiekiem zarówno króla, jak i biskupa, potem znowu króla gdy wrócił do łask. Wykonywał misje poselskie, i do pewnego stopnia szpiegowskie. Jak na powieść tego autora to proporcje są dokładnie odwrotne niż zazwyczaj, absolutnie dominują wydarzenia, a o życiu prywatnym Kwintyna Durwarda dowiadujemy się niewiele, po za tym, że dobrze kombinował i udawało mu się nie podpaść, któremuś z licznych możnych tego świata. Jak to w tego typu powieściach bywa wkręcał się w liczne awantury, w których umięjętności bojowe bywały przydatne.


Oczywiście nie należy się spodziewać po tym autorze, że książka będzie jakaś wybitna, bo autor zwykle pisał dla rozrywki czytelnika te książki. Na pewno na plus są liczne intrygi dworskie, mnóstwo wydarzeń, wojen, i wiele takich zamieszań. Podsumowując nie jest źle, da się tą książkę przeczytać i ocenić ją jako nieco ponad przeciętną. Czyli jest całkiem dobrze.


         










wtorek, 23 listopada 2021

Arthur Charles Clarke, Imperialna Ziemia

 Arthur Charles Clarke, 



Imperialna Ziemia



Wydawnictwo:  Vis a Vis/Etiuda

Data wydania: 2011 r. 

ISBN:  9788361516606

liczba str.: 264

Tytuł oryginału:  Imperial Earth

tłumaczenie: Marcin Borski

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/92003/imperialna-ziemia/opinia/67011804#opinia67011804     




Podejrzewam, że prawie każdy kojarzy „Odyseję kosmiczna 2001” Arthura C. Clarka, więc jest pewien, czego można się po twórczości tego autora. Książka „Imperialna Ziemia” nie jest jakaś specjalnie wybitna, ale i tak warta poznania. Motyw znany z szeregu książek sf, że spora cześć ludzkości udała się w kosmos, próbując tam szczęścia i układania sobie życia. Co nie znaczy wcale, że z Ziemią stało się coś dramatycznego. Nasza planeta funkcjonuje i wręcz jest nazywana Imperialną Ziemią i planety z kosmosu miały status kolonii i były uzależnione od planety i państwa Ziemia. Głównym bohaterem jest Duncan, który od urodzenia mieszka na Tytanie, księżyc Saturna. Opisane jest życie tego młodego geniusza jak temu bohaterowi i jego rodzinie żyje się w tej kosmicznej kolonii. Pewnego dnia Duncan się dowiaduje, że ma okazję odbyć podróż na Ziemię i spędzić tam troszkę czasu. Dzięki temu Duncun, jako bohater i narrator jednocześnie ma okazję opowiedzieć czytelnikom jak się zmieniło życie na Ziemi w tej literackiej przyszłości. Na pewno większe akcenty rozłożone są na ekologię. Wielkich metropolii jest niewiele i uchodzą one za coś w rodzaju skansenu.


Czyżby to była próba realizacji tego co w „Uniwersum Diuna” robił cesarz Letho II Atryda, syn Paula Muadiba, zwany też był Bogiem Imperatorem? On przemienił całe galaktyczne cesarstwo, głównie były to wsie, a nieliczne metropolie miały wielkość co najwyżej średniej wielkości miast. Po przejściu Złotej Drogi i przemiany w czerwia rządził bardzo długo, 3500 lat,  więc czasu miał sporo na realizację koncepcji.


Wracając do książki Clarka, Duncan po tej poznawczej podróży na Ojczystą planetę ludzkości wrócił, mając okazję zabawić się w kogoś w rodzaju etnografa. Pewnie musiał, bo się kończył termin czegoś w rodzaju wizy, ale też niczego nie żałował, że wraca do siebie na Tytana.


Tak jak wspomniałem, ta książka nie jest jakaś specjalnie odkrywcza, ani skomplikowana, zwłaszcza dla kogoś to troszkę tych książek przeczytał. Ale w sumie nie ma czego żałować. Warto książkę przeczytać. Polecam.












piątek, 19 listopada 2021

Rafał Kosik, Nowi ludzie

Rafał Kosik, 



Nowi ludzie 



Wydawnictwo: Powergraph

Data wydania: 2013 r.

ISBN:   9788361187943

liczba str.: 408

tytuł oryginału: -------------

tłumaczenie: ----------

kategoria: science fiction 



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:


https://lubimyczytac.pl/ksiazka/189513/nowi-ludzie/opinia/21172347#opinia21172347    





Trzy cyfry, tysiąc kombinacji, [ w: ] Kosik R., Nowi Ludzie


Rafał Kosik napisał bardzo ciekawe opowiadania, które zostały opublikowane w zbiorze „Nowi ludzie”, jak zwykle swoim zwyczajem wybrałem jedno opowiadanie, żeby zająć się nim w recenzji. Opowiadanie jest tak skomplikowane jak potrafi być czasem rzeczywistość i choć jest to opowiadanie sensu stricto fantastyczne to jest ono mocno inspirowane tym co mamy w geopolityce w ostatnich dwóch dekadach XXI w., no i wizja przyszłości raczej mroczna. Zaczęło się od tego, że terroryści od wyznawców proroka Mahometa nie odpuścili, po atrakcjach w Nowym Yorku w 2001 r. były kolejne wybuchy w wielu miastach zachodniego świata, nie uniknęła tego losu również Warszawa, samolot poleciał w kierunku Pałacu Kultury, no ale dzielni pasażerowie, potomkowie powstańców podeszli buntowniczo do tematu i spuścili łomot terrorystom, a samolot zahaczył ledwo o iglicę budynku. No ale to dopiero początek, bo tak jak w rzeczywistości była wojna terroryzmem, i dopiero się zaczęło. Kompletny chaos, efekt swego rodzaju powrót do średniowiecza, Polska podzieliła się na wiele państw miast. W Europie było podobnie, jednak procesy zjednoczeniowe toczyły się szybciej i była obawa, że z Polski nie będzie co zbierać, zresztą podobnie było kilka razy w średniowieczu. Był podawany w książce przykład księcia Mieszka I, jak jednoczył plemiona Polan i stworzył państwo. Choć przypuszczam, że równie trafna jest analogia do rozbicia dzielnicowego, ewentualnie też pierwsze lata po odzyskaniu niepodległości, gdzie trzeba było złączyć ponownie w całość trzy części kraju, które funkcjonowały w różnych systemach kulturowych i prawnych. I wedle koncepcji Rafała Kosika coś takiego przydarzyło się jeszcze w XXI w.



Jest to jedna z licznych, pesymistycznych koncepcji w literaturze, że to kulturowy i islam religijny w przyszłości przejmie Zachód, i ulice np. Warszawy będą wyglądały mniej więcej tak jak teraz ulice Bejrutu czy Aleppo. Mamy tu opisaną misję dyplomatyczną z Warszawy do Krakowa, który stanowił oddzielne państwo. Główny bohater informatyk i jego koleżanka Anna, pracowali dla Szefa, lokalnego watażki, ta struktura władzy przypominała mafię, ale jak się okazało był ktoś jeszcze., kimkolwiek byli wytłumaczono im, że są przedstawicielami rządu i działają w interesie nowo powstałego rządu Rzeczypospolitej w celu ponownego zjednoczenia kraju. Ta misja dyplomatyczna z nazwy przypominała, raczej misję typowo szpiegowską, bo jak się okazało ta misja miała w sobie licencję na zabijanie. Teoretycznie było to proste, przewiezienie samochodem zwykłej walizki z punktu A do punktu B. No ale jednak dowiedzieli się później o co w tym chodzi, no i dowiedzieli się, że wybór był dobry, bo już niebawem dostali podobna misję z identyczną walizką do innego miasta.


Mam wrażenie, że to było najbardziej rozbudowane fabularnie opowiadanie, w sumie niewiele brakowało, żeby dało się zrobić z tego dobrą powieść. Koncepcja na pewno jest ciekawa, ma w sobie dramaturgię, taka mieszanka fantastycznego political fiction z dobrym thrillerem. Wszystkie opowiadania są ciekawe Niewątpliwie warto przeczytać. Polecam.