piątek, 11 lutego 2022

Robert J. Szmidt, Zgasić słońce. Szpony smoka

 Robert J. Szmidt, 



Zgasić słońce. Szpony smoka 


Wydawnictwo: Sine Qua Non 

Data wydania: 2020 r. 

ISBN:  9788381295901

liczba str.: 439

tytuł oryginału: -------

kategorie: historia alternatywna


recenzja opublikowana na lubimyczytać.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4912158/zgasic-slonce-szpony-smoka/opinia/68925182#opinia68925182    




Trafiłem przypadkiem na dość oryginalną koncepcję historii alternatywnej, jaką zaproponował czytelnikom Robert J. Szmidt w książce „Zgasić słońce. Szpony smoka”. Autor wyspekulował jak tu połączyć motyw japoński z naszą rodzimą historią, na kanwie autentycznego motywu jakim były podróże Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego do Tokio, żeby załatwiać tam sprawę walki o niepodległość i wykorzystać wojnę Rosyjsko – japońską z pierwszych lat XX w. do celów politycznych, przy okazji toczyli wojnę Polsko –polską między sobą. No ale to wystarczy tytułem wprowadzenia i opowiedzieć o tej alternatywnej koncepcji, jaką mamy w książce.



Jest rok 1905, Japonia, która już wtedy ma imperialne zapędy i przewagę technologiczną nad całym światem, toczy wojnę nie tylko z Rosją, ale też koalicja państw Zachodnich, w tym USA oczywiście, o to, żeby ułożyć polityczną układankę na globie według własnych upodobań. Głównym, acz drugoplanowym w tych zmaganiach politycznych jest Andrzej Horodyński, postać fikcyjna, potomek powstańców, który walczył w armii carskiej, ściślej mówiąc w marynarce wojennej Imperium Rosyjskiego. Miał odpowiedzialne stanowisko i nawet pewne sukcesy na polu chwały wykazując się iście kozacką brawurą niczym jego przodkowie walczący w bitwach, raczej z góry skazanych na przegraną. Pojawia się Józef Piłsudski, który ma genialny plan, niczym wytrawny szachista, który wylicza jakąś ekstra kombinację, żeby zdobyć przewagę i przybliżyć się do wygranej. Koncept jest genialny, dzięki sojuszowi z dalekim krajem wywalczyć, nie dość, że niepodległość, to kosztem sąsiadów zbudować pozycję mocarstwową, i to najprawdopodobniej bez jednego wystrzału. Dokładnie w stylu chińskiego, starożytnego teoretyka filozofii wojny. Sun Tsu, który głosił, że najlepsze zwycięstwo to takie o którym wiedzą tylko zwycięzcy, a reszta się nie orientuje co się dzieje. No ale wiadomo w polityce liczy się siła argumentu i czy Piłsudski jest w stanie Japończyków przekonać, że ta koncepcja trzyma się kupy. Jak będzie czytelnik ma okazję przekonać się zerkając na karty książki?



Pod kątem fabularnym książka jest fajna, akcja jest szybka, sporo ciekawej batalistyki, koalicja walczy z tajemniczymi smokami z Japonii, cokolwiek ma to oznaczać. Andrzej Horodyński ma okazję zostać bohaterem ratując z opresji bitewnej rosyjska flotę. Jakby było mało mu chwały plany wielkie plany ma wobec niego sam Piłsudski, żeby miał okazję wykazać się dla Polski. Postaci są w książce świetnie wykreowany, koncept, że marszałek mógł namieszać w historii i ją diametralnie zmienić jeszcze bardziej jest niezła. Warto książkę przeczytać. Polecam.













piątek, 4 lutego 2022

Robert J. Szmidt, Riese

 Robert J. Szmidt, 



Riese 


cykl: Otchłań, t. 3



Seria: Projekt Dmitry Glukhowski: Uniwersum Metro 2035


Wydawnictwo: Insignis

Data wydania: 2019 r. 

ISBN:  9788366071780

liczba str.: 448

tytuł oryginału: --------

tłumaczenie: ---------

kategoria: postapokalipsa


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4366708/riese/opinia/68243070#opinia68243070 





      

Seria „Metro Uniwersum 2035” to swego rodzaju nadzieja, że ludzkość podniesie się po nuklearnej apokalipsie, wróci na powierzchnię i zacznie odbudowę cywilizacji. W tej konwencji Robert J. Szmidt napisał trzecią część cyklu „Otchłań”., zatytułowaną "Riese". Dowiadujemy się, że na niewielkim terenie wokół poniemieckich bunkrów Rise rzeczywiście jest teren na którym spokojnie mogłoby żyć i pracować na powierzchni jakieś kilka tysięcy osób, wbrew pozorom wcale nie tak mało. Ale jak to bywa Wrocławska Otchłań i Rise, siedziba Czystych są ze sobą w stanie wyniszczającej wojny. Nie wczuwając się w detale jest ciekawie.


Jasne, że nie miał zamiaru zaharować się na śmierć, tylko miał własny koncept, dokonanie zemsty i rozpieprzenie całego Rise. Zresztą Czyści odwzajemniali tego typu odczucia, chcieli zabić byłego Czarnego Skorpiona, który dał radę niczym komandos pozabijać sporo ludzi. Reszty dzieła zniszczenia dokonała ekipa Frei, przywódczyni podziemnego Wrocławia. Do kolejnego transportu kolejowego zamiast ślepców dostarczono całą armię mutantów. W sumie mniejsza o to jak dali radę to zrobić, był to niezły majstersztyk, a efekt murowany, to wystarczyło, że Rise ledwo zipie. Pozostaje pytanie co dalej?



W książce jest cale mnóstwo intelektualnych motywów, więc nie jest tak, że wszyscy walczą o przetrwanie w sensie dosłownym, ale też o utrzymanie tych resztek cywilizacji jakie pozostały. To jest obecne w niemal każdej książce tego, „Metrowego” uniwersum. W wielu ośrodkach funkcjonuje radio i jest nadawana muzyka. W samym Rise też jest ogromna biblioteka, ale też niemały zbiór dóbr kultury, który zrabowali naziści z samą bursztynową komnata na czele. Bo motyw czystości, czy człowieczeństwa, kto jest bardziej ludzki i czy ktoś inny jeszcze zwierzątkiem już nie jest był w poprzednich częściach cyklu. A to jak wiadomo doskonale wpisuje się w filozofię Nietzschego. Sporo dowiadujemy się o geopolityce, Zachodnia Polska znalazła się na swoistym limes, ziemię niczyją oddzielającą wpływy rosyjskie od Zachodu, a tych co jakimś cudem przeżyli zostali skazani na konsumpcję przez mutanty i po jednej i drugiej stronie nikt ich widzieć nie chce. Czyli nawet Czyści nie są mile widziani np. w Europie, bo uważani są za barbarzyńców.


Zadziwiająco dużo jest odniesień do współczesności. Chociażby, że Nauczyciel wcale nie dziwi się, że np. Ślepcy tak łatwo dają się rządzącym Riese przekonać do swoich racji i bynajmniej nie są oni lepsi od innych mieszkańców Wrocławia, czy nawet samego Riese. A co gorsza, twierdzi sam autor, że to się zaczęło przed atakiem i podejmowano tego typu próby manipulacji. Zapewne w warunkach postapo rządzący nie musieli się wiele wysilać, żeby te metody udoskonalać, no bo przecież po ponad dwóch dekadach mamy już dorosłe pokolenie, które nie miało kiedy się w miarę dobrze się wykształcić i przez to są oni bardziej podatni na wpływy innych.


Na pewno ta perspektywa z punktu widzenia starszego, inteligentnego człowieka, Pamiętającego było nie było, co działo się we Wrocławiu i okolicach w roku 2035 jest bardzo ciekawa i dająca do myślenia. Autor przemycił w książce bardzo dużo pesymizmu, jakoś dziwnie kojarzy mi się to z dwoma odsłonami gry „The last of Us”, gdzie nieliczne grupy, które przetrwały apokalipsę zombie zwalcza się nawzajem, ludzi w tych grach ginie wcale nie mniej niż masakrowanych zombie. Zresztą to porównanie jest bardzo trafne, bo zaskakująco dużo tam jest odniesień do „Metrowego uniwersum” właśnie. Książka jest bardzo ciekawa. Polecam.






niedziela, 30 stycznia 2022

Plutarch, Dialog o miłości

 Plutarch, 



Dialog o miłości


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 1997 r.

ISBN: 8308026842

liczba str. 140 

tytuł oryginału: Erotikos

tłumaczenie: Zofia Abramowiczówna

kategoria: filozofia 



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/310099/dialog-o-milosci/opinia/68843730#opinia68843730   



Z racji, że tym razem w wyzwaniu Book Trotter padło na literaturę grecką, postanowiłem zaproponować coś z filozofii, a najbardziej literackie są oczywiście dialogi filozoficzne, rozmawia sobie dwóch, albo więcej ludzi, snując rozważania filozoficzne podejmując mniej lub bardziej ważne problemy natury intelektualnej. Oczywiście najbardziej znane są dialogi Platońskie, w których bardzo często pojawia się jego mistrz Sokrates, i to dzięki twórczości Platona czytelnik ma okazje koncepcje sokratejskie poznać, do których w jakiś sposób się sam Platon ustosunkowuje. Jak wiadomo Akademia Platońska funkcjonowała przez ładne kolejnych kilka wieków, aż do końca starożytności. I z tą filozoficzną instytucją miał do czynienia Pluatarch, który napisał „Dialog o Miłości” w r 96 n. e. Uchodził za rzymskiego intelektualistę, choć oczywiście zawsze uważał się za greka, i kogoś w rodzaju patrioty greckiego, Grecja od ponad stu lat była prowincją rzymską, co nie przeszkadzało mu często prowadzić wykłady w Rzymie, w języku greckim oczywiście, który znali intelektualiści z Wiecznego Miasta, miał wielu przyjaciół, w Rzymie. Ale też fakt, że mieszkał z dala od Rzymu, pozwolił mu uniknąć reperkusji politycznych w zawirowaniach jakie miały miejsce w II połowie I wieku. Z grubsza to tyle, co można powiedzieć o filozofie. Dodać mogę od siebie, że filozof jest mi znany, czytałem dzieło zatytułowane „Moralia”. A tutaj zapewnić mogę, że nie ma tu tym dialogu jakiś srogich rozkmin intelektualnych, po prostu bohaterowie książki Flawian i Autolubolus rozmawiają na bardzo ważny temat, o miłości.


Flawian prosi Autobulusa o zreferowanie filozoficznych rozmów o miłości jakie odbyły się w Helikonie, w świątyni Apollina i Muz, no i jak czytelnik się domyśla Autobulos brał w nich udział. Wszak wtedy nie było internetu i innych współczesnych wynalazków, żeby ktoś mógł tego typu wiedzy dotrzeć, jeśli z jakiś powodów go tam nie ma. Flawianowi pozostało polegać na przyjacielu, no i to była podstawa do tej rozmowy. Ma ona zarówno charakter moralizatorski, wtedy kiedy obydwoje mówią, że tego typu przyjemności powinny mieć miejsce w małżeństwie. Ale też mają one charakter bardziej luźny, wtedy kiedy mówią, że jednemu czy drugiemu podoba się jakaś Ismodenora, czy jakaś inna równie piękna kobieta. Czyli jest to niewątpliwa okazja do podziwiania piękna kobiet. Potem wracają do spekulacji filozoficznych polegających na tym, że jeden filozof miał jakiś pogląd, a dziesięciu innych odmienny. Potem wracają do żartów, śmieją się, piją wino, jest wesoło i przyjemnie. Co ważne sporo też mówią o wytwarzaniu więzi, nazywanej przyjacielskiej jaka wytwarza się w miłości i na to kładą bardzo duży nacisk. Ciekawostką jest, że można wysnuć wnioski na temat miłości homoseksualnej, jak wiemy w czasach Platona była uznawana za normę, kilkaset lat później jest tolerowana, akceptowana, ale już mniej chętnie, jest uważana, za rozrywkę głównie bogatych ludzi, którzy używają sobie na orgiach, głównie w Rzymie. Przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie, niewykluczone, że mylnie. Wypowiedzi obydwu rozmówców są okraszone mnóstwem cytatów o miłości, co niewątpliwie nadaje tej książce atrakcyjności. Obydwu panom ten czas na intelektualnej dyspucie mija bardzo przyjemnie, pewnie też ucztowali, filozofowie nazywali coś takiego sympozjum, czyli spędzanie czasu na dbanie o intelekt i przyjemności.


Na pewno ta książka obala pogląd, że filozofia to takie nie wiadomo co, i nie jest dla zwyczajnych ludzi, bo jestem przekonany, że przynajmniej częścią książek może zainteresować się każdy, część jest na tyle przystępna, że bliżej im do literatury niż do jakiś abstrakcyjnych spekulacji intelektualnych, co też jest bardzo ciekawe oczywiście. Książka jest interesująca, warta przeczytania, i zainteresowania nią czytelników. Zdecydowanie
polecam.









czwartek, 20 stycznia 2022

Robert Heinlein, Władcy marionetek

Robert Heinlein,  





Władcy marionetek



Wydawnictwo: Phantom Press

Data wydania: 1991 r.

ISBN: 8385276866

liczba str.: 238

tytuł oryginału:  The Puppet Masters

tłumaczenie: Maria Dylis

kategoria: science fiction 


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/65858/wladcy-marionetek/opinia/11308479#opinia11308479  


                                

Dopiero co w recenzji książki Pilipiuka zatytułowana „Upiór w ruderze” było na ostatnich stronach, że w niczym amerykańskim filmie „Dzień niepodległości”, zaistniała konieczność uporania się z inwazją kosmitów. Tak też dokładnie jest w tej książce, którą skończyłem czytać, zatytułowana jest „Władcy marionetek”, której autorem jest Robert Heinlein. Tyle, że nie ma tu typowych „Gwiezdnych Wojen", czy innych np. "Mass Effectowych” atrakcji jak wojna ze Żniwiarzami np. Po prostu kosmici, będę ich nazywał dla uproszczenia, tak jak autor książki, Władcami Marionetek, działają w bardziej wyrafinowany sposób.



W sumie to troszkę może przypominać działania Zbieraczy w drugiej części  growego „Mass Effecta”, wbijali Zbieracze np. na ludzką kolonię, wypuszczali roje tajemniczych owadów, potem zgarniali wszystko co się rusza i zmykali. Na planecie np. na Horyzoncie po prostu po wizycie Zbieraczy nie ma ludzi, nie ma też najmniejszych śladów oporu, tak jakby towarzystwo po prostu wyparowało. Tu w książce Władcy marionetek trafiają na naszą planetę Ziemia, nie wiedzieć kiedy opanowują nie tylko ludzi, ale i niektóre zwierzęta. Ciekawie jest opisany proces rozpracowywania pasożyta, potem nawet swego rodzaju dyskurs z pasożytem. Troszkę to przypomina motyw jak Geralt w „Wiedźminie 3” rozmawiał z wiedźmami z Velen, za pośrednictwem Anny Stenger, żony Krwawego Barona. I to jest po prostu w książce świetne. Mi brakuje czego takiego, co można znaleźć w książkach z gry „Mass Effect” Drew Karpyshyna, kiedy to żniwiarze opanowali Paula Greysona, zrobili z niego niemal supermana, i wpływali na jego wolę, a nawet go łamali, czyli robił coś czego w życiu by nie zrobił. Daje to wyobrażenie jak w grze „Mass Effect 1” żniwiarze mogli wpływać na Sarena, turiańskie widmo. Musieli to robić bardzo dyskretnie bowiem Saren był przekonany niemal do końca, że dysponuje wolną wolą i że Żniwiarze nie mają interesu w tym, żeby go indoktrynować.


Mam nadzieję, że ta analogia z gier, zarówno ‘Wiedźmina 3” jak i gier i książek „Mass Effectowych” jest przydatna w zrozumieniu o co mi chodzi, że najprawdopodobniej Władcy Marionetek nie potrzebowali czegoś takiego jak indoktrynowania ludzi, po prostu sobie żyli w ciele żywiciela, mieli z tego korzyści, całkiem możliwe, że były one obopólne, tego do końca też nie wiemy.



A jednak władze kraju uznały, że trzeba z tym poważnym, niespotykanym w dziejach ludzkości problemem coś zrobić. Piszę świadomie tylko o administracji amerykańskiej, bowiem niesamowicie dziwnym zbiegiem okoliczności Władcy Marionetek opanowali tylko teren USA. Reszta świata wiedziała co się dzieje, ale śpieszyli się powoli, żeby umierać za Nowy York czy Los Angeles. Dlatego właśnie, że amerykanie pozostawieni byli z tym kłopotem uważali, że trzeba zagadkę rozwikłać skąd się to kosmiczne diabelstwo wzięło? Z tego co się dowiedziano opanowali oni w podobny sposób sporą część galaktyki. No i oczywiście weszła kombinatoryka jak się dobrać Władcom marionetek do ich kosmicznej skóry i zrobić w kosmosie porządek w amerykańskim stylu oczywiście.



Książka jest po prostu genialna, i nieprzypadkowo uznawana jest za klasyk literatury science fiction. Warto książkę przeczytać i zapoznać się z tą niebywale ciekawą koncepcją. 











środa, 19 stycznia 2022

Andrzej Pilipiuk, Upiór w ruderze

Andrzej Pilipiuk


Upiór w ruderze



Wydawnictwo: Fabryka słów 

Data wydania: 2020 r. 

ISBN:   9788379645749

liczba str.: 376

tytuł oryginału: --------

tłumaczenie: --------

kategoria: fantastyka


recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4926635/upior-w-ruderze/opinia/68654467#opinia68654467      







Jak wiecie moi drodzy czytelnicy, zerkam czasem na twórczość Andrzeja Piliiuka, I to pomimo świadomości, że trudno tą literaturę uznawać za jakąś wybitną. W ramach gatunku fantastyki szeroko pojętej są to raczej książki rozrywkowe, bo mamy tu zabawy wszelkimi możliwymi koncepcjami literackimi, szczególnie ciekawe są np. przeróżne podróże w czasie. Nie jest tajemnicą, że Pilipiuk szczególnie dobrze czuje się w opisywaniu realiów XIX wiecznych. Powszechnie znane są prawicowe przekonania autora, no i że niechętnie odnosi się do lewej sceny politycznej i czasów „słusznie minionych” ,i to widać także po tej recenzowanej książce zatytułowanej „Upiór w ruderze”. Ok, autor ma do tego prawo, i czytelnikowi nic do tego, może po prostu nie czytać książek autora jeśli mu koncepty polityczne nie odpowiadają. Ja nie mam zwyczaju negować książek tylko z tego powodu, że mi np. nie po drodze z poglądami autora i skupiam się na wartościach literackich, i nie widzę w tym przeciwskazań, żeby książki czytać, bo one zawsze mogą wzbogacić czytelnika o pewną wiedzę. 


No ale zajmijmy się książką, jak wszystkie książki autora, są lekkie, łatwe i przyjemne, czytelnik doskonale się bawi, jest okazja się pośmiać. Jak autor zapewnia książka zacznie się wybuchowo, ale dalej będzie równie ciekawie. Zaczęło się w roku 1812, trzy młode panny, dwie szlachcianki i służąca są same w dworku szlacheckim w Liszkowie. Jakaś ciekawość spowodowała, że wszystkie trzy; Lukrecja Kornelia i Marcelina, trafiły do szopy, gdzie znalazła się armata z dawnych czasów, skończyło się to fatalnie. Skończyły jako pokutujące duszyczki mające pilnować majątku Liszkowskich przez kolejne 500 lat. A że z historii wiemy, że w przynajmniej w dwóch stuleciach było ciekawie, to i duszyczki miały co robić.


Cała opowieść już bardziej na serio zaczyna się pod koniec drugiej wojny światowej, Niemcy jeszcze się trzymają, ale Armia Czerwona już blisko. Dla jednych i drugich bogaty szlachecki dworek jest okazja do zgarnięcia solidnych łupów. No ale, te wredne duchy żyć nie dawały, to była nielicha przeprawa z pannami z XIX w. Dalej mamy opisanych kilka epizodów w okresu PRL- u i było nie mniej ciekawie, bo przybywali ambitni aparatczycy, których celem było się wybić i zdobyć awans na jakąś lepszą, w domyśle bogatszą lokacje, a z pałacu Liszkowskich wynieść to czego nie dali rady okupanci. Był nawet jeden, który miał ambicję naukowe i chciał robić doktorat z dokonań lokalnego bohatera walk o wyzwolenie kraju, wylansowanego przez Rosjan, a potem naszych. Problemem był jeden drobiazg, że Edward Kukuła był pospolitym złodziejem, i tylko swoisty układ akowców z Niemcami sprawił, że wytrzasnęli z niczego radzieckich partyzantów, oczywiście martwych, byli to ludzie skazani przez Państwo Podziemne, wśród nich złodziej z którego zrobiono miejscowego bohatera komunizmu, bo taki się przydał.


Czytając dumałem czy będzie coś o przyszłości, i o dziwo nie zawiodłem się, bowiem w połowie XXI wieku był atak kosmitów na Ziemię. W końcu wysłannicy Obcych trafili do Liszkowa, i oczywiście upomnieli się o pałac, a jak można się domyśleć, duchy trzech kobiet już zacierały ręce, żeby, mówiąc kolokwialnie i po pilipiukowsku, dokopać ufokom!


O to cała prosta historia, no i niesamowicie śmieszna. Książka jest po prostu przyzwoita, nadaje się do czytania, a historia wciąga. Bohaterowie są ciekawie wykreowani, czasem, czuć czasem niemal kabaretowe przerysowanie, ale bardzo mocno to nie przeszkadza w lekturze. Dodać można, że czytanie tej książki stratą czasu nie jest. Polecam 

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Marcin Sergiusz Przybyłek, Gamedec - Granica rzeczywistości

 Marcin Sergiusz Przybyłek, 



Gamedec - Granica rzeczywistości



cykl: Gamedec, t. 1 



Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Data wydania: 2016 r.

ISBN:  9788380620797

liczba str.: 466

tytuł oryginału: ---------

tłumaczenie: ----------

kategoria; science fiction 



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/3932442/gamedec-granica-rzeczywistosci/opinia/68169210#opinia68169210  




Książka zatytułowana „Gamedec – Granica rzeczywistości” a wraz z nią, cały cykl „Gamedec” pod kątem koncepcyjnym jest ciekawy i niezwykle oryginalny. W dzisiejszych czasach tego typu rozważania o świecie gier, wirtualium, ale też rzeczywistości, czyli realium, może nie robią takiego niesamotnego wrażenia, zwłaszcza jeśli ktoś czytał książkę zatytułowaną „Reamde” Neal’a Stephensona. Ale trzeba brać poprawkę, że ten zbiór opowiadań, który stał się pierwszą częścią cyklu powstał dwie dekady temu (2002/3 r.) , więc wtedy ta perspektywa wygląda zupełnie inaczej, i rzeczywiście jest dobrą koncepcją science fiction. Bo zasadnicze jest pytanie, jak będzie wyglądał świat końca XXII wieku, wtedy kiedy ludzie będą używać komputerów w celu rozrywkowym, czyli grania w gry wszelakie od paru pokoleń i będą to robić praktycznie wszyscy. Myślę, że dzisiaj jest zdecydowanie łatwiej o tego typu spekulacje, ale wtedy, na początku wieku, było to wróżenie z fusów jak przypuszczam.


Głównym bohaterem jest Torkil Aymore, który jest gamedec’iem, kimś w rodzaju detektywa, speca od zadań specjalnych, jak wygląda praca Gamedec’a, można zobaczyć w grze, która powstała na podstawie tego cyklu i można się przekonać, że to jest bardzo ciekawe. A problemy są różna, ktoś zostanie w grze i nie może wyjść, bez pomocy fachowca np., ktoś ma jeszcze inne problemy, i od tego są gamedec’y, żeby pomagać ludziom oczywiście za sowitą opłatą. Do tego Torkil Aimore dokumentuje swoją pracę na jednej z platform, gdzie umieszcza się filmy w internecie. W tej książce nie za wiele jest informacji o przeszłości Warsaw City, więcej można dowiedzieć się w grze, ale jak przypuszczam kolejne tomy będą bardziej fabularne i wciągające w te gamerskie motywy i to będzie bardzo ciekawie. Nie omieszkam sprawdzić jak będzie okazja.


Raczej krótko i na temat napisałem o tej książce, bo jestem przekonanym że po pierwsze tyle informacji wystarczy, żeby się dowiedzieć o co chodzi w fachu gamedeca, i co z tego wynika dla samej treści książki. Myślę, że to jest bardzo ciekawa propozycja literackiej podróży w przyszłość, żeby zgłębić zarówno wirtualium, jak i realium. Książka jest bardzo ciekawa, interesująco wykreowany jest literacki bohater gamedec Torkil Aymore. Jest to przyzwoita propozycja dla każdego czytelnika, zarówno tego co gra w gry, i w niektórych spędza tysiące godzin, jak i tego, który zadowala się tylko książkami i chce poznać inny świat, innych ludzi i poznać ich motywację, dlaczego grają, i czekają na kolejne gry lub nowe sezony jakiejś gry. Książka jako koncepcja science fiction jest interesująca, bo przecież nie mamy pojęcia i nikt z nas nie dożyje prawie dwustu lat i to wciąż należy do futurystycznych spekulacji jak to będzie wyglądało w przyszłości. Książka jest ciekawa, polecam, warto przeczytać







środa, 22 grudnia 2021

Walter Scott, Kwintyn Durward

 Walter Scott, 



Kwintyn Durward 


Wydawnictwo: Hachette Polska

Data wydania: 2008 r.

ISBN:  9788374487719

liczba str: 280 

tytuł oryginału:  Quentin Durward

tłumaczenie: Terlecki Tymon

kategoria: powieść historyczna



recenzja opublikowana na lubimyczytac.pl: 

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/91732/kwintyn-durward/opinia/67942349#opinia67942349     



W książkowym wyzwaniu Book Trotter nadeszła pora na wyzwanie szkockie, zdecydowałem się na książkę Waltera Scotta zatytułowaną Kwintyn Durward. W sumie lubię powieści historyczne, więc można było spróbować szczęścia z tym autorem, kiedyś było czytane co nie co, więc z grubsza wiedziałem czego można się spodziewać. Kwintyn Durward, to główny bohater, oczywiście szkot, który pojawił się we Francji w czasach panowania króla Ludwika XI, króla ambitnego, który miał na pieńku z arystokracją. Działo się tak ponieważ próbował robić coś co kombinował później Ludwik XIV, wtedy to zostało nazwane złotą klatką Wersalu. Idea była taka, żeby mieć szlacheckie towarzystwo pod kontrolą, król Ludwik XI natomiast wykorzystywał do tego celu powinności feudalne, które usiłował drobiazgowo respektować. Skończyło się to buntem szlacheckim.


Wracając do bohatera książki Kwintyn Durward służy w regimencie szkockim. Można się pogłowić skąd się tam wziął, no ale, że regimenty szkockie były także na ziemiach Rzeczypospolitej w XVII wieku np., literacki bohater „Pana Wołodyjowskiego” Sienkiewicza Ketling. Wynika z tego, że najemników szkockich można było spotkać w całej Europie, a po drugie pierwszą żoną Ludwika XI była Małgorzata Szkocka, więc troszkę dworu, w tym także chłopców, którzy potrafią machać szabelką mogła zabrać ze sobą.


O bohaterze dowiadujemy się również, że widać był zaufanym człowiekiem zarówno króla, jak i biskupa, potem znowu króla gdy wrócił do łask. Wykonywał misje poselskie, i do pewnego stopnia szpiegowskie. Jak na powieść tego autora to proporcje są dokładnie odwrotne niż zazwyczaj, absolutnie dominują wydarzenia, a o życiu prywatnym Kwintyna Durwarda dowiadujemy się niewiele, po za tym, że dobrze kombinował i udawało mu się nie podpaść, któremuś z licznych możnych tego świata. Jak to w tego typu powieściach bywa wkręcał się w liczne awantury, w których umięjętności bojowe bywały przydatne.


Oczywiście nie należy się spodziewać po tym autorze, że książka będzie jakaś wybitna, bo autor zwykle pisał dla rozrywki czytelnika te książki. Na pewno na plus są liczne intrygi dworskie, mnóstwo wydarzeń, wojen, i wiele takich zamieszań. Podsumowując nie jest źle, da się tą książkę przeczytać i ocenić ją jako nieco ponad przeciętną. Czyli jest całkiem dobrze.